Kiedy obejrzałam „Grzeszników” parę miesięcy temu, mówiłam o nich tak dużo – zarówno w ZVZ z Pawłem jak i w programie „Anywhere Niekulturalnie” z Kubą, że nigdy nie napisałam recenzji. Dziś jednak, gdy dowiedzieliśmy się, że film dostał szesnaście nominacji do Oscara, widzę wszędzie komentarze o tym, że film na tyle nominacji nie zasłużył, że jest co najwyżej kolejną prostą wampiryczną historią i przypomina nieco „Od Zmierzchu do Świtu”. Czy jednak rzeczywiście mówimy tu o prostym wysysaniu krwi? I czy rzeczywiście Ryan Coogler nie miał nic do powiedzenia? A może wampiry przysłaniają nam prawdziwe potwory.
„Grzesznicy” są filmem, który wraca do korzeni – jeśli mowa o wykorzystaniu elementów horroru i grozy w narracji. W opowieściach o potworach, nigdy bowiem nie chodziło o potwory, o wyskakiwanie zza węgła czy o kły. To zawsze od swojego powstania, były opowieści o spotkaniu z innością, o lęku przed tym co nieznane i o tym jak rozdzielać to co uważamy za ludzkie. Autorzy horrorów, nie przez przypadek zwykle dotykają tego co bolesne, bo gdy odsuniemy na bok wszystkie motywy, które mają nas przerazić, zwykle dostajemy albo opowieść o znaczeniu transgresji, albo – analizę ludzkiej psychiki i zachowań. Współcześnie też są to motywy popularne – nie przez przypadek wracamy do wiktoriańskiej klasyki, gdzie w opowieściach o potworach i wampirach ówczesne zamknięte w gorsecie obyczajów społeczeństwo przeżywało wszystkie swoje lęki i namiętności. Groza choć mająca twarz potwora czy obcego zawsze ziała z samego środka tego co ludzkie.

Coogler w swoim filmie, sięga do samego jądra Amerykańskich legend. Do przekonania, że gdzieś tam na południu, gdzie ludzkie cierpienie rozlewa się po bagnach, moczarach i torfowiskach, kręci się sam diabeł. Wiemy to od dawna, można go spotkać na rozstajnych drogach i jeśli sprzedacie mu duszę, to zyskacie powodzenie u kobiet, a przede wszystkim – będziecie grać na gitarze jak nikt inny. A to ważne, bo w delcie Missisipi wszystko czego cierpiący człowiek nie może powiedzieć musi wyśpiewać. Tam narodził się blues, który jak wiadomo jest muzyką, która powstała z tego wszystkiego co składa się na historię tych ziem. Niewolniczego cierpienia, rytmu przywiezionego ze starych krajów i słów w języku ludzi trzymających bat. Jeszcze w latach trzydziestych na południu mieszkali ludzie, którzy nucili swoim dzieciom kołysanki, które antropolodzy umieli potem prześledzić aż do afrykańskich krajów skąd przywożono niewolników.
Tam, gdzie po mokradłach chodzi diabeł, tam też musi być zbawienie. Dom Boży, który oferuje wszystkim odrobinę ulgi. Choć nie zawsze wiesz jaki grzech popełniłeś tu na ziemi, że los rzucił cię w miejsce gdzie jesteś człowiekiem drugiej kategorii, to nie bój się – w domu pana gdzie pokoi jest wiele, wszyscy będziemy równi w jego miłości. Dlatego, pamiętaj, że jesteś grzesznikiem, ale czekaj zbawienia, śpiewaj w chórze, żyje w zgodzie z wolą pana. Nie buntuj się za bardzo, raczej znajdź ulgę w chrześcijańskiej nauce, w kościele pełnym ludzi takich jak ty. Głos pastora, chór śpiewający pobożne pieśni, przynajmniej raz w tygodniu zapewni cię, że wszystko to jest częścią planu. I zbuduje wspólnotę, w której da się znieść, że świat rozpada się na dwie części – czarną i białą, i nawet dom boży nie jest dla wszystkich.

W tym zawieszeniu między światem, po którym kroczy diabeł i nadzieją na zbawienie, można znaleźć chwilę wytchnienia. Udać choć na jedną noc, że grzechy istnienia odziedziczony po przodkach, nie oznacza braku szansy na radość. Można – poznawszy inny świat niż ten podzielony idealnie na pół, spróbować – choć raz, zagarnąć dla siebie z życia tyle ile się da. Nawet jeśli oznacza to, że założy się w opuszczonym budynku tancbudę i rozleje się nielegalny alkohol do szklanek. Przez jedną noc, świat może należeć tylko do ciebie a muzyka nieść się tak daleko, że przejdzie przez ściany budynku i przywiąże cię do ludzi, którzy żyli w świecie urządzonym wedle innych zasad. Co to jest jedna szalona noc, kiedy rachunki się zgadzają, piosenki same się śpiewają i można zatańczyć z piękną dziewczyną.
Tylko w tym świecie, tak urządzonym, tak narysowanym, nawet jednak noc to zbyt wiele. Musi się rozlec pukanie do drzwi i pytanie – czy mogę wejść. Bo wampir progu przejść sam nie może, musi zostać zaproszony. Prosta rzecz, zdecydować, czy chcesz wpuścić za próg kogoś kto może ci zabrać wszystko. Wydawać by się mogło, zaklęcie nie do pokonania. Ale przecież w końcu przez ten próg zawsze przechodzą, wyciągają rękę, po to co twoje. Po twoją muzykę, po twoją kulturę, po twoje życie. Wampiry, w filmie Cooglera to Irlandczycy. Śpiewają swoją piosenkę o trudnej drodze do Dublina. Ktoś mógłby powiedzieć. Czarni protagoniści i białe wampiry – znów prosta dychotomia. Ale czy na pewno? Geniusz filmu polega na tym, że owe Irlandzkie wampiry, w Missisipi są przedstawicielami grupy, która w tym momencie amerykańskiej historii, była kimś mniej niż białym człowiekiem. Oto przewrotna opowieść, do drzwi jednej uciskanej grupy puka druga. Dajcie mi swoją kulturę, dajcie mi muzykę, zaśpiewajmy razem w świetle księżyca i pozbądźmy się cierpienia. Wszystko co moje będzie twoje, wszystko co twoje będzie moje. Niezagraniem niczego, wymienimy się. Czy można wierzyć w taką obietnicę? Obietnicę z ust wampira? A może po prostu nie ma się co oszukiwać, że prześladowanie zbliża, może każdy chce dla siebie jak najwięcej, chce życia, muzyki, kultury, iskry – nie zwracając uwagi na to co pozostawia za sobą.

Coogler prowadzi nas w filmie w głąb nocy, każe nam zadawać sobie pytania o to, czego bronią bohaterowie przed wampirami i czego wampiry kradną. Prowadzi nas przez pytanie, co to znaczy być członkiem jakiejś społeczności, zwłaszcza gdy kluczowy jest kolor skóry. Czy dziewczyna, która może uchodzić za białą, choć w tym świecie biała nie jest – ma gdzie się podziać. Czy poznawszy inny świat, gdzie dwie strony ulicy nie są rozdzielone kolorem, można jeszcze wrócić na mokradła Missisipi. Jakie znaczenie ma w tym wszystkim możliwość wyśpiewania tego co nas dręczy, zatracenia się w tym muzycznym przeżyciu, które pozwala jakoś opowiedzieć o tym, że własne życie jest w tym świecie tak mało warte.
Ale też – kiedy już wychodzimy z tej nocy do poranka, Coogler nie ma wątpliwości. Wampiry jakie by nie były, jak przedziwnych targów by nie oferowały, jak wiele krwi by nie pragnęły, są w swoich rządzach przynajmniej niejednoznaczne, intrygujące. Jest w nich równie wiele nienawiści, co cierpienia. Prawdziwe potwory przychodzą o poranku, uzbrojone w najprostszą na świecie pewność siebie, że świat ma prosty układ i w tym prostym układzie to oni mają władze, siłę i prawo do wszystkiego. W ich duszy nic nie gra, nie pytają czy mogą przekroczyć próg domu, bo zakładają, że każdy dom jest ich. Jeśli jest diabeł chodzący po mokradłach Missisipi to ma ich twarz.
Szesnaście Oscarowych nominacji to dla wielu powód do zadawania sobie pytania – czy naprawdę to aż tak dobry film? Pytanie co uznajemy za dobry film. Jeśli zatrzymujemy się na definicji, która każe nam oczekiwać od dobrych filmów, że będą wielkimi dramatami, o wielkich sprawach rozegranych w swoistym „decorum” poważnej narracji, to „Grzesznicy” mogą nam nie pasować. Ale jeśli silą narracji jest próba dotknięcia spraw ważnych, często bolesnych, często splątanych w nas tak, że niekoniecznie umiemy wyrazić je słowami i zrobienie tego jeszcze tak, że mamy poczucie, że narracja płynie lekko. To rzeczywiście zeszły rok należał do „Grzeszników”. Coogler sięgnął po opowieść o potworach, bo właśnie one doskonale się do tego nadają. Bo każą nam redefiniować inność, człowieczeństwo, to co naprawdę sprawia, że budzimy się w środku nocy. A jednocześnie to jest wybitnie amerykański film. Zakorzeniony w amerykańskiej mitologii, muzyce, myśleniu o człowieku, o wierze, o rasie. To film tak amerykański jak bluesowa muzyka, która wywodziła się z pól i plantacji, i tu w Europie możemy ją kochać, ale wiemy, że jak raz nie jest nasza. I czasem mam wrażenie, że też jest tak z tym filmem, że wiele elementów się nam wymyka, bo nasze ramy interpretacji chcąc nie chcąc nie są tak zanurzone w kulturze, z której film się wywodzi.

Osobiście uważam, że „Grzesznicy” to kwintesencja dobrego kina Hollywoodzkiego. Takiego, które z jednej strony dostarcza rozrywki, akcji, szybkiej narracji, ale z drugiej – pozostawia człowieka z refleksją. Trudno mi sobie wyobrazić, by nie chcieć po seansie omówić tego kim są bohaterowie, dlaczego wampiry są Irlandczykami (choć w rozmowie z Kubą doszliśmy do wniosku, że spokojnie mogłyby być to polskie wampiry śpiewające „Przybyli ułani pod okienko), dlaczego tak ważne jest to, czy gra się w kościele czy nie. To są wszystko elementy, które sprawiają, że filmy w nas żyją, że chcemy je oglądać kilka razy i o nich rozmawiać. To też przypomina, że nie ma w kinematografii gatunku czy stylu kręcenia filmów, który ma monopol na autorskość, na refleksyjność na komentarz, jeśli nie społeczny to kulturowy. Mogą to robić arthousowe filmy niezależne i może to zrobić wielki blockbuster. Tylko ktoś musi widzieć jak to zrobić. I Coogler wie.
Na koniec muszę powiedzieć, że jest we mnie jakieś takie poczucie głębokiej beznadziei, gdy czytam komentarze, że film dostał tyle nominacji, bo wśród obsady są „Sami czarni”. Już pomijam, że tegoroczne nominacje Oscarowe pokazują, że wciąż absolutną przewagę mają opowieści o białych facetach i ich emocjach. Tym co mnie porusza jest fakt, że Coogler dokładnie o tym mówi. O tym, że czarny Amerykanin nie może niczego opowiedzieć o swoim życiu, niczego przeżyć, by ktoś się nie przyczepił. Że najpierw segregują jak mogą a potem mają pretensję, że grupa, której nie dopuszczali do siebie stworzyła coś własnego. I chyba to jest też dowód na to, że „Grzesznicy” są potrzebni. Diabeł wciąż chodzi gdzieś po Missisipi a wampiry pukają do drzwi.
