Home SerialeZbrodnie rodzinne czyli o serialu „Scarpetta”

Zbrodnie rodzinne czyli o serialu „Scarpetta”

autor Zwierz

Nigdy nie ukrywałam, że serial o doktor Kay Scarpetta interesuje mnie głównie dlatego, że bawi mnie nazwisko głównej bohaterki. Ja wiem, że nie można śmiać się z nazwisk, ale to postać fikcyjna więc sobie pozwalam na odrobinę niedorosłości. Nie zmienia to faktu, że na „Scarpettę” od Amazon Prime czaiłam się już od jakiegoś czasu i obejrzałam ją z nieskrywaną przyjemnością. Choć zaznaczyć muszę, że nie jest to serial najbardziej udany. Są jednak takie seriale, których słabe elementy potrafią być bardzo satysfakcjonujące.

 

Od razu zaznaczę, że nie czytałam, żadnej powieści Patricii Cornwell więc nie mogę wam powiedzieć jak adaptacja ma się do książek. Choć mogę zauważyć, że główna bohaterka powinna być włoskiego pochodzenia a gra ją Nicole Kidman co od razu podpowiada, że być może jednak nie jesteśmy w świecie najwierniejszego odtworzenia książkowego materiału. Przejrzałam też pobieżnie informacje jakie znalazłam w Wikipedii o bohaterach serialu i chyba bardzo wiele z oryginału nie pozostało. Daję to zastrzeżenie na początku, bo jeśli czytaliście książki i jesteście ich wielbicielami to odbiór serialu zapewne będzie zupełnie inny.

 

Connie Chornuk/Prime © Amazon Content Services LLC

 

 

Serial rozgrywa się na dwóch planach czasowych. Współcześnie Kay Scarpetta i jej mąż Benton Wesley, właśnie oboje po latach decydują się powrócić do swojej pracy w Wirginii. Ona powraca jako główna lekarka sądowa, zaś jej mąż pracuje dla FBI. Oboje pracowali już razem ponad dwadzieścia lat wcześniej, kiedy Kay właśnie pracowała nad swoją pierwszą sprawą, a Benton został jej przydzielony jako współpracujący z nią profiler. Współcześnie, oboje prowadzą zamożne życie, w olbrzymiej rodzinnej posiadłości Bentona, gdzie chwilowo przebywa jej siostra oraz jej mąż – Pete Marino, który wraz z Kay i Bentonem dwadzieścia lat wcześniej pracował nad przełomową sprawą. Cała rodzina mieszka w jednym miejscu nie tylko ze względu na remont w domu siostry, ale też dlatego, że Lucy – ukochana siostrzenica naszej bohaterki, przeżywa właśnie żałobę po stracie żony. Innymi słowy – nagle cała rodzina mieszka razem, a do tego – w mieście pojawił się morderca, który przypomina tego, który dwadzieścia lat wcześniej został złapany przez Kay. Serial pokazuje nam równolegle – wydarzenia z lat dziewięćdziesiątych i te współczesne.

 

Sama warstwa kryminalna nie jest w tym serialu najciekawsza. Sporo tu wątków, które przez większość serialu się otwierają, tylko po to by potem dostać dość szybkie i nie zawsze bardzo logiczne zakończenie. Niestety, moja słabość do typowania morderców nie na podstawie fabuły, ale na podstawie obserwowania tego jak serial jest nakręcony podpowiedziała mi mordercę po pierwszym odcinku. Ale jeśli nie próbujecie bardzo zobaczyć kto mógł zabić, to pewnie będzie to dla was pewne zaskoczenie. Dwa plany czasowe bardzo mi się podobają, przy czym bez porównania bardziej wolę sceny rozgrywające się w latach dziewięćdziesiątych – być może dlatego, że bohaterowie są tam nieco bardziej sympatyczni. Ich starsze – współczesne wydania wydają się co najmniej niesympatyczne, żeby nie powiedzieć odpychające. Co ma swój plus, bo oczywiście zastanawiamy się – co wydarzyło się przez te trzydzieści lat i ile skrywanych tajemnic wpłynęło na ich współczesne postawy.

 

 

 

Jednocześnie nie da się tego serialu oglądać tylko jako produkcję kryminalną. Bo równie ważne są tu rodzinne dramy, które zajmują sporo miejsca. Jak rozumiem, twórcy chcieli pewnie – idąc tropem włoskiego pochodzenia bohaterki pokazać taką stereotypową południową rodzinę, gdzie ludzie się bardzo kochają i bardzo kłócą. Co niekoniecznie wychodzi, jeśli główne role sióstr Scarpetta grają Nicole Kidman i Jamie Lee Curtis, z których żadna nie jest w najmniejszym stopniu włoszką. Ale jednocześnie – kurczę, polubiłam ten telenowelowy wymiar historii. Korzystam z tego przymiotnika świadomie, bo nie chodzi mi o problem z wątkami obyczajowymi, tylko o to, że są one rozkosznie przesadzone. Ukochana siostrzenica, nie tyle przeżywa żałobę, co rozmawia z AI awatarem swojej zmarłej żony (nasza bohaterka jest komputerowym geniuszem, a poza tym nie zadawajcie za wiele pytań, to w sumie całkiem niezły zabieg scenariuszowy), sióstr kłócą się o wszystko, mąż jednej z nich jest ewidentnie socjopatą, a drugiej kocha się w Kay od zawsze i nie umie panować nad gniewem. Wszystko razem jest przesadzone, ale jednocześnie… dziwnie satysfakcjonujące. W świecie seriali, które traktują się śmiertelnie poważnie – ten mam wrażenie, wygrywa tymi elementami, które balansują na granicy absurdu. Jednocześnie miło jest zobaczyć w końcu jakichś detektywów czy śledczych, którzy muszą ze swoją rodziną rozmawiać a nie tylko ponuro milczą.

 

Być może serial by mnie tak nie wciągnął, gdyby nie genialne dobranie młodszej obsady do starszej. Rosy McEwen jest genialną młodą Scarpettą i gdy światło odpowiednio pada rzeczywiście jesteśmy w stanie uwierzyć, że tak mogła wyglądać Nicole Kidman trzy dekady temu. Inna sprawa, że w przypadku tego serialu ten powściągliwy sposób gry Kidman idealnie zgrywa się z przemianami jej bohaterki, która jak rozumiemy z roku na rok traci coraz więcej swoich ludzkich cech.  Zaskoczył mnie Hunter Parrish, aktor, który na zdjęciach nie jest podobny do Simona Bakera, ale w tym serialu jest coś co ich obu łączy. Mam wrażenie, że udało się jakoś wyciągnąć to, że Baker, choć jest bardzo przystojny ma w twarzy coś co jakby sugerowało okrucieństwo czy brak prawdziwych uczuć (grał to też w „Mentaliście”). W serialu Parrish też ma taką urodę, która nie ma w sobie ciepła. Obaj są świetni i nie ma wątpliwości, że coś z tym bohaterem jest nie tak. Nawet wtedy, kiedy jest dla naszej bohaterki największym wsparciem.

 

Connie Chornuk/Prime
© Amazon Content Services LLC

 

Na koniec – zachwyciła mnie młodsza obsada w przypadku Bobby’ego Cannavale, bo miałam poczucie, że znaleźli aktora nie tylko niewyobrażalnie podobnego ale też mającego niemal identyczny głos i gesty. Potem dopiero sprawdziłam, że po prostu w tej roli obsadzono jego syna Jacoba. No to jest ten przykład nepo- castingu, który wspieram.

Jedyna osoba, która zupełnie nie przypomina siebie w obu wersjach czasowych to siostra Kay, którą współcześnie gra Jamie Lee Curtis. Ale mam wrażenie, że to w sumie jest uzasadnione, bo jak się ma tak charakterystyczną aktorkę, to trochę nie ma sensu szukać kogoś bardzo podobnego. Inna sprawa, że możemy zakładać, że akurat ta postać miała po drodze kilka zabiegów medycyny estetycznej. Przy czym przez dwa pierwsze odcinki postać siostry Kay niesamowicie mnie denerwowała a potem zdałam sobie sprawę, że to irytująca ale paradoksalnie, być może najbardziej racjonalna osoba, z całej tej skomplikowanej emocjonalnie ferajny.

 

A skoro o dwóch planach czasowych mówimy, to muszę podkreślić, że bardzo mi się podobało, jak wątek z lat dziewięćdziesiątych eksplorował to jak inaczej myśleli wtedy bohaterowie. Jest wątek gwałtu gdzie policjant zastanawia się czy zgwałcona kobieta nie ubierała się prowokacyjnie, jest sporo takich momentów, kiedy staje się dla nas jasne – że to nie są ludzie myślący współcześnie. I muszę przyznać, że bardzo to cenię – umiejętność pokazania nam, że jednak nawet postaci, które możemy z czasem polubić, niekoniecznie byłby lepsze od czasów w jakich żyły. Mam wrażenie, że wiele seriali bardzo się tego boi – co kończy się tym, że musimy wybielić przeszłość, żeby móc przekonywać samych siebie, że wtedy tylko bardzo źli ludzie myśleli w sposób, który dziś odrzucamy. Przy czym to nie jest wątek bardzo na pierwszym planie, ale i tak cieszy mnie, że to nie jest kolejna produkcja, w której przeszłość zostaje sprowadzona do dekoracji i gadżetów. Lubię, kiedy odbija się też w myśleniu, nawet jeśli jest ono niekomfortowe.

 

Connie Chornuk/Prime
© Amazon Content Services LLC

 

Wiemy, że serial będzie miał drugi sezon. Właściwie to musi mieć drugi sezon, bo wiele wątków jeszcze się nie do końca domknęło. Na całe szczęście Amazon zamówił dwa na raz więc trzymam kciuki za możliwie najkrótsze wyczekiwanie. Bo choć „Scarpetta” na pewno nie trafia do panteonu produkcji wybitnych, to jednak – poświęca swoim bohaterom na tyle dużo czasu, że jestem ciekawa jak dalej potoczą się ich losy – nawet jeśli niekoniecznie interesuje mnie każdy aspekt historii detektywistycznej. Co potwierdza, zasadę, która moim zdaniem rządzi satysfakcjonującym serialem – ważniejsze od opowieści są w serialu postaci. Nawet wtedy, jeśli jak w przypadku tego serialu – niekoniecznie są bardzo miłe i bardzo moralne. Nawet paskudni ludzie, jeśli są dobrze napisani i zagrani potrafią być naprawdę przyjemni w oglądaniu. Tylko nie oczekujcie, że to będzie miało bardzo wiele sensu. Ale jeśli czegoś nas nauczyła telewizja, to że pomiędzy sensownym serialem a serialem, który się dobrze ogląda niekoniecznie jest znak równości.

 

PS: W sumie powiem wam szczerze, że bardzo bym chciała już dostać drugi sezon, bo jestem ciekawa co dalej, a to mi się jednak coraz rzadziej zdarza w przypadku produkcji kryminalnych.

Powiązane wpisy