Home Ogólnie Jeśli jest scena to musi być dramat czyli “Adriana Lecouvreur” (transmisja Met Live)

Jeśli jest scena to musi być dramat czyli “Adriana Lecouvreur” (transmisja Met Live)

autor Zwierz
Jeśli jest scena to musi być dramat czyli “Adriana Lecouvreur” (transmisja Met Live)

Wyobraź­cie sobie sce­ny jak z Dynas­tii, kobi­ety kłócące się o mężczyznę który miał to nieszczęś­cie umówić się z nimi obiema w  tym samym miejs­cu, mniej więcej w tym samym cza­sie. Wyobraź­cie sobie wza­jemne pub­liczne upoko­rzenia, szan­taże i ostate­cznie – morder­cze kwiaty, przesyłane w pudełku po biżu­terii. Brz­mi jak ide­al­na rozry­wka? No jasne, w końcu to wszys­tko zna­jdziecie w cud­ownej operze Francesco Celiea „Adri­ana Lecou­vreur”, którą nie dawno moż­na było zobaczyć w ramach trans­misji Met­ro­pol­i­tan Opera w pol­s­kich kinach.

 

Fot:Ken Howard/Met Opera

Jakoś tak się złożyło, że jak rzad­ko – nie wiedzi­ałam o operze właś­ci­wie nic. To znaczy, niekoniecznie – wiedzi­ałam, że cała his­to­ria jest opar­ta (dość luźno) na fak­tach i że głów­na bohater­ka pod koniec ginie otru­ta buki­etem kwiatów. Sami przyz­na­j­cie że brz­mi to intrygu­ją­co.  Zresztą to właśnie niez­na­jo­mość opery – połąc­zona z doskon­ałą obsadą – w roli głównej śpiewała Anna Netre­bko a w roli jej ukochanego Mau­r­izio (zresztą bohater jest synem naszego Augus­ta Moc­nego) śpiewał  Piotr Becza­ła. Strasznie mnie bawi i jed­nocześnie smu­ci że jak chce się posłuchać jed­nego z najlep­szych pol­s­kich śpiewaków, to nie ma rady, trze­ba patrzeć jak śpiewa w Nowym Jorku. Cieszę się jego sukce­sem ale wolałam jak  wystar­czyło kupić bilet na grane w Warsza­w­ie Rigo­let­to. W każdym razie nie wiedzi­ałam co mnie czeka fab­u­larnie, insc­eniza­torsko i muzy­cznie. I wyszłam, zaskoc­zona i zach­wycona.

Fot: Ken Howard/Met opera

Z jed­nej strony cała his­to­ria jest taką dość klasy­czną fabułą oper­ową. Jest w niej oczy­wiś­cie nieszczęśli­wy romans, jest zaz­drość, jest trag­icz­na śmierć – napisana tak by bohater­ka nawet tracąc przy­tom­ność nie traciła dobrze napisanej arii. Jest wątek miłos­ny – który dla wygody zaczy­na się gdzieś w środ­ku, więc bohaterowie nie muszą się przez dwa akty poz­nawać zan­im nieszczęś­cie sprawi, że nie będą mogli zostać razem. Jest też – częs­to spo­tykany antag­o­nizm pomiędzy dwiema kobi­eta­mi – tu pięk­na aktor­ka i zamęż­na księż­na de Boul­lion ostrzą sobie zęby na tego samego  dziel­nego sask­iego marsza­ł­ka. Księżnej fakt, że ma męża zupełnie nie przeszkadza być świę­cie obur­zoną, że aktor­ka roman­su­je z jej potenc­jal­nym kochankiem. Sama aktor­ka zaś nie zawa­ha się pub­licznie skom­pro­mi­tować księżnej. W tym wszys­tkim trochę ginie Mau­r­izio który naprawdę powinien się nauczyć że nie umaw­ia się dwóch sekret­nych schadzek w jed­nym miejs­cu o jed­nym cza­sie, a jeśli już ma się dwie kobi­ety pod jed­nym dachem, to pod żad­nym pozorem nie moż­na powierzać jed­nej opie­ki nad drugą. Naprawdę aż trud­no się dzi­wić że z tego wyszła taka trage­dia. Szko­da tylko, że jak zwyk­le życiem zapłaci kobi­eta a nie nieszczęs­ny bohater, który nawet rozkładu swoich sekret­nych schadzek nie umie dobrze ułożyć.

 

Fot: Ken Howard/Met opera

Ale jest też dru­ga strona. I to było dla mnie zaskocze­nie. Pomiędzy wszys­tki­mi typowo oper­owy­mi ele­men­ta­mi znalazło się też trochę treś­ci, które wymyka­ją się najprost­szym schematom. Doskonale pokazu­je to postać Inspic­jen­ta Michon­neta (śpiewał go i fenom­e­nal­nie grał Ambro­gio Maestri) – zakochanego w pięknej Adri­an­nie starszego mężczyzny który boi się jej wyz­nać miłość. To postać na drugim planie a jed­nak nie jed­nowymi­arowa. Zakochany, ale nie zaz­dros­ny Maestri, jest gotowy ustąpić kiedy pojaw­ia się młody kochanek, a potem poz­bier­ać serce Adi­an­ny gdy to zosta­je zła­mane. Wyco­fany, pogod­zony z losem, sta­je się przy­pad­kiem dość jed­nym ze świad­ków ostat­nich chwil bohater­ki. Pod­czas kiedy Mau­r­izio dosta­je wszys­tkie słowa  i gesty typowego oper­owego kochanka (Becza­ła wykonu­je to wszys­tko doskonale – ale po tylu rolach to już niemalże autopi­lot – wszak oper­owym bohaterom co chwilę ktoś umiera), tak inspic­jent przeży­wa to jakoś tak z boku, nie mniej dogłęb­nie, ale w takiej ramie dużo prawdzi­wszych uczuć. To jed­na z tych scen i tych ról gdzie moż­na w pełni docenić jak wiele dla samej opery robi doskon­ały aktor, który może nie dosta­je tyle do śpiewa­nia co inni, ale za to jak zagra i zapłacze, to cała ta oper­owa rama przes­ta­je być tak wyraź­na i nam też niesamowicie żal życia, tal­en­tu i szczęś­cia umier­a­jącej właśnie bohater­ki.

 

Fot: Ken Howard/Met opera

Zresztą w ogóle sam spek­takl bard­zo dobrze gra moty­wem życia na sce­nie, tej grani­cy pomiędzy tym co dzieje się w świecie który jest oswo­jony i przy­jazny – świecie teatru, a tym co dalekie, obce i okrutne – życiu z dala od sce­ny. Na sce­nie bohater­ka tri­um­fu­je i zbiera oklas­ki, z dala od niej jest krucha i narażona na zranie­nie. Za sceną zaś – w miejs­cu pośred­nim, roz­gry­wa­ją się najwięk­sze radoś­ci i poraż­ki jej życia. Dworskie towarzyst­wo nie może się rów­nać z tym teatral­nym, a miłość powin­na ustąpić przed aktorski­mi potrze­ba­mi, bo one są najważniejsze i nada­ją sens całe­mu ist­nie­niu. Trze­ba tu jed­nak zauważyć, że twór­cy spek­tak­lu doskonale baw­ią się zarówno powagą jak i potenc­jal­nym komizmem tej dychotomii – świat i sce­na. Jak w dobrej operze przys­tało mamy tu frag­ment bale­towy i po pros­tu widać, jak abso­lut­nie fenom­e­nal­nie baw­ili się jego twór­cy. Nie dość że jest on doskonale wyko­nany, to jeszcze pełno w nim naw­iązań, zabawy kon­wencją, his­to­rycznych smaczków. Moja zna­jo­ma która kocha balet stwierdz­iła, że przy jego tworze­niu wszyscy musieli się fenom­e­nal­nie baw­ić. Trze­ba przyz­nać, że w zestaw­ie­niu z niesły­chanie dra­maty­czny­mi sce­na­mi jakie roz­gry­wa­ją się na wid­owni tego teatru w operze robi to jeszcze lep­sze wraże­nie.

 

Zdję­cie: Ken Howard/Metropolitan Opera

No dobrze zapyta­cie, wszys­tko pięknie, fajnie że część scen wyglą­da jak żyw­cem wyję­tych z Dynas­tii, ale powiedz nam Zwierzu, jak to było zaśpiewane. Cóż ja wam mogę powiedzieć moi drodzy – zaśpiewane było to doskonale. Co praw­da niko­go to nie powin­no dzi­wić – bo w końcu to jest spek­takl z Met­ro­pol­i­tan Opera a tu śpiewa­ją najlep­si. Jed­nak praw­da jest też taka, że cza­sem obsadze­nie sław nie oznacza, że dobrze pasu­ją do roli. Zdarza­ją się takie sztu­ki w których niekoniecznie wszys­tko gra. Ale to nie tu. Wręcz prze­ci­wnie, dawno nie miałam wraże­nia, że oglą­dam spek­takl który jest tak doskonale obsad­zony pod wzglę­dem zgra­nia głosów, tal­en­tów i takiego emploi jakie ma każdy śpiewak i śpiewacz­ka oper­owa. Obsadze­nie głównej roli ułatwia fakt, że Adri­an­nę powin­na grać śpiewacz­ka która rozu­mie co to znaczy być prawdzi­wą divą, a kto jak kto ale Netre­bko nie trze­ba dwa razy tłu­maczyć jak to się gra. Doskon­ała jest też Ani­ta Rachvel­ishvili jako księż­na de Bouil­lon bo trze­ba wiedzieć jak zagrać swo­ją złą postać tak by każde jej spotkanie z główną bohaterką spraw­iało, że chce się jeszcze więcej. Oczy­wiś­cie nasz Becza­ła też się sprawdz­ił, choć jego bohater nie jest szczegól­nie pory­wa­ją­cy ale ma jed­ną naprawdę ład­ną arię, napisaną chy­ba głównie po to by śpiewak obsad­zony w tej roli nie czuł się zepch­nię­ty na mar­gin­es. Jed­nak najbardziej ze wszys­t­kich, co już pisałam, podobał mi się Ambro­gio Maestri jako Inspic­jent. Dawno nie widzi­ałam tak dobrze aktorsko zagranej roli w operze. No i słucha­j­cie jak to dobrze pokazu­je, że w teatrze oper­owym nie ma małych ról.

Fot: Ken Howard/Metropolitan Opera

 

Nie zach­wycałabym się tak gdy­by nie kil­ka spraw. Jed­no – zaraz idę na Car­men w ramach pokazów Met Live w kinach (sprawdź­cie na nażywowkinach.pl czy nie ma gdzieś w waszym mieś­cie jeszcze miejsc. W Warsza­w­ie się prak­ty­cznie wszys­tko wyprzedało) i nie mogę się doczekać obe­jrzenia opery którą znam. Ale wiem, że jak zacznę myśleć co by wam powiedzieć o Car­men to oczy­wiś­cie zapom­nę napisać o Adri­an­nie. A dru­ga sprawa – ważniejsza z waszej per­spek­ty­wy – nie musi­cie czy­tać moich zach­wytów myśląc o tym, że prze­gapil­iś­cie swo­ją szan­sę na obe­jrze­nie trans­misji. Otóż ponieważ jed­ną z głównych ról w spek­tak­lu gra pol­s­ki śpiewak to Met słusznie uznało, że im więcej pokazów tym lep­iej – zwłaszcza, że pokazy w sty­czniu pięknie się sprzedały. Dlat­ego kole­jne pokazy opery będą w Pol­s­kich kinach już w kwiet­niu i maju. Jeśli chce­cie wiedzieć dokład­nie gdzie i czy zna­jdziecie je w swo­jej okol­i­cy to ponown­ie odsyłam do Nazywowkinach.pl – gdzie zna­jdziecie listę kin i miejs­cowoś­ci – w których odbędą się dodatkowe pokazy. Tak więc jeśli nie udało się wam dostać biletów w sty­czniu to macie jeszcze szanse a co więcej, wiecie z wyprzedze­niem więc może­cie zaplanować co będziecie robić w kwiet­niu. A powin­niś­cie wys­trze­gać się buki­etów i uczyć się, że Dynas­tia naprawdę jest pro­duk­tem wtórnym.

Ps: W ogóle bard­zo pole­cam wam by zro­bić z wyjść na opery jakąś rodzin­ną trady­cję. Na przykład ja zro­biłam z tego trady­cję spotkań z tatą. Od cza­su kiedy nie mieszkam u rodz­iców i jestem z Mateuszem (a także jest zima), jestem u rodz­iców dużo rzadziej, dlat­ego trud­no znaleźć jak­iś taki rytm spotkań. Opery doskonale moty­wu­ją do spotka­nia, a ponieważ w cza­sie trans­misji są prz­er­wy to zosta­je sporo cza­su by poroz­maw­iać i po pros­tu pobyć razem. Mój tata w jed­nej prz­er­wie do Adri­an­ny opowiedzi­ał mi dokładne dzieje rodu de Boul­lion ale być może wy macie mniej eks­cen­tryczne tem­aty do rozmów z bliski­mi. W każdym razie o to czy idziemy na Car­men nawet nie musi­ałam go pytać bo już miał dla mnie zarez­er­wowany wieczór w kalen­darzu. I to jest moi drodzy super.

0 komentarz
0

Powiązane wpisy