Po serii seriali poświęconych zbrodniom, Ryan Murphy i jego zespół produkcyjny postanowili skierować swój wzrok nie ku opowieściom o morderstwach, ale o miłości. Wybór padł na związek Johna F. Kennedy’ego Jr. i Carolyn Bessette. Pozornie – idealna opowieść o tym by pokazać nam jak opowieść o miłości może być też historią związaną z politycznym i społecznym obliczem narodu. Samo nazwisko Kennedy w tytule gwarantuje, że mamy do czynienia z historią, na którą amerykanie są niezwykle wyczuleni. Na papierze, serial zapowiadał się trochę jak rewers pierwszego sezonu American Cirme Story, w którym przyglądaliśmy się sprawie OJ Simpsona. Wszyscy to widzieliśmy na ekranach telewizorów, ale teraz mogliśmy spojrzeć jeszcze raz – świadomi tego co stało się potem. Problem w tym, że pomimo wielu dobrych pomysłów – „Love Story” okazuje się historią, dużo mniej interesującą niż mogłoby się wydawać.
W opowieści o miłości syna Kennedy’ego i „dziewczyny z ludu” spotykają się dwie przyciągające widza strategie narracyjne. Z jednej strony – odnosimy się do klasycznych tropów znanych z opowieści o przekraczaniu granic klasowych. Dziewczyna jest piękna, mądra i dobra, ale nigdy nie będzie wystarczająca dla zdystansowanej klasy wyższej niezadowolonej, że dziedzic królestwa zwrócił się do wybranki z plebsu. Fakt, że formalnie Stany nie mają arystokracji nie powinien stać tu na przeszkodzie naszej narracji. Nie ma wątpliwości, że jeśli istnieje jakakolwiek polityczna arystokracja to Kennedy są w niej niczym Radziwiłłowie w Polsce, zawsze obecni. Jest to więc trochę bajka o Kopciuszku, gdzie dobry książę jest przystojny, uroczy i zakochany i nie widzi, że może biedną dziewczyną złamać wyciągając ją na bale, gale i do pokojów pełnych złych języków. Trochę realizacja pragnień, trochę przestroga – być może nie należy śnić o najbardziej pożądanym kawalerze na świecie, bo marzenie się ziści.

Tu mamy drugą strategię – serial korzysta garściami z materiałów z lat dziewięćdziesiątych. Jest to więc bajka, ale osadzona w bardzo konkretnych realiach. Jesteśmy w samym szczycie popularności prasy brukowej, paparazzi są wszędzie, powstają nie tylko gazety, ale i kanały telewizyjne poświęcone plotkom. To wszystko sprawia, że mamy niesamowitą ilość zdjęć i materiałów z życia i związku Kennedy’ego i Bessette, które serial bardzo dokładnie odtwarza. Do tego stopnia, że jeden odcinek skupia się przede wszystkim na odtworzeniu kłótni pary w nowojorskim parku, co zarejestrowały kamery. Mamy wiele scen, w których aktorzy są ubrani dokładnie tak samo jak na zdjęciach robionych na potrzeby brukowców. Jest to więc nie tylko baśń o wielkiej miłości przekraczającej granice klasowe, ale też opowieść o tym jak ówczesna prasa i zainteresowanie mediów, nie pozwoliło się temu pięknemu uczuciu w pełni rozwinąć, jak lęk przed całkowitą utratą prywatności stał się tym co najbardziej dzieliło Carolyn i jej przyzwyczajonego do publicznej atencji męża. Jest to też opowieść sprzed ery social mediów, gdzie sławne osoby, mogą coraz bardziej zarządzać swoim wizerunkiem.
Te dwie strategie przeplatają się ze sobą. Raz mamy uwierzyć, że oglądamy najpiękniejsze uczucie jakie kiedykolwiek łączyło dwójkę osób. Oboje są przecież piękni, młodzi, są usposobieniem prosperity i nadziei lat dziewięćdziesiątych. Potencjalną królewską parą Stanów, gdyby tylko tego zapragnęli. Ocierają się o świat najsławniejszych, największych, ale pozostają przede wszystkim zakochanymi ludźmi, którzy spotkali się pomimo całego chaosu swojego życia. Innym razem przyglądamy się parze przez pryzmat popularności jaką niesie za sobą bycie związaną z rodziną Kennedych. Być z takiej rodziny oznacza mieć zobowiązania wobec narodu. Kto tego nie rozumie, ten się w tej rzeczywistości nie odnajdzie. A to, że zdaje się iż nad rodziną krąży jakaś przedziwna (głównie lotnicza) klątwa nie jest w ogóle tematem dyskusji.

Wszystko to wygląda przepysznie ale w istocie wypada dość płasko. Miejscami serial ociera się o hipokryzję. Z jednej strony domaga się zrozumienia dla prywatności swoich bohaterów, z drugiej – sam jest przejawem brutalnego wchodzenia z sam środek czyjegoś życia. Pal sześć fantazje na temat tego jak mogły wyglądać małżeńskie kłótnie czy intymne chwile. Jest w tym serialu sporo postaci pobocznych pokazywanych tak by pasowały do wymyślonego wcześniej schematu narracji. Chyba najbardziej widać to w tym jak twórcy potraktowali Deryl Hannah, aktorkę, która spotykała się z Kennedym kiedy poznał Bessette. Ci wrażliwi na intruzywne zachowania mediów twórcy nie mają żadnych oporów by zrobić z Hannah egocentryczną i niezbyt inteligentną bohaterkę – tylko po to by na jej tle Carolyn wypadała lepiej. Zresztą samo odtwarzania tych nagranych przez paparazzi scen w formie serialu wydaje się jakimś zupełnym brakiem taktu. Niby serial krytykuje paparazzich ale kiedy potrzebuje ich nagrań by opowieść stała się bardziej wiarygodna to nie ma problemu z odtwarzaniem scen, które nie były zarezerwowane dla szerszej publiczności.
Jednocześnie – ani młody Kennedy ani jego żona nie są sami w sobie bardzo ciekawymi postaciami. Nie jest to wina aktorów – nie da się ukryc casting do tych ról jest idealny. Paul Anthony Kelly to jest być może jedno z największych aktorskich odkryć ostatnich miesięcy. Co prawda sam Kennedy nigdy nie był aż tak przystojny, ale wzięcie modela do takiej roli i jeszcze odkrycie, że rzeczywiście potrafi grać, nie zadrza się często. I rzeczywiście Paul Anthony Kelly ma w sobie coś co idealnie zgrywa się z wyglądem księcia z bajki. Doskonała jest też Sarah Pidgeon, jako Bessette. Jest w niej ta pewność siebie, przeplatana z nerwowowością, której oczekujemy od kobiety będącej symbolem lat dziewięćdziesiątych. Plus zgadzam się że gdyby Meryl Streep szukła kogoś kto zagra ją w młodości bo Pdgeon idealnie się nadaje (wiem, że to brzmi zabawnie biorąc pod uwagę, że w „Love Story” gra córka Streep. Co więcej jest Grace Gummer, która jest tak podobna do swojej siostry, że myślałam że to Mamie Grummer). Ale aktorzy nie są w stanie wypełnić tego czego w postaciach nie ma. Kennedy jest synem swojego ojca, a Carolyn od pewnego momentu jest rozczarowaną żoną swojego męża. Nie dają rady ponieść w tym serialu więcej niż swoich własnych rozterek.

Dlatego, uważam że brakuje nam tu przede wszystkim innych perspektyw. W serialach o morderstwach często mamy perspektywę – zbrodniarza i śledczego. Tak samo w serialach o miłości – musimy spojrzeć na tą parę jeszcze od innej strony. Myślę, że byłby to bez porównania ciekawszy serial, gdybyśmy w jednym odcinku zmienili perspektywę – może na spojrzenie jednego z dziennikarzy koczujących pod domem pary, a może kogoś kto mieszka z dala od Nowego Jorku i całego tego zamieszania i widzi ich związek tylko przez medialne nagłówki. Kiedy w ostatnim odcinku – już po tragedii – w centrum historii staje siostra Kennedy’ego – kobieta, która w swoim życiu straciła więcej niż to logocznie możliwe – nagle historia staje się ciekawsza. Podobnie wtedy, kiedy dostajemy przebłyski perspektywy matki Carolyn która nie była zwolenniczką tego związku. Przy czym na początku serialu tych perspektyw jest nieco więcej – mamy Jackie, matkę JFK Jr. która oczywiście jest postacią dominującą, mamy Calvina Kleina, który nie jest w stanie znieść, ze jego protegowana stała się ważniejsza od niego. Ale kiedy dochodzi do ślubu – nagle narracja bardzo się zamyka.
Co oznacza, że serial nie jest w stanie zrobić tego co tak dobrze robiły opowieści o morderstwach. Nie staje się szerszym spojrzeniem na amerykańską kulturę, politykę czy relacje pomiędzy ludźmi a celebrytami. Wszystko obserwujemy z perspektywy rodziny Kennedych, co oznacza, że nie mamy możliwości – dostrzec kim są poza swoją własną narracją o powinnościach, obowiązkach i kosztach jakie ponoszą. Nawet kiedy serial próbuje jakoś nakreślić obraz mediów lat dziewięćdziesiątych, to robi to tylko od jednej strony. Co sprawia, że po pierwsze – cały czas musi nas przekonać, że bohaterowie są tacy niezwykle ważni a ich miłość taka piękna, a po drugie – skłania raczej do refleksji nad tym, dlaczego w ogóle się tym zajmujemy i czy fakt, że ktoś zginął tragicznie od razu czyni go interesującym. Mam wrażenie, że twórcy serialu nie zauważyli pewnej zmiany. O ile dekadę temu chętnie oglądaliśmy „The Crown” pochylając się nad tym jak niełatwo jest nosić koronę, to teraz jesteśmy już dużo bardziej rozważni w naszych troskach i sympatiach. Ostatnia dekada bardzo nas przekonała, że być może za dużo miejsca poświęcamy temu jak trudno się żyje znanym, zamożnym i wpływowym. To jest dość wyraźna zmiana, która sprawia, że trudno oglądać „Love Story” be zadawania sobie pytania – czy serial zaspokaja naszą ciekawość czy może buduje czyjąś legendę i wpływy. Ostatecznie rządy się zmieniają a ktoś z klanu Kennedych wciąż w ministrach.

Przy czym sama produkcja jest dobrze zrealizowana. Jeśli ktoś przeżywa teraz zainteresowanie latami dziewięćdziesiątymi to w serialu znajdzie wszystko czego szuka. Trendy w modzie, które właśnie zaczęły wracać, magazyny, które jeszcze wtedy powszechnie czytano, technologię, która przeżywała swoje ostatnie chwile przed wejściem Internetu. Wszystko jest dobrze nakręcone, nieźle zagrane i sprawnie napisane. To taki serial, który właśnie miejscami przywodzi na myśl „The Crown” bo sprawnie oddaje kluczowe momenty zapisane w pamięci zwłaszcza amerykańskich widzów. Odwzorowanie tych scen jest pewnie emocjonalnie ciekawsze, gdy przynależą do wspomnień całego społeczeństwa. Dla nas w Polsce odwzorowanie pogrzebu Jackie Kennedy nie jest szczególnie emocjonujące. Ale w pamięci amerykanów z pewnością ten moment zapisał się dużo mocniej. Pod tym względem to jest też serial bardzo „krajowy” bo odwołuje się do wspólnoty doświadczeń, która nie jest naszym udziałem. Stąd też mam wrażenie, że łatwiej z naszej perspektywy znaleźć luki tej narracji czy podważać jej znaczenie.
Na koniec mam refleksję, że jeśli serial coś udowadnia, to że bardzo trudno opowiedzieć ciekawie historię miłosną. Żeby nas zaintrygowała musi mieć element tragiczny, bo inaczej – codzienność wspólnego życia wydaje się banalna i pozbawiona tego monotematycznego elementu, którego tak pragniemy. Wydaje się też, że o ile można nas zaszokować okrucieństwem morderstwa o tyle trudno nas przekonać, że ktoś kochał lepiej czy bardziej niż inni. Jeśli miłość jest zbyt intensywna czy zbyt cukierkowa czujemy w tym fałsz albo lekkie zażenowanie. Dlatego opowieści miłosne zwykle sprawdzają się najlepiej wtedy, kiedy mówimy nie o miłości szczęśliwej, ale takiej targanej przeciwnościami losu, która ostatecznie – wymusza na kochankach rozstanie. I dlatego opowiedzieć love story jest najtrudniej. Ale życzę powodzenia – bo w sumie uważam, że nasyciliśmy się już morderstwami i teraz czas zadać sobie pytanie – czy potrafimy opowiedzieć prawdziwie o miłości.
