Home OgólnieWspółczesne łzy czyli „Hamnet”

Współczesne łzy czyli „Hamnet”

autor Zwierz

O żonie Szekspira wiemy niewiele. Trudno byśmy wiedzieli o niej dużo, biorąc pod uwagę, że i sama biografia Szekspira nastręcza nam problemów. Tam, gdzie w historii pojawiają się luki, tam zawsze pojawia się pokusa by je wypełnić. Ostatecznie – czyż nie jest ciekawym spojrzeć na życie słynnego dramaturga nie przez pryzmat tylko jego sztuki, ale i życia rodzinnego. Nie jest to pomysł nowy, mieliśmy już kilka takich produkcji i powieści, ale „Hamnet” obiecuje wejście głębsze i bardziej emocjonalne. Takie, które rzuca nowe światło na twórczość Szekspira, a jednocześnie – pozwala nam zanurzyć się w świat emocjonalności tak bliskiej nam współczesnym.

 

W największym skrócie – „Hamnet” to historia rodzinna, gdzie najpierw poznajemy Willa i jego ukochaną a potem żonę Anges a potem ich dalsze życie. Tu pojawia się pytanie, dlaczego Agnes a nie Anne. To dobry przykład jak najpierw autorka książki a potem reżyserka, kształtują narrację wokół historycznych faktów. Skoro w testamencie swojego ojca Anne została nazwana Agnes, to zamiast uznać pomyłkę czy błąd ciekawiej jest założyć, że to właśnie było jej prawdziwe imię, nie zaś to powszechnie znane. To pozwala stworzyć poczucie, że oto odkrywamy przeszłość, wyciągamy na światło dzienne nieznaną narrację. Agnes i Will są małżeństwem kochającym, z szybko powiększającą się rodziną. Will nie mogący sobie poradzić z rzeczywistością życia w niewielkiej miejscowości, wyjeżdża do Londynu, ale gdy powraca rodzina wita go ciepło. Oczywiście wcześniej czy później ten stabilny układ naruszy najpierw zaraza a potem żałoba.

 

 

Tym co w „Hamnecie” jest dla mnie najbardziej intrygujące, to podejście do postaci historycznych. Nie chodzi o faktografię. Zdaję sobie sprawę, że mamy tu opowieść alegoryczną. Ale wciąż – intrygujące jest jak niewiele miejsca zostawiamy bohaterom przeszłości na bycie sobą. Jak współczesna wrażliwość wyznacza im bardzo wąskie ramy w jakich mogą dla nas funkcjonować. Agnes jako kobieta, która intryguje sobą samego Szekspira, nie może być po prostu typową przedstawicielką swoich czasów. Musi być „inna niż wszystkie dziewczyny” – związana z naturą, z rozwianymi włosami, zanurzona w starych wierzeniach i zielarstwie. Ma być kobietą z przeszłości, ale ma być od tej przeszłości lepsza – wrażliwsza, mądrzejsza, ciekawsza.  Zresztą to element łączący wszystkich bohaterów – nie pozwalamy im być przedstawicielami swoich czasów. Mają kochać, cierpieć, pragnąć i przeżywać żałobę tak jak my. A przecież wiemy, że chodź ludzie czuli emocje od zawsze to czuli je inaczej. Jednym z najbardziej intrygujących elementów badań historycznych jest próba odpowiedzenia sobie na pytanie – jak to jest, że ludzie w różnych epokach byli do siebie tak podobni i tak różni od siebie. Historia to obca planeta zamieszkała niekiedy niemalże przez kosmitów Zresztą – geniusz sztuk Szekspira właśnie na tym się zasadza – to historie, które z jednej strony są zupełnie nie dzisiejsze, ale odbija się w nich niczym świecący kamień na dnie mulistej rzeki to co zawsze nas łączyło jako ludzi. Zatarcie tych różnic między nami a przeszłością, paradoksalnie obniża rangę wyjątkowości Szekspira.

Właśnie to uproszczenie emocjonalne ludzkich przeżyć, tworzy chyba największą barierę między mną a tym filmem. Czy Szekspir i jego żona przeżywali śmierć swojego dziecka? Pewnie tak, wiemy, że ludzie przeżywali większe i mniejsze żałoby w przeszłości. Czy robili to tak jak my obecnie? Wedle tego samego schematu wyparcia, przetworzenia, negocjowania? Niekoniecznie.  W ich świecie te emocje miały inne punkty odniesienia, zwłaszcza śmierć dziecka – była zakorzeniona w zupełnie innym spektrum emocji.  Była to tragedia, ale tragedia innych ludzi i złożona z innych uczuć. Bo też dziecko było w dynamice rodzinnej kimś innym, bo śmierć była czymś innym. Pod pewnymi względami odbijam się od „Hamneta” nie ze względu na jego fabułę czy narrację, ale na zakorzeniony w tym spojrzeniu na przeszłość jakiś współczesny „narcyzm” czy raczej „egotyzm”. Tak bardzo jesteśmy skupieni na tym jak my przeżywamy świat, że chcemy zasiedlić naszymi emocjami naszą historię, całą przeszłość, każdego kto żył. To nie jest wyciąganie nikogo na pierwszy plan, żadne przywoływanie zapomnianych bohaterów przeszłości, to wpisywanie nas tam, gdzie tylko możemy, rugowanie ich jeszcze bardziej, narzucanie im tego jak my czujemy. Bo przecież tylko my czujemy prawdziwie.

 

I jasne, żeby nie było – ludzie zawsze to robili – film nie myli się przecież w refleksji nad nieodmiennym cudem katharsis przez sztukę. Ale jest coś cynicznego w tym wyciąganiu postaci zapomnianych, tylko po to by przepisać je na naszą współczesną wrażliwość. Nie ważne czy Anne czy Agnes – obie są równie zapomniane i równie wykorzystane do tworzenia legendy. I ktoś mógłby powiedzieć – nic przecież się nie stanie, jeśli sobie poopowiadamy obok historii – robiliśmy to Szekspirowi nie raz i jakoś przeżył. I jestem gotowa się z tym zgodzić na jakimś poziomie, a na jakimś poziomie mam pytanie – jeśli nie chcemy przeszłości to po co po nią sięgamy. Historia, którą opowiada „Hamnet” jest w tym kształcie tak współczesna, że nie potrzebuje ani Szekspira, ani Hamleta ani jego żony. Stawiamy te dekoracje, ale zupełnie nie jesteśmy zainteresowani tym by wyjść poza siebie samych.

 

Tu można byłoby zwrócić uwagę, że sam Szekspir zwykł wyciągać postaci z przeszłości i narzucał im język sobie współczesny. Są jednak, przynajmniej moim zdaniem, dwie różnice. Pierwsza to fakt, że w sztukach Szekspira nie dostajemy postaci nieznanych, drugoplanowych. Nie ma sugestii, że dotyka się czegoś prawdziwego. Ktokolwiek ogląda „Antoniusza i Kleopatrę” nie jest prowadzony po linii „to jest emocjonalna prawda tych postaci”.  Druga, miałabym inne podejście do opowieści, gdyby nie trzymała nas właśnie w tym emocjonalnym szantażu odkrywania kobiecych emocji. Zapomnianych, nieopisywanych i… zupełnie zdeptanych przez współczesną wrażliwość. Film jest za mało umowny by mógł się wyłgać tylko alegorycznością, a nas od czasów Szekspira dzieli zbyt duża wiedza na temat przemian ludzkiej emocjonalności, by móc tu po prostu wzruszyć ramionami.

 

 

Mam też od zawsze problem z tym prostym przekładaniem życiowych przeżyć na sztukę. To jest pokusa, której nie jest w stanie się oprzeć niemal żaden film, opowiadający o twórcach. Przekonuje nas, że twórczość artystyczna jest ciągłym przerabianiem własnych przeżyć i emocji. Półki uginają się od filmów, które tworzą niemal prostą linię pomiędzy doświadczeniami pisarzy, poetów czy malarzy a ich dziełami. Tylko… to jest pewne uproszczenie, pewne obniżenie rangi tego czym jest twórczość. Jasne, może się brać z siebie, ale w swoich największych osiągnięciach jest wychodzeniem – poza siebie. Szekspir miał syna Hamneta, i w sztuce jest Hamlet. Ale jest jeszcze tyle innych wątków, konwencji, aluzji, cytatów, elementów klasycznych z których składają się ten dramat. Wiem, że filmy lubią nas przekonywać, że biografia tłumaczy dzieło. Byłoby miło, gdyby to było takie proste. Gdyby dało się wyjaśnić geniusz dzieła, przepływ idei i pytanie o literacką maestrię tylko biografią. Tak, wielka to pokusa, której przynajmniej kinematografia nigdy nie może się oprzeć. Ale jest w tym też jakieś ziarno niechęci do literackiej analizy. Mamy biografię i to nam starczy.

 

Oczywiście największe zachwyty budzi w filmie, scena ostatnia – owa komunia dusz do jakiej dochodzi w teatrze. Przedstawienie staje się czymś więcej niż tylko sztuką, łączy ludzi w emocji, pozwala poradzić sobie z uczuciami. Patrząc, ile osób płacze na ostatnich scenach w kinie – można śmiało powiedzieć, że Arystoteles miał rację, że razem przeżywane przerażenie i drżenie serca, daje nam coś czego innymi sposobami nie da się osiągnąć. Jak twierdzi moja znajoma krytyczka – w tych cynicznych czasach choć jedna zapłakana osoba w teatrze czy kinie jest sukcesem. Jestem w stanie się z taką refleksją zgodzić nawet jeśli wszystko we mnie mówi, że aby osiągnąć te reakcje reżyserka stosuje bardzo znane środki i naciska dokładnie tam, gdzie powinno się nacisnąć by zobaczyć łzy. Jest to prawo twórcy wzruszać, ale też prawo krytyka by mieć wobec własny wzruszeń podejrzenie. Ale jeśli Chloe Zhao chciała udowodnić, że można współczesnego widza zmusić do płaczu – to z całą pewnością jej się to udało.

 

Najlepsza sztuka to wynik wychodzenia poza siebie. Zamykania oczu i stawiania się na chwilę kimś innym. Duńskim księciem, zagubionym w lesie greckim młodzieńcem, ambitnym szkockim wodzem. To wychodzenie poza wszystko to kim jesteśmy – by znaleźć innego. Innego, który jest tak intrygujący, że otwiera nas głębiej na świat. „Hamnet” nie jest zainteresowany wychodzeniem poza siebie. To film osadzony w nas tak bardzo jak się da. Budujący wzruszenia nie tym co inne, ale tym co znane. I łatwo się sobą wzruszyć czy zachwycić. Ale nie wiem czy to najlepsza sztuka, czy tylko taka którą nam się najlepiej odbiera, bo niczego sobie nie musimy tłumaczyć.

PS: Mój znajomy będzie się ze mnie śmiał, że zawsze staram się usprawiedliwiać przed osobami, które myślą inaczej, ale ostatnio zbyt wiele w sieci jest przekonania, że inne zdanie na temat dzieł kultury cokolwiek mówi głęboko o ludzkiej emocjonalności. Także – zdarza mi się płakać na filmach i szanuję każdą emocję, która rodzi się na sali kinowej. Jeśli jest prawdziwa dla tego kto ją czuje to jest to absolutnie wystarczające. Nawet jeśli jej nie podzielam. Nie moja rolą jest dzielić każdą emocję i nie rolą sztuki jest wywoływać ją u każdego na tych samych zasadach.

Powiązane wpisy