Home KomiksyObraz, język i filmowe ambicje czyli co nowego w „Kulturze Gniewu”

Obraz, język i filmowe ambicje czyli co nowego w „Kulturze Gniewu”

autor Zwierz

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Siedzicie w kawiarni, popijacie kawę i mija was właśnie człowiek z brodą. Patrząc na niego myślicie sobie, że nieco przypomina Szymona Holcmana z Kultury Gniewu. Ta myśl rodzi w was kolejną, że właściwie po powrocie do domu powinniście koniecznie zobaczyć co tam nowego w KG wyszło, bo jednak co dobry komiks to dobry komiks, a mało kto w Polsce wydaje tak dobrze jak Kultura Gniewu. Z tą myślą wracacie do domu, gdzie… czeka nas was paczka z komiksami od wydawnictwa. Przesłanymi ci nagle, bez pytania i uprzedzenia. To albo dowód na to, że wielkie umysły myślą tak samo albo na to, że ktoś z wydawnictwa minął jakąś różowo włosą osobę na mieście i pomyślał „A może by tak coś wysłać Czajce?”. Cokolwiek do tego doprowadziło sprawiło, że mam dla was trzy nowe tomy od Kultury Gniewu do zrecenzowania.

 

 

 

Luz „Dwie nagie dziewczyny” – wydawać by się mogło, że o nazistach powiedziano już wszystko i to na tyle sposobów, że dziś trudno poruszyć nas jakąkolwiek historią z okresu III Rzeszy. Wszystko już od kogoś słyszeliśmy. Ale ta historia ma w sobie coś co wychodzi poza ramy prostej opowieści o złych nazistach. To historia jednego obrazu – aktu namalowanego przez Otto Muellera, malarza który w 1919 roku tworzy serię obrazów przedstawiających nagie romskie kobiety. Za modelkę służy mu między innymi jego żona, ale nie tylko. Mueller jak każdy szanujący się artysta życie ma skomplikowane i pewnie krótsze niże mogłoby być. Ale nie podążamy jego śladem tylko drogą obrazu.

A ten przechodzi z rąk do rąk, ląduje na ścianie żydowskiego kolekcjonera, pojawia się w magazynach a ostatecznie ląduje na ścianie w ramach wystawy „Sztuka zdegenerowana” – słynnego nazistowskiego projektu, który miał pokazać mieszkańcom Rzeszy jak nowoczesna sztuka sprzeciwia się aryjskim ideałom. Tu jednak nie kończy się tak historia, dowiadujemy się co z dziełem sztuki stało się dalej, zaś sama historia ma istotną i zaskakująco podnoszącą na duchu klamrę narracyjną.  Jednocześnie to komiks namalowany specyficznie, bo z punktu widzenia samego obrazu, nigdy go na kartach powieści nie widzimy, ale możemy obserwować jak na niego patrzą kolejni właściciele, odbiorcy w galeriach czy marszandzi. To niezwykle ciekawy zabieg, który nie zaburza narracji, ale za to wprowadza nową perspektywę.

Przede wszystkim jednak autorowi komiksu udało się bardzo sprawnie przypomnieć o tym jak naziści patrzyli na sztukę współczesną – jak postrzegali w niej znaki degeneracji cywilizacji i kultury zachodu. Warto o tym poczytać, bo reżimy zmieniają czapki, ale akurat wskazywanie różnych dziedzin kultury i sztuki jako tych, które sprzeciwiają się jedynym słusznym ideałom – czy to estetyki czy moralności, to trochę podręcznik „Niebezpieczna ideologia dla początkujących”.  Przyglądając się temu jak często nawet dziś sztuka nowoczesna kojarzy się z czymś zdeprawowanym, nieczytelnym i sprzecznym z tym co piękne i dobre aż ciarki przechodzą po plecach na myśl, jak łatwo nam przychodzi powtarzanie tych haseł. I jak szybko przychodzi wielu osobom zapominanie, że estetyka też jest polityczna.

Sam komiks ma pod koniec objaśnienia, posłowie i dodatki – które powalają uzupełnić to co mogłoby nam umknąć. Choć podejrzewam, że większość czytelników podobnie jak ja w połowie lektury komiksu odpali Google i zacznie po prostu szukać w Google obrazów, dat i informacji. Co ma swoje plusy, bo wcześniej Otto Mueller był mi artystą właściwie nieznanym a teraz mogę spokojnie powiedzieć, że bardzo lubię jego obrazy.

 

 

Jacek Świdziński, Ideo – Nie ukrywam,  jestem olbrzymią fanką Jacka Świdzińskiego. Uważam, że to obecnie jeden z najlepszych polskich komiksiarzy, który z każdym kolejnym tomem robi się coraz lepszy nie tylko jako rysownik (uwielbiam jego minimalistyczny styl) ale przede wszystkim jako błyskotliwy scenarzysta. „Ideo” to opowieść o języku Esperanto. Ale nie zaczynamy od samego esperanto tylko od historii porozumiewania się i tego jak powstają języki. Świdziński rzuca historię sztucznego języka na tło przemian przełomu XIX i XX wieku, czasów, w którym coraz więcej ludzi mówiących różnymi językami musiało się ze sobą porozumieć.

Ale choć historia esperanto jest historią światową, to jest też opowieścią bardzo lokalną. Bo twórca języka Ludwik Zamenhoff wychował się w Białymstoku, gdzie mieszały się języki, ale też – idące za nimi uprzedzenia.  Świdzińskiemu udaje się nie tylko pokazać skąd wzięła się idea sztucznego języka wspólnego, ale też – przypomnieć, że sam Zamenhoff na esperanto nie chciał poprzestać – jego próba stworzenia powszechnej idei, która pozwoliłaby na wspólną i pokojową koegzystencję ludzi najróżniejszego pochodzenia, religii i języka nie przeszła próby XX wieku a w wieku XIX wydaje się wciąż chwilową mrzonką.  Teoretycznie taki komiks mógłby być nudny, czy poprawnie edukacyjny. Ale tu wychodzi geniusz Świdzińskiego, który po pierwsze prowadzi nas przez całą historię z fantastycznym dramaturgicznym wyczuciem, ale też – humorem. Jest w tym komiksie kilka stron, które pokazują, jak działa gramatyka esperanto, które są być może najzabawniejszymi stronami jakie widziałam w komiksie od lat. Są też zdania, które już teraz mam zamiar wprowadzić do domowego języka jak „Czekamy jeszcze pięć minut czy zaczynamy bez anarchistów?”.

Choć język esperanto wydaje się być dziś tylko ciekawostką, pewnym wspomnieniem idei z czasów dawno minionych, to Świdziński fantastycznie pokazuje jak bardzo odbija się w nim wiek dwudziesty. Zwłaszcza z tym napięciem pomiędzy – pragnieniem wspólnoty i okrucieństwem rzeczywistości. Pozostawia nas też samych z pytaniem – czy gdybyśmy umieli wyrazić siebie w tym samym języku świat wyglądałby inaczej? Naprawdę fantastyczna rzecz. Gratulacje dla Miasta Białystok, że ten komiks dofinansował. Bo to naprawdę dobry wkład w Polską kulturę.

 

 

 

Sammy Harkham, Krew Dziewicy – to chyba jedyny tom w tym zestawieniu, który moim zdaniem nie jest dla wszystkich. Nie ze względu na seks, przemoc i narkotyki, ale dlatego, że to jest taka powieść graficzna, która wymaga od czytelnika sporo uwagi. Nie tylko dlatego, że obejmuje wiele wydarzeń z życia bohatera, ale też dlatego, że ma taki styl narracji, gdzie po prostu ma się wrażenie miejscami jakby się oglądało kadry nawet nie z filmu, ale z serialu. Przede wszystkim jednak dlatego, że to historia dla ludzi, którzy naprawdę interesują się Hollywood. I to nie tym produkującym wybitne dzieła i blockbustery ale tym produkującym tzw. filmy eksploatacji – pełne seksu i przemocy kino klasy B, cieszące się popularnością w latach siedemdziesiątych. I właśnie w latach siedemdziesiątych toczy się ta historia. Śledzimy Seymoura, który bardzo chciałby w tym zdegenerowanym świecie pełnym alkoholu, seksu i złych decyzji zrobić karierę. Jest już w środowisku filmowym, ale jest nisko w filmowej hierarchii. Pisze scenariusze do filmów gdzie scenariusz jest najmniej ważny. A marzy mu się by zostać reżyserem.

 

Tym co jest najciekawsze to fakt, że nasz bohater założył już rodzinę, ma żonę i małe dziecko. Waśnie napięcie pomiędzy tymi dwoma światami – rozpustnym, ale pociągającym światem kinematografii a domowymi obowiązkami i relacją z żoną – budują najciekawszy plan tej opowieści. Autor często zmienia perspektywy, wciąga nas w fabuły filmów klasy B a potem daje kawałki, które przypominają raczej być może nieco autobiograficzną refleksję nad życiem i związkami w latach siedemdziesiątych. To jest tom, który moim zdaniem najbardziej zainteresuje tych, którzy są zafascynowani światem kina eksploatacji i tego ciekawego momentu w historii amerykańskiego przemysłu rozrywkowego, kiedy można było po raz pierwszy od dekad – wymyślić i nakręcić prawie wszystko. Choć komiks jest dość obszerny to zmieniające się perspektywy i dynamika narracji sprawiają, że nawet przez moment nie jest nudny.

 

Taka była zawartość mojej paczki – jak sami widzicie idealnie dobrana, bo przeczytałam wszystko, wszystko mi się spodobało i ląduje na półce. A wam jak zawsze w przypadku takich wpisów bardzo polecam śledzić polską scenę komiksową, bo wydaje się u nas naprawdę doskonałe rzeczy, a nowe pokolenie polskich komiksiarzy jest fantastyczne i niezwykle kreatywne. Moim zdaniem – to właśnie w komiksach pojawiają się najciekawsze pomysły, najbliższe sercu narracje i tematy, które często odbiegają od tego co aktualnie jest najmodniejsze wśród literackiej krytyki.

 

Powiązane wpisy