Home Ogólnie Strzaskane filiżanki czyli o drugim sezonie Hannibala

Strzaskane filiżanki czyli o drugim sezonie Hannibala

autor Zwierz

Hej

Zwierz w związku z tym, że zen­box awar­i­ował miał okazję obe­jrzeć ostat­ni odcinek drugiego sezonu Han­ni­bala. Ponieważ zwierz nie ma zwycza­ju recen­zować kole­jnych odcinków, pod­jął się podzie­le­nia się z wami kilko­ma reflek­s­ja­mi doty­czą­cy­mi drugiego sezonu jed­nego z ulu­bionych seri­ali zwierza. Oczy­wiś­cie wpis zaw­ier­ać będzie spoil­ery. Zwierz musi wam jeszcze jed­no powiedzieć. NIe oglą­da­j­cie nigdy Han­ni­bala sami — zwierz oba sezony obe­jrzał z bratem i nawet nie wiecie o ile lep­szy jest to ser­i­al kiedy złośli­wy­mi i fanowski­mi uwaga­mi moż­na się dzielić. Plus, ważne jest byś­cie uważnie przeczy­tali jakie zwierz ma pode­jś­cie do seri­alu — bo zdaniem zwierza tu zasadza się cała różni­ca w oce­nie Han­ni­bala. I dlaczego dla niek­tórych to ser­i­al wybit­ny a dla niek­tórych kom­plet­nie bezsen­sowny. A dla zwierza Han­ni­bal to ser­i­al, który jest jak kawał­ki stłuc­zonej fil­iżan­ki, które roztrza­skane na podłodze nie przy­pom­i­na­ją dawnego ksz­tał­tu dopó­ki nie złoży nam się ich w całość. Wpis zaw­iera spoil­ery

  Nawet jeśli ser­i­al jest miejs­ca­mi bez sen­su, to nie ma drugiego tak autorskiego pod wzglę­dem rozwiązań wiz­ual­nych seri­alu w telewiz­ji.

Zacząć trze­ba chy­ba od dość prostego stwierdzenia, że gdy­by ktoś zarządz­ił prz­er­wę w połowie sezonu nie było­by trudu z wyz­nacze­niem dwóch częś­ci sezonu. Pier­wsza roz­gry­wa­ją­ca się głównie w szpi­talu w Bal­ti­more, dru­ga roz­gry­wa­ją­ca się głównie we wnętrzach gabi­ne­tu Lectera. Obie częś­ci wyda­ją się słabo składać w całość ale Fuller trochę jak w przy­pad­ku pier­wszego sezonu cały czas nas zwodzi. Ilekroć wyda­je się że domknął wąt­ki, że coś rozliczył, że skończył tą część his­torii, sce­narzys­ta przy­pom­i­na, że tak naprawdę cały czas opowia­da o jed­nej spraw­ie, która rozpoczy­na się wydarzeni­a­mi z pier­wszego odcin­ka, pier­wszego sezonu. Nie wszyscy będą zach­wyceni tą struk­turą — zdaniem niek­tórych odbi­ja się to na seri­alu, gdzie postać taka jak Abi­gali może powró­cić pod koniec drugiego sezonu zupełnie bez wyjaśnienia co się z nią dzi­ało przez cały czas kiedy byliśmy pewni że nie żyje. Zwierz mógł­by się z tym zgodz­ić gdy­by nie fakt, że dru­gi sezon doskonale pokazu­je, że jest w telewiz­ji miejsce na ser­i­al który nie chce się wpa­sować w klasy­czne ramy pro­dukcji detek­ty­wisty­cznej czy nawet thrillera. Fakt, że ostat­ni odcinek drugiego sezonu jest właś­ci­wie (przy całym okru­cieńst­wie dzi­ałań Han­ni­bala) spoko­jny sta­je się jasne kiedy spo­jrzymy na to jako na domknię­cie pewnych rozsy­pa­nych wątków. Cały odcinek skła­da się z krót­kich kon­wer­sacji przy­go­towu­ją­cych nas do ostat­niego aktu. Nie seri­alu ale tej jed­nej jedynej sprawy.

To nie są dwie serie. To jest jed­na strza­skana fil­iżan­ka.

Zwierz pow­tarzał to wielokrot­nie na face­booku ale ostate­cznie zdał sobie z tego sprawę oglą­da­jąc ostat­ni odcinek. Han­ni­bal to ser­i­al który przyzwycza­ja widza do poe­t­y­c­kich obrazów, do gry per­cepcją bohaterów, do przestrzeni na roz­mowę która toczy się za pomocą samych aluzji. Jed­nocześnie Han­ni­bal nie ma ambicji bycia seri­alem real­isty­cznym. Wręcz prze­ci­wnie dru­gi sezon Han­ni­bala przy­pom­i­na co raz bardziej Push­ing Daisies gdzie rzeczy­wis­tość nigdy jas­no nie zadeklarowana jako alter­naty­w­na dale­ka jest od real­iz­mu. Zwierz przyjął to założe­nie, dając sobie tym samym pra­wo do odłoże­nia na bok wszel­kich pre­ten­sji doty­czą­cych wiary­god­noś­ci. Zwierz też wam to pro­ponu­je — zobaczyć Han­ni­bala jako emanację mrocznej strony tej samej fan­tasty­cznej wyobraźni Fullera, która dała nam oży­wia­jącego zmarłych cukierni­ka. Zresztą zas­tanów­cie się kiedy ostat­nim razem widzieliś­cie ser­i­al gdzie tak pięknie krew miesza­ła się z wodą, tak cud­own­ie parzyła się herba­ta, tak brzmi­ały w uszach skom­p­likowane naszpikowane aluz­ja­mi dialo­gi. Ktokol­wiek liczył na ser­i­al pełen prze­mo­cy krwi ten mógł się zaw­ieść. Widać to zwłaszcza w ostat­nim odcinku gdzie krew leje się gęs­to (serio kto Fullerowi poz­wolił wyko­rzys­tać tyle galonów syropu kukury­dzianego ;) ale ser­i­al na chwilę nie traci swo­jej specy­ficznej este­ty­ki. Przyję­cie, że Han­ni­bal jest his­torią świa­ta alter­naty­wnego nie tylko pozwala prze­jść do porząd­ku dzi­en­nego nad pewny­mi niedorzecznoś­ci­a­mi fabuły (zwierz nigdy nawet sam przed sobą nie krył że jest ich sporo) ale przede wszys­tkim nad ciągłym zawracaniem seri­alu w kierunku his­torii detek­ty­wisty­cznej. Bo wyda­je się, że Fuller wcale takiego seri­alu nie krę­ci.

Kiedy ostat­nim razem seri­ale fun­dowały nam takie wiz­je.

Jeśli przyjrzymy się bliżej dostrzeże­my, że tak naprawdę przed­miotem zain­tere­sowa­nia twór­cy wcale nie są morder­st­wa i psy­chopaty­czny morder­ca. Tak naprawdę cały dru­gi sezon Han­ni­bala jest rozważaniem na tem­at zau­fa­nia, przy­jaźni, wpły­wu, manip­u­lacji a przede wszys­tkim pyta­nia, kim jesteśmy i jak zmieni­a­ją nas inni ludzie. Roz­mowy Han­ni­bala z Willem tak niekonkretne, pokrętne, nawet poe­t­y­ck­ie są w sum­ie (co Han­ni­bal zaz­nacza w ostat­nim odcinku serii) jed­ną długą kon­wer­sacją, w której to co najważniejsze nigdy nie zosta­je powiedziane wprost. Z jed­nej strony wyda­je się, że całą sytu­ację kon­trolu­je od samego początku mis­trz aluzji i niedopowiedzeń Han­ni­bal (który o ile zwierza ucho nie myli, nigdy się do niczego nie przyz­nał wprost). Podob­nie jak Will nie ufamy ani jed­ne­mu słowu (a słowem kluczem dla Han­ni­bala jest przy­jaźń rozu­mi­ana jako pod­danie się jego woli) ale trze­ba przyz­nać że do samego koń­ca sączy on powoli tru­ciznę w serce nie tylko Willa ale i wszys­t­kich wokół siebie. Ser­i­al pokazu­je nam, że tym co jest najwięk­szą mocą Han­ni­bala nie jest jego doskon­ały węch ani wspani­ałe umiejęt­noś­ci tus­zowa­nia za sobą śladów czy przyrządza­nia ludziny na set­ki sposobów. Przyglą­da­jąc się tor­tur­owanej przez Han­ni­bala psy­chice bohaterów chce się niemal szep­nąć “This is my Design”. Ale oglą­da­jąc finał nie sposób nie dostrzec, że  Will ma rację – swoim oporem i pozornym zau­faniem zmienił Han­ni­bala. Wyda­je się, że ten psy­chopaty­czny morder­ca naprawdę uwierzył, że znalazł przy­ja­ciela, towarzysza, jedyną osobę która rozu­mie dlaczego robi to co robi.  Sce­na w której morder­ca ofer­u­je mu wspól­ną ucieczkę (tym samym dając możli­wość potwierdzenia swo­jej lojal­noś­ci) świad­czy o tym, że jed­nak przy­jaźń WIlla nie jest dla niego tylko pustym hasłem. Zaś zdra­da Willa prawdzi­wie bolesnym zawo­dem. Podob­nie ja ostat­nia sce­na gdzie Han­ni­bal chce wybaczenia. Wybaczenia które prze­cież temu morder­czemu psy­chopa­cie nie było­by przed poz­naniem Willa potrzeb­ne. Zresztą zwierz nie mógł się pow­strzy­mać przed wraże­niem, że ostate­czny rozlew krwi właś­ci­wie wszys­t­kich w około był wyrazem frus­tracji Han­ni­bala, który istot­nie praw­ie dał się zła­pać we własne sidła. Ci zaś którzy inter­pre­tu­ją tele­fon Willa jako dowód że do koń­ca prze­by­wał on pod czarem Han­ni­bala chy­ba są jed­nak dale­cy od prawdy. Ten sam tele­fon jaki wykon­ał Han­ni­bal do Hobb­sa spowodował, że morder­ca spłoszył się i popełnił błąd. Wyda­je się, ze tego prag­ną Will, ale nie docenił Han­ni­bala i tego jak bard­zo zraniła go jego zdra­da.

Kto by pomyślał. że to będzie najlep­sze zdanie finału.

 Jak widzi­cie zwierz czer­pie z oglą­da­nia Han­ni­bala niesłab­nącą przy­jem­ność. Nawet wtedy kiedy naśmiewa się z co raz wyraźniej zarysowanego homo­eroty­cznego podtek­stu seri­alu (nawet nie trze­ba pisać fan fic­tion wszys­tko jest w dialo­gach). Trze­ba zresztą przyz­nać, że oglą­da­jąc dru­gi sezon Han­ni­bala zwierz miał niemiłe wraże­nie, że co raz mniej widzów podąża za sposobem prowadzenia nar­racji auto­ra. Dla zwierza fakt, że finał, mimo że krwawy był w sum­ie bard­zo spoko­jny nie jest prob­le­mem.  Ten ser­i­al dzi­ała wbrew zasadzie dynami­ki i este­ty­ki więk­szoś­ci pro­dukcji telewiz­yjnych, dlaczego tym razem miało­by być inaczej. Jed­nak wiele osób nie jest w stanie się w tej bardziej fan­tasty­cznej niż real­isty­cznej nar­racji odnaleźć. Poza tym zwier­zowi zro­biło się mniej więcej w połowie sezonu bard­zo przykro. Kry­tyku­jąc twór­ców za sposób prowadzenia postaci Alany (która wda­je się w romans z Han­ni­balem) część widzów dała dowód temu, ze postrze­ga posta­cie kobiece w sposób niesły­chanie trady­cyjny. Fakt, że samot­na nieza­leż­na bohater­ka wdała się w romans z kolegą po fachu (o którym nie wie, że jest on  psy­chopaty­cznym morder­cą) wyda­je się mało bul­w­er­su­ją­cy a na pewno nie jest powo­dem by nazwać bohaterkę kre­tynką i pozbaw­ioną charak­teru. Co więcej część kry­tyków wychodz­iła z założe­nia, że nawet jeśli sobie taki romans zafun­dowała powin­na się z nim kryć. Nieste­ty odpowiedzi dlaczego powin­na to zro­bić brzmi­ały już mało przekonu­ją­co. Najwyraźniej część osób nie tylko przy­wiąza­ła się do myśli, że Alana ma pra­wo uczu­ciem darzyć wyłącznie Willa ale także do myśli, że bohater­ka powin­na być swo­ją (nawet niezbyt rozsąd­ną) fas­cy­nacją zaw­sty­d­zona. I choć jasne jest że została przez Han­ni­bala wyko­rzys­tana (a właś­ci­wie ośle­pi­ona) to prze­cież nie ona pier­wsza i ostat­nia w tym seri­alu. Zwierz musi zresztą powiedzieć że gdy­by przyjrzeć się postaci Alany to strasznie potrak­towali ją w tej serii wszyscy — Will nie mniej niż Han­ni­bal. Przy czym zwierz ma wraże­nie, że na przykładzie tej postaci sce­narzyś­ci chcieli pokazać co by było gdy­by w całej spraw­ie brał udzi­ał ktoś kto nie zatracił się w całej tej morder­czej karuzeli zafun­dowanej Wil­lowi i Jack­owi przez Han­ni­bala.

Zwierz kocha ekipę Han­ni­bala z ich wiankową obsesją

Zresztą zwierz musi przyz­nać, że, mimo iż Will i Han­ni­bal stanow­ią fas­cynu­ją­cy duet to tak naprawdę cała seria należała do postaci dru­go­planowych. Dok­tor Chilton, Bedalia De Muri­er, Dok­tor Gideon, zabur­zone rodzeńst­wo Verg­er czy nawet żona Jac­ka umier­a­ją­ca na raka Bel­la — to te posta­cie były naj­moc­niejszym punk­tem serii, jed­nocześnie za każdym razem pozwala­jące powracać Fullerowi do naszego głównego due­tu, zada­jącego sobie pyta­nia o zau­fanie, pokrewieńst­wo, przy­jaźń a nawet odna­jdy­wanie samego siebie itp. I choć brz­mi to śmiesznie nie ma chy­ba obec­nie w telewiz­ji bardziej szcz­erego i anal­i­zowanego związku między dwoma mężczyz­na­mi niż ta cho­ra relac­ja, która łączy Han­ni­bala i Willa. Jed­nak praw­da jest taka, że z ekranu pada nie jed­no stwierdze­nie do rozważe­nia w odniesie­niu do nieco mniej skom­p­likowanych relacji między ludź­mi. Pod tym wzglę­dem Han­ni­bal fun­du­je nam zupełnie niezwiązaną z tem­atem dawkę prze­myśleń. Przy czym potem podle­wa ją odpowied­nią dawką krwi i nieza­mierze­nie dow­cip­nych scen (serio sce­na z koniem, czy sce­na z Han­ni­balem w kaf­tanie – obie były nieza­mierze­nie śmieszne)

 

Fakt, że Han­ni­bal go potem nie pocałował uzna­je zwierz za skan­dal­iczny

Oczy­wiś­cie nie ma Han­ni­bala bez jego niesamowitego fan­do­mu, dzię­ki które­mu całą ta mrocz­na pokręt­na i miejs­ca­mi dale­ka od logi­ki his­to­ria nabiera zupełnie nowego wydźwięku i daje się oglą­dać nawet wtedy kiedy seri­alu się nie oglą­da. Zwierz musi przyz­nać, że ten ser­i­al został niemal stwor­zony po to by prz­er­abi­ać go na dow­cip­ne obraz­ki z niesamow­itym komen­tarzem napisanym com­ic sansem. Zwłaszcza że właś­ci­wie moż­na się zas­tanaw­iać do jakiego stop­nia Fuller pisząc wątek Willa i Han­ni­bala pisze pokręt­ny wątek miłos­ny. W seri­alu jest więcej niż jed­na sce­na, która właś­ci­wie wyr­wana z kon­tek­stu zamieniła­by się w scenę, którą spoko­jnie moż­na było­by wstaw­ić w melo­dra­mat czy komedię roman­ty­czną. Plus rzecz jas­na — fan­dom umie czy­tać z twarzy Mad­sa Mikkelse­na to, czego nigdy nie powie na głos. A do tego jeszcze fam­dom cud­own­ie wyła­pu­je wszelkie nawet najm­niejsze naw­iąza­nia do powieś­ci – gdy­by nie fani zwierz nie dostrzegł­by pewnie że w jed­nej ze scen Han­ni­bal ucisza owcę, nie dostrzegł­by dziesiątek mniej lub bardziej bezpośred­nich naw­iązań do zdań z książek czy scen z innych ekraniza­cji. A wszys­tkie te naw­iąza­nia wrzu­cone tak bez trudu do seri­alu doda­ją mu smaku.

Jak ktoś słusznie napisał nie jestem w fan­domie Han­ni­bala jestem w fan­domie Fan­do­mu Han­ni­bala

A sko­ro przy Mad­sie jesteśmy. Jaki to jest doskonale (wciąż) obsad­zony ser­i­al. Mads Mikkelsen miał w drugim sezonie trud­niejsze zadanie niż w pier­wszym. Jasne na początku wszyscy rwali się do porówny­wa­nia kreacji Mikkelse­na z kreacją Hop­kin­sa ale w sum­ie pokazać nam swo­jego Han­ni­bala było łatwiej niż utrzy­mać naszą fas­cy­nację bohaterem. Zwłaszcza, że w tym sezonie widz­imy więcej Han­ni­bala — widz­imy go zran­ionego (fizy­cznie i psy­chicznie) widz­imy go manip­u­lu­jącego ale i zab­ie­ga­jącego o względy, ziry­towanego. O ile w pier­wszym sezonie łat­wo było grać dia­bła wcielonego tak tu postać musi zostać wzbo­ga­cona o kil­ka ludz­kich cech, a jed­nocześnie nie stracić w oczach widzów. Mikkelsen wywiązu­je się z tego aktorskiego zada­nia znakomi­cie, jego twarz która musi mieć  chy­ba dwa razy więcej mięśni, bo jego mikro ekspres­je są niesamowite. Zwier­zowi zdarza­ło się pau­zować odcinek by uch­wycić ten moment, kiedy Mikkelsen uśmiech­nął się nie rusza­jąc nawet kącikiem ust czy kiedy widać było na jego twarzy rządzę mor­du czy smutek mimo, że wyraz twarzy pozostawał ten sam. Ale nie Mikkelsen czyni cuda pomiędzy uję­ci­a­mi tworząc chy­ba jed­ną z najbardziej fas­cynu­ją­cych postaci w telewiz­ji. Trud­niej ma też Hugh Dan­cy którego bohater w pier­wszym sezonie roz­padał się na częś­ci w tym najpierw musi złożyć się w całość (jak fil­iżan­ka) a potem zagrać postać którą wymarzył sobie Han­ni­bal. Zwierz jest pod wraże­niem jak Hugh Dan­cy gra pomiędzy zagu­bi­e­niem, wrażli­woś­cią i takim roz­pa­dem osobowoś­ci a abso­lut­nie bez­duszną wer­sją samego siebie wymar­zoną przez Han­ni­bala. Zresztą nawet fizy­cznie się zmienia — w drugiej połowie sezonu jest lep­iej ubrany, doskonale uczesany, jak­by od Han­ni­bala zaczął się upod­ab­ni­ać też fizy­cznie. Ale Dan­cy jak­by zała­pał trochę metody gry Mikkelse­na także ogranicza­jąc mimikę. Na wyróżnie­nie zasługu­ją jed­nak też aktorzy dru­go­planowi. Fenom­e­nal­ny Eddie Izzard którego każde pojaw­ie­nie się na ekranie było fenom­e­nal­nym popisem gry (aż stra­ch pomyśleć że Izzard właś­ci­wie jest aktorem kome­diowym), Gillian Ander­son która cały sezon gra tak, że jej pojaw­ie­nie się w ostat­nich sce­nach sezonu jest jak najbardziej log­iczne (serio brawa dla tej pani i radość że jeszcze się pojawi) bo jej Bedalia zda­je się być najbardziej udanym pro­jek­tem Han­ni­bala. No i Raul Esparza który do granic wyko­rzys­tu­je kome­diowy potenc­jał swo­jej roli i jest w niej ze sce­ny na scenę co raz lep­szy. Serio jego Chilton to jed­na z najlep­szych inter­pre­tacji klasy­cznej postaci z powieś­ci, jaką zna­jdziemy w seri­alu. Zwierza zaw­iódł jedynie Michel Pitt. Jego rola nie była zła ale zwierz spodziewał się po tej postaci czegoś więcej. Trud­no powiedzieć czego ale wydawało się zwier­zowi że to postać jed­nak niedo­pra­cow­ana. Z drugiej strony — jest to postać inna niż zwierz sobie wyobrażał kiedy myślał jaki miał­by być Verg­er więc w sum­ie to miłe zaskocze­nie. Z drugiej strony jego sios­tra jest tak róż­na od tego jak widzi­ał ją zwierz że tu zaskocze­nie jest pozy­ty­wne.

Bez wąt­pi­enia rola sezonu. A tak Chilot­na zwierz nie lubił.

Zan­im zwierz skończy swo­je rozważa­nia jeszcze dwa słowa o este­tyce seri­alu. Bo powiedzmy sobie szcz­erze – zwierz nie jest w stanie uwierzyć jak spójny styl udało się stworzyć twór­com. Od gar­ni­turów Han­ni­bala (i uroczych sweterków), przez garder­obę pozostałych postaci, meble, poko­je, kuch­nie i dania. Przez sce­ny zbrod­ni ale także budynek sądu, więzienia czy muzeum. Wszys­tko w tym seri­alu wskazu­je nam jed­noz­nacznie, że mamy do czynienia ze światem którego este­ty­ka jest dopra­cow­ana do najm­niejszego szczegółu. Nawet sza­lone wiz­je Willa są zawsze sym­bol­iczne i este­ty­czne jed­nocześnie. Co więcej – ten przy­mus trzy­ma­nia się pewnej este­ty­ki spraw­ia, że kiedy pojaw­ia się Verg­er ze swo­ją tak bard­zo banal­ną postawą takim brakiem tak­tu – naty­ch­mi­ast rozu­miemy dlaczego należy go z tego świa­ta wyprowadz­ić albo przy­na­jm­niej nauczyć go że nie wbi­ja się noża w krzesło i nie kładzie się nóg na stole. Do tego jeszcze nie zapom­ni­ano o este­tyce kar­du, o różnej pró­bie pokaza­nia nam per­cepcji świa­ta przez bohaterów, o grze efek­ta­mi spec­jal­ny­mi, wiz­ja­mi, sna­mi, oma­ma­mi. Zwierz nie oglą­dał drugiego seri­alu który by tak grał z widzem każąc mu nawet kilka­naś­cie sekund zgady­wać co tak naprawdę widzi. Pod tym wzglę­dem nawet jeśli Han­ni­bal nie dostar­cza przy­jem­noś­ci swo­ja fabułą to este­ty­cznie przeciera nowe szla­ki.

  Jeszcze coś dla kochanego fan­do­mu

Końcówka drugiego sezonu wyda­je się ostate­cznym domknię­ciem his­torii z sezonu pier­wszego. Umier­a­ją­cy jeleń — jak sam Fuller pod­kreślał — sym­bol więzi łączącej Han­ni­bala z Willem Gra­hamem świad­czy o tym że pewien etap gry między bohat­era­mi się zakończył. Co więcej skończył się bard­zo podob­nie jak w powieś­ci gdzie Will też kończy z nożem w brzuchu. Może­my się domyślać, że kole­jny sezon będzie roz­gry­wał się wedle zupełnie innego schematu, bo nikt już nie będzie miał wąt­pli­woś­ci, że Han­ni­bal jest morder­cą. Jak zwierz mniema Fuller może sięgnąć po flo­renck­ie wąt­ki his­torii Han­ni­bala. Z drugiej strony — wyda­je się, że już ter­az daje nam pewne syg­nały jak Han­ni­bal przetr­wa ewen­tu­alne uwięzie­nie (mój mind palace jest bardziej sty­lowy niż twój). Co więcej jeśli Will przeży­je (a powinien) to czeka­ją nas jeszcze te cud­owne kon­frontac­je w których Will nie będzie już tak pewny siebie i choć może być górą to będzie się Lectera bał.  Zwierz przyz­na, że jest zau­roc­zony kierunk­iem w który poszedł ser­i­al. To co zapowiadało się na inteligent­ni pro­ce­dur­al stało się dowo­dem na to, że ist­nieje coś takiego jak telewiz­ja autors­ka. Zwierz lubi auto­ra, lubi ten sposób nar­racji, lubi dia­bła w sty­lowych gar­ni­tu­rach. Jeśli nie lubi­cie zwierz chy­ba tego nie zmieni. Ale sam myśli o kole­jnym sezonie jak o doskonale podanym daniu. Gdzie nic nie będzie wege­tari­ańskie.

Skrót recen­zji dla leni­wych

Ps: Wczo­ra­jsza awaria spraw­iła, że wpis jest taki dłu­gi a zwierz ma na dysku jeszcze jeden. Brak możli­woś­ci pub­likacji napędza tem­po pra­cy zwierza

Ps2: Zwierz tak wstęp­nie pyta czy jak­by tak w połowie czer­w­ca zwierz naw­iedz­ił Poz­nań to czy ktoś chci­ał­by sie ze zwierzem zobaczyć.

23 komentarze
0

Powiązane wpisy