Home SerialeCierpienia młodych detektywów czyli o serialu „Młody Sherlock”

Cierpienia młodych detektywów czyli o serialu „Młody Sherlock”

autor Zwierz

Jak trwoga to do Holmesa. Tak chciałoby się powiedzieć patrząc jak często sięga się po bohatera Conan Doyle’a z przekonaniem, że niezależnie od tego co się opowie, znajdzie się grupa widzów, która na hasło „Sherlock” zasiądzie przed telewizorami. Z ręką na sercu nie pamiętam czasów, kiedy jakaś stacja czy platforma nie majstrowała z większym lub mniejszym powodzeniem przy bohaterach opowieści o detektywie konsultancie. Nie dziwi więc, że Prime Video postanowiło nam zafundować „Młodego Sherlocka” – zwłaszcza, że zwerbowali do tego Guy’a Ritchie, którego filmowa wersja przygód Holmesa cieszyła się swego czasu dużą popularnością.

 

„Młody Sherlock” zaczyna się na Oxfordzie, gdzie Mycroft Holmes umieszcza swojego młodszego brata w nadziei, że to go uspokoi. Trzeba tu zaznaczyć, że Holmes nie zostaje studentem, ale chłopcem na posyłki. Oczywiście – nikogo nie zaskoczy, że Sherlock wcale nie ma zamiaru się uspokoić, co więcej – poznaje inteligentnego studenta, który zachęca go do przygód. Jak się ów genialny student nazywa?” James Moriarty. Jeśli ktoś myśli, że na tym skończy się przywoływanie nazwisk i postaci znanych z powieści Doyle’a to się zawiedzie. Bo kto jest młodym i ambitnym policjantem, którego wzywają na miejsce wszystkich niespodziewanych zdarzeń? Oczywiście Lestrade, który jeszcze nie jest komisarzem.

 

Daniel Smith/Prime © Amazon Content Services LLC

 

Sama fabuła wiąże zaś różne wątki, bo mamy tu historię chińskiej księżniczki, która odwiedza Oxford, ambicje najbogatszego człowieka w Wielkiej Brytanii, tajemnicze zgodny naukowców i prywatne problemy rodziny Holmesów, którą wiele lat wcześniej dotknęła olbrzymia tragedia. Wszystkie te przygody mają zaś przemienić wybitnie inteligentnego i obdarzonego fotograficzną pamięcią młodego Sherlocka, w tego bohatera, którego znamy z jego najsławniejszych przygód. Bo na tym etapie swojej życiowej drogi Sherlock nie jest jeszcze szczególnie pewny siebie, nie umie się bić, nie wie jak poradzić sobie w towarzystwie i sam fakt, że z kimkolwiek się zaprzyjaźnił jego rodzina postrzega jako cud. Pomysł by Sherlock był nieopierzonym młodzikiem, który niekoniecznie wie, jak wykorzystać swoje umiejętności całkiem mi się podoba. Przez cały serial widzimy jak inni bohaterowie rzucają jego najsławniejszymi powiedzonkami, co sugeruje, że nasz bohater nie tyle sam doszedł do pewnych wniosków i postaw co skopiował zachowanie osób wokół siebie. Także niepewność Sherlocka ma swoje plusy – zwłaszcza, że nie jest jeszcze postacią arogancką czy szczególnie przekonaną o swojej wyjątkowości. Fabuła obsadza go raczej w roli tego zdolnego dziecka, któremu zajęta żałobą rodzina nie poświęciła wystarczająco dużo czasu.  Ojciec zniknął, matka trafiła do szpitala psychiatrycznego a Mycroft już naprawdę nie wie jak ma brata zdyscyplinować.

Daniel Smith/Prime © Amazon Content Services LLC

Wszystko to układa się w przyjemną narrację (choć nie należy w niej szukać zbyt wielu historycznych seansów), serial łatwy do oglądania, zwłaszcza, kiedy wchodzimy w charakterystyczny dla Ritchiego kalejdoskop dowcipów, pościgów, scen akcji i kumpelskich przygód. Jest jednak jeden problem. Tym problemem jest obsada. W roli Sherlocka pojawia się Hero Fiennes Tiffin. Aktor, którego możecie kojarzyć głównie z serii „After”. Z kolei Morirarty’ego gra Donal Finn, którego możecie kojarzyć chociażby z „Koła czasu” albo z „Hadestown”. Gdzie problem? Otóż Fiennes Tiffin ma zerową charyzmę. Więcej – jest po prostu kwadratowy. W niektórych scenach może to całkiem nieźle wypadać, ale jak na główną rolę w serialu – to jest w nim najmniej ciekawą osobą. Co jest problemem, gdy mówimy o roli Sherlocka Holmesa. Z kolei Donal Finn jest chodzącą charyzmą i urokiem. Każda jego scena jest ciekawsza niż scena Sherlocka. O ile potrzeba trochę wysiłku i zawieszenia niewiary by uwierzyć, że Hero Fiennes Tiffin jest geniuszem, o tyle Finn gra tak, że można przysiąc, że w istocie jest geniuszem. To zestawienie jest na ekranie porażające, co sprawia, że wszystkie uwagi dotyczące geniuszu Sherlocka i jego wyjątkowości, zupełnie do człowieka nie trafiają. Kto by się zachwycił takim Sherlockiem, kiedy obok niego stoi TAKI Moriarty. I uważam, że to nie jest tylko kwestia pomysłu scenarzystów, ale autentycznego błędu obsadowego. A właściwie – przekonania, że znane nazwisko w głównej roli jest ważniejsze niż to czy aktor do danego występu się nadaje. Bo moim zdaniem – ta rola po prostu do pozbawionego większej charyzmy Tiffina nie pasuje. Sherlock powinien być najciekawszą postacią w serialu o Sherlocku a zdecydowanie nie jest. Jednocześnie sam wątek przyjaźni Sherlocka i Moriarty’ego to najlepsze co się temu serialowi przydarzyło. Wszyscy wiedzą, że Sherlock musi mieć swojego „Watsona”. Tu Watsonem jest Moriarty, ale prawda jest taka, że w większości scen dynamika układa się tak, że to Sherlock sprawia wrażenie tego mniej ogarniętego. I choć podejrzewam, że to była po części intencja scenarzystów, to jednak – poszło to za daleko.

 

Muszę tu zaznaczyć, że nie uważam by obowiązkiem scenarzystów było pisanie Sherlocka jako samolubnego dupka czy człowieka pozbawionego uczuć. Wręcz przeciwnie – uważam, że taka interpretacja postaci nie pasuje do naszego współczesnego podejścia do tego co w Sherlocku może być ciekawe. Ale nawet jeśli chcemy napisać bohatera młodszego, emocjonalnego czy niepewnego to musi on być JAKIŚ. Tymczasem w tym serialu miałam wrażenie, że Sherlock jest po prostu postacią nijaką, niekoniecznie spójną i dopracowaną. I to jest trochę wina aktora, a trochę scenarzystów, którzy chyba nie są w stanie wymyślić – jak połączyć wyjątkowość swojego bohatera z tym, że w sumie jeszcze nic nie umie. Oglądając serial miałam wrażenie jakby bali się nadać Sherlockowi jakiejkolwiek jednoznacznej cechy, jakby zaraz mieli zmienić zdanie kim jest. No i może lepszy aktor by to poniósł ale niestety, tu po prostu brakuje tej iskry.

Oczywiście – są w tej produkcji elementy, poza obsadowe, które mnie denerwują. Bez zdradzania zbyt wiele – jeden z największych plot twistów produkcji jest bardzo grubymi nićmi szyty. Nie chcę spoilerować ale jeśli na chwilę przysiądziemy i zastanowimy się głębiej nad niektórymi decyzjami bohaterów, to w sumie – nie mają większego sensu. Ale też produkcja nie skłania nas do głębszych refleksji nad sensem, bo co chwilę skaczemy do nowych przygód i wątków. Co ma swój plus, bo serial nie nudzi, jest w nim całkiem przyjemny duch przygody – choć niekoniecznie bardzo spod znaku Sherlocka Holmesa. Znaczy jak ktoś spodziewa się takich detektywistycznych śledztw, to szybko przechodzimy od dedukcji do korzystania z faktu, że Sherlock jest po prostu w stanie zapamiętać wszystko co widział. I niczego nigdy nie zapomina. Niezwykle przydatne narzędzie narracyjne dla scenarzystów, bo wiele problemów można rozwiązać na zasadzie „I wtedy Sherlock sobie przypomniał”. Zresztą produkcja wyraźnie rozpada się na pół – pierwsze odcinki w Oxfordzie mają taki nieco bardziej detektywistyczny ton a kolejne, które prowadzą nas do Paryża czy Konstantynopola to już czysta przygodowa opowieść.

 

Daniel Smith/Prime © Amazon Content Services LLC

 

 

Nikogo chyba nie zdziwi, że zakończenie serialu otwiera go na kolejny sezon. Patrząc na dobre wyniki oglądalności (serial utrzymuje się wśród najchętniej oglądanych na platformie) może chyba liczyć na koleją odsłonę. Przy czym, jeśli oczekujecie, że ta produkcja sprawi, że dostaniemy nowego, ciekawego Sherlocka, który dołączy do panteonu najwybitniejszych interpretacji tej postaci, to mam wątpliwości. To jest trochę taki serial, który korzysta z tych imion, nazwisk i powiedzonek, głównie po to by przyciągnąć widzów. Stary dobry sposób. Wciąż – nie ogląda się tego źle, zwłaszcza, że widać, włożone w produkcję pieniądze. Pewnie drugi sezon też chętnie obejrzę, cały czas zastanawiając się nad decyzjami castingowymi producentów. A i jeszcze jedna ważna uwaga – wielu widzów zastanawiało się czy „Młody Sherlock” jest prequelem filmów z Robertem Downey’em Jr. Otóż nie – twórcy zapewniają, że to zupełnie nowa opowieść, więc nie wszystko się musi pokrywać z późniejszą wersją filmową. Choć – mimo zapewnień – widać, że niektóre pomysły na to jak taką historię opowiedzieć nie za bardzo się zmieniły. A nam pozostaje czekać – albo do następnego sezonu albo do następnego Sherlocka.

 

PS: Jedna scena w serialu mi się naprawdę spodobała – otóż jest scena, w której Sherlock skonfrontowany z uczuciami romantycznym dostaje pytanie „Jak się z tym czujesz” i jego konfuzja przypomina mi bardzo konfuzję osób, które znam dla których introspekcja we własne stany emocjonalne jest z wielu powodów trudna. To jest taka scena, która mnie do tego Sherlocka trochę bardziej przekonała, choć jest to jeszcze za mało bym poczuła, że mam przed sobą w pełni przemyślaną postać.

Powiązane wpisy