Home FilmW świecie dekoncentracji czyli między dużym a małym ekranem

W świecie dekoncentracji czyli między dużym a małym ekranem

autor Zwierz

W sieci zawrzało niedawno po tym jak w czasie promowania swojego najnowszego filmu zrobionego dla Netflixa Matt Damon zwrócił uwagę, że w wytycznych platfromy dla scenarzystów pojawiają się uwagi o tym,  że wiele osób ogląda programy „na drugi ekran” (czyli trzymając w dłoni telefon) co oznacza, że scenariusz powinien wziąć pod uwagę, że widz jest rozproszony i pewne elementy fabuły przegapi. Choć takie informacje pojawiały się już wcześniej, to ich pojawienie się w czasie trasy promocyjnej wywołało nową falę oburzenia i poczucia, że oto – traktuje się widza jak idiotę. I choć te emocje rozumiem, to mam też takie poczucie, że być może nie jesteśmy wobec siebie i seriali do końca uczciwi.

 

Jeśli spojrzymy na historię seriali i najróżniejszych telewizyjnych a wcześniej radiowych formatów, zobaczymy, że zasadniczo rzecz biorąc – niemal od samego swego początku seriale telewizyjne były projektowane jako programy towarzyszące. Opery mydlane – jeden z najstarszych formatów telewizyjnych, który narodził się jeszcze z radia były kierowane do niepracujących zawodowo kobiet, które oglądały te seriale w czasie wykonywania prac domowych. Jasne, nie siedziały z nosem w telefonie, ale prasowały, odkurzały i często – spoglądały na ekran pomiędzy innymi czynnościami. Popularne sitcomy, które korzystały jeszcze do lat dziewięćdziesiątych dość powszechnie ze śmiechu z puszki – miały go także po to by przyciągać uwagę widzów do najzabawniejszych momentów. Popularny jest obrazek z lat osiemdziesiątych, gdzie wieczorem rodzina zasiada do serialu jednocześnie jedząc przy tym kolację. Podział uwagi między jedzenie i oglądanie to coś co znamy wszyscy – serial „do kotleta”, który leci w tle gdy jemy kolację czy późny obiad. Innymi słowy – przez większość życia serialu telewizyjnego widz był rozproszony.

Co więcej – gdy mówimy o tym jak seriale telewizyjne układają swoją dramaturgię, to zauważymy, że niekoniecznie tylko narracja ją prowadzi. W klasycznym serialu telewizyjnym przerywanym reklamami, można do dziś znaleźć moment, w którym fabuła wymagała zatrzymania, bo zaraz będzie reklama. Czasem jest to taki mini cliffhanger w trakcie odcinka – by widz po przerwie reklamowej chciał oglądać dalej. Czasem po tym jak wracamy do serialu, ktoś przypomina co się niedawno wydarzyło. To wszystko wynika z tego, że kiedyś twórcy serialowych scenariuszy wiedzieli, że każdy odcinek będzie przerwany reklamami i trzeba to wziąć pod uwagę. Z kolei pojawianie się przed odcinkami segmentu „ostatnio w serialu X” nie tylko zakładało, że widz nie pamiętał co widział tydzień wcześniej, ale też podpowiadało, które z licznych wątków będą dalej rozwijane. Pamiętam, że samo oglądanie segmentu „w ostatnim odcinku” pozwalało wywnioskować tak 1/3 fabuły kolejnej odsłony tradycyjnej produkcji. Wszystko zaś po to byśmy wiedzieli co mamy pamiętać i na czym się skupić i którą scenę przywołać w pamięci, bo będzie miała swoją kontynuację.

 

Innymi słowy, świadomość, że widz produkcji telewizyjnej niekoniecznie ogląda ją aż tak uważnie jak powinien – nie jest zupełnie nowa. Więcej – my sami jako odbiorcy, też dajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy aż tak skupieni na tym co oglądamy jak w przypadku gdy decydujemy się np. seans kinowy. Programy telewizyjne – w tym seriale – wiele osób traktuje jako coś towarzyszącego. Głos w domu. Często kiedy pisze o serialach dostaje od was uwagę, że jakaś produkcja nadaje się idealnie jako towarzystwo do prasowania, jedzenia, malowania paznokci, porządkowania szafy. W czasie pandemii wiele osób puszczało programy po to by w ogóle kogoś zobaczyć i usłyszeć – niekoniecznie po to by realnie poświęcić się oglądaniu. Zresztą kiedy pomyślimy o tym jak się oglądało kiedyś telewizję to dość powszechne było – przychodzenie w połowie odcinka, oglądanie czegoś co wybrał kto inny, stanie w drzwiach z założonymi rękami i udawanie, że wcale nas nie wciągnęła fabuła (klasyczny sposób oglądania seriali przez połowę ojców).

 

Oczywiście te rozproszenie, które oferuje nam dziś telefon komórkowy i przechodzenie z dużego ekranu na mały jest nieco inne. Wsiąkamy w świat telefonów dużo bardziej, nasza nieuwaga jest tak wielka, że jeśli coś nie padnie bardzo wiele razy z ekranu możemy to przegapić. Do tego często w tym rozproszeniu oglądamy nie jeden a kilka czy kilkanaście odcinków, jeszcze bardziej tracąc swoją koncentrację. Pytanie tylko – dlaczego tak bardzo oburza nas, że ktoś to zauważył. Wydaje mi się, że nie lubimy przyznawać sami przed sobą, że nasz sposób oglądania filmów i seriali, rzeczywiście nie był bardzo oparty o głęboką koncentrację. Wiem, że część osób postuluje by widz był jednak ukarany za swoją nieuwagę, by zmusił się do większego skupienia. Mam jednak poczucie, że to nie jest do końca to czego sami widzowie chcą. A właściwie nie wszyscy widzowie. Podejrzewam, że każda produkcja ma zarówno widzów zaangażowanych jak i takich, którzy po prostu siedzą przy ekranie. I wcale nie jestem pewna czy tych drugich nie ma więcej.

 

Zresztą mam taką refleksję, że to nasze oburzenie wynika też z tego jak chcemy traktować programy na streamingu. Wciąż jest chyba mocna w nas myśl, że to jest coś bardziej premium, do oglądania inaczej niż klasyczna telewizja. Tymczasem patrząc na Netflix – mam poczucie, że to właśnie w stronę tego czym była klasyczna oferta telewizyjna i do tego modelu oglądania dąży Netflix. Nadal będzie miał programy premium ale mieszanka reality, łatwych seriali i sportu – to dokładnie to co przyciągało do telewizji. I jak podejrzewam dziś właśnie tak się ten streaming ogląda – jak ten wiecznie grający w tle telewizor u rodziców, na który nikt nie zwracał do końca pełnej uwagi. Taki model się wykształca, bo najwyraźniej – to jest równie potrzebne co prestiżowe i ciekawe produkcje, na które widzowie chcą zwracać pełnię uwagi.

 

Skoro już jesteśmy przy moich refleksjach, to ten schemat oglądania przypomina też jak ważne jest doświadczenie kinowe. Doświadczenie, które jest tak skrojone by jak najbardziej odciąć nas od bodźców zewnętrznych. Fakt, że aby obejrzeć z uwagą film idziemy do zamkniętego audytorium, gasimy wszystkie światła, wyciszamy telefony, urywamy rozmowy – świadczy o tym, że musimy włożyć trochę wysiłku, żeby rzeczywiście skoncentrować się tylko na tym co oglądamy. Inaczej – zawsze zbyt wiele rzeczy nas w mniejszym lub większym stopniu rozprasza. Dlatego seans kinowy jest tak cenny – bo daje właśnie najlepsze warunki by skoncentrować się tylko na tym co oglądamy.

 

Czy uważam, że powtarzanie kilka razy w fabule zamiaru bohaterów jest odtrutką na nasze problemy z koncentracją? Niekoniecznie. Ale czy mogę się oburzać na to, że platforma dostrzegła jak zmieniła się nasza uwaga? Wydaje mi się, że byłoby w tym trochę hipokryzji. Większość z nas rozprasza się w mniejszym lub większym stopniu w czasie oglądania. Więcej, są osoby, które tylko mając jakieś drobne rozproszenie są w stanie cokolwiek oglądać. Pamiętam, że moja mama oglądała z nami serial, tylko wtedy, kiedy mogła robić jednocześnie na drucie. Kiedy byłam dzieckiem przy oglądaniu telewizji niesłychanie często grałam w taką mega starą poręczną konsolę na której było 1001 gier z których 999 to były różne wersje Tetris. Do dziś zdarza mi się siedzieć przy niektórych programach grając jednocześnie w 2048 na telefonie. Nie dlatego, że nie chcę się skupić tylko dlatego, że paradoksalnie – tylko to sprawia, że się nie nudzę.  Może stąd jest u mnie więcej zrozumienia dla tych, którzy nie poświęcają programom 100% – bo i się to też zdarza (choć zdarza mi się też oglądać filmy i seriale tak uważnie, że potem przewijam jedną scenę cztery razy, bo tak mi się spodobała).

 

Nie wiem, czy istnieje dobre rozwiązanie sytuacji, rozproszenia, w której się znaleźliśmy. Więcej, mogę się zgodzić, że Netflix nie potrzebuje więcej uproszczenia fabuły. Mogę nawet zrozumieć, że to jest niemiłe, gdy ktoś wyciąga na pierwszy plan to, że staliśmy się nieuważnymi odbiorcami kultury. To boli, kiedy okazuje się, że nie jesteśmy lepsi niż nasze mózgi, że poddajemy się szybkiej nagrodzie i obniżającej się koncentracji. Tym co mi przeszkadza, to poczucie, że problem „To oni” podczas kiedy problem to my wszyscy. I warto rozmawiać o tym jak sobie z tym poradzić. Albo może – nie musimy sobie z tym radzić, może Netflix idzie tam, gdzie zawsze były seriale i filmy telewizyjne – gdzie mieszkają towarzysze naszej codzienności, którym nie poświęcamy aż tak wiele uwagi. Nawet jeśli na to zasługują.

 

Powiązane wpisy