Porozmawiajmy o złych książkach. Złe książki są przedmiotem mojej niesłabnącej fascynacji już od dawna. Uważam, że rozmawianie o nich nie tylko jest niezwykle interesujące, ale też ujawnia nasze założenia względem tego jaka powinna być literatura, co ma oferować czytelnikom i co w niej jest prawdziwie „złe”. Kilka lat temu na Coperniconie przekonywałam słuchaczy, że złe książki warto czytać, bo tylko w ten sposób jesteśmy w stanie zrozumieć – jak działa literatura i jakie są nie tylko jej wzloty, ale i upadki. Pozostaje przy tym zdaniu i uważam, że zdecydowanie myślimy o złej literaturze zbyt płasko.
Problemem jest już sama definicja – co to jest zła książka. Ostatecznie, jak w przypadku każdego dzieła kultury – mamy do czynienia z subiektywnymi opiniami i emocjami. Nigdzie nie jest powiedziane, że książka literacko marna, wtórna czy nudna, nie znajdzie swojego czytelnika, który podczas lektury znajdzie w niej to czego szuka. Jednocześnie samo pojęcie złej książki nie jest łatwe do zdefiniowania. Musimy bowiem zadać sobie kluczowe pytanie – czy książka jest zła, bo np. reprezentuje skonwencjonalizowany gatunek i nic do niego nie wnosi, czy dlatego, że próbuje coś zrobić na nowo, ale autor ponosi sromotną klęskę.
Kiedy na jednej z grupy poświęconych książkom padło pytanie – jaka jest najgorsza książka jaką czytaliście, rozstrzał odpowiedzi był dość duży. Od powieści powszechnie uznawanych za wybitne (jak „Księgi Jakubowe), które odrzucały czytelnika, przez pozycje, które właściwie nigdy nie miały pełnić funkcji czysto literackich (jak wywiady rzeka), po książki które reprezentowały gatunki często uznawane za pozbawione wartości – jak „romantasy” czy „drak romance”. Jednocześnie pojawiały się na tej liście książki, które z premedytacją zostały napisane jako złe, przypominające trochę te wyprodukowane przez trzeciorzędne wytwórnie filmowe produkcje, które mają sprawiać przyjemność tym jakie są słabe.
Przyglądając się tej liście i rozważając moje własne traumatyczne przygody z literaturą, dochodzę do wniosku, że można byłoby podzielić złe książki na trzy kategorie.
Pierwsza, to książki, których twórcy mają ambicję napisania czegoś ważnego, wzniosłego czy poruszającego, ale pokonała ich sama materia, okazali się nudni, pretensjonalni i męczący. Przychodzi mi tu do głowy nagrodzona Bookerem „Orbita”, której trudna do zniesienia pretensjonalność, połączona z polityczną naiwnością sprawiła, że byłam w szoku jak słaba to powieść. To specyficzny rodzaj złej książki – bo tu spotykają się ze sobą oczekiwania (ostatecznie dostała nagrodę) i rozczarowanie tym, jak bardzo treść do nich nie dorasta. Jednocześnie autorka, chce powiedzieć coś ważnego o człowieku i kondycji ludzkiej, ale okazuje się, że chyba nie ma nic ciekawego do dodania. Pod pewnymi względami zaliczyłabym to tej kategorii np. „Światłoczułość” (napisaną przez Jarno czyli Mroza) – która ułożona jest z elementów które składają się na poruszającą opowieść wojenną, ale ostatecznie wygrywa w niej egzaltacja i bolesny brak głębi bohaterów. Powieść napisana by pozorowała głębię jest chyba jeszcze większą obrazą pod adresem czytelnika. Może też wyrządzić spore szkody, jak chociażby „Tatużysta z Auschwitz” czy „Chłopiec w pasiastej piżamie”, których autorzy pozorując poważną i wzruszającą prozę obozową mieli jednocześnie gdzieś realia historyczne.
Rzekłabym, że do tej kategorii „złych książek” należałoby też zaliczyć, całe grono literatury pięknej, której ambicje dostosowania się do panujących trendów literackich tworzą męcząco schematyczne utwory, utwierdzające czytelnika w przekonaniu, że obcuje z czymś ważnym. W ostatnich latach zaliczyłabym do tego cały rząd polskich książek, które opowiadają o wsi, tak jakby od XIX wieku nic się tam nie zmieniło. Albo irytujący nurt powieści autobiograficznej, całkowicie skoncentrowanej na osobie autora, pisanych z przekonaniem, że skoro ktoś już pisze to jest ciekawy. Do tego jeszcze te całe tożsamościowe grzebanie w przeszłości, które często sprowadza się do tego, że ktoś uważa że jest winny II wojny światowej bo miał ciocię Niemkę. Te książki są zwykle „złe” bo biorą ciekawe motywy, czy interesujące narracje i wpychają je w ramy tego co w danym momencie wydawniczo modne.
Kolejna kategoria złych książek, to powieści gatunkowe, które nie są w stanie zrealizować założeń gatunku w nowy i ciekawy sposób. To kontrowersyjna kategoria, bo np. „dark romance” nigdy nie wytworzy arcydzieła literatury. Ale autor może poruszać się w ramach założeń gatunkowych z większą lub mniejszą sprawnością. Podobnie wspominane „Romantasy” – samo w sobie nigdy nie da nam literackiego zachwytu, ale jest tu stopniowanie – która z książek jest lepsza a która gorsza. Można się śmiać z naiwności budowania świata w „Czwartym Skrzydle” ale to nic w porównaniu z tym jak bardzo autorka powieści „Hercules Krew” nie ma pojęcia jak stworzyć spójny świat przedstawiony.
Zresztą nie jest chyba odkryciem, że kryminały, choć składają się z podobnych elementów mogą być albo ciekawe i poruszać ważne tematy albo okazuje się pod koniec, że zabił brat bliźniak, o którym autor zapomniał nam wcześniej wspomnieć. Właściwie każda książka w ramach literatury gatunkowej może się potknąć o to jak realizuje założenia gatunku. I choć zgodzę się, że współcześnie – wiele książek romansowych, właściwie ociera się o pornografię, to jeśli robią to sprawnie, znośnym językiem i z jakąś wewnętrzną logiką to nie są najgorszymi książkami na świecie. Uważam bowiem (i wiem, że jest to niepopularne), że „dobra książka” nie oznacza zawsze powieści wartościowej czy wybitnej – może oznaczać też taką, która nie oszukując czytelnika daje mu dokładnie to czego chciał. Romans musi zawierać sceny schematyczne, bo inaczej nie byłby romansem, ale może to robić lepiej albo gorzej.
Trzecia kategoria złych książek, to te specyficzne pozycje, które są pisane z myślą o tym, że mają być złe. Wszystkie te romanse z koronawirusem czy inne dziełka wydawane obecnie głównie własnym sumptem na Amazon. Niekiedy można do tej kategorii zaliczyć niepoddawane żadnej korekcje czy redakcji powieści absolutnie amatorskie, które trafiają na rynek zwykle dlatego, że nikt nie powstrzymał wcześniej autora. Niekiedy posmak takiego pisania czuć w powieściach, które wydawnictwa pobierają z „Wattpada” – bo mają one to charakterystyczne dla amatorskiego pisania przekonanie, że wystarczy jedynie ułożyć znane tropy w odpowiedniej kolejności i nie trzeba wiele więcej. To książki których aktorzy niekiedy specjalnie grają z naszym gustem, ale też często piszą niemal wyłącznie dla siebie by przelać na papier swoje ulubione schematy bez refleksji jakie miejsce powinny mieć w narracji.
To oczywiście kategoryzacja dość luźna (na pewno nie naukowa) która jednak moim zdaniem pozwala jakoś rozmawiać o dobrej i złej literaturze. Nie da się bowiem ukryć, że największym problemem tych rozmów, jest łatwość z jaką utożsamiamy książki „Dobre” z określeniem „wartościowe”. Co miałoby sens, gdyby czytanie było jedynie ćwiczeniem z wrażliwości literackiej. Ale nie jest – czytanie to rozrywka, niekiedy tania podnieta, a niekiedy uwznioślenie. Wciąż jednak – każdą z tych potrzeb można zaspokoić lepiej albo gorzej. Co więcej, moim zdaniem szukanie dna ma sens, bo pokazuje, gdzie jest granica zarówno czytelników (okazuje się, że wiele osób ciągnie do książek napisanych słabo) jak i wydawnictw (które nie mają często żadnych skrupułów wydając powieści, które nie powinny nigdy ujrzeć prasy drukarskiej). Nie da się też ukryć, że ocenianie książek jako złych czy wtórnych jest pokłosiem naszych doświadczeń i kompetencji. Inna sprawa, że im więcej czytam złej literatury tym lepsze wydają mi się rzeczy słabe, które czytałam wcześniej.
Ze złymi książkami wiąże się jeszcze jedno intrygujące zjawisko. Otóż, kiedy podzieliłam się w sieci moim cierpieniem związanym z czytaniem koszmarnie słabej powieści „Herkules Krew” dostałam wiele wiadomości, że do książki „Zachęciłam”. Sama znam to z własnego doświadczenia – nie jedną złą książkę przeczytałam z czystej fascynacji – jak słaba jest pozycja, o której wszyscy mówią. Odradzenie komuś książki jest dużo trudniejsze niż mogłoby się wydawać – ostra krytyka czy wskazywanie na absurdy to dziś rozrywka sama w sobie, coś czego ludzie szukają. Nie jest przypadkiem, że kanały omawiające najgorsze rozwiązania fabularne czy absurdalne zwroty akcji cieszą się dużą popularnością. Czytanie złej książki staje się osobną rozrywką, która co więcej ma też wymiar społecznościowy. O ile zachwyt jest dla wielu osób nudny (bo też, ile razy można powtarzać, że coś jest świetne czy poruszające) o tyle wspólne załamywanie rąk nad poziomem książki to dobra rozrywka. Taka którą najlepiej smakuje się wspólnie. Krytyka złej książki staje się wspólnym testem literackich kompetencji. Ucieczka w złe książki daje i radość z „odmóżdżenia” i przyjemność łatwej i oczywistej krytyki.
Pokusiłabym się o stwierdzenie, że spotkanie ze złą książką zawsze jest dowodem na własne poszukiwania czytelniczej drogi. Gdybyśmy mieli się zastanowić – jak zapewnić sobie tylko dobre lektury, to zapewne – oznaczałoby to trzymanie się wyłącznie uznanego literackiego kanonu, bez ryzyka czytania rzeczy nowych, rozrywkowych czy nie zatwierdzonych przez znawców. Oczywiście nie oznacza to, że każda z tych książek by się nam się spodobała (ostatecznie zawsze jest element subiektywnej oceny) ale zminimalizowalibyśmy szansę na trafienie na coś słabo napisanego, koszmarnie wtórnego i żenująco nielogicznego. Jednocześnie jednak bylibyśmy uwięzieni w świecie wyborów, które podejmują za nas inni. Zresztą wszyscy mamy takie doświadczenie – bo tą drogą prowadza nas lektury przez cały okres trwania naszej edukacji. Dopiero kiedy zaczynami sami szukać czegoś do czytania – możemy natrafić na literaturę prawdziwie złą. Ale bez tych spotkań nie znajdziemy rzeczy naprawdę dobrych i nie nauczymy się w pełni doceniać jak rzadkie jest sprawne budowanie postaci, spójny świat przedstawiony i zdania, które mają sens.
Nie byłabym sobą gdybym nie zwróciła też uwagi na to, że marna literatura – ta najbardziej schematyczna, często odtwarzająca jedynie wcześniej ustalone elementy gatunku – sporo mówi o tym co podoba się i autorom, i czytelnikom. „Romantasy” daje doskonały wgląd w to jak seksualne fantazje mieszają się z elementami niezwykle konserwatywnymi i patriarchalnymi. Niedawny sukces „dark romance” – w którym owo „dark” oznacza gwałt czy stalking– jest ciekawym przypisem do przemian w rozmowach o seksualności, ale też o fantazjach. Zwłaszcza jeśli bierzemy pod uwagę, że czytelniczkami są głównie młode kobiety. To zjawiska, które nie znajdują swojego odbicia w dobrej literaturze, co więcej – przez powtarzalność motywów, widzimy, jak kształtuje się obraz tego co pożądane, niegrzeczne, niewłaściwie. Każda z tych pozycji sama w sobie to wybitna przedstawicielka złej literatury, ale nie oznacza to, że razem nie dają nam wyglądu w zjawiska wychodzące daleko poza granice jednej powieści o namiętnym wytatuowanym stalkerze, który na pewno jest synem boga mafii czy coś równie idiotycznego.
Jednocześnie z czysto literaturoznawczego punktu widzenia, fascynujące jest patrzenie jak stopniowalne jest „zło” książek. Szukanie granic grafomanii, czy przyglądanie się nieporadności w tworzeniu świata przedstawionego – ma w sobie coś ekscytującego. Choć czasem sam proces czytania jest bolesny (gdzieś koło rozważań o tym czy Zeus jest czyimś ojcem chrzestnym twoja wewnętrzna Bogini wydrapuje sobie oczy) to rzadko towarzyszy temu tylko nudna. Bo nie ukrywajmy – najgorsze książki nudzą. Tymczasem jest cała masa pozycji, które irytują, zawodzą, niemal bawią swoją nieporadnością. Oczywiście, każdemu zdarzy się dojść do wniosku, że zbyt szanuje swoje szare komórki by pozwolić im się karmić kolejnym romansidłem, ale wciąż – uważam, że jest cała skala emocji, którą warto przeżyć by przyjrzeć się temu – dokąd nas te złe książki prowadzą.
Zdaję sobie sprawę, że zła literatura może być szkodliwa – zwłaszcza gdy staje się popularna, gdy trafia w ręce osób, bardzo młodych nie mających jeszcze takich punktów odniesienia, które pozwoliłyby dostrzec, że czytają coś słabego. Jedocześnie – mam taką refleksję, że o ile uczymy, jak czytać literaturę wybitną, to można skończyć całą swoją edukację i nigdy nie nauczyć się jak czytać i jak rozmawiać o literaturze słabej. I to nie tylko słabej w sposób oczywisty (raczej nikt nie sięga po książkę wydawnictwa „Niezwykle” oczekując, że przeczyta arcydzieło) ale też skrywającej się za wzniosłymi i ważnymi tematami. Tak by nie dać się zwieść tym co tylko pozorują dobrą literaturę. Trzeba umieć mówić co jest nie tak, ale jednocześnie – czego słaba literatura może nas nauczyć. Jeśli nie o kompetencjach autora to o świecie wydawców i odbiorców. To coś, co moim zdaniem jest kompetencją bardzo w życiu przydatną, ale też – konieczną by być w pełni świadomym użytkownikiem kultury. Bo kultura to wypadkowa arcydzieła i zupełnego bebła. Nie można po prostu zignorować złych książek. Trzeba je czytać. Nawet jeśli boli.
