Home FilmZPOPK Short: Król Dopalaczy

ZPOPK Short: Król Dopalaczy

autor Zwierz
Wiem, że późno ale obejrzałam „Króla Dopalaczy” i jak nie podzielę się z kimś odczuciami to nie zasnę. Bo boże bożyczku jak to można było tak zaprzepaścić.

Historia jest inspirowana faktami i opowiada o rozwoju doaplaczowego imperium w Polsce, które zaczyna się od tego, że nasz bohater musi spłacić urząd skarbowy, bo jego ojciec miał w nim długi. Wpada na pomysł sprzedawania dopalaczy, ale kiedy już długi spłaci to zamiast się zatrzymać i odżegnać od drogi przestępczej – idzie nią coraz dalej. Pojawiają się pieniądze, nadmierna pewność siebie, problemy z prawem. No i oczywiście – umiarkowana świadomość tego, że nad nim – są ludzie robiący dużo poważniejsze i mroczniejsze interesy.

Mogłoby wyjść z tego coś niezłego – albo historia na kształt „Wilka z Wall Street” o ludziach, których poczucie bezkarności prowadzi za kraty, albo opowieść o policjantach i złodziejach w świecie gdzie działa się na granicy prawa, ewentualnie – opowieść o jakimś niespełnieniu, która ma nas pouczyć, że nie ładnie jest sprzedawać narkotyki bo od tego i tak dziewczyna nas nie pokocha a mama nie zaakceptuje. Można też w końcu było się zmierzyć z tym jak koszmarnym zjawiskiem były przez chwilę dopalacze – ile pochłonęły żyć, jak ludziom je złamały i jak okazały się czymś cynicznie niemoralnym. Choć to akurat pewnie nie wylądowałoby szybko na platformach streamingowych.

Ogólnie – pomysłów i dróg było sporo. Zwłaszcza, że obsada jest dobra i widać, że się naprawdę stara – zwłaszcza obsadzony w głównej roli Tomasz Włosok. Włosok jest aktorem, który dość szybko na ekranie budzi sympatię, co ma też swój minus bo film nie chce się zdecydować czy bohatera potępia czy mu współczuje, co jest jednak kluczowe w sytuacji gdy mówimy o kimś sprzedającym ludziom trutkę na szczury. Ale też łatwo zauważyć, że większość obsady jest na zasadzie „Pan mi to już kiedyś zagrał tylko lepiej” – czyli Frycz gra gangstera, Simlat policjanta a Vanessa Aleksander gra ulubioną rolę polskich scenarzystów – kobietę ogólnie zaniepokojoną sytuacją ale nie aż tak bardzo, żeby nie sypiać z głównym bohaterem.
No ale jak to mówią – miało być dobrze a wyszło jak zwykle. Dlaczego wyszło jak zwykle? Po pierwsze dlatego, że film ciągnie się niesamowicie, przeskakując od montaży, do długich scen, które lepiej sprawdziłyby się w serialu niż filmie fabularnym. Zresztą w ogóle w pewnym momencie można się zorientować, że twórcy scenariusza kiedy nie mają pomysłu jak przejść od jednej sceny do drugiej, albo przemknąć pomiędzy wątkami to zdają się na telefon. Po prostu jak nie wiedzą co dalej to ktoś do bohatera dzwoni i możemy przeskoczyć do następnej sceny. Jak to raz w tym filmie zauważycie, to potem okazuje się to głównym narzędziem narracyjnym.

Mamy więc urywany film, z mnóstwem postaci i zmianami czasu i akcji ale jednocześnie produkcja cierpi na ten sam problem co wiele polskich filmów rozrywkowych. Otóż tu nie ma bohaterów. To znaczy jest postać „przyjaciel głównego bohatera” albo „dziewczyna z którą bohater sypia” albo „siostra” albo „policjant” i tyle. NIe buduje się za bardzo ich historii charakterów, cech które sprawiłyby, że możemy im kibicować chcemy na nich patrzeć, mogą być nam mili czy obrzydliwi. Kiedy bohater kłóci się ze swoim najlepszym przyjacielem, to nic to nas nie obchodzi bo tej postaci po prostu nie ma – jest chłopak, który przez niemal wszystkie swoje sceny ma te same ciuchy jakby się nigdy nie przebierał.

Do tego jeszcze film ma chyba ambicję by pokazać zepsucie ludzi sprzedających dopalacze, ale przyznam, że to zepsucie i korupcja to jest takie przerysowane, że budzi raczej poczucie zażenowania. W ogóle poczucie zażenowania to coś co czuje się w czasie seansu nie raz. I można tym uczuciem grać, ale ono pojawia się raczej dlatego, że nie raz mamy scenę pod tytułem „Uwaga pokazujemy ludzi zepsutych!”. To jest trochę tak, że człowiek z każdą sceną zaczyna coraz bardziej podejrzewać, że nic się w Polskim kinie nigdy nie zmieni, bo zawsze będziemy korzystać z tych samych zabiegów. Ktoś ćpa, jakaś dziewczyna świecie biustem, jakiś jacht i koniecznie scena w Kościele bo ja rozumiem sprzedawać narkotyki ale żeby JEŚĆ w Kościele! Zepsucie jak ta lala.

No i tak zostaliśmy z tym filmem, co nie wie co chce powiedzieć. To znaczy chce powiedzieć, że sprzedawanie narkotyków szczęścia nie daje ale nie wie czy chce to powiedzieć młodzieży z klasy licealnej, czy widzowi co lubi kino gangsterskie i jeszcze nie przestał płakać po Pasikowskim, czy ludziom, którym słowo narkotyk przez gardło nie przejdzie. I tak to się kręci w Polsce, że chcemy kina gatunkowego ale gatunków robić nie umiemy (albo umiemy czasami) a to co nam wychodzi lepiej – czyli takie rzeczy bliższe życiu, prawdziwsze i bez neonów na ścianach, to sprzedajmy sobie na festiwalach i nikt ich potem nie ogląda.

Także, lepiej nie. „Król Dopalaczy” to substancja co pomaga jedynie na sen
.
PS: Mogę się mylić ale jest coś symptomatycznego, że w napisach końcowych nazwisko osoby, która wyprodukowała film pojawia się przed nazwiskiem osoby, która go wyreżyserowała.

Powiązane wpisy