Co tworzy dobrą ceremonię Oscarową? Dowcipne komentarze prowadzącego? Wzruszenia aktorów i aktorek? Zaskoczenia i niespodziewane wyniki? Skandale i dawanie sobie po mordzie? Momenty artystyczne czy może deklaracje polityczne? Jeśli spodziewacie się, że istnieje jakakolwiek prosa odpowiedź na pytanie – czy warto w danym roku zarywać noc, to niestety – nie mam dla was żadnej prostej i jednoznacznej odpowiedzi. Także dlatego, że wszystko sprowadza się ostatecznie do osobistych preferencji i emocji. I tak dziewięćdziesiąta ósma ceremonia rozdania nagród Akademii była moim zdaniem zdecydowanie warta nieprzespanej nocy, choć pewnie po zakończonej ceremonii niejedna osoba zastanawia się czy „to nie mogł być email”.
W zeszłym roku polityczne niezdecydowanie Akademii było zaskakujące i wręcz porażające – nie tylko zwycięzcy nabrali wody w usta, ale też sam prowadzący nie wydawał się zainteresowany komentowaniem politycznej rzeczywistości. Na początku drugiej kadencji Trumpa Hollywood chyba było bardziej skoncentrowane na badaniu jakie te nowe Stany będą niż na refleksji nad tym jakie są. Poza tym przez Los Angeles przeszły wtedy niszczące pożary co było tragedią lokalną i chyba ważniejszą niż refleksja nad stanem narodu i świata. Plus mam wrażenie jakby Conan O’Brien był w zeszłym roku autentycznie zestresowany prowadzeniem Oscarów i brakowało jego charakterystycznej złośliwości.

Conan O’Brien hosts the 98th Oscars® at the Dolby® Theatre at Ovation Hollywood on Sunday, March 15, 2026.
Ale to zeszły rok – w tym zdecydowanie otrząśniętą się z letargu. Choć nazwisko Trumpa nie padło (co jak wiemy skupionego na sobie prezydenta też denerwuje) to aluzji do sytuacji w kraju było sporo. Nawiązania do sytuacji ekonomicznej, listy Epsteina, słabość Trumpa do dodawania swojego nazwiska do wszystkiego co istnieje, przejmowania mediów czy skandalu o Super Bowl – to można było wyciągnąć z monologów i dowcipów wieczoru. Jednocześnie obok krytyki samego Trumpa dostało się szefowi Netflixa, Amazonowi i wszystkim genialnym wynalazkom i przemianom, które z kina próbują zrobić produkt mający mało wspólnego z ludzką artystyczną działalnością. Zwłaszcza prztyczki pod adresem właścicieli streamingów pokazują, że ten wielki romans ze wspaniałą nową technologią, która rzucała w twórców pieniędzmi przeszedł od etapu motylków w brzuchu do etapu starych skarpetek na podłodze. Jedyne o czym milczano tego wieczora to potencjalny zakup Warnera przez Paramount – wyraźnie nie chcąc drażnić patykiem niedźwiedzia.
Jeśli chodzi o same filmowe rozstrzygnięcia, to rozłożyły się one w tym roku na kilka tytułów, co sprawiło, że rekordowa ilość nominacji nie zamieniła się dla żadnego tytułu w rekordową ilość statuetek. I myślę, że warto tu podkreślić, że właściwie było to do przewidzenia – w tym roku była wyjątkowo spójna lista nominowanych (niewiele filmów – wiele nominacji) ale też lista bardzo wyrównana. Co oznaczało, że właściwie już przed początkiem gali można było powiedzieć, że nie będzie to raczej wieczór, gdzie jeden tytuł weźmie wszystko a drugi nic. A jednocześnie – mamy sytuację, gdzie cztery nagrody aktorskie trafiły do czterech różnych filmów – bardzo sprawiedliwie nagradzając bardzo różnorodne występy.

Rei Ami, EJAE, and Audrey Nuna perform „Golden” onstage during the 98th Oscars® at the Dolby® Theatre at Ovation Hollywood on Sunday, March 15, 2026.
Decyzje Akademii w tym roku były tak po nauczycielsku sprawiedliwe. Kto oddał najładniejszą pracę domową? Oczywiście del Toro z „Frankensteinem”, który zgarnął nagrodę za dekoracje, charakteryzacje i kostiumy. Kto zasłużył na mocną piątkę? „Grzesznicy” z nagrodami za najlepszy scenariusz oryginalny, zdjęcia, muzykę i wyróżnieniem dla aktora pierwszoplanowego. Kto okazał się prymusem? Paul Thomas Anderson z nagrodą za najlepszą reżyserię, scenariusz, rolę drugoplanową męską, casting, montaż i ostatecznie za najlepszy film. Rozdanie bardzo sprawiedliwie, nie uznające tak naprawdę dominacji żadnego tytułu. Rzecz rzadka, ale też w pewien sposób satysfakcjonująca. Nie da się bowiem ukryć, że nawet po całej nieznośnie długiej kampanii Oscarowej wielu komentatorów nie umiałoby wskazać, który film był rzeczywiście najlepszy i powinien zgarnąć wszystkie nagrody. Inna sprawa, jeśli mówić o przegranych to nie są to z pewnością „Grzesznicy” – raczej „Wielki Marty”, w którego promocję A24 włożyło wszystko co miało i ostatecznie nie wyjęło żadnego Oscara. I nie znaczy to, że film jest niedobry, ale przyznam – kampania promocyjna oparta o zachęcanie aktora by był równie nieznośny jak bohater swojego filmu nie jest chyba najlepszym pomysłem.
No właśnie – Timothee Chalamet nie dostał Oscara. Wiem, że przeczytacie wiele głosów, że to wszystko dlatego, że nie lubi opery i baletu, ale jego uwaga pojawiła się na samej końcówce głosowania. Mam wrażenie, że po prostu zdarzyło się to co dzieje się niezwykle często, im bardziej aktor deklaruje, że ma ochotę na Oscara tym mniejszą ma szansę by go dostać. Zresztą Michael B. Jordan naprawdę na swoją statuetkę zasłużył, bo uważam, że jego podwójna rola w „Grzesznikach” wymagała sporego aktorskiego kunsztu i moim zdaniem była jednak bardziej wymagająca. Inna sprawa, że kategorie aktorskie były w tym roku naprawdę mocno obsadzone i np. gdyby ktoś poszedł go głowy i nagrodził Wagnera Mourę to nikomu nie stałaby się krzywda. Natomiast martwi mnie, że Chalamet może wpaść w coś co nazywam „spiralą DiCaprio” i spędzić kolejne dziesięć lat grając tak by zapewnić sobie nagrodę.

Michael B. Jordan accepts the Oscar® for Actor in a Leading Role during the live ABC Telecast of the 98th Oscars® at the Dolby® Theatre at Ovation Hollywood on Sunday, March 15, 2026.
No dobrze, ale nie samym Chalametem człowiek żyje. W nagrodach aktorskich czekały nas inne miłe rzeczy. Amy Madingan wygrała za „Zniknięcia” co cieszy bardzo, bo po pierwsze – zawsze jestem zdania, że dobrze nagradzać aktorki, którym pozwala się być w filmach brzydkimi, nieprzyjemnymi i dziwnymi – ostatecznie, ile można grać córki, matki i porzucone kochanki. A po drugie – wreszcie Akademia nadgoniła coś co wiemy od dawna, że we współczesnym horrorze jest mnóstwo znakomitych ról – zwłaszcza dla aktorek i od dobrych paru lat zdecydowanie zasługują na dostrzeżenie i docenienie. Akademia nie przepada za horrorami, ale ten gatunek naprawdę daje wielu aktorkom szanse na fenomenalne role.
Nagrodę za rolę drugoplanową dostał Sean Penn i nie jest to wielkie zaskoczenie, bo jego rola w „Jedna bitwa po drugiej” jest moim zdaniem wybitna. Penna na Oscarach nie było – wybrał ten moment by pojechać do Ukrainy (relacja Penna z Ukrainą jest głęboka, przypomnę, że wybuch pełnoskalowej wojny zastał go w Kijowie). Na koniec – najmniejsze zaskoczenie sezonu, bo nagrodę dla najlepszej aktorki odebrała Jesse Buckley (najwyraźniej niechęć do kotów nie zaszkodziła). Nie jestem wielką fanką jej roli w „Hamnecie” (dla mnie lepszy obraz macierzyństwa dała w tym roku Rose Byrne) ale to nie znaczy, że nie jest ona mnie w stanie zmiękczyć swoim urokiem. Plus to rzeczywiście nie jest osoba z elit, żadne nepo baby, żadne kolejne pokolenie co też ma znaczenie – nawet nie tylko dla nas widzów, ale też dla samego środowiska, które musi się otworzyć na to, że ludzie utalentowani są naprawdę wszędzie i trzeba ich do robienia filmów dopuszczać.

Jessie Buckley accepts the Oscar® for Actress in a Leading Role during the 98th Oscars® at the Dolby® Theatre at Ovation Hollywood on Sunday, March 15, 2026.
Z momentów najbardziej wzruszających jeden wybija się na mnie ponad wszystkimi – po dziewięćdziesięciu ośmiu latach nagrodę za najlepsze zdjęcia dostała operatorka Autumn Durald Arkapaw za zdjęcia do „Grzeszników”. To jest ten moment, kiedy z jednej strony rozpiera cię radość i duma a z drugiej orientujesz się, że jest 2026 rok i w świecie teoretycznie tak otwartym i liberalnym jak środowiska artystyczne wciąż są rzeczy, które kobieta może zrobić „po raz pierwszy”. Nie zmienia to faktu, że proponuję wszystkim przekonanym, że „tak musi być” zastanowić się co sprawia, że akurat operatorki nie są nagradzane albo dostrzegane. Bo nie ma obecnie nic związanego z płcią co mówiłoby, że to mężczyźni mają robić zdjęcia.
Z momentów, które osobiście mnie sfrustrowały była wygrana dokumentu „Pani nikt kontra Putin” bo po pierwsze – mam wiele wątpliwości co do tego jak ten film został zrealizowany (zwłaszcza wobec wykorzystania uczniów jako rozmówców, bohaterów – a potem wywiezienia tego materiału w świat bez ich wiedzy – mam poczucie jakiegoś nadużycia). Po drugie – to jest niesamowite jak zachód upiera się przy tej narracji, że Rosjanie dobrzy ludzie tylko władzę mają paskudną i w ogóle to pranie mózgu i tyle. I powiedziałabym hmm… gdyby to było takie proste, to byśmy tu na wschodzie Europy nie mieli od kilkuset lat problemów z naszym sąsiadem. Inna sprawa – to po prostu nie był najlepszy film dokumentalny stawki. Nie lubię pisać o tym filmie, bo mam wrażanie, że ilekroć zgłaszam wątpliwości to zalewa mnie potok głosów, że przecież dzięki temu dowiadujemy się czegoś o mechanizmach działania rosyjskiej propagandy. Nie wiem, mam wrażenie, że nam Polakom nic ten film nowego o rosji nie mówi. No ale kolejny rok i po raz kolejny Akademia nie może się obyć bez Rosjan na scenie. Do przemyślenia w kategoriach, miękkiej siły wielkiego imperium.

Ryan Coogler accepts the Oscar® for Original Screenplay during the 98th Oscars® at the Dolby® Theatre at Ovation Hollywood on Sunday, March 15, 2026.
Podobnie nieco sfrustrowała mnie nagroda za najlepszy film międzynarodowy. I to nie dlatego, że „Wartość sentymentalna” jest słabym filmem. Bo nie jest. To bardzo dobry, bardzo porządny europejski film. Skandynawskie kino przywodzące na myśl rodzinne dramaty Bergmana. Kawał kinematografii. Ale jest to też jedyny film z tej międzynarodowej stawki, który odbija się od kwestii politycznych. Podczas pozostałe cztery filmy w zestawieniu bardzo starały się coś powiedzieć o tym chaosie świata wokół nas, Norweska produkcja zabierała nas do wnętrza artystycznej i dysfunkcyjnej rodziny. Choć nie zasmucił mnie ten wyrok jakoś głęboko (ponownie wygrał doskonały film), to pomyślałam sobie – jakiż to przywilej Norwegów móc opowiedzieć sobie historię, w której kluczowe polityczne wydarzenie to II wojna światowa. To jest jednak ten spokój, którego nawet my w Polsce nie odczuwamy.
Odchodząc od spraw frustrujących – większość nagród tego wieczora rozeszła się jeśli nie po mojej myśli to do twórców czy filmów, które rozumiem dlaczego nagrodzono. Wciąż bawi mnie, że Oscara za muzykę, która brzmi jak kwintesencja bluesa z delty Missisipi dostał Szwed. Najwyraźniej ma rację Ryan Coogler, że muzyka nas łączy tak bardzo, że możemy do siebie mówić przez czasy i kultury. Cieszy oczywiście POLSKI Oscar, czyli nagroda dla filmu „Dziewczyna, która płakała perłami” zrealizowana min. przez Maćka Szczerbowskiego. I pomińmy fakt, że ze sceny podziękował Kanadzie (gdzie mieszka i pracuje). Najważniejsze, że nasz! Polska górą i takie tam. Ale zupełnie szczerze – to jednak to łapanie wątków polskich co roku prowadzi do refleksji, że bez nas nie ma tej imprezy – gdzie nie poskrobiesz tam Polak.
No i najważniejsze na koniec. Kibicowałam „Grzesznikom” ale muszę przyznać z ręką na sercu – fakt, że Paul Thomas Anderson, nie miał dotychczas żadnego Oscara jest skandalem. Bo to jeden z najważniejszych, najbardziej kreatywnych i przesuwających wciąż granice reżyserów w Hollywood. Tego wieczora zgarnął trzy statuetki i Akademia trochę nadrobiła swoje dotychczasowe niedopatrzenia (miał wcześniej kilkanaście nominacji). Jednocześnie nie stało się to co z Martinem Scorsese, który dostał nagrodę za jeden ze swoich słabszych filmów. Choć „Jedna bitwa po drugiej” nie jest najlepszym filmem Andersona, to nie jest też bardzo słaba. Także – nawet jeśli nie kibicowałam tej produkcji, to cieszy mnie, że Akademia w końcu nadrobiła swoje wielkie nieodpatrzenie. To był jednak wstyd że PTA nie miał Oscara. Teraz ma trzy i wszystko jest dobrze.

Paul Thomas Anderson, Sarah Murphy, Anthony Carlino, Will Weiske, Andy Jurgensen, Teyana Taylor, Michael Bauman, Cassandra Kulukundis, Regina Hall, Shayna McHale aka Junglepussy, Leonardo DiCaprio, Chase Infiniti and Benicio del Toro accept the Oscar® for Best Picture during the 98th Oscars® at the Dolby® Theatre at Ovation Hollywood on Sunday, March 15, 2026.
Dość długa gala (skończyła się koło czwartej) sprawiła, że przed moim maratonem rozmów i wywiadów, nie miałam czasu zasnąć, ale nie byłam śpiąca. Niosła mnie radość zwycięzców, dywagacje nad powodem przegranych, poczucie, że była to miła rozrywka i całkiem porządna filmowa rywalizacja. W 2026 roku nie żałuję, że nie spałam tylko Oscary oglądałam, co jest recenzją chyba najlepszą biorąc pod uwagę, że im bardziej zbliżają się moje czterdzieste urodziny tym bardziej myślę, że sen jest jakimś rozwiązaniem.
