Po morzu czerwonym jak wino płynie Odys do Itaki. Nie, wróć … może nie będzie miało barwy wina, będzie ciemne i szare. Niebo nad Itaką będzie bladobłękitne, stroje zdobywców troi będą czarno-szare, obrońców będą białe. Wszystko w ograniczonej gamie kolorystycznej. Wszystko od pięknej Calypso, po dom Kirke i oko Cyklopa zanurzone w tej samej spójnej, monotonnej kolorystyce. To nie przypadek, może i trafimy na olbrzymy i potwory, ale wyrośliśmy już z bajek. Odys nie będzie miał przygód, bo już jesteśmy na to za dojrzali. Już nie urządzamy bogatych uczt i nie potrzebujemy pięknych wnętrz, wyrośliśmy z powlekania złotem rogów jałówki, nie dla nas olejki na skórze i piękne chitony. Nie jesteśmy już ludźmi baśni i fantazji. Nie możemy czytać Homera jakbyśmy nie wiedzieli, że skończyła się epoka brązu, że przyszły nowe czasy i nowe opowieści. Musimy być poważni. Tak przynajmniej podpowiada nam Nolan w swojej „Odysei”. I nie jestem pewna czy się z nim zgadzam.
Zacznę od tego, że nie spodziewałam się po filmie adaptacji wiernej. Każda adaptacja historii takiej jak „Odyseja” – powszechnie znanej, będącej kamieniem węgielnym naszej kultury jest w istocie propozycją interpretacji. Pytanie nie brzmiało więc co Nolan wytnie a co zostawi, ale jak ustawi pionki w swojej historii. Jego „Odyseja” jest opowieścią o powrocie do domu, opóźnianym nie tyle przez same działania najróżniejszych bogów, co własną świadomość, że z wojny nie da się po prostu wrócić. Widać, że dla reżysera, podobnie jak wielu przed nim istnienie bogów Greckich jako jasnego i kluczowego elementu fabuły jest problemem. Gdy wchodzą Bogowie trudniej jest tworzyć narrację o naturze ludzkiej. Przynajmniej tak zdają się wierzyć reżyserzy i scenarzyści. Interwencje bóstw za bardzo przenoszą nas w świat fantastyki, za mało pozostawiają naszej sprawczości, za wiele oddają w ręce tego co przecież wedle naszego racjonalnego umysłu wymyślone. Nolan jak wielu przed nim próbuje więc ten mit zracjonalizować, wyciągnąć go ze świata, gdzie bogowie witają się ze śmiertelnikami. Bogowie, w których się nie wierzy, stają się fantastyką a ta obniżyłaby wartość opowieści. Nawet wizje Ateny, które ma Odys możemy spokojnie odczytywać jako personifikacje jego własnych wewnętrznych sporów i wątpliwości a nie spotkania z boginią.

Wyjęcie elementu boskiego a pozostawienie fantastycznego tworzy nam opowieść, która stoi w rozkroku. Z jednej strony – oglądamy co przydarza się Odysowi z drugiej – ta jego wędrówka po krańcu mapy wydaje się miejscami zaskakująco mechaniczna, jakby reżyser odhaczał kolejne wydarzenia tylko po to by zaprowadzić nas jak najszybciej do swojej puenty. Puenty, która nie jest refleksją nad światem Homera, ale naszym współczesnym. Puentą, która ma nas poruszyć, ale osobiście – miałam wrażenie, że bardzo dobrze pokazuje, gdzie się widzi reżyser w opowieściach o zdobywcach i tych, którzy patrzą na płonące mury. Kiedy wychodziłam z kina pomyślałam sobie, że być może jednym z powodów, dla których ta puenta słabo na mnie działa jest to, że nigdy nie czułam bym pochodziła z cywilizacji zwycięskich Achajów. Za mało zwycięstw w moim fragmencie historii.
Wracając jednak do samego filmu, to zaskoczyła mnie jego przygaszona emocjonalność. W Odysei emocji nie brakuje (ponownie mam wrażenie, że Nolan podobnie jak wielu współczesnych twórców doszło do wniosku, że już z tego wyrośliśmy) – są łzy, zgrzytanie zębami, są ludzkie namiętności, zazdrości, błędy. W tej nowej filmowej „Odysei” emocji jest zaskakująco mało. Nie tylko dlatego, że czasem przerastają aktorów. Ale też dlatego, że to film, który jakby się wstydził przesadzić. To nie jest opowieść, w której ktoś będzie załamywać ręce czy rwać włosy z głowy. Wyrośliśmy też chyba z namiętności, bo tych też film jest właściwie pozbawiony. W tej opowieści nie ma miejsca na uwodzenie, dzielenie łoża, na cokolwiek co podpowiada, że nie tylko rozum i tęsknota rządzą człowiekiem. Współczesny Odys musi być wierny swojej Penelopie tak jak nigdy nie musiał być homerycki. To prowadzi do tego, że np. gdy musi opuścić wyspę Kalipso nie czujemy by to dla kogokolwiek było wydarzenie szczególnie emocjonalne. Co jest jakąś zbrodnią, bo to jest tak piękny fragment „Odysei”. Zresztą w ogóle to film, który nie ma złudzeń, za żadną kobietą by nie popłynęło tysiąc okrętów, to tylko pieniądze i drogi handlowe. Żadnych zazdrości, namiętności czy fatum, tak jakby wstydem było przyznać, że można czuć bardziej i intensywniej niż czynimy to współcześnie.

Nolan chce stworzyć Odysa nie jako herosa, ale jako człowieka bardzo współczesnego. Nieposiadającego cech większych niż zdrowy rozsądek i być może skłonność do refleksji. Jest dobrym mężem, dobrym królem, lubianym władcą. Przywódcą swoich ludzi, o których dba. Wojownikiem sprawnym, choć możliwym do pokonania. Osobnikiem nieufnym choć nie opierającym wszystkiego na sprycie. Nie jest gniewny ani porywczy, nie jest emocjonalny. Obdarty z większości swoich wyróżniających go w opowieści cech Odys, wydaje się przede wszystkim dość … zwyczajny. Może trochę lepszy od najgorszych, ale nie tak wybitny by promieniowała od niego boskość. Jeśli należy mu się coś więcej niż innym to raczej w nagrodę za zdrowy rozsądek niż dlatego, że bogowie mają do niego słabość. Jego okrucieństwo jest uzasadnione, jego zrozumienie świata – oczywiste, jego przemiana jako jednostki – niemal niewidoczna. Znamy Odysa, bo jest typowym pozytywnym bohaterem filmowym, który niesie za sobą zadrę z przeszłości. Nie jest człowiekiem wielu często sprzecznych oblicz, o których śpiewał Homer.
I tu powracam do mojego problemu, który jest moim problemem z większością opowieści tego typu. Nie są one o ludziach innych niż my. Nie próbują opowiedzieć o inności i poszukać tej nici podobieństwa która snuje się przez tysiąclecia. Nie… „Odyseja” musi być opowieścią o ludziach współczesnych, ludziach świadomych w jakiej epoce żyją, wiedzących, że ich cywilizacja przeminęła. Nie mogą czuć inaczej niż my, nie mogą pokazywać inaczej emocji, nie mogą nie być nami. I ta nitka rzucana przez tysiąclecia ginie, bo nie musimy zobaczyć już kogoś innego, patrzymy tylko na siebie w umownie historycznych dekoracjach. I tak nie dajemy sobie w ogóle szansy, by cokolwiek innego poznać. Obsesyjnie opowiadamy sobie ciągle o tym samym. Czy ma znaczenie, że Odys po czerwonym jak wino morzu wraca spod Troi, skoro w istocie to amerykański żołnierz wracający z Iraku, który uświadamia sobie, że nie wiózł demokracji i praw człowieka, ale pojechał po naftę i śmierć cywili. Czy umielibyśmy sobie to opowiedzieć inaczej – tak by pozwolić sobie na spojrzenie, które wychodzi poza to kim my jesteśmy i przyjrzeć się tym jacy byliśmy. Nie przeszkadza mi odczytanie współczesne, ale raczej, ile porzucono by Odys nie wydał się nam ani przez moment obcy czy inny. To właśnie to, że nie jesteśmy tacy jak bohaterowie Homera daje tyle radości, gdy w pewnym momencie odkrywamy, że działają na nas te same literackie zabiegi, albo spod inności odkrywamy to co się nie zmienia.

Jednocześnie mam wrażenie, że Nolan poprowadził swoich aktorów tak chłodno, że każde z nich wygląda jakby się bało – nadmiernych emocji, brzydoty czy śmieszności. Odys Matta Damona nawet w swojej największej tęsknocie wygląda statecznie, nigdy nie pozwala by jego twarz za bardzo wykrzywiła się w emocji. Tom Holland przez większość filmu pozostawia ten sam nieco zaskoczony wyraz twarzy, nigdy nie dając nam zobaczyć pełni frustracji Telemacha. Penelopa w wykonaniu Anne Hathaway być może jest najlepsza z nich wszystkich, ale wciąż – nawet Homer pozwolił jej opaść ze łzami na łóżko i w bezsenne noce zastanawiać się co stanie się z Odysem i Telemachem. Nolan na takie rzeczy nie pozwala. Helenie daje dwie twarze, bo Lupita Nyong’o gra też Kiltajmestrę ale zaskakuje, jak niewiele w sumie daje jej do grania, jak zabiera księżniczce Troi jej najważniejszą scenę. Tą scenę, która tłumaczy, dlaczego mogła potem wrócić do swojego męża i wiele (choć nie wszystko) zostało jej zapomniane.
Kalipso Charlize Theron jakby bała się pokazać głębi swoich uczuć do Odysa, Kirke Samanthy Moron mogłaby mieć w sobie tyle ognia, ale reżyser dba by nikt za bardzo nie ruszył mięśniem twarzy. Gdzieś na granicach tego zachowawczego grania znajdują się Jon Bernthal jako Menelaos i Robert Pattinson jako Antinous. Obaj jakby trzymani na sznurku, żeby się nie zerwali, żeby nie zagrali za bardzo. Nikt tu nie gra źle, bo nikt tu nie gra dobrze. W tej opowieści o rzeczach wielkich, Nolan pilnuje by nikt nie był „za bardzo”. Jakby emocje rozsadziły jego przemyślaną puentę, jakby nie były właśnie tym na czym budujemy najważniejszy most pomiędzy przeszłością i teraźniejszością. W łzach bohaterów odbijamy się przecież najczęściej.
Ale nie chodzi tu tylko o pewien chłód w prowadzeniu aktorów, Nolan jakby bał się zaproponować nam cokolwiek narracyjnie dziwnego, innego, przestawionego. To o tyle dziwne, że mówimy przecież o reżyserze „Dunkierki” czy nawet „Oppenhaimera”, który pokazywał, że nie obce są mu ciekawe zabiegi filmowe, pomysły montażowe, tworzenie ram narracyjnych, które zmieniają naszą perspektywę. Tymczasem filmowo „Odyseja” jest zaskakująco konserwatywna. Rzeczy się po prostu dzieją na ekranie, jedna po drugiej. Montażowo wszystko jest konserwatywne, muzyka jest ładna ale w żadnym momencie nie jest porywająca, przejścia między scenami, nie próbują nawet sklejać tej opowieści wizualnie. Nawet ostatni kadr filmu, który przecież ma nam powiedzieć najwięcej wydaje się w pewnym stopniu przypadkowy, ustawiony w taki prosty i banalny sposób. To mnie nieco zaskakuje, bo cały czas miałam wrażenie, że ten film mógłby nakręcić dowolny inny reżyser. Zaskakuje mnie to też dlatego, że „Odyseja” aż prosi, aż prowokuje by próbować w tej materii filmowej sięgnąć po różnorodne pomysły. To jest fascynujące, że więcej umowności znajdziemy w „Oppenhaimerze” niż w „Odysei”. Nawet tam gdzie pojawiają się elementy fantastyczne.

Co ciekawe jeden element tej poważniej i prawdziwej, mroczniejszej wersji „Odysei” pozostaje całkowicie baśniowy. To przemoc. To wielki paradoks tej opowieści o uświadamianiu sobie potęgi i skali przemocy. Ponieważ jak ustaliliśmy nikt nie może za bardzo czuć, to nikt nie może fizycznie za bardzo cierpieć. Strzały Odysa trafiają celu i bohaterowie padają jak muchy, ale całe cierpienie jest pozbawione swojej wizualnej reprezentacji. Nikt nie krzyczy, nie wije się z bólu, nie ma krwi, nie ma flaków, ścięte głowy spadają poza kadrem, nawet ból oślepionego Cyklopa wydaje się chwilowy. Nie byłby to problem gdyby Nolan nie chciał wybrać tej swojej poważnej konwencji, gdyby pozwolił sobie na baśniowe niedopowiedzenia. Ale gdy się na nią decyduje, to owo odwracanie oczu wtedy kiedy wchodzi najważniejszy temat jego opowieści – czyni ją jeszcze bardziej wystudiowaną, emocjonalnie i wizualnie suchą. Jak na tak bezkompromisowego autora, Nolan wydaje się poddawać wymogowi filmowego raitingu. Co jednak prowadzi do paradoksu, przemoc jest tematem filmu ale nie może być obrazem w filmie. Co osłabia wydźwięk całej opowieści.
Jest więc ta „Odyseja” opowieścią racjonalną, osadzoną w swojej puencie, przestrogą przed opowieścią o herosach i wielkich czynach. Nolan wydaje się pewny, że wyrośliśmy z baśni i jesteśmy już za dorośli na przemyślnego Odysa, łaskawych Bogów i nawet na barwy przygód. Jesteśmy ludźmi, którzy znają pismo i wiemy, że epoka brązu się skończyła. Musimy więc wyzbyć się tego co dziecięce i być poważni, emocjonalnie stabilni. Musimy spojrzeć na naszych herosów nie jako na pionki w rękach bóstw czy fatum, ale jak na mężczyzn, którzy popełnili błędy i muszą się do nich przyznać. To jest nasza dorosła cywilizacja. Ale… nie wiem, nie wiem, czy to jest prawda. Czy to nie jest złudzenie. Czy to nie jest nasza pycha, która uważa, że nasza emocjonalność jest jedyną słuszną. Nie wiem czy nie straciliśmy w tej adaptacji wszystkiego tego, co czyniło opowieść Homera tak pociągającą i nieśmiertelną. Nolan nie pozwala swojemu Odysowi spotkać się w Hadesie ze swoją matką, bo to nie pasuje do jego poważniej opowieści o herosach bez heroizmu. Ale to w takich scenach jak ta, człowiek orientuje się, że łzy mu kapią na dwudziestowieczne wydanie „Odysei”.

Płynie Odys Nolana po morzu szarobłękitnym. Myślę, że dopłynie do wielu widzów, zwłaszcza tych którzy niekoniecznie lubią w opowieściach z przeszłości elementy fantazji. Pewnie dopłynie do serc wielu mężczyzn, bo Nolan zawsze koncentruje się na męskości, zarówno tej złamanej jak i triumfującej. Dopłynie też do tych, którzy lubią, gdy emocje trzymane są na wodzy, być może niechętni wszystkim nadmiernym przejawom uczuć. Przybije też na wyspy tych, którzy się po prostu z takim spojrzeniem na historię zgadzają. Ale ja go widzę z dalekiego brzegu. Bo nie po moim morzu płynie swoim drakkarem ten Odys.
Ps: Żyjemy w przedziwnych czasach, w których pisze się recenzje filmowe z jakimś lękiem, że cokolwiek się napisze zostanie przypisane do jakiegoś sporu, który z filmem nie ma nic wspólnego. Jest to niezwykle niekomfortowe, bo pod koniec dnia pisanie recenzji filmowej opiera się na pisaniu o tym jak nasza własna wrażliwość spotyka się z cudzą narracją. Wystawianie swojej wrażliwości na osąd publiczny zawsze stanowi ryzyko. Zwłaszcza gdy jest się wiernym sobie.
