Home Ogólnie Obejrzeć, Kupić, NIe zapomnieć czyli zwierz wymienia 10 swoich ulubionych filmów szekspirowskich

Obejrzeć, Kupić, NIe zapomnieć czyli zwierz wymienia 10 swoich ulubionych filmów szekspirowskich

autor Zwierz

 

Hej

 

            Zwierz chy­ba ogłosi ostat­ni tydzień — tygod­niem z życzeni­a­mi czytel­ników, bo zwierz ponown­ie pisze o czymś o co proszą czytel­ni­cy (nie żeby im wcześniej nie zasug­erował, że może o tym napisać), otóż widzi­cie zwierz wymieni­ał kiedyś, krótką his­torię ekrani­zowa­nia Szek­spi­ra ( kiedyś czyli dwa lata temu — zwierz pamię­ta, że wpis napisał z głowy zami­ast pisać pracę mag­is­ter­ską w bib­liotece. W tam­tym wpisie zwierz popisy­wał się przede wszys­tkim umiejęt­noś­cią wymie­nienia wszys­tkiego co widzi­ał z ekraniza­cji Szek­spi­ra jed­nym tchem. Dziś jed­nak się ograniczy. Do dziesię­ciu tytułów. Ale dlaczego w ogóle zwierz wraca z Szek­spirem? Poza drob­ną obsesją (kto czy­ta blo­ga ten zauważy) zwierz dostrzegł, że plus minus połowę jego planów na kul­tur­al­ną przyszłość zaj­mu­je oglą­danie Szek­spi­ra na sce­nie (tak zwierz posi­a­da bile­ty na Ham­le­ta z Szycem), oglą­danie Szek­spi­ra w kinie (tak zwierz uda się na  Kolio­rana w reży­serii Fiennsa) oraz wyczeki­wanie na Szek­spi­ra w telewiz­ji (Ryszard II, Hen­ryk IV i Hen­ryk V a wszys­tko wypro­dukowane przez BBC w ramach kul­tur­al­nej Olimpiady która przy okazji wyda­je się wywoły­wać więcej emocji w zwierzu niż per­spek­ty­wa zawodów sportowych). Tak więc widzi­cie gdzie nie spo­jrzeć tam Szek­spir. Oczy­wiś­cie zwierz od razu zas­trze­ga sobie, że lista po pier­wsze — ma tylko 10 pozy­cji, po drugie odpowia­da wyłącznie gus­towi zwierza. Po trze­cie nie zaw­iera 10 ulu­bionych sztuk Szek­spi­ra tylko dziesięć ulu­bionych ekraniza­cji. Po czwarte — nie liczą się ekraniza­c­je, w których nie mówi się Szek­spirem tylko akc­ja jest prze­nie­siona do współczes­noś­ci. Dobra sko­ro już poczynil­iśmy wszys­tkie możli­we zas­trzeże­nia czas zaczy­nać.

 

Hen­ryk V (1986) - zwierz jak wiecie przysiągł, że nie pol­u­bi innej wer­sji niż ta Branagha. Przysiągł i choć kto wie czy przysię­ga nie zostanie wys­taw­iona na ciężką próbę (pier­wsze klipy z nowego Hen­ry­ka V wyglą­da­ją niezwyk­le ciekaw­ie) to jed­nak nie zro­bił tego bez powodu. Hen­ryk V nie jest sztuką prostą do zekrani­zowa­nia przede wszys­tkim dlat­ego, że ma niesły­chanie frag­men­taryczną akcję i raczej dobre momen­ty niż spójną treść. Nie mniej jed­nak w real­iza­cji Branagha wszys­tko gra — nar­ra­tor prze­chodzą­cy w pier­wszych sce­nach zapleczem planu fil­mowego wyda­je się być ide­al­nie dopa­sowany do późniejszej — bard­zo real­isty­cznej prze­cież wiz­ji. U Branagha jest tak jak być powin­no — dwór jest ciem­ny, pole bitewne brudne (ileż bło­ta jest w tym filmie), a ostat­nia sce­na królews­kich zalotów zagrana w zupełnie innej tonacji niż resz­ta fil­mu. Oczy­wiś­cie ekraniza­cji poma­ga fakt, że naprawdę wszyscy tam dobrze gra­ją — trud­no się z resztą dzi­wić, spo­ra część aktorów grała wcześniej razem na sce­nie więc mieli więcej niż zazwyczaj cza­su na prze­myśle­nie swoich ról. Branagh w wywiadach z roku wypusczenia fil­mu pod­kreśla, że gdy­by wiedzi­ał jak się robi filmy pewnie nigdy by się nie zdobył na nakręce­nie takiego Hen­ry­ka. Ale zgod­nie z zasadą, że ograniczenia są tylko dla tych, którzy są ich świado­mi, udało mu się stworzyć film, który zde­cy­dowanie nie spraw­ia wraże­nia reży­ser­skiego debi­u­tu. Co praw­da zwierz odnosi wraże­nie, że raz na jak­iś czas Branagh poma­ga Szek­spirowi muzyką (cud­owny pod­kład muzy­czny pod St Crispin Day Speeach robi połowę robo­ty, zaś Non Nobis Domine pod koniec bitwy jest abso­lut­nie mis­tr­zowskim posunię­ciem) ale i tak oglą­da się to świet­nie. Oczy­wiś­cie moż­na zarzu­cić, że ekraniza­c­ja, która swego cza­su zro­biła furorę z powodu braku teatral­noś­ci dziś może się wydać (ponown­ie) nieco teatral­na. Ale zwierz uważa, że Szek­spirowi teatral­ność nigdy nie szkodzi. Jeśli chodzi o aktorstwo to zwierz uważa, że nie ma w tym filmie ról złych — nawet mały Chris­t­ian Bale (nie trud­no go nie dostrzec) jeszcze zwierza nie iry­tu­je. Kawałek świet­nego kina, które zwierz będzie lubił nawet jeśli nowy Hen­ryk V będzie tak dobry na jakiego się zapowia­da.

 

 

 Ter­az robimy men­tal­ną sztuczkę i wyobrażamy sobie, że w tle nie ma manip­u­lu­jącej naszy­mi emoc­ja­mi muzy­ki. Też dobrze brz­mi ale już nie TAK dobrze

 

 

Ryszard III (1995)- prze­nie­sione w cza­sy II wojenne, z Anglią dzi­wnie przy­pom­i­na­jącą kraj raczej faszys­tows­ki (jest to wer­s­ja his­torii dość alter­naty­w­na) sztu­ka może się wydawać pomysłem eks­cen­trycznym. Ale w tym sza­leńst­wie jest meto­da i to meto­da zde­cy­dowanie słusz­na. His­to­ria prze­nie­siona w inne cza­sy i deko­rac­je sprawdza się równie dobrze, posta­cie nie tracą nic ze swo­jej żywot­noś­ci zaś poli­ty­ka — z rządzą­cych nią zasad. Zmi­ana deko­racji nie tylko doda­je nowe pole do inter­pre­tacji ale też wycią­ga to co w sztuce i w samym Szek­spirze najlep­sze — fakt, że treść jego sztuk moż­na przenosić w cza­sie ale jeśli zostawi się słowa moż­na na tym zde­cy­dowanie zyskać. Ian McK­ellen jako Ryszard III krad­nie film wszys­tkim, którzy gra­ją w filmie, a obsa­da trze­ba przyz­nać, jest bardziej niż zachę­ca­ją­ca — przeglą­danie listy płac wyglą­da trochę jak marze­nie kino­mana (min. Annette Ben­ing, Jim Broad­bent, Kristin Scott Thomas, Mag­gie Smith a nawet w niesły­chanie dobrze dobranej dla niego roli Robert Downey Jr.) Oczy­wiś­cie połowę zabawy z oglą­da­nia spraw­ia przyglą­danie się temu w jaki sposób realia zupełnie innych cza­sów zosta­ją tak sple­cione z tek­stem by nie zgrzy­tały — w końcu jak w erze samo­chodów i czołgów zawołać ” Królest­wo za Konia” (da się;). Dodatkowym plusem tej ekraniza­cji, który to sposób kręce­nia zwierz zawsze ceni jest fakt, że Ryszard mówi do kamery a właś­ci­wie do pub­licznoś­ci. W chwili, w której spoglą­da pros­to na ciebie, i wcią­ga w swo­je knowa­nia sztu­ka nabiera zupełnie innego wymi­aru. Może­my się z nim nie zgadzać, jego czyny mogą w nas budz­ić obrazę, ale . jesteśmy jego wspól­nika­mi.

 

 

 Zdaniem zwierza ta sce­na to czyste insc­eniza­cyjne zło­to, plus kiedy Ian Mck­ellen na nas patrzy to przepadliśmy i jesteśmy jego wspól­nika­mi

 

 

Wiele Hała­su o Nic (1993) — ponown­ie Branagh bo zwierz nie ukry­wa, że ma do niego zde­cy­dowaną słabość (jak­by ktoś nie zauważył wcześniej). Prob­lem z Wiele Hała­su o Nic jest taki, że sztu­ka ma najbardziej dopa­sowany tytuł w his­torii ludzkoś­ci. To znaczy, nie należy jej strasznie dłu­go anal­i­zować bo dojdzie się do bard­zo głębo­kich wniosków (zwierz wie bo czy­tał mądrze­jszych, którzy to za niego zro­bili) ale jeśli po pros­tu się ją oglą­da to nie trud­no dostrzec pewną bła­hość całego zamiesza­nia. Z drugiej strony Szek­spir umieś­ci w sztuce najlep­szy wymyślony doty­chczas schemat dla komedii roman­ty­cznych czyli dwójkę bohaterów którzy są dla siebie ide­al­ni tylko się nie lubią. Ekraniza­cję Branagha zwierz lubi z kilku powodów — pier­wszym z nich jest Toska­nia — ładne wido­ki, willa i ciepłe słońce — wszys­tko to daje ide­al­ną ramę dla tej his­torii, po drugie Michel Keaton — jako Dog­ber­ry (jak on jest po Pol­sku, bo zwierz zapom­ni­ał), to się nazy­wa dobrze zagrać! Zwierz uwiel­bia jego teo­re­ty­cznie dru­go­planową rolę, ale jed­ną z tych, które są prawdzi­wy­mi perełka­mi. Inna sprawa — zwierz, który nie przepa­da za Keanu Reevsem uważa, że jako Don John sprawdza się świet­nie przede wszys­tkim dlat­ego, że jego bohater jest cały czas ponury i wściekły a Reeves nie musi nic szczegól­nie robić by się takim wydawać, podob­nie zwier­zowi strasznie podo­ba się  Den­zel Wash­ing­ton jako Don Pedro bo jest coś takiego w tym aktorze co spraw­ia, że nie trud­no sobie go wyobraz­ić (a tak jest w tej inter­pre­tacji) jako postaci nieco szla­chet­niejszej od wszys­t­kich innych. Co poniek­tórzy zarzu­cali Branaghowi, że zro­bił błąd powierza­jąc rolę Beat­rycze Emmie Thomp­son (argu­ment był taki, że jest za stara) ale zdaniem zwierza to zarzut idio­ty­czny bo aktor­ka jest w swo­jej roli świet­na a w due­cie z Branaghem jeszcze lep­sza. Poza tym film zaw­iera scenę z leżaczkiem, która stanowi dowód na to jak jed­nym małym rek­wiz­ytem moż­na wiele w sce­nie osiągnąć. Co praw­da zwierz znów ma wraże­nie, że Branagh sobie trochę pomógł muzyką Patric­ka Doyle, ale ponieważ zwierz darzy aku­rat tego kom­pozy­to­ra sporym uczu­ciem więc zwier­zowi to nie przeszkadza.

 

 

 W słonecznej Toskanii gdzie wszyscy ubrani są na biało a światło czyni wszys­tko ciepłym nawet Wiele Hała­su o Nic nie wyda­je sie być błache

 

Wiele Hała­su o Nic (2011) — zwierz postanow­ił, że sko­ro obe­jrzał londyńskie przed­staw­ie­nie przez Inter­net a nie w teatrze to zal­iczy je raczej do ekraniza­cji (przy­na­jm­niej w zwier­zowym rankingu), zwłaszcza że wszys­tkie zna­ki na niebie i zie­mi wskazu­ją, że moż­na je sobie jeszcze kupić i obe­jrzeć a kto wie może wyjdzie na DVD ( zwierz bard­zo by chci­ał). Oczy­wiś­cie biorąc pod uwagę wszys­tkie ograniczenia sce­ny, zwierz nie może rysować prostych porów­nań. No ale prze­niesie­nie akcji w lata 70 na Gibral­tar ( zaraz po wojnie o Falk­landy) jakoś niczego sztuce nie ode­j­mu­je. O ile inter­pre­tację Branagha zwierz nazwał­by raczej bardziej sen­ty­men­tal­ną niż zabawną, o tyle tutaj jest raczej komicznie niż refleksyjnie. Choć nie do koń­ca — bo całą siłą tego aku­rat przed­staw­ienia jest sposób  w jaki prze­chodzi od błazenady do powa­gi. Wychodzi to świet­nie Davi­d­owi Ten­nan­towi w roli Benedyk­ta, nieco gorzej Cather­ine Tate. Prze­sunięte są też akcen­ty — Don John jest bardziej hmm. cam­powy, zaś Don Pedro mniej szla­chet­ny i chy­ba trochę smut­ny, że w całym tym roman­sowym zamiesza­niu pozostał sam. W ostate­cznym rozra­chunku dosta­je­my jed­nak przede wszys­tkim popis jed­nego akto­ra czyli Ten­nan­ta bie­ga­jącego po sce­nie w koszulce w z logo Super­mana i mówiącego z cud­ownym Szkockim akcen­tem. Całe przed­staw­ie­nie może nie zapisze się w his­torii ale zwierz widzi­ał je kiedyś trzy razy w ciągu jed­nej doby i nie miał dość.

 

 

 Świet­ny klip pokazu­ją­cy, że kome­die Szek­spi­ra zawsze moga byc śmieszne, i że zwierz jest bard­zo geograficznie upośled­zony nie mieszka­jąc w Lon­dynie

 

Ham­let (1996) —  zwierz widzi­ał chy­ba wszys­tkie Ham­le­ty jakie wpadły mu w ręce i pewnie mógł­by ich wymienić więcej niż dwa. Tu wymienia przede wszys­tkim (po raz kole­jny) wer­sję Branagha. Dlaczego? Z kilku powodów. Po pier­wsze dlat­ego, że to peł­na wer­s­ja sztu­ki, czyli bite cztery godziny z tym co zazwyczaj się wyci­na. Po drugie Kate Winslet jest naprawdę dobrą Ofe­lią a nie taką jak zwyk­le (zwyk­le Ofe­lie są dość mdłe), po trze­cie zwierz uważa, że Branagh zro­bił słusznie obsadza­jąc się w roli Ham­le­ta choć jego Ham­let jest raczej opanowany na tle bard­zo wielu innych. Dobra ale to jeszcze nie koniec — prze­niesie­nie Ham­le­ta w cza­sie do Danii ale XIX wiecznej zwier­zowi podo­ba się przede wszys­tkim ze względów este­ty­cznych — jest coś takiego w XIX wiecznej modzie i cer­e­mo­ni­ale co pozwala nadać ide­al­ną ramę pała­cowym roz­gry­wkom. Do tego jeszcze Branagh zde­cy­dował się na Elsyn­or w wer­sji Glam­our co stanowi ciekawy (zdaniem zwierza) kon­trast dla ponurych wydarzeń jakie się roz­gry­wa­ją w jego murach. Dodatkowo reżyser nie zapom­ni­ał o tym co zawsze czyni sztukę przy­jem­niejszą do oglą­da­nia — jest więc i humor i sce­ny akcji bo Branagh idzie tropem Szek­spi­ra i finałowy poje­dynek zamienia w dużym stop­niu w scenę akcji, którą jak moż­na pode­jrze­wać był też na początku, bo prze­cież odrobi­na akcji zde­cy­dowanie nie była obca teatrowi Elż­bi­etańskiemu. Co jeszcze? Zdaniem zwierza świet­na obsa­da — zwłaszcza podo­ba się Derek Jaco­bi jako Klaudiusz (zwierz rzad­ko lubi Klaudiusza a tego lubił — choć chy­ba nie powinien), oraz Richard Briers jako Polo­niusz. No i w filmie pojaw­ia się Robin Williams w abso­lut­nie genial­nej acz małej roli. Oczy­wiś­cie zwierz nie raz słyszał wszys­tkie zarzu­ty pod adresem tej ekraniza­cji i wie, że bard­zo wielu wid­zom się nie podo­ba. Ale zwierz nie jest szczegól­nie ambit­ny i jakoś nad wąt­pli­woś­ci­a­mi więk­szoś­ci potrafi prze­jść obo­jęt­nie i oglą­dać Ham­le­ta raz po razie zwłaszcza, że film ma świet­ny komen­tarz.

 

 

 

 Zwierz nie będzie was zadręczał powszech­nie znanym monolo­giem więc wrzu­ca ten frag­ment który dowodzi, że w tym filmie  nawet role dru­go­planowe gra­ja aktorzy którzy zazwyczaj gra­ją na pier­wszym planie.

 

Ham­let (2009) — ponown­ie jak nie Branagh to Ten­nant. Zdaniem zwierza choć sama insc­eniza­c­ja RSC zaadap­towana na potrze­by fil­mu robi na nim mniejsze wraże­nie, to Ten­nant jest lep­szym Ham­letem. Dlaczego? Po pier­wsze insc­eniza­c­ja dzieją­ca się raczej współcześnie pozwala Ham­le­towi uwol­nić się od wszel­kich ram jakie narzu­ca na niego (a właś­ci­wie na rolę) granie jej w kostiu­mie. Po drugie, mimo, że mamy do czynienia z filmem to ekspres­ja jest raczej teatral­na — aktorzy spoglą­da­ją co raz w kamerę, jak pode­jrze­wa zwierz w miejs­cach gdzie spoglą­dali na wid­own­ię.  I tak Ham­let zami­ast wygłaszać monolo­gi w przestrzeń czy do lus­tra nie raz mówi do nas widzów, co jakoś tą powiedzmy sobie szcz­erze dość dzi­wną metodę komu­nikowa­nia się ze światem (mówić na głos co się myśli kiedy nikt nie słucha — hmm.) uspraw­iedli­wia. Ale w Ham­le­cie Ten­nan­ta jest przede wszys­tkim mnóst­wo energii, życiowej siły, która choć nie przekła­da się na zde­cy­dowane czyny, spraw­ia, że Ham­let przes­ta­je  iry­tować (co częs­to się dzieje kiedy aktor nie umie znaleźć właś­ci­wego klucza do roli). Nad­pobudli­wość Ham­le­ta połąc­zona z jego niez­dol­noś­cią do czynu robi z niego postać jeszcze ciekawsza. Co więcej zwierz nigdy nie widzi­ał w żad­nym filmie lep­szego wyko­rzys­ta­nia T‑shirtu — zdaniem zwierza genial­nego w swej pros­to­cie wyko­rzys­ta­nia kostiu­mu ( jak twierdzi komen­tarz T‑shirt należał do Ten­nan­ta który po pros­tu w nim przyszedł). Zwierz lubi w tej insc­eniza­cji także Klaudiusza (świet­ny jak zawsze Patrick Stew­art) oraz Gertrudę (Pen­ny Down­ie), której relac­je z Ham­letem roze­gra­no w zde­cy­dowanie niepoko­ją­cy sposób ale nie przekracza­ją­cy tej grani­cy, po której człowiek zaczy­na wrzu­cać Edy­pa do inter­pre­tacji. Pod­sumowu­jąc — insc­eniza­c­ja dobra a Ham­let Ten­nan­ta świet­ny.

 

 

 Ludzie cza­sem zapom­i­na­ją, że Ham­let bywa miejs­ca­mi bard­zo śmieszny. Tu jest śmieszny, sza­lony no i jak być powinien, bard­zo smut­ny.

 

 

Kupiec Wenec­ki (2004) - z Kupcem Weneckim jest pewien prob­lem. Jest to sztu­ka anty­semic­ka. Oczy­wiś­cie anty­semi­tyzm Szek­spi­ra nijak się ma do późniejszego (I jak wskazu­je mowa Shy­loc­ka być może nieco mniejszy niż nam się wyda­je) ale co się napisało to się napisało, co his­to­ria przyniosła to przyniosła i w ostate­cznym rozra­chunku kosz­marnie trud­no dziś Kup­ca Weneck­iego zekrani­zować. Tym bardziej zwierz jest pod wraże­niem jak świet­ny jest film Rad­for­da. Przede wszys­tkim genial­nym posunię­ciem było powierze­nie tytułowej roli Alowi Paci­no. Paci­no jest na tle innych aktorów wulka­nem energii — jego wściekłość, smutek, rządza zem­sty — wszys­tko to jest bardziej emocjon­alne i ludzkie. Nawet jego cier­pi­e­nie po stra­cie cór­ki wyda­je się być więk­sze niż stra­ch bohat­era granego przez Iron­sa przed wycię­ciem sporego kawał­ka ciała. Ten kon­trast spraw­ia, że Paci­no zdoby­wa wid­own­ię szy­b­ciej niż ktokol­wiek inny — nikt chy­ba nie wyjdzie z fil­mu przeko­nany, że jego bohater nie jest postacią trag­iczną, nawet jeśli w swych czy­nach posuwa­ją­cy się niekiedy za daleko.  Co więcej roz­gry­wa­ją­ca się trochę na drugim planie his­to­ria jego cór­ki (z resztą równie dobrze i bar­wnie przed­staw­iona) doda­je jeszcze jeden ciekawy ele­ment — zwierz doda tym, którzy widzieli, ze chodzi mu przede wszys­tkim o kwest­ię pierś­cionka. Nie mniej pod­sumowu­jąc, nawet gdy­by cały film był do bani to warto było­by go nakrę­cić dla poniższego mono­logu.

 

 

 

 Zdaniem zwierza naprawdę warto było zro­bić cały film dla tej jed­nej sce­ny. 

 

Otel­lo (1995) — zwierz bard­zo lubi Otel­la Oliviera Park­era i to nie tylko dlat­ego, że rolę Jago gra Ken­neth Branagh. Dobra po częś­ci dlat­ego. Jago jest abso­lut­nie cud­ownym złym bo właś­ci­wie nie ma jed­nego prostego wytłu­maczenia dla jego czynów (wszyscy to wiedzą, ale zwierza zawsze wzrusza, że jak go pyta­ją dlaczego to wszys­tko zro­bił to nie daje odpowiedzi). W filmie Park­era, trochę jak we wspom­ni­anym Ryszardzie III Jago robi z nas wspól­ników. Mówi do nas, knu­je z nami, dzieli się swoi­mi wszys­tki­mi pomysła­mi. To on jest naszym człowiekiem w filmie, i w sum­ie przez pewien czas nie sposób się pow­strzy­mać by nie kibi­cow­ać jego poczy­ni­an­iom. Oczy­wiś­cie pod koniec przy­chodzi otrzeźwie­nie ale jesteśmy wspól­nika­mi zbrod­ni. Jed­nak zwier­zowi podo­ba się tu jeszcze, jeśli nie przede wszys­tkim Otel­lo —  Lau­rence Fish­burne gra swo­ja rolę o tyle dobrze, że zwierz do koń­ca przyglą­da­jąc się bohaterowi miał wraże­nie, że czegoś ważnego o nim nie wie. Z resztą do samego koń­ca wydawało mu się, że postać ta jest zde­cy­dowanie głęb­sza i ciekawsza niż na pier­wszy rzut oka się wyda­je.  Minusem fil­mu jest fakt, że sporo wycię­to z ory­gi­nału, ale na ekranie zupełnie tego nie widać, akc­ja toczy się gład­ko, obsa­da daje z siebie wszys­tko (choć Dezde­mona jest tu raczej mdła, zdaniem zwierza) a całość wyda­je się nie mieć wad. Pod koniec oczy­wiś­cie, zwierz zas­tanaw­ia się dlaczego to wszys­tko, ale tak chy­ba być powin­no.

 

 

 

  Zwierz nigdy nie zrozu­mi­ał jak Fish­burne przeszedł  od tak dobrej gdy do jed­nej miny w Matrix­ie

 

Stra­cone Zachody Miłoś­ci (2000) — zwierz umieszcza tu tą adap­tac­je Szek­spi­ra ponieważ nie podobała się ona abso­lut­nie niko­mu a zwierz ją bard­zo lubi. Ze Stra­conych zachodów Miłoś­ci co praw­da nie zostało bard­zo wiele, ale za to w bonusie są piosen­ki;) Zwier­zowi podo­ba się pomysł styl­iza­cji na lata 30 (a właś­ci­wie ich końcówkę), podo­ba się pomysł wrzuce­nia musicalowych frag­men­tów i roze­gra­nia całego fil­mu w bard­zo staro­mod­nych deko­rac­jach. Ale najbardziej podo­ba się zwier­zowi, że film stara się odd­ać coś o czym niekiedy zapom­i­na­ją ci, którzy biorą się za kome­die Szek­spi­ra. Film chce być śmieszny. I miejs­ca­mi jest, bo jeśli tylko da się odpowied­nią przestrzeń dow­cipom Szek­spi­ra to zadzi­ała­ją. Dlaczego film się nie podobał. Zdaniem zwierza jed­nak za dużo było w nim musi­calu za mało Szek­spi­ra. A może nie wszyscy do koń­ca pojęli, że film jest dokład­nie taki jak ma być, a nie bardziej real­isty­czny czy jeszcze bardziej współczes­ny. Niek­tórzy stwierdzili, że ten film  dowodzi, że Branagh nie miał już pomysłów na Szek­spi­ra. Ale praw­da jest taka, że zwierz woli taką zabawę niż “Jak wam się to podo­ba”, które w struk­turze wyko­rzys­tu­je właś­ci­wie wszys­tkie pomysły “Wiele Hała­su o Nic”. Zwierz zawsze woli ryzyko od gra­nia bez­piecznie.

 

 Zwierz uważa stepowanie do pen­tametru jam­bicznego za jed­ną z fajniejszych rzeczy jaką kiedykol­wiek widzi­ał na ekranie

 

 

Romeo + Julia (1996) - dobra w tym filmie nie ma Branagha, jest za to Leonar­do DiCaprio ale aku­rat do roli Romea zwier­zowi bard­zo dobrze pasu­je. Całość prze­nie­siona w cza­sy współczesne gra ide­al­nie tylko i wyłącznie dlat­ego, że zostaw­iono tekst Szek­spi­ra. Serio — zaży­wa­ją­cy narko­ty­ki Merkucjo, Mon­te­ki wycią­ga­ją­cy swo­je pis­to­le­ty z napisem “sword”,  telewiz­yjne wiado­moś­ci zami­ast wstępu i epi­logu — wszys­tko dzi­ała bo mówią przy tym słowa­mi Szek­spi­ra. Podob­ne prze­niesie­nie w cza­sie bez zachowa­nia słów ory­gi­nału było by dość prostack­ie ale tak ponown­ie okazu­je się że deko­rac­je są naprawdę dru­gorzędne. Poza tym wyda­je się, że reżyser dobrze wybrał czas i obsadę ide­al­nie trafi­a­jąc w gus­ta nie tylko starszych kry­tyków ale i nas­to­latków w wieku do pary tytułowych kochanków zbliżonych. Zwierz widzi­ał wiele uwspółcześnień Szek­spi­ra ale to wyda­je się mu, że to jest jed­nym z lep­szych. DiCar­pio nie jest najlep­szym Romeem jakiego nosiła ziemia ale powiedzmy sobie szcz­erze to jak aktorzy gra­ją jest nieco dru­gorzędne wobec samego, bard­zo udanego kon­cep­tu. W sum­ie najbardziej wdz­ięczny jest zwierz za odkrycie dla szer­szej wid­owni Claire Danes, która jest niezłą Julią i ogól­nie bard­zo dobrą aktorką.

 

 

 

 Zwierz musi przyz­nać, że z nowego Romeo i Julii najwięk­sze wraże­nie zro­bili na nim Merkucjo i Tybald.

 

 

        Dobra miało być dziesięć jest dziesięć. Te są na samej górze głowy zwierza, te zwierz widzi­ał więcej niż trzy razy. Co nie znaczy, że nie ma innych filmów, zwłaszcza na pod­staw­ie innych sztuk, które zwierz lubi, na DVD posi­a­da i oglą­da ale rzadziej i raczej z cieka­woś­ci niż z prawdzi­wej pasji. Jak widzi­cie wyszedł mały fes­ti­w­al Ken­netha Branagha ale to nie wina zwierza tylko gus­tu zwierza. Co jeszcze — a zwierz nie pre­tendu­je ani nie pre­tendował do bycia znaw­cą, jest co najwyżej entuz­jastą. Różni­ca między znaw­cą a entuz­jastą jest spo­ra i chy­ba uwidacz­nia się w tym wpisie ale zwierz dochodzi niekiedy do wniosku, że tylko tej drugiej grupie przed­miot eksper­tyzy spraw­ia fra­jdę. Stąd też zwierz zwraca się do bard­zo prze­ci­wnej temu wpisowi Ponurej o odrobinę zrozu­mienia.

 

Ps: Tak zwierz wie, że poza UK i US też kręcą Szek­spi­ra, zwierz bard­zo lubi Rosyjskiego Ham­le­ta z lat 60 — miejs­ca­mi to jed­na z najpiękniejszych ekraniza­cji Szek­spi­ra jaką zwierz widzi­ał. Zwier­zowi całkiem podobała się też Pol­s­ka wer­s­ja Teatru Telewiz­ji wys­taw­iana w Wieliczce. Zwłaszcza pomysł by zacząć monolo­giem Ham­le­ta ( to znaczy TYM monolo­giem)

Ps2: Czy zwierz już wspom­ni­ał, że to tylko 10 ze znacze­nie dłuższej listy? Czu­je się w obow­iązku to powtórzyć jeszcze na koniec.??

 

0 komentarz
0

Powiązane wpisy