Home FilmZPOPK Short: Ludzie, których spotykamy na wakacjach

ZPOPK Short: Ludzie, których spotykamy na wakacjach

autor Zwierz
Postanowiłam, że część moich krótkich opinii o filmach i serialach, które umieszczam na Facebooku, będzie trafiała na Bloga w formcie, który nazywam ZVZ Short. To nie są równorzędne recenzje i teksty – to krótsze polecajki, teksty, które mają objętość (oraz często głębię) postu na FB. Robię to by teksty nie przepadły i żeby osoby, które szukają mojej opinii tylko na blogu miały taką opcję. Mam nadzieję, że sekcja ZVZ Short się wam spodoba.

Obejrzałam „Ludzie, których spotykamy na wakacjach” czyli nową komedię romantyczną od Netflix (adaptację książki Emily Henry, choć taką dość luźną adaptację) i jestem trochę rozdarta. Bo tak – z jednej strony – nie jest to najgorsza komedia romantyczna jaką widziałam na Netflix, na pewno nie jest w tym niedawnym stylu filmów, które wyglądają niemal jak z Hallmarku.

Jest lepiej nakręcona i lepiej zagrana, widać bardziej filmowy niż streamingowy budżet. Ale np. zwróciłam uwagę, że jest zaskakująco grzeczna jeśli chodzi o kwestie seksu i okazuje się… że wcale nie tak miało być. Ale po pokazach dla próbnej widowni film złagodzono. Mówię wam, kino głównego nurtu rzeczywiście staje się coraz bardziej purytańskie (a potem ludziom odbija na widok pośladków fikcyjnych hokeistów).

Sam pomysł, opowieści o parze, która niezależnie od tego gdzie jest co roku spotyka się na wspólny wakacyjny wyjazd jest naprawdę dobry. To jedna z tych romantycznych sytuacji, która nigdy nie jest naszym udziałem ale fajnie sobie coś takiego wymyślić. Choć powiem wam, że w tym filmie o wakacjach, chyba najbardziej zabrakło mi wakacji. Mamy pierwszy wspólny wyjazd na którym zostaje zawiązany pakt. Potem kolejny, który pokazuje nam jak para funkcjonuje na wakacjach, jeden który się nie udał i jeden z konfliktem. Patrząc na to zestawienie pomyślałam – kurczę pierwsza od dwudziestu lat komedia romantyczna, w której brakuje mi montażu. Bo chciałabym zobaczyć więcej tych wakacyjnych wcieleń naszych bohaterów. Poznać ich zanim sprawy się pokomplikują.

No właśnie, przyznam, że trochę z czasem zaczynam się zastanawiać nad tym jak podchodzę do bohaterów, którzy mają swoich partnerów, randkują, ale w istocie ich serce rwie się ku innym. Serio, w połowie narracji zwykle zaczynam się zastanawiać jak to wygląda z ich perspektywy. Zresztą cały czas mam wrażenie, że to są dużo ciekawsze opowieści – te gdzie dwie osoby odchodzą w kierunku zachodzącego słońca a ty zastanawiasz się czy kiedykolwiek miałeś szansę, czy było się tylko przerywnikiem w czyjejś romantycznej opowieści.

Na koniec muszę powiedzieć, że mój najgłupszy problem z filmem (MÓJ NAJGŁUPSZY – podkreślam) był taki, że aktor w głównej roli niesamowicie przypomina mi polskiego TikTokera Matusza Glena (ten który przebiera się za Ciotkę), którego znam i lubię. I to podobieństwo było w mojej głowie na tyle silne, że cały czas miałam takie „Ale co Mateusz z tą panną robi”. Serio dawno mój mózg nie upierał się tak bardzo że widzimy jedną osobę.

Jaki jest ostatecznie mój werdykt ? Trochę żaden – nie jest tak źle jak bywa z komediami od Netflixa, ale też – chyba trochę za dużo ten film mi mówił, a za mało pokazywał. Cały czas miałam wrażenie, że próbuje mnie przekonać, że oglądam coś dużo poważniejszego emocjonalnie niż widziałam na ekranie.
W każdym razie tyle ode mnie. A książki Emily Henry całkiem lubię – choć tej akurat nie czytałam, bo zaczęłam je czytać później.

Powiązane wpisy