Pozdrawiamy cię, my robiący film czyli zwierz o Ave, Cezar!

22/02/2016

Zwierz tupie konkursowo czyli dlaczego zwierz startuje w konkursie na Tekst Roku

22/02/2016

Długi wpis o nienawiści czyli zwierz o „Krótkiej książce o miłości” Karoliny Korwin Piotrowskiej

22/02/2016

Żyję w mieszkaniu pełnym książek o filmach. Nie przesadzam. Kiedy coś przekładam, odstawiam, ruszam to ze wszystkich półek, szafek, pudeł, parapetów i szuflad wypadają książki o kinie. Nie jestem w stanie się powstrzymać by ich nie kupować – starych, nowych, polskich, zagranicznych, naukowych, popularnych, dobrych, złych, biografii i albumów.  Czytam, je zbieram, nałogowo ustawiam na półkach tworząc eklektyczną kolekcję. Dlatego kiedy wychodzi nowa książka o kinie nie umiem się powstrzymać by jej nie kupić. A czasem powinnam. Jak w przypadku „Krótkiej książki o miłości” Karoliny Korwin Piotrowskiej.

Zanim zwierz zacznie pisać o samej książce chciałby was poinformować, że ją przeczytał. Naprawdę przeczytał. Porównał. Sprawdził niektóre przytoczone w niej fakty. Zaznaczył odpowiednie fragmenty. Zrobił to sumiennie i starannie, nie dlatego, że zwykle pisze po łebkach. Po prostu bardzo nie chciałby aby pojawiły się komentarze, że krytyka książki wynika z zazdrości czy prostej niechęci do autorki (za którą nie przepadam z czym nigdy się nie kryłam). Więcej mogę powiedzieć, że główne założenie książki – stworzenie swoistego przewodnika po świecie filmu – przystępnego dla czytelnika – jest założeniem dobrym i godnym pochwały. Tu jednak pochwały się kończą.

 

dav

Zwierz podszedł do lektury pełen dobrych chęci i odpowiednich karteczek

 

Gdyby zwierz miał jakoś określić ton książki Korwin Piotrowskiej to stwierdziłby, że autorka uprawia krytykę populistyczną. Nie krytykę popularną – jak czynił to Kałużyński i wielu naprawdę wybitnych krytyków filmowych, którzy pisząc w sposób zrozumiały przybliżali widzowie sztukę filmową, ale populistyczną – grającą na określonych emocjach i podtrzymującą określone przekonania pewnej (już nieco mniej określonej grupy czytelników). Te punkt wyjścia sprawia, że autorka cierpi na swoistą paranoję. Z jednej strony pisze we wstępie „To nie jest kolejna nudna opowieść o filmach i kinie, pisania językiem zrozumiałym tylko dla wybrańców.” Brzmi więc jak zaproszenie dla wszystkich. Nie musisz się znać, nie musisz być krytykiem – podejdź. Ale już po chwili trzeba się od tego nurtu przyjmowania wszystkich odciąć „Nie odrzuci Cię po pierwszym, zdaniu, którego nie zrozumiesz, bo przecież nie musisz być filmoznawcą ani krytykiem, i nie zniechęcisz się by podążać dalej” ” Krytyków, którzy – mam wrażenie – piszą recenzje wyłącznie dla siebie i kilku znajomych… a szkoda, bo kiedyś krytyk filmowy to był ktoś” „Dziś w czasie demokratyzacji mediów, może być nim każdy, nawet jeśli myśli, że Visconti to projektant mody”. Te dwa zdania dobrze nam posłużą jako klucz do całej książki. Z jednej strony – przemawia ona do widza zagubionego, któremu trzeba pomóc, z drugiej – często dowiecie się z niej że nie znając jakiegoś filmu jesteście debilami, idiotami czy analfabetami. Dzięki temu można się poczuć lepiej. Chociażby dlatego, że jesteśmy lepsi od tych „innych” – jakichś głupich panienek co nie widziały Ojca Chrzestnego czy myślą że Visconti to projektant mody. Nasza wiedza o filmie nadal może być średnia ale jak miło poczuć się od kogoś lepszym. Zresztą prawdę powiedziawszy – wśród współcześnie piszących o filmie – wcale nie ma aż tak wielu ignorantów. Zdecydowanie częściej wiedzą oni kim był Visconti niż potrafią dobrze zrecenzować film popularny. Ale o tym jeszcze za chwilę.

dav

Karteczki szybko zaczęły się kończyć

Autorka przyznaje że chce nas przeprowadzić przez świat filmów – namawiana przez ludzi że chcieliby aby „ktoś nam pomógł w znalezieniu fajnych filmów, niekoniecznie z tych ostatnich dwóch -trzech lat”. Ponownie idea słuszna. A autorka wydaje się idealna chwaląc się, że widziała „miliony filmów” (co prawda w ciągu życia tyle się nie da obejrzeć ale stwierdzenie „widziałam tysiące filmów” to nie w tej książce). Niby więc wszystko pięknie – głos ludu jest, odpowiednia pozycja (przeciw krytykom, frontem do widza) jest. Nic tylko czytać. A i jeszcze dowiadujemy się że to nie jest lista arcydzieł. No bo jak wiadomo arcydzieła odrzucają (co nie przeszkadza autorce kilkanaście jeśli nie kilkadziesiąt razy w tekście korzystać z tego sformułowania)

Zanim przejdziemy do omówienia reszty pozycji zwierz chciałby się z wami podzielić ciekawą statystyką. Otóż moi drodzy policzył film według dekad z których pochodzą. Jedna bowiem rzecz bardzo zwierzowi nie pasowała. Otóż widzicie kiedy kinoman zagląda do swojego serca, to jeśli nie zaczął swojej przygody z filmem bardzo wcześnie to właściwie jest pewne że w tych wyskrobkach znajdzie się międzynarodowy przegląd pozycji z całego radosnego okresu trwania kina.  Może niekoniecznie każdy z nas ma swój ukochany film niemy (zwierz ma) ale już kochane filmy z lat 30, 40 czy wczesnych 50 to nosimy w sercu.  Tymczasem nasza książka zawiera z okresu 1896-1957 jeden film. Jeden. Z kolejnej dekady kinematografii autorka wybrała 6. Najwięcej jest z lat 70-28, potem 80 -17, 90- 11, 2000-2009 -13 i  tu jedno z największych zaskoczeń aż 18 filmów z pięciu lat dzielących 2010 od 2015. Dlaczego zwierz bawił się w licznie? Po pierwsze – z czystej niechęci do jakichkolwiek książek o kinie które udają że przed latami 50 filmu nie było. Po drugie – bo ta statystyka jest rozkosznie niedorzeczna w zestawieniu z ciągłymi narzekaniami autorki, że kino schodzi na psy. Skoro kino schodzi na psy to jakim cudem w ostatnich pięciu latach wyprodukowano tyle fenomenalnych filmów. Chciałoby się złośliwie zwrócić uwagę, że to pewnie filmy obejrzane niedawno, świeże w pamięci albo posiadane na DVD ale zwierz będzie milczał bo nie jest aż tak złośliwy. W każdym razie – statystyka to symptomatyczna.

pro-cam

Trzeba było przejść na tradycyjne robienie notatek

 

Przejdźmy do omówienia filmów. To ciekawa mieszanka osobistych wspomnień, plotek, informacji z panu, streszczania scen i niesłychanie autorytatywnie wypowiadanych zdań. To nie jest książka gdzie znajdziecie jakiekolwiek wątpliwości. Jeśli coś było modne, to ubierały się w ten sposób wszystkie kobiety na świecie, jeśli film był popularny to wszyscy go widzieli. Wszystko, zawsze, wszędzie. Filmy są genialne, mega genialne, są arcydziełami, są najlepsze jakie nakręcono. Zawsze mocno i z grubej rury. Strasznie się to czyta –zwłaszcza przy świadomości, że o filmie – jak o każdej innej działalności kulturalnej człowieka, pisać trzeba jednak łagodnie i miękko, bo tu rzadko można znaleźć twarde fakty i jednoznaczne opinie. Ale autorka wyraźnie pragnie nas przekonać, że się zna (koszmarny nawyk – człowiek który się zna nie musi nikogo do tego przekonywać) i jeszcze dodać do tego swój osobisty bezkompromisowy komentarz. Niestety często jest to komentarz nietrafiony.

mde

Potem zwierz zcjął ze swoich regałów te ksiązki które ma a na które autorka powołuje się w bibliografii

Książkę otwierają wspomnienia z wyprawy na Gwiezdne Wojny. Film ważny, niemal założycielski – pierwsza taka wizyta w kinie. Zwierz czyta uważnie, bo obejrzane w wieku kilku lat Gwiezdne Wojny też dla zwierza były filmem ważnym. Nieco unosi się zwierzowa brew kiedy okazuje się, że Han Solo gra rolę brutala (łotra tak ale też raczej mało brutalnego), ale rozczulenie budzi komentarz dotyczący Marka Hamilla: „W wyniku wypadków, jakim uległ, musiał poddać się wielu operacjom plastycznym. I teraz jego wygląd nie jest dziełem natury, ale skalpela chirurga”. Pięć do dziesięciu minut zajmuje zweryfikowanie, że to tylko rozbuchana plotka a sam aktor przyznawał się jedynie do złamanego po wypadku nosa. Jest taka rzecz jak Internet. Bardzo ułatwia nie pisanie bzdur (pisanie bzdur też ułatwia ale nieco innych). Z kolei „Carrie Fisher zawdzięcza filmowi nałogi oraz depresję”. No nie do końca, Carrie Fisher jednak miała w życiu wiele innych problemów i nie wszystkim winien jest Lucas.

Dalej mamy Amelię i refleksję nad tym jak otworzyła nam serca po WTC. Powoli przyzwyczajamy się do języka gdzie można przeczytać o „mocarnej scenie” (a ja się tak męczę żeby nie pisać w ten sposób) czy o tym, że Amelia ma jaja. Na koniec dowiadujemy się, że Amelia ma też znaczenie lecznicze „Mogę powtórzyć za znaomym psychologiem, który powiedział mi, że poleca Amelię jako obowiązkowy film wielu swoim pacjentom, I On działa. Wyciąga ich z mroków depresji (…)”. To ten moment kiedy właściwie książkę chce się odłożyć (jak każdą która proponuje leczenie depresji filmami) ale obowiązek wzywa i czytamy dalej. Jak że bowiem inaczej dowiedzielibyśmy się, że Woody Allen „ma dzieci z własną adoptowaną córką” (zdanie które po prostu nie jest prawdziwe) czy też dowiedzieć się, że Allen nigdy po Annie Hall nie zrobił tak dobrego filmu. Takie urocze zdanie, które – biorąc pod uwagę ile po Annie Hall przyszło od Zeliga po Wszystko Gra, jest daleko idącym nadużyciem. Zwierza rozczuliła też zawarty w recenzji smutek autorki, że nie miała okazji przeczytać pierwszych recenzji Annie Hall, zanim ludzie zaczęli dopisywać głupie interpretacje. Otóż moi drodzy jeśli chcecie np. przeczytać pierwszą recenzję z New York Times to wpisujecie w Google „Annie Hall New York Times Review” i w 0,2 sekundy macie recenzje przed oczyma. Jak chcecie przeczytać polską to skoczcie poczytać Politykę w bibliotece. Ktokolwiek narzeka, że nie mógł przeczytać recenzji filmu z lat 70 , jest tylko leniwy albo niezaradny. Jak ktoś narzeka że nie mógł się dokopać do recenzji filmu z lat 20 to go rozumiem (z recenzjami z lat 30 jest zdecydowanie łatwiej). Jasne wy nie musicie tego drodzy czytelnicy widzieć – ale autorka książki o filmach – już tak.

dav

Potem zwierz zdjął z półek polskie ksiązki popularne o kinie i poczytał celem przypomnienia sobe, że można w Polsce o kinie pisać ładnie, lekko i rzetelnie

Od recenzji Białej Wstążki Hanekego (której zdaniem zwierza autorka nie zrozumiała ale to inna sprawa) zaczyna się swoista obsesja krytykowania współczesnego kina. Mamy więc znaczący cytacik:  „U Hanekego nie ma prostych wręcz wszechobecnych, prostackich niszczących umysł rozwiązań, typowych dla dzisiejszej narracji rodem z komiksu dla dzieci”. Czytamy to i myślimy sobie –hmm… czyżby naprawdę autorka takiego opracowania nie wiedziała, że Haneke jest przedstawicielem europejskiego kina artystycznego. Czyżby naprawdę tak bez zastanowienia zestawiała go z kinem popularnym. Czyżby naprawdę uważała, że takie zdanie nie jest przejawem swoistej „fałszywej argumentacji” hiperboli posuniętej do takich granic że nie ma już znaczenie. Bo jasne Haneke kręci filmy ciężkie. Ale to tak jakby wziąć Proces Kafki i twierdzić, że nareszcie jakaś dobra książka nie to co kryminały Agaty Christie. Można ale po co?

Jednocześnie autorka ma obsesję super bohaterów, obcych i zombie. Zestawmy sobie kilka cytatów. „Zrobił film bez oceniania swoich bohaterów, bez protezy scenariuszowej w postaci komitów, bez inwazji obcych czy zombie”, „Warto to obejrzeć? Taki film bez seksu, przemocy i robotów”, „Nie zestarzał się, współczesne debilne produkcję o życiu emocjonalnym robotów albo plastikowych lal i skretyniałych gogusiów mają datę przydatności najwyżej rok”, „moim zdaniem to jeden z lepszych filmów nakręconych w dwudziestym pierwszym wieku i dowód na to, że sens mają wyłącznie filmy o ludziach, a nie mutantach, super bohaterach czy kosmitach”. To kilka cytatów które pokazują, jak autorka portretuje widzowi kino. Jeden czy dwa dobre filmy a reszta to zombie, super boahterowie i roboty, albo mutanci. Po pierwsze – tych filmów o robotach wcale tak dużo nie ma. I jeśli weźmiemy androida za rodzaj robota – to zdarzają się wybitne (jak Blade Runner). No ale dobra – roboty są tu jako przedstawiciele wszystkiego co złe. Problem w tym, że autorka bierze jeden nurt kina – wielkie kinowe produkcje amerykańskie i ogłasza że to całe kino. Kino w kryzysie (to określenie też się pojawia).  Oczywiście można by napisać, że kino amerykańskie składa się z dwóch wyraźnych nurtów – kina niezależnego i kina wysokobudżetowego i oba rodzaje filmów rządzą się innymi prawami. Są dla ludzi. Można je oglądać naprzemiennie. Można jedne lubić albo nie. Ale to byłaby wyważona opinia osoby która swoich czytelników prowadzi przez świat kina pokazując, że jest on bardziej skomplikowany ale i ciekawszy niż się wydaje. Niestety wyważonych opinii nie ma – jest skrót, pójście na łatwiznę i schlebianie gustom tych którzy lubią czuć się lepsi od każdego kto wybiera się do kina na film super bohaterki.

hdr

Im bliżej końca tym książka robiła się grubsza od uwag i zaznaczeń.

Przy czym w ogóle w książce widać taki brak szacunku dla specyfiki określonych gatunków filmowych. Spagetti westerny (rzecz cudowna i rozkoszna – każdy powinien się skusić) zdaniem autorki „Dzisiaj z uśmiechem na twarzy i z rozrzewnieniem oglądamy te trzy filmy Leone z Eastwoodem w roli kowboja, bo to rzadki kicz (…)”. Jasne bo wystarczy sprowadzić coś do kiczu by spokojnie można było rozwodzić się nad tym jak doskonałym (wcale nie kiczowatym) filmem jest Brudny Harry, który zdaniem autorki”(…) jest pierwowzorem postaci z filmów i seriali, nawet tych z ostatnich lat, jak The Killing, Detektyw czy Most nad Sundem”. Chciałoby się to podsumować jednym słowem. Nie. Do tego nie jeden i nie dwa razy autorka stwierdza, że jeśli ktoś nie widział jakiegoś filmu to jest głupi. Przy Kabarecie: ‘” To jeden z najważniejszych filmów w historii kina, jeden z tych, których nieznajomość jest dla mnie dyskwalifikująca. Jeśli jest dekalog, jeśli jest wyznacznik praw, tak musi i być Kabaret”, Przy Ojcu Chrzestnym: „nie znajomość tego filmu to dowód na daleko posunięty analfabetyzm i nieuleczalną głupotę. Niestety, będę tu niemiła, ale mam dość radosnych idiotek, które nie wiedzą o co chodzi z obciętą głową konia pod kołderką czy propozycją nie do odrzucenia. Uważam, że to pozycja obowiązkowa na liście każdego, kto mieni się homo sapiens”, przy Pulp Fiction  dowiadujemy się, że trzeba znać: „Inaczej jest się analfabetą. Tak uważam”.

Ci którzy znają zwierza wiedzą, że ma on irytujący zwyczaj uznawania, że wszyscy widzieli wszystko. I dziwienia się, że ktoś czegoś nie widział. Ale serio, prawdziwy żywy kinoman nie uznaje, że jak ktoś nie widział Ojca Chrzestnego jest głupi czy że jest analfabetą. Drogi do kina są różne. Nie każdy od razu zobaczy wszystko, nie każdy dostanie inspirację czy podpowiedź, nie wszyscy mamy okazję dowiedzieć się co i jak oglądać. Więcej, nie wszyscy lubią kino. A nawet jak lubią. Ojciec Chrzestny nie jest dla wszystkich podobnie jak Pulp Fition. Jeśli książka ma być przewodnikiem czy polecanką to znaczy, że sięga po nią ktoś zagubiony czy nieświadomy. Po co go obrażać, po co się wywyższać, po co nazywać go analfabetą. Trochę jakby prowadzić program walki z analfabetyzmem poprzez stwierdzenie, że każdy kto nie przeczytał trylogii jest głupolem. Spokojnie można podkreślić wagę jaką film ma dla nas czy dla kultury bez posuwania się do takiego paskudnego, zniechęcającego ludzi (nikt nie poczuje się zachęcony po tym jak został obrażony) języka i obrażania. Inna sprawa – gdyby przyszło mi oceniać ludzi po tym kto zna jaką pozycję z klasyki musiałabym sporo osób w moim otoczeniu uznać za idiotów bo nie interesują się filmem. Na całe szczęście mam dość rozumu by takich bzdur nie myśleć i nie pisać.

dav

Czasem pisanie recenzji wymaga skomplikowanych obliczeń

Zresztą ta niechęć do jakiegoś wyimaginowanego – innego widza – pojawia się w książce jeszcze kilka razy. Np.  przy omówieniu Pianistki pojawia się taki ustęp „Uprzedzam to nie jest film dla radosnych panienek, których świat skończy się, gdy złamią paznokieć, albo nie wytropią w sklepie wymarzonych butów, ewentualnie nie zdążą wyćwiczyć sobie kaloryfera na czas bikini”. Po pierwsze to jakiś seksizm straszny – bo film nie jest dla ludzi nie zainteresowanych i zwierz nie wie czemu akurat jakiś określony typ kobiet miałby zostać wykluczony. Ale takiego właśnie „lekkiego” seksizmu w książce sporo. Inna sprawa. Co tak naprawdę autorka wie o tych kobietach? Filmy trafiają do ludzi nie według klucza. Skoro mamy wierzyć zachwytom jej 23 letniej studentki nad „Ostatnim Tangiem w Paryżu” (prawdę powiedziawszy nie wiem dlaczego rekomendacja przypadkowej studentki miałaby mnie do czegokolwiek zachęcić) to dlaczego nie mamy uwierzyć, że rano można płakać nad złamanym paznokciem a wieczorem zostać wybitym z rytmu dnia przez „Pianistkę”. A poza tym – dlaczego ta książka musi tak koszmarnie stereotypowo wybierać osobę, która pewnie po film nie sięgnie i od razu zastrzec, że to nie dla niej. „X-men: Days of future past” nie jest filmem dla mojej babci ale co to ma do sposobu polecania filmu? Poza tym, że ktoś kto widział Pianistkę poczuje się lepiej niż inni którzy jej nie widzieli. Zresztą to jest śmieszne jak bardzo wynosi się na szczyty autorka która przecież sama czynnie brała dział i w kulturze dla tej dziewczyny która lubi tipsy (i zapewne oglądała Top Model) jak i w czystym prostym plotkowaniu, które do kultury wysokiej czy intelektualnej się ma nijak. Można robić w najniższych partiach kultury popularnej ale z szacunkiem do ludzi do których się mówi i dla których się pisze. Są jakieś granice hipokryzji.

12644883_10206652537886992_1661231165742012258_n

Porządny materiał ilustracyjny się skończył więc będą zdjęcia świnek morskich

Idźmy dalej – autorka co zwierz już wcześniej zaznaczył ma problem z giętką acz skomplikowaną materią języka. W trakcie omawia Chłopców z Ferajny (koszmarnie dużo streszczeń filmów), pojawia się np. taka zbitka „Strasznie mocny. Strasznie dobry film. Najlepszy film Scorsese i najlepszy film o mafii (…)”. Zwierz patrzy i zastanawia się co ona właściwie ma mówić widzowi? Jest tyle możliwości polecenia widzowi filmu. Takie sformułowania są zupełnie puste. Nic nie wnoszą. Niestety takich właśnie określeń, za którymi nic nie stoi jest wiele. Zresztą jak przy języku jesteśmy – gdy autorka opisuje uwzględnione na liście „Gwiazd naszych wina” pisze że słyszała, iż film to „” Że to mega kupa, z przewagą kupy”. Czytam to zdanie i myślę sobie, że może to być pierwszy raz kiedy słowo kupa pojawia się na tym blogu w takim kontekście. Jednocześnie zwierz zastanawia się czy naprawdę pisanie wprost do widza musi oznaczać pisanie rzeczy, które jeszcze uchodzą w mowie (choć zdaniem zwierza jak ma się więcej niż 5 lat można znaleźć inne przymiotniki) a na piśmie już w ogóle nie powinno ich być. Nie dlatego, że są brzydkie ale dlatego, że są nieporadne.

Niemal w każdym tekście można znaleźć zdanie, które byłoby prawdziwe tylko, że nie jest. W recenzji Cinema Paradiso autorka wzdycha „Dzisiaj w czasach kiedy nie ma już ciasnych, dusznych kabin kinooperatorów, filmy kręci się techniką cyfrową, a taśmy nie są łatwopalne jak dawnej (…)”. Zwierz pragnie poinformować autorkę, że taśmy to nie są łatwopalne od połowy lat 50. Powszechnie. A ponieważ książka nie wspomina o niczym wcześniejszym to do wstchnienia nie ma prawa. Zaraz potem pojawia się kolejna refleksja natury historyczno – filmowej. „Wielką sztuką wbrew pozorom kino bywa rzadko, jak przystało na rozrywkę stworzoną dla gawiedzi, pokazywaną u swego zarania w cyrku i na festynach”. To dość odważne zdanie z wielu powodów. Po pierwsze – jeśli patrzymy na kino jako na całość a nie przez pryzmat kinematografii amerykańskiej drugiej połowy XX wieku (a tego jest najwięcej w książce) to kino nie raz i nie dwa udowodniło, że jest sztuką. Inna sprawa, kino istotnie na początku było rozrywką dla gawiedzi ale nie po to je stworzono. O tym, że kino może i powinno być czymś więcej mówiono od samego początku. Matuszewski swoją pierwszą rozprawę z zakresu myśli filmowej wydał w 1898 roku. Od 1908 roku nie wypada już wypominać kinu jego jarmarcznego pochodzenia. Nie chce dyskutować dalej ale to zdanie naprawdę wymaga korekty.

12410527_10206520042934701_4716786590134377935_n (1)

Ciekawe bywają też drobne przekłamania. Świetnie to widać w omówieniu „Co się wydarzyło w Madison County”. Kto film widział ten wie, że to melodramat, romans i dość sprawnie i wzruszająco opowiedziana historia, kobiety która staje przed wyborem. Może pozostać w swoistej pułapce życia codziennego albo podążać w nieznane. Ta historia o tyle trafia do odbiorcy, że poznaje całą gamę uczuć – od poczucia zamknięcia i niespełnienia po obowiązek i strach przed nowym.  Nie mniej w naszej książce dowiadujemy się że to film który mierzy się z seksualnością ludzi w „tym wieku” a Meryl Streep gra bohaterkę o „wybujałym libido”. Tu zwierz jako czytelnik zastanawiał się czy widział ten sam film. Teraz jest prawie pewien że nie bo autorka podsumowuje, że „Sporo ludzi z własnej woli poszło więc do kina na lekki film o miłości dwojga „starszych państwa”. Dla przypomnienia – w chwili kiedy kręcono film Meryl Streep miała 45 lat. Eastwood miał o 60 ale to Eastwood. Czas się go nie ima. Gdzie tam jest „ten wiek” i „starsi państwo”? Chyba że przyjmiemy, że po 30 to do grobu.

Zwierz nie chce was nudzić ale pobawi się jeszcze w grę „znajdź durny cytat”.  Ot np. początek recenzji „Dawno Temu w Ameryce” rozpoczynający się od zdania „ To nie jest film dla antysemitów”. No bo wiecie o żydach. Dobrze że autorka nas ostrzega. Ciekawe czy oznacza to, ze inne są? Zwierz jest zaintrygowany. W Debiutantach pisząc o karierze Evana McGregora autorka zaznacza, ze ma on „W dorobku ma mocne role jak w Transpotting, Gwiezdnych wojnach – mrocznym widmie (…)”. Zwierz zatrzymał się przy Gwiezdnych Wojnach bo wiele można powiedzieć o roli McGregora ale że była mocna to nie bardzo. Przy recenzji Dzikości Serca autorka ani razu nie prowadzi czytelnika na tropy znane z Czarnoksiężnika z Krainy Oz ( co dobry przewodnik powinien zrobić bo widz może sam ich nie wyłapać) za to stwierdza, że na grającą tam Laurę Dern „Hollywood nie miało i nadal nie ma dobrego pomysłu na wykorzystanie jej wielkiego talentu”. Jasne nie jest to powszechnie znana aktorka ale jakiś Hollwyood na nią pomysł miało skoro ma dwie nominacje do Oscara. Z kolei przy rozważaniach o Bergmanie dowiadujemy się „Nie ma w Polsce, bo na świecie są nowych dobrze opracowanych boxów z jego filmami”. No przepraszam a dwa boxy filmów Bergmana wydane przez Gutek Film? Nawet nie trzeba ich mieć na półce, wystarczy internet. Zwierzowi spodobało się też zdanie z omówienia „Love Story” gdzie dowiadujemy się, że film powstał na podstawie powieści”Ericha Segala ( amerykańskiej, lepiej zarabiającej wersji Heleny Mniszkówny, autorki Trędowatej”. I możemy nawet porzucić fakt, że Segal był cenionym profesorem filologii klasycznej, w przeciwieństwie do osiemnastoletniej Mniszkówny. Ale już trudno pominąć fakt, że to nie był autor jednego melodramatu tylko autor kilku bardzo porządnych powieści obyczajowych.

11139963_10206509278545598_3997746172461638802_n

Cudowne jest omówienie Imienia Róży gdzie autorka kończy rozdział wielką krytyką pod adresem głupich amerykanów. „Film nie zrobił kariery w USA, może okazał się za trudny dla Amerykanów, wychowanych na hamburgerach, kosmitach i Myszce Miki, ale za to w Europie odniósł ogromny sukces finansowy i artystyczny W sumie zarobił prawie osiemdziesiąt milionów dolarów. Historia stała się sexy towarem na długo przed Danem Brownem”. Zwierz napisał nawet obok tego akapitu brzydkie słowo na marginesie. Dlaczego? Bo moi drodzy odrzućmy na chwilę przekonanie nasze i autorki, że amerykanie są głupi a Europejczycy śnią po nocach Arystotelesa i przyjrzyjmy się faktom. Imię Róży dostało w Stanach kategorię R ze względu na nagość i tematykę, było też wyświetlane w ograniczonej sieci dystrybucji – głównie dlatego, że to film w dużym stopniu europejski. Spójrzmy na Box Office Mojo – stronę zajmującą się liczeniem wpływów. I czego się dowiadujemy. Film poradził sobie jako 37 z ograniczoną dystrybucją i 6 oznaczony literą R – ze wszystkich wyświetlanych w tamtym roku. Innymi słowy – ci amerykanie którzy mieli okazję film zobaczyć jak najbardziej się poznali. Strasznie mi przykro, że wizja genialnych Europejczyków musi upaść ale może i dobrze skoro miałoby to prowadzić do zestawiania Umberto Eco z Danem Brownem. Z kolei przy omówieniu „Małej Miss” pada cudowne zdanie „Bo gej w amerykańskim filmie musi być obowiązkowo” . Zdanie, które chce usłyszeć czytelnik ale niestety nie chce go słyszeć statystyka. Ten obowiązkowy gej pojawiał się w 2010 roku w niecałych 17% produkcji filmowych. Mała Miss jest nakręcona wcześniej więc pewnie wtedy ten procent był mniejszy. Ale po co to sprawdzać. Przecież to nie jest tak, że wszyscy mamy dostęp do jakiejś wielkiej sieci zawierającej informacje do której można się podłączyć z niemal każdego miejsca na świecie.

Prawdziwy szczyt w przekazywaniu widzom mądrości autorka osiągnęła jednak w omówieniu Koloru Purpury. Tu dopiero widz może zakwiczeć radośnie. Bo oto dostaje to co czytelnik polski uwielbia. Krytykę poprawności politycznej, zwłaszcza w wymiarze dotyczącym stosunków rasowych. Żeby było jasne. Kolor Purpury jest dobrym, wzruszającym, nie skrojonym pod gusty Akademii filmem, który dziś pewnie zostałby uznany za niepoprawny politycznie. Lepszy od filmów poprawnych politycznie. Poczytajmy o nich: „Trzydzieści lat później kręcenie filmów o problemach rasowych, według recepty oscarowej i skrojonego na nagrody nie jest już nazywane cynicznego, ale artyzmem, a poprawność polityczna nabiera nowego znaczenia”,  „Mamy też Zniewoloego, czyli podręcznikową ilustrację hasła o koszmarnej politycznej poprawność w kinie, na szczęście dobrze zagranego, ale hermetycznego i skrojonego pod nagrody właśnie, czytelnego głównie dla amerykańskiej publiczność, która jedyna zrozumie, o co w tej historii chodzi. I może nawet się wzruszy. Bo tak wypada. Znowu. „Selma (…) maksymalnie politycznie poprawny, jakby filmowcy , opowiadając o dziś o trudnych kwestiach rasowych, zmówili się między sobą, że przekroczą granice nudy i będą swoje twory sprzedawać jako dzieła wybitne. Nudny podręcznik lub kiczowatą czytankę dla pięciolatków na wzór Chaty wuja Toma wcisną nam jako arcydzieła”, „Zaznaczam, że absolutnie nie jestem rasistką, przeciwnie ale gdy oglądam owe tanie emocjonalne produkcyjniaki, które zalewają kina w ostatnich latach, mam wrażenie, że pod paru takich filmach można poczuć się niekomfortowo. Bo są złe, choć straszliwie i nachalnie sprzedawane jako arcydzieła głośne, często obsypane Oscarami, a znane osoby ostentacyjnie na seansie ronią łezki. Bo tak wypada”, „Czy współcześni mądrale którzy sprytnie wyciągają z nas kasę i żonglują dowolnie i bezkarnie naszymi emocjami robią filmy w stylu, w jakim Spielberg potrafił je robić już trzydzieści lat temu? Zaiste kino jest w kryzysie i głupieje na potęgę”.

12523923_10206479265795298_1736247195322665456_n

Rozłóżmy ten przecudowny tekst na czynniki pierwsze. A więc po pierwsze – Zniewolony – jako przejaw poprawnego politycznie filmu kreującego się na artyzm. Ten sam zniewolony nakręcony nie w ramach kinematografii amerykańskiej (reżyser i większość obsady są przecież Anglikami), który swojego bohatera traktuje surowo, który pokazuje brak wzajemnej lojalności, który pokazuje podziały społeczne pomiędzy czarnoskórymi w niewoli, który pokazuje psychopatycznego właściciela tak, że może być go żal, który pokazuje tą wieloznaczność postaw. Do tego film wychodzący poza granic jednego doświadczenia, szukający doświadczenia ogólnoludzkiego? Bardzo dobrze zrozumiały w Polsce. To chyba nie jest ten sam film, który oglądała autorka. Ale jak zwierz podejrzewa – nie oglądali go też czytelnicy więc wiele można im wmówić. A Selma? Zwierz by się zgodził gdyby nie fakt, że Selma pojawiła się w chwili kiedy stała się produkcją aktualną politycznie z powodu napięć rasowych w Stanach.  Po drugie – autorka zaznacza że nie jest rasistką ale ewidentnie czuje się niekomfortowo. Z czym? Że ludzie wzruszają się na innych filmach niż ona? Najwyraźniej płacz nad losem czarnoskórej ludności tylko wtedy kiedy wypada. Najbardziej bawi zaś zwierza zestawienie tych filmów, które są paskudnie manipulanckie  z produkcjami Spielberga. Sorry ale jeśli ktoś umie w Hollywood grać na emocjach, kręcić pod Oscary i wpisywać w tak nielubianą przez autorkę poprawność polityczną to jest to Spielberg.

Zwierzowi podoba się też wizja przeszłości jaką kształtuje autorka. Informuje nas np. że Empire to taki „angielski Film”. Tak, kiedyś w Polsce była gazeta „Film”. Mówi to tak jakby było to niespotykane a jej czytelnicy narodzili się tak późno, że nie słyszeli o zamkniętym stosunkowo niedawno Filmie. No ale to nie koniec, przy omówieniu Fanny i Aleksander pada cudne zdanie „Jestem z pokolenia w którym w wielu kręgach nieznajomość Szeptów i Krzyków, Siódmej Pieczęci albo Persony równoznaczna była z niedorozwojem umysłowym. Te czasy minęły chyba bezpowrotnie”. Pomijając cudownie niepoprawne określenie które jest po prostu obraźliwe dla ludzi (uwaga, uwaga straszna poprawność polityczna), to samo zjawisko wcale nie umarło. Nie wiem co autorka wie dziś o ludziach snobujących się na kino, ale jak wtedy się snobowano na Bergmana tak dziś się ludzie snobują na Bergmana. Tylko teraz trudniej bo co raz więcej osób zdaje sobie sprawę, że nikt nigdy nie oglądał Bergmana tak zacięcie jak wszyscy się przyznają. No ale kiedyś czasy były inne – autorka poleca zapytać rodziców i dziadków o Tarkowskiego.  „Tarkowski to ikona. Na niego chodziło się do kina i stało w długich kolejkach”. Zapytałam więc rodziców – zwłaszcza ojca kinomana. Wyszło to czego się spodziewałam. Tarkowski był, jest i będzie twórcą którego filmy trafiają do kinomanów i nie były i nie będą częścią kultury masowej. Zaś w kolejkach do kina stało się w poprzednim systemie przed prawie każdym filmem bo inaczej sprzedawano bilety.

11427213_10205238087006604_7296684786037356512_n

Skończyły się zdjęcia świnek. Będą zdjęcia kotków

Jesteśmy przy dziesiątej stronie omówienia więc czas przejść do czegoś na kształt puenty. Zwierz jest książką zniesmaczony. Z wielu powodów – ilości błędów, przekłamań, odnoszenia się do takich paskudnych uproszczeń – stosowanych przez tych którzy o filmach rozmawiają ale nie myślą o weryfikowaniu pewnych stwierdzeń. Książka nie sprawdza się za bardzo jako wybór autorski. Pomijając fakt, że ponad połowę filmów można znaleźć na innych listach wybitnych dzieł kinematografii (co przynajmniej zdaniem zwierza jest o tyle dyskwalifikujące że nie chodzi o przepisanie własnymi słowami cudzych list ale o stworzenie czegoś świeżego), to produkcje dobrane są trochę bez ładu i składu. Rzeczywiście sprawia wrażenie jakby koś przejrzał swoją kolekcję DVD i nie znalazł w niej nic oryginalnego. Dla osoby która jest początkująca w świecie filmu lista jest nieprzydatna – nakrzyczą nań że nie widział Ojca Chrzestnego i polecą Pasoliniego. Dla osoby obeznanej lista jest banalna, wtórna, zaś omówienia które głównie opisują co aktorki nosiły i dodatkowo podrzucają ploteczki (i krytykują późniejsze poczynania) z planu będą miałkie. Nawet osobiste wspomnienia autorki są mało poruszające bo głównie dowiadujemy się z jakim aktorem przeprowadziła wywiad albo jak to czuła się wyróżniona, że była na pokazie. Czasem dokładnie opisze nam filmowy plakat.

12112297_10206043886271082_3559373460774178119_n

Przy czym ta książka doskonale pokazuje że pisanie o filmach to pułapka. Jeśli odrzucimy krytyków jako „tych złych”, filmoznawców jako „tych skomplikowanych” to teoretycznie nic prostszego. Dwie, trzy godziny przed ekranem i chwytać za pióro. Tylko tu jest problem. Pisanie o kinie jest trudne. Bo nie wystarczy streścić ciągu obrazów, czy napisać o czymś, że jest mocne. Trzeba mieć wyczucie, znaleźć równowagę między opisem przeżyć a szukaniem tropów, jakoś zmieścić w słowach wrażenia wywoływane przez obrazy. No i nie sprowadzić do banału. Dlatego o filmie pisze wielu ale czyta się nielicznych. Nie chodzi o samą wiedzę ale o wyczucie. I niestety w tej książce go brakuje. Brakuje delikatności pisania o sztuce, wyczucia pisania o ekonomii, zrozumienia pisania o rozrywce. Zostaje jakiś taki dość irytujący zbiór banałów, wypowiadanych autorytarnym pewnym siebie tonem, z mnóstwem dużych kwantyfikatorów. To jest takie brzydkie mówienie o kinie, udające luz przez zbrutalizowanie i zbanalizowanie języka. Można mówić do czytelnika prosto ale z wyczuciem. Nie trzeba poezją ale żeby to było ładne, precyzyjne i zmuszające do myślenia.

Zwierz też narzeka na to jak się współcześnie pisze o kinie. Bo właśnie za dużo w tym takiego pisania z pozycji wiedzy, pewności siebie. Za mało sprawdzania faktów, weryfikowania, przyjrzenia się nieco głębiej problemowi. O kinie wciąż rozmawiamy brzydko. Bo inaczej nie umiemy. Nie mamy pojęć, nie mamy wzorców. Lubimy się wywyższać i czuć lepiej od innych, ale za samym faktem kojarzenia filmów i nazwisk niekoniecznie stoi inteligencja. Ta zaś zwykle nie potrzebuje się wywyższać. Zresztą widzów w Polsce dzielić nie należy – bo i tak jest ich mało. Raczej edukować, zachęcać ale i prowadzić. Poza emocje  i fabułę filmu w stronę pokazania co tam się kryje pod spodem. A nie być kolejnym bełkotliwym zbiorem banałów połączonym z narzekaniem na wszystko co współczesne.  I dlatego ta książka tak mnie odrzuca. Ma co prawda wzbudzać emocje – no we mnie wzbudza. Negatywne. Serio, lepiej poczytać sobie stare wywiady Raczka z Kałużyńskim. Różnicę poczujecie od razu. I jakoś tak wam lepiej będzie. Choć wiecie…. To krytycy są.

Ps: Książka zawiera bibliografię. Rozczula mnie ta bibliografia bo jest w niej np. pozycja „TASCHEN 365 Day-by-Day: Movie Icons”, która jest ni mniej ni więcej ale kalendarzem ze zdjęciami aktorów i aktorek. Ogólnie jest to taka bibliografia przy której nie ma się co za bardzo chwalić, przy części pozycji kupujący nałogowo książki o filmie zwierz odrzucił je bo doszedł do wniosku, że reprezentują za niski poziom

Ps2: Książka ma fatalny i wołający o pomstę do nieba błąd wydawniczy – nie ma w niej oryginalnych tytułów filmów, są za to zdjęcia autorki w najdziwniejszych miejscach książki. Dlaczego ktokolwiek chciałby patrzeć na dziennikarkę kiedy czyta o filmach? W ogóle Ta książka jest tak wydana, żeby nikt ani po tytule ani po okładce nie zorientował się co to jest.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Nadia

    Pinkne! Wpis Zwierza oczywiście, nie ta książka. Ogólnie trochę się bałam czytać, bo wypowiedzi tej pani budzą we mnie agresję, ale cytaty przytoczone i omówione przez Zwierza wywołały tylko radość. A mocna rola Ewana jako Obiego mnie dobiła. Jak kiedyś napiszę opko o ćpajacym Obim uwodzącym swego nieletniego ucznia w ramach sekty Jedi to tylko przez ten cytat.

    • kodama

      Czytałabym.

  • Ponura

    <3 <3 <3

  • Dziękuję. Tak po prostu, dziękuję ci za ten wpis

  • Najpewniej nie usłyszałbym o tym wybitnym dziele, gdybyś o nim nie napisała. Mam nadzieję, że wspaniała autorka w końcu przestanie wydawać cokolwiek.

  • Nina Wum

    Ja piepiórczę. Z osobami twierdzącymi, że jak ktoś nie oglądał czegoś tam (Bergmana czy innego Pasoliniego) to znaczy, iż jest upośledzonym analfabetą – ostatni raz w życiu zetknęłam się w liceum. To była dobra szkoła z trudnym egzaminem wstępnym i uczęszczało do niej paru okrutnie zarozumiałych profesorskich synów. Ale oni wszyscy mieli po 16 lat. :D

  • OK, to wiem na co nie wydać pieniędzy. Dzięki!

  • Hm, w takim razie wiem, czego nie kupować. Swoją drogą – jest jakaś szansa, Zwierzu, że kiedyś przeczytamy Twoją autorską książkę o kinie? Taką kupiłabym od razu;-)

  • Jess

    Jestem jednak naiwna sądząc, że ta pani mogła napisać coś wartościowego. Pomyślałam sobie: o, w końcu napisała coś innego, jednak nie zajmuje się tylko i wyłącznie wylewaniem pomyj na innych ludzi. Nie mam pojęcia, jak można pisać o filmach i wykorzystywać to do wywyższania się i okazywania nienawiści do bliźnich. Serio Korwin-Piotrkowska czuje straszną nienawiść zwłaszcza do młodych dziewcząt. Nie wiem czemu uważa, że to co robi jest ważniejsze niż wybieranie butów i robienie tipsów. Obrzucanie ludzi błotem jest szkodliwe, a dobrze zrobione paznokcie przynoszą miłe wrażenia estetyczne nie tylko właścicielce, ale też otoczeniu. Kiedyś z wyższością opisywała „konflikt” dwóch blogerek o podobną fryzurę (co prawdopodobnie było żartem ze strony dziewczyn), mówiąc o takie one głupie i opisując to w ten sposób: „jedna blogerka o inteligencji meduzy udająca, że ma proste zęby „ukradła” drugiej blogerce udającej, że ma chudą twarz (i retuszującej w związku z tym wszystkie swoje zdjęcia) i o podobnym stopniu rozwoju ni mniej ni więcej ale fryzurę oraz pomysł na nią.” Zionie ta pani tą kulturą, że hej. I naprawdę szkoda, że tak dużą reklamę dostał taki poradnik, a nie jakaś naprawdę fajna pozycja. Chyba napisanie poradnika, w którym nie pokazuje swojej pogardy dla innych jest dla KP powyżej możliwości. Przecież mogłaby napisać średni poradnik o filmach, które lubi. Tak po prostu. I nie udawać alfy i omegi.
    Nie widziałam „Chłopców z ferajny”, ale za to oglądałam dwa razy „Obywatela Kane’a”, czy te punkty się jakoś sumują? Ile powinnam dostać, żeby być uznana za osobę inteligentną?

    • Analikot

      Korwin-Piotrowska wydaje się być z tej grupy ludzi, którzy są tak zakompleksieni, że za cel obrali sobie udowodnienie wszystkim dookoła swojej wyższości/wartościowości nad innymi ludźmi (moim zdaniem tymi „ładnymi”, bo głównie na tych jedzie najbardziej, widać że to ją boli). A że miała swój program i że wydała książkę i że istnieje w mediach.. To wszystko sprawia, że jest typową, pewną siebie „kobietą sukcesu”, która dzięki swojej inteligencji TYLE osiągnęła, że teraz aż ma muchy w nosie. Żal mi jej.

      Zwierzu! Wspaniały post! Rzetelny i ciekawy. Cieszę się, że są ludzie, którzy tak piszą. Dziękuję!

  • jednorozcosc

    od pierwszego akapitu z cytatami z pani Korwin-Piotrowskiej tłukło mi się w głowie tylko: „dlaczego nikt nie zapłacił Zwierzowi za napisanie takiej książki, przecież to najsensowniejszy wybór”. i myślę ze zgrozą o tych wszystkich, którzy na Zwierza jeszcze nie trafili a skuszą się na takie „dzieło” podpisane nazwiskiem znanym z telewizji. i przy okazji dziękuję Zwierzowi za własną edukację filmową :D

  • Jaki cudowny, smacznie zjadliwy wpis <3 Wiedziałam, że będzie na co czekać.

  • Kama

    I tak nie czytałabym tej książki, ale podziwiam rozmach omówienia zwierza i włożony w tekst wysiłek. Recenzowanie złych książek to – z wielu względów – koszmarne zajęcie.
    Mam tylko jedną książkę typu „najlepsze filmy” „100 filmów stulecia” Lewandowskiego. Dostałam ją lata temu i nadal mam kompleks, że czas leci, a ja widziałam może połowę listy. Ale przynajmniej tamta lista jest eklektyczna. Nie wyobrażam sobie, żeby pisać przewodnik po kinie bez pierwszej połowy XX wieku… Chyba w ramach odtrutki pójdą sobie potrzymać moje kupione ostatnio w promocji 2 pierwsze tomu „Historii kina” z Universitasu (kupię sobie trzeci, jak odbuduję kasę :))

    PS. Zwierzu, czy ta encyklopedia „Film Noir” ze zdjęcia tylko wygląda, jakby była warta każdych pieniędzy? Czy faktycznie jest i mam sobie na nią oszczędzać?

  • Zet

    Zwierzu, proszę wyślij ten tekst jako list do wydawnictwa Prószyński i s-ka. Takie ksiązki są szkodliwe i trzeba to piętnować, a sama tak dobrze nie umiem.

  • wronka

    Widziałam zapowiedź wpisu na FB. Potem przeczytałam wstęp do tekstu i pomyślałam „może niepotrzebnie tak ostro” (ani mnie P. Korwin Piotrowska ziębi ani grzeje – to tak gwoli wyjaśnienia), ale w chwili, kiedy dotarłam do fragmentów dowodzących, że X, który nie widział Y (albo – co może nawet gorsza – widział, ale się nie zachwycił) jest prostakiem, ignorantem i głupcem… cóż… trudno to komentować. Przykre. Nie rozumiem jak można o kulturze (choćby i tej „pop”) pisać kompletnie bez kultury.

  • Im bardziej autorytarnie ktoś się wypowiada na dany temat, tym z większą nieufnością trzeba podchodzić do prawd przez nią/niego wygłaszanych.

  • Proszę. Podaruj ją Pawłowi i razem umieśćcie ją w cyklu „Złe książki” wraz z analizą. Proszę.

    • Asia

      Podaruj to słowo klucz. Szkoda, żeby ktoś następny wydawał pieniądze, które może przeznaczyć na film o zombie, albo co gorsze na jakiś amerykański film o superbohaterach:)

  • Zwierzu, może wyślij to w formie listu do Prószyńskiego? Bo o ile opinia o książce to rzecz gustu, to błędy merytoryczne są błędami i trzeba je tępić.
    Przeczytałam, wpis smakowity, tekst źródłowy bardzo nie. Ale może ja się nie znam, bo lubię filmy z superbohaterami i robotami (zombie już mniej, czy to mnie ratuje?). I jeszcze byłam przekonana, że filmy o niewolnictwie mają wywoływać w widzu pewien dyskomfort.W końcu oglądamy ludzi sprowadzonych do bycia rzeczą. Ale widać dałam się nabrać politycznej poprawności i manipulacjom „pod nagrodę”. I nie uchroniło mnie wielokrotne oglądanie „Imienia róży”.

  • Miarka

    Klęska. Bardzo Zwierzowi współczuję tego doświadczenia. :( I wszystkim, którzy się wczuli też.

  • Jak można nie lubić filmów o robotach -.-

    • Zwłaszcza jeśli za wieloma stoi spora dawka pytań filozoficznych, takich z cyklu o istotę bycia. Ech..

      • Siri

        Tak, sama jakiś okres czasu liceum poświęciłam na czytanie i oglądanie sci-fi własnie dlatego że nigdzie indziej nie trafiałam na takie ciekawe pytania czy tezy jak właśnie w tym nurcie. Card, Lem, Dick, Asimov to ludzie, których naprawdę warto poznać idąc do nich „po robotach”.

        • Kama

          Wprawdzie nie przepadam za sci-fi, ale nie przyszłoby mi do głowy mówić, że sci-fi jest głupie. Jeśli już coś czytam z tego gatunku, to z podziwem. Taki Bradbury, Lem – a słyszałam, że i Dukaj – to ambitna filozofia wszystkiego przecież. Z gruntu filmowo-serialowego (poza już wymienionymi przez Zwierza i komentujących): „Battlestar Galactica”! To jest materiał na prace o ludzkości, technice, religii itp. Zresztą takie prace powstają.

          • Siri

            Mam wrażenie, że w XX w. i nadal to jeden z najambitniejszych gatunków jaki powstał. Oczywiście moja wiedza jest nikła, ale mam dziwne wrażenie że nie przesadzam. Do tego szeregu dodałabym też Grzędowicza (chwilami jest naprawdę dobry). I tak, takie pracy powstają. O takim Blade Runnerze można książki pisać.

  • alcoholic_friend

    ta książka brzmi tak źle, że prawie mam ochotę ją przeczytać. prawie.
    trudno w jakikolwiek sposób komentować poziom przytoczonych fragmentów, więc może skupię się tylko na tym, co mnie najbardziej irytuje, czyli to powszechne przekonanie, że jak film opowiada o problemach rasowych to z miejsca jest poprawny politycznie, a więc tani i zły, i nie należy się na nim wzruszać, bo to podła manipulacja i skok wyrachowanych producentów na nasze sumienia i portfele, i tylko filmy o cierpieniach białych są prawdziwe, mocne i wzruszające.
    kryptorasizm ma się świetnie, krótko mówiąc.
    (a już trochę mniej poważnie, to jak można nie doceniać filmów o zombie? jak ktoś nie widział 28 dni później to w ogóle nie wie nic nie tylko o filmie, ale i życiu i śmierci. jestem prekursorką zombie snobizmu.)

    • zpopk

      Ależ ja się zgadzam, cały tekst o kwesitach rasy w kontekście poprawności politycznej śmierdzi właśnie kryptorasizmem

    • DorkaEm

      Autorce chyba umknęła twórczość Spike’a Lee, który owszem opowiadał o problemach rasowych, ale takiego „Malcolma X” z pewnością do poprawnych politycznie filmów zaliczyć nie można.

  • Nie widziałam Ojca Chrzestnego.
    Najwyraźniej jestem analfabetką i cierpię na nieuleczalną głupotę.
    Aż dziw, że nawet bez znajomości filmu dobrze wiem, co co chodzi z głową konia w nogach łóżka i propozycją nie do odrzucenia.
    Ale ja nie jestem homo sapiens. Jestem Myszą. *mic drop*

    (sorry, not sorry, NMSP)
    Świetny tekst, Zwierzu. Pogratulować cierpliwości i silnej woli, że dałaś radę przebrnąć przez tę książkę.

    • Nadia

      Ja widziałam. Znudził mnie. :D

      • zpopk

        Ja widziałam i uważam ten film za absolutnie fenomenalny, być może jeden z najlepszych jakie nakręcono w amerykańskiej kinematografii. Tylko jedno nie ma z drugim wiele wspólnego.

        • Joanna

          Ja tez uwielbiam!

    • Beryl Autumnramble

      Zasnobuje bardziej: widzialam Ojca chrzestnego i zupelnie do mnie ni dotarl.

    • Aż dziw, że istnieje coś takiego jak Internet, gdzie można różne rzeczy sprawdzić!

      • Czasem nie trzeba nawet sprawdzać. Człowiek jakoś tak przypadkiem się uczy. Przez popkulturową osmozę.

  • Poleciłby mi ktoś jakieś godne uwagi książki o kinie dla laikow? Miałam sięgnąć po tę pozycję, ale po przeczytaniu recenzji chyba sobie daruje

    • zpopk

      Właśnie wyszło nowe wydanie rozmów Kłużyńskiego i Raczka pod tytułem Perły z Lamusa – rozmowy o kinie dawnym i współczesnym. Bardzo dobre by się rozjerzeć. Jak wpiszesz w wyszukiwarkę książki to znajdziesz ze dwa wpisy gdzie polecam różne polskie i zagraniczne pozycje do poczytania

  • Ewa Serenity Iwaniec

    Zwierzu kochany, widać po wpisie, jak bardzo cię pani Korwin-Piotrowska zdenerowawała. W sumie nie dziwię się, bo z tego co piszesz książka aż ocieka jadem i poczuciem wyższości. To bardzo bardzo przykre, zwłaszcza że jak piszesz to ma niby być przewodnik dla początkujących kinomanów.

  • Mentha spicata

    Zdecydowanie nie jestem kinomanką, ale to co prezentuje sobą tekst źródłowy to jakieś pomyje. W momencie kiedy nawet ja czuję się obrażona, a przynajmniej zniesmaczona taką publikacją, co musi odczuwać prawdziwy wielbiciel medium filmowego… Zresztą co ja mogę wiedzieć o miłości do kina, oglądam hurtowo rzeczy sprzed roku 1950, przecież wtedy nic wartościowego nie powstało ;-)
    Swoją drogą – jaki jest ulubiony niemy film Zwierza?

    Istnieje nadzieja, że nikt tej książki nie kupi jako przewodnika filmowego, bo wygląda wydawniczo raczej jak zbiór felietonów lajfstajlowych. Brzydko wydany zbiór.

    Miętówka-co-dorobiła-się-konta-na-disqusie

    • zpopk

      Zdecydowanie : Gabinet doktora Caligari. Ale to nie jedyny niemy film który bardzo lubię.

      • Mentha spicata

        Och, też uwielbiam Gabinet, jest absolutnie szalony na wszystkich poziomach :)
        A, zauważyłam że zapomniałam wspomnieć o jednej rzeczy – podziwiam że chciało Ci się podliczać i porównywać różne rzeczy. Uwielbiam tego bloga właśnie za rzetelne i wyważone podejście.

      • Spriggana

        Och, „Gabinet…” oglądany z oczami na zapałkach o 2 w nocy na niemieckim kanale… Chwilami nie miałam pewności czy to film czy przysnęłam i mózg się włączył twórczo :-D

        • zpopk

          Ej najlepszy stan do oglądania !

          • Spriggana

            Nie mówię nie, lepsze efekty mogła dać tylko wysoka gorączka.

  • Jak ja się cieszę, że są osoby takie jak Zwierz, osoby, które po natrafieniu na dowód czyjejś ignorancji zachowują względny spokój (bo wnioskuję z wpisów na fb i zakończenia tekstu, że troszkę jednak się ciśnienie Zwierzowi podniosło), by następnie poświęcić godziny na zweryfikowanie wszystkich tez, teorii itp. zawartych we wspomnianym dowodzie. Miło jest przeczytać długi, inteligentny i rzetelny tekst, zamiast hejtu, który zazwyczaj się pojawia. AŁtorka (zapożyczyłam sobie tę pisownię ze strony Przyczajona logika, ukryty słownik) gardzi większością społeczeństwa (bo nie widzieli filmów z jej Top listy), gardzi Amerykanami, młodymi dziewczynami niezainteresowanymi kinem…. Ogólnie, gardzi wszystkimi z wyjątkiem samej siebie i tej ,,grupy wybranych” – widzów idealnych, którzy po prostu myślą tak, jak myśli ona. Aż się prosi o porządny hejt. Ale nie.. to by oznaczało zniżenie się do jej poziomu – trzeba by nią gardzić. A tu przychodzi Zwierz. I pisze. Mądrze. Z poparciem każdego twierdzenia faktami. Aż się miło robi.
    Zastanawia mnie tylko jedna rzecz… Kto tę książkę przepuścił i dał do druku?

    • scripty

      Ten książkę przepuścił i dał do druku, kto zapłacił pewnie niemałą zaliczkę i nie był już w stanie wydusić z pani bardziej przyzwoitej wersji tekstu. Nie wiem, jak na świecie, ale w polskich warunkach znanym autorom zaliczkę płaci się przed napisaniem tekstu, a jeśli powstałego utworu się nie przyjmie, to autor zwraca tylko część pieniędzy. O ile w ogóle coś zwraca, bo różnie to bywa. Zatem zanim się podejmie decyzję, by jakiejś książki nie dawać do druku, staje się na rzęsach, by coś jednak wyrzeźbić. Inna sprawa, że redaktor i korektorzy powinni błędy merytoryczne wychwycić. Chyba że autorka odrzuciła ich zmiany w korekcie autorskiej (a wtedy albo się na autorkę wrzeszczy, albo wysyła książkę do druku jak najszybciej, byle mieć panią z głowy).

      • zpopk

        A ja myślę, że ta ksążka jest dokładnie taka jaka miała być. I na tym polega pewien problem.

        • mgm

          Zgadzam się z tym, oni już wydali przecież „Ćwiartkę raz!”, myślę, że to mogło dać pewien obraz, czego można się spodziewać.
          Swoją drogą, tam też jest sporo nic nie wnoszących zdjęć autorki.

        • Właśnie. I jest to dobry powód, by popaść w przygnębiającą zadumę nad kondycją rodzaju ludzkiego.

      • Denerwuje mnie takie podejście: pozbądźmy się jej, niech idzie do druku i po sprawie. To już któryś przypadek, gdzie na prawdę wystarczyłaby niewielka ilość zaangażowania, żeby udało się chociaż odrobinę podnieść poziom (merytoryczny) wydawanej książki.

        • scripty

          Zanim się oceni redaktorów i potępi w czambuł, trzeba sobie pewne rzeczy uświadomić: w tak dużym wydawnictwie jak Prószyński decyzji o tym, co kiedy idzie do druku, nie podejmuje sam redaktor. Maszynkę promocyjną nakręca się wcześniej, przesunięcie premiery oznacza, że cała praca promocyjna zdaje się psu na budę. Poza tym każdą zmianę redaktora w tekście musi zatwierdzić autor. Jeśli autor poprawkę odrzuca, zaczynają się schody. Argumentuje się, przekonuje, wyciąga materiały źródłowe itd. Zazwyczaj to skutkuje. Ale nie zawsze. Czasem autor mówi: albo będzie tak, albo wcale. I co ma zrobić wydawca w takiej sytuacji? Ja wiem, że przyzwoitość ludzka mówi: spuścić autora na drzewo. Ale księgowość mówi: aha, a koszty zaliczki, redakcji, korekty, pewnie już i projektu okładki to co? No i mamy klops. Beata Pawlikowska ma na przykład na swym koncie książki, w których interpunkcja jest stosowana według własnej koncepcji poprawności językowej autorki, a na stronie redakcyjnej widnieje zdanie, że redakcja za interpunkcję nie odpowiada.
          Może zastosowałam zbyt duży skrót myślowy: kiedy pisałam, że zsyła się książkę jak najszybciej, miałam na myśli właśnie ten moment, kiedy staje się jasne, że ze wszystkich możliwych środków perswazji został nam już tylko krzyk.

          Jasne, to jedna możliwa wersja, jasne, mogło być też tak, że wszyscy mieli gdzieś merytoryczny poziom tekstu. Taka postawa jest jednak dość rzadka wśród redaktorów. Z prostego powodu: firmują książki swoim nazwiskiem, a zła redakcja może pogrzebać czyjąś karierę w tej branży. Bo tu naprawdę liczy się reputacja – taki biznes, że nie ma czasu na złych lub niesprawdzonych redaktorów.

          I zgadzam się ze Zwierzem, że pod względem stylu może dokładnie o taką książkę chodziło. Natomiast byłabym ostrożniejsza z oskarżeniami, że któryś z redaktorów celowo chciał wprowadzić czytelnika w błąd lub że mu nie zależało na jakości książki. Wydawnictwo to nie tylko redakcja.

  • Wazon

    1)Włosy mi stają na głowie po tym, co autorka książki napisała o „Co się wydarzyło w M.C.”. Chyba w ogóle nie zrozumiała filmu.
    2)Nie wiem, czy na początku filmy były kręcone dla „gawiedzi”. A Chaplin z „Gorączką złota” i resztą filmów ? Przecież tłem do śmiechu jest tam swoista filozofia..
    3)Poza tym, zwierzu, dlaczego jakiś film jest nie dla twojej babci ?
    4)A na koniec chcę się przyznać, że jestem, analfabetką, debilką i wzorem idiotki, bo wielu z wymienionych w tej książce filmów nie widziałam.A na dodatek nie przeczytam tej książki.

    • zpopk

      Film o mutantach – nie jest dla ciebie bo bym musiała ci pokazać mnóstwo innych filmów o mutantach.

      • Sounds like a plan!

      • Spriggana

        Jeden, dwa, trzy, mnóstwo? ;-)

  • Ach to stąd te wczorajsze czy przedwczorajsze echa męki na Twitterze i Facebooku… Teraz wiem, że powinienem był jakoś zareagować, dodać otuchy – może nie, że będzie dobrze, bo nie mogło być, ale że się kiedyś skończy…

  • Marcin Prymas

    Jeszcze nie doczytałem do końca ale „Strasznie mocny. Strasznie dobry film. Najlepszy film Scorsese i najlepszy film o mafii (…)” i mam tylko jeden komentarz: https://www.youtube.com/watch?v=4d5KovCbU8w

    A teraz wracam do lektury.

  • Ria

    Jest pewien rodzaj komentarzy rozpowszechnionych się na internetowych forach, których nie znoszę: że Amerykanie to analfabeci i debile, że w Hollywood nie potrafią kręcić filmów, a Oscary to wypadkowa kasy na promocję i odpowiedniego pochodzenia, że dawniej to były filmy/seriale, dziś to już takich nie ma, że oglądanie blockbustera jest odpowiednie dla idiotów, że znów ta poprawność polityczna (bo do filmu/serialu wprowadzono czarnoskórą postać) – a teraz okazuje się, że autorką ich wszystkich była KKP :-)

  • Orchidea

    Dziękuję Ci Zwierzu za ten wpis. Ja przeczytałam w sobotę wywiad z szanowną autorką na gazeta.pl, w którym posługuje się tym samym chamskim językiem dyskredytującym czytelników/widzów, którzy jakiegoś filmu/reżysera nie znają. Załamałam się i zamarzyłam, żebyś tę książkę zbeształa na blogu. Och, cudownie że tak niedługo musiałam czekać.

    P.S. Korwin-Piotrowska w wywiadzie palnęła, że czyta w internecie „niegrzeczne recenzje filmów na Zombie Samurai.” Mam nadzieję, że Paweł gdzieś podlinkuje Twój wpis, ewentualnie liczę bardzo, że ktoś życzliwy pani Karolinie linka podrzuci. Nie, nie sądzę, że autorka pokornie przyjmie krytykę, ale jednak chciałabym, żeby wiedziała, jak metodycznie i celnie ktoś wypunktował wszystkie bzdury w jej dziele. Howgh. Jeszcze raz dzięki.

    • ,,niegrzeczne recenzje” :P Myślę, że nie warto podrzucać tej pani linka. Jej reakcja jest dosyć łatwa do przewidzenia. Chamska odpowiedź, że Zwierz się nie zna.

      • Marte

        Trzeba by dodatkowo załączyć link do komentarzy czytelników zwierza – może jak p. Korwin-Piotrowska przeczyta 100 komentarzy o swoim grafomaństwie, to w końcu coś do niej trafi.

      • Asia

        Myślę, że nie będzie odpowiedzi na tą recenzję, no bo do czego można się przyczepić. Że recenzentka to panna bez szkół. Nie. Że nie ma odpowiedniej wiedzy. Nie. Że w zasadzie widziała pewnie 50 filmów na krzyż. Nie. Że nie umie władać językiem polskim. Nie. Że recenzja jest chamska i tendencyjna. Nie. Zostaje tylko umiłowanie do malowania paznokci. Bo kto to widział, żeby dziewczyna lubiąca lakiery do paznokci oglądała Bergmana:)

        p.s. nie zaczyna się zdania od „że”, ale nie mogłam się powstrzymać.

        • Mentha spicata

          Och, przypomniała mi się moja polonistka – której swoją drogą prywatnie nie znosiłam z wzajemnością – I jej reakcja na pytanie jak to w końcu jest z tym zaczynaniem zdań.
          „Zdania mogą sobie państwo zaczynać jak chcą. Grunt żeby całość była sensowna, a o to trudniej”. Czepiała się tylko startowania odpowiedzi ustnej od nieśmiertelnego „więc” ;)

        • Mam wrażenie, że problem tej pani polega na tym, że logiczne argumenty do niej nie trafiają (takie wrażenie odniosłam po przeczytaniu kilku z jej licznych wypowiedzi).

        • Agnieszka Brodzik

          Możesz spać spokojnie, zdania zaczynające się od „że” przechodzą nawet w książkach! ;)

    • Sądząc po zdjęciu z fiszkami, Zwierz był we wpisie bardzo daleki od wypunktowania -wszystkich- bzdur z książki ; )

  • Mrs. Movies

    Przeraża mnie ta książka, ale za to Zwierza wpis jest super – rozważny i merytoryczny. Tylko szkoda, że tego samego nie można powiedzieć o zrecenzowanej książce. Dzięki!

  • Joanna

    Przygnębiło mnie to nieco :-/ Te wszystkie cytaty. Na przykład :co jest do diaska złego w „radosnych panienkach”? O co w tym chodzi? Czy to jest jakiś problem dla autorki? Radość+płeć i wiek?I jakie ma znaczenie w książce o filmach?
    Naprawdę jednak ciężko czy coś tak jakoś mi się zrobiło jak czytałam te cytaty o „Zniewolonym” i „Stelmie”. To jest według mnie rasizm. I to już chyba dość poważna sprawa, no według mnie.
    Ale po co -po co tak zniechęcać ludzi do filmów? do Ojca chrzestnego i filmów z robotami? :) po co to się tak snobować?No ja się pytam: no po co to komu?Nic dobrego ze snobizmu..chyba?.
    aha- a Zwierza wpis jest tak zwierzowy , ze kocham jak zawsze! <3

    • Kayleigh90

      O właśnie, mizogynia tej Pani również mnie mocno zniesmaczyla, czytając tylko te cytaty podane przez Zwierza.

  • Beryl Autumnramble

    „słyszała, iż film to „” Że to mega kupa, z przewaga kupy””

    Piec minut ciszy nad zupelnie niezrozumianym i brutalnie zamordowanym dowcipem.

  • Lubię zombie, apokalipsy i inne zjawiska pogodowe, a kino w typie Bergmana zazwyczaj obchodzę szerokim łukiem. Ale znam półtora martwego języka, może to mnie zrehabilituje…?

    Żeby było zabawniej – wierzę w obiektywne arcydzieła. Ale nie uważam, by każdy musiał się nimi z automatu zachwycać, to coś zupełnie innego niż obiektywne uznanie ich wagi. A takie pitolenie (bo książką tego nazwać nie można) tylko pogarsza jakąkolwiek próbę rozmowy. Na Jowisza, forma ma znaczenie!

  • Kayleigh90

    Super! Aż mnie zaciekawiła ta książka, poczytalabym ją dla śmiechu. Ale właśnie to jest to. Bardziej od ignorancji nie znoszę snobizmu. Bo nie każdy musi się znać na wszystkim. Można lubić filmy, bez kreowania się na wielkiego znawce. Ja lubię też pisać o filmach, które widziałam, ale wciąż mam np. do nadrobienia wiele klasyków. Cóż, pewnie zdaniem Pani Korwin-Piotrowskiej jestem analfabetka. Bywa.

  • Od zawsze Cię szanowałam, ale teraz to Cię kocham. O kinie wiem niewiele. Filmy oglądam wyrywkowo i najczęściej z polecenia. Po książce pani Karoliny odechciałoby mi się całkowicie, głównie z powodu ciągłego obrażania mojej osoby. Nie jestem wstanie znieść tej kobiety od jej wywiadu w Twoim Stylu kilka lat temu. Chyba wtedy zacięła jej się płyta na tych anonimowych dziewczynach z tipsami. Po jej wystąpieniu na BFG i różnych akcjach po tym omijam wszystko do czego ona przełożyła rękę. Więcej wiarygodności ma dla mnie teraz polska scena polityczna.
    Dziękuję Ci za recenzję.

  • A ja się zastanawiam czasami, czy ludzie pracujący w telewizji mają w swoich kontraktach zapis zakazujący im korzystania z Internetu (jako wroga starych mediów). Książka pani Piotrowskiej to kolejny przykład na to, że „oni” mają jakieś totalnie kosmiczne wyobrażenie potencjalnego odbiorcy/czytelnika. Wyobrażenie oczywiście bardzo obraźliwe. Kiedy wreszcie „autorytety z tv” zorientują się że, jak to fantastycznie-ironicznie ujęłaś „wszyscy mamy dostęp do jakiejś wielkiej sieci zawierającej informacje do której można się podłączyć z niemal każdego miejsca na świecie.” i przestaną nam wciskać ciemnotę? Ale właściwie nie ma sensu się wściekać – myślę, że wielu ludzi nie zawraca sobie głowy znawcami z tvn style, bo doskonale wie, gdzie szukać merytorycznych informacji.

    A książkę Zwierza o filmach bardzo chętnie bym przeczytała!

    • migi

      Ja też chcę zwierzoksiążkę o filmach!

  • genu

    Bardzo mnie zasmucił ten wpis, choćby z tego powodu, że Zwierz wydał na tę książkę pieniądzę, a mógł np. zjeść dobry obiad. Trochę mnie dziwi to ciągłe wywyższanie się KKP, przecież od jakiegoś czasu zajmuje się głównie popkulturą w jej najgorszym wydaniu; z drugiej strony podobno w redakcjach tabloidów pracuje dużo osób, które, po napisaniu tekstu o przysłowiowych „majtkach Dody”, uwielbiają rozmawiać o Kancie. Kolejny dowód, że obejrzenie arcydzieł światowej kinematografii (albo ukończenie historii sztuki) oznacza przede wszystkim obejrzenie arcydzieł światowej kinematografii.

    • Siri

      Spójrz na to z innej strony – może i Zwierz wydał kasę, ale napisał rzetelną, wyważoną recenzję z punktu widzenia osoby jednak zaznajomionej z kinem i popkulturą, który a) daje świetne spojrzenie na dzieło Korwin-Piotrowskiej, b) przestrzega przed kierowaniem się nim lub choćby posługiwaniem się takim językiem.

  • Marte

    Z przytoczonych przez zwierza fragmentów książki zauważyłam jedno: p. KKP pisze tak samo, jak mówi – a jej książka „to mega kupa, z przewagą kupy” (za takie przytoczenie jej własnych słów raczej mnie nie poda do sądu ;-))

  • Najsmutniejsze słowa z tej skądinąd świetnie napisanej recenzji to jednak „jej studentki”. Czyli osoba z takim parciem na taplanie się w swojej wyższości, takim stosunkiem do świata i kobiet i takimi poglądami szerzy swoją wiedzę nie tylko w książkach. No superacha.

    • zpopk

      Wszędzie ci studenci są. Serio ja rozumiem, że prowadzi zajęcia ale ten element strasznie mnie denerwuje

      • w kontekście zdecydowanie brzmi to jak lansik, wiele osób lubi to robić…

  • Maria Krupka

    Bardzo dziękuję za ten wpis, bo po bardzo entuzjastycznej opinii jednej z moich ulubionych blogerek chciałam ją kupić. I by się okazało jaką niziną patologiczną jestem bo lubię filmy o kosmitach, nie znam za dobrze klasyki, choć staram się nadrabiać i jem burgery. W koszulce z Myszką Miki XD więc dziękuję zwierzu bardzo!

  • Inni komentujący napisali już prawie wszystko, co sama chciałam wyrazić. Zostały mi następujące punkty:
    1. Po „nie jestem rasist(k)ą, ale…” z zasady przestaję czytać.
    2. Mam wrażenie, że życiowym celem tej pani jest odwet na bardziej atrakcyjnych koleżankach z liceum.
    3. Jest taka piękna scena w finale „Sex and the City”, w której Miranda ratuje mamę Steve’a, a Magda mówi do niej „What you did. That is love. You love.” W przypadku KPP wyobrażam sobie pochylającą się Magdę, która mówi „What you did. That is hate. You hate.”
    Z wielkim smakiem przeczytałam cały wpis :)

  • Małgorzata

    Powtórzę to co, wiele osób przede mną już napisało- genialny tekst Zwierzu! Podziwiam!
    Uwielbiam te współczesne panie „dziennikarki”, które znają się na wszystkim i o wszystkim mogą coś powiedzieć/napisać nie zaprzątając sobie głowy merytorycznym przygotowaniem, sprawdzeniem faktów, wykonaniem jakiejkolwiek pracy. A jeśli dodać do tego prostactwo, snobizm i przekonanie o własnej wyższości, to wychodzi takie „dzieło” jak powyżej (niezwykle celnie) zrecenzowane. Współczuję Zwierzowi nerwów i podziwiam, że poświęcił Zwierz tej książce tyle czasu i energii, aby nas przed nią przestrzec :)

    A skoro Zwierz się przyznał, że zbiera książki o filmie, to również nieśmiało poproszę o subiektywny przewodnik po wartych przeczytania pozycjach! Mam wrażenie, że taka np historia kinematografii to temat u nas trudny do zgłębienia dla osoby niezwiązanej z branżą zawodowo, a niezwykle interesujący (wiem, że są internety ze wszelkimi możliwymi listami filmów wszechczasów, ale- co dobrze napisana książka, to dobrze napisana książka!)

  • oo

    Odkąd pamiętam – rozwój kariery Karoliny Korwin Piotrowskiej to przykład swoistej schizofrenii bycia w kontrze do tego co przyjęła za niskie i miałkie w kulturze, oraz jednoczesnego płynięcia z nurtem popkultury. Żeby umieć lawirować w tej trudnej sztuce bycia „inteligentnie przeciw” trzeba być człowiekiem wielkiego wyczucia, kultury i erudycji. KPP niestety tego nie przejawia, woli być „wyrazista”, „kontrowersyjna” – to się sprzedaje. I niestety ta książka jest tego objawem, jest masowym produktem dla masowego odbiorcy, który lubi bulwarowe ostre sformułowania, plotki, „fakty autentyczne” niepodparte żadnym źródłem. Ze schizofrenicznym twistem edukacyjnym, chorobliwą potrzebą oświecania maluczkich i idiotów.
    Ta książka to klasyczny produkt na wagę z Biedronki, który ma być lekturą do kibla :/ Za rok będzie zalegać na tony gdzieś obok papieru toaletowego i czekoladek z wyprzedaży. Stąd te wszystkie obraźliwe teksty o osobach, które nie widziały „Ojca chrzestnego” czy „Kabaretu”. Jest to klasyczny objaw kompleksu osoby, która wie że pisze chłam o niczym do nikogo, wie że pisze po łebkach, bez źródeł, bez zastanowienia, bez warsztatu. W związku z tym zaplanowaną kontrowersją czy obrazą podkręca temperaturę swojej książki. To bardzo prosta (i prostacka) metoda.

  • Oj Zwierzu! Biednaś, że czytać Ci to przyszło! Jeśli skala naruszeń jest tak wysoka jak piszesz, to wydanie tej książki jest po prostu nieuczciwe względem tych początkujących”kinomanów” co to poczytać sobie o filmie chcą troszkę, ale z lekkością a nie w tomiszczach opasłych. Ale chyba najgorsze są te wszędobylskie wykluczenia i wywyższenia. Ble.

  • Olafina

    A ja mam pytanie: jak się mają Gwiezdne Wojny do filmów o robotach? Mają roboty no, ale można im wybaczyć, bo to klasyk?

    • Olafina

      I tak jeszcze dowiem, że jestem raczej ufna i wierzę, że pani Korwin-Piotrowska obejrzała może nie tyle filmów ile mówi, ale przynajmniej całkiem sporo, ale czytając ten wpis mam wrażenie, że dorwała jakiś spis „100 filmów, które trzeba zobaczyć przed śmiercią”, obejrzała i czuję się z tego powodu lepsza od 90% społeczeństwa. To by wyjaśniało takie głupoty, jak nienawiść do filmów o robotach i GW jako „ważny film” albo to dziwne zestawienie „Kolory purpury” ze „Zniewolonym” (który przy okazji jest naprawdę dobrym filmem i nie wiem, gdzie w nim poprawność polityczna, bo główny bohater jest czarnoskóry?)

  • Katarzyna Babel

    Cóż, jestem więc analfabetką i idiotką, bo większość pozycji nie ogladałam (ale jakoś, po przykładowych cytatach tejże Pani, nie mam ochoty być uznana przez nią za „mądrą”. Chyba jej pojęcie inteligencji i mądrości nieco są rozbieżne z moimi:) ). Poza tym wyczuwam u Niej pewną dawke zakomplesionienia i braku pewności siebie :)Pozdrawiam cieplutko ^^

  • Lena Insano

    Studiuję filmoznawstwo. Moim absolutnie ulubionym filmem jest film o superbohaterach, któremu zresztą poświęciłam pracę semestralną. Chyba jestem jakimś gorszym sortem człowieka, czy coś.

    • Anirul

      Ja też! Słabo znam Bergmana, na dodatek pracę magisterską napisałam (ale na anglistyce) o robotach (sztuczny człowiek w kinie amerykańskim). Gorszy sort & proud!

      • aHa

        Wspaniały temat pracy!

  • pani_m

    Praktycznie cały tekst to dobro i piękno, ale ten fragment najprawdziwszy:
    „Zostaje jakiś taki dość irytujący zbiór banałów, wypowiadanych
    autorytarnym pewnym siebie tonem, z mnóstwem dużych kwantyfikatorów. To
    jest takie brzydkie mówienie o kinie, udające luz przez zbrutalizowanie i
    zbanalizowanie języka. Można mówić do czytelnika prosto ale z
    wyczuciem. Nie trzeba poezją ale żeby to było ładne, precyzyjne i
    zmuszające do myślenia.”

    …bo moim zdaniem odnosi się nie tylko do kina, ale do tego, jak w ogóle dziś się zbyt często rozmawia, szczególnie w necie (ale na żywo też często).

  • Jestem bardzo tolerancyjną i otwartą na innych osobą i ogólnie lubię ludzi. Nie mogę znieść tylko dwóch rzeczy – jak ktoś kogoś świadomie krzywdzi i jak ktoś uważa, że tylko i wyłącznie on ma rację, jego gusta są w porządku, a jak czyjeś są inne równają się złym/gorszym. Na to drugie cierpi od wielu lat pani Korwin-Piotrowska i tak sobie myślę, że nie jest łatwo żyć takiej osobie i te frustracje gdzieś muszą się wylewać. Szkoda, że na papier. Biedny papier.

    Zwierzu świetny wpis, widać, że bardzo przemyślany i sporo włożyłaś w niego czasu i pracy. Zamiast wkurzyć się i rzucić w kąt to ocaliłaś przed próbą czytania tego „dzieła” dziesiątki, jeśli nie setki ludzi :D Szacun!

    • Sunako Nahahara

      O tak! Zdecydowanie. Jeszcze takie osoby mają się za wielkie autorytety, a nie umieją napisać nic poza „Slowacki wielkim poetą był” kropka. Każdy wie, że był wielki, po co jakoś to udowodnić?

  • Cholerioza. Nie powinnam chyba była czytać tego tekstu, zwłaszcza że książkę zacznę czytać jutro, a moja wiedza o kinie jest mocno mierna… :P (tfu, żenująco żadna – nie przepadam po prostu, no zdarza się)

  • Karolina Piotrowska

    Pozdrawiam serdecznie, mam nadzieję, że zarobisz na tym wpisie jeszcze więcej niż ja na swojej książce, choć to będzie trudne i cieszę się bardzo, że nieustannie inspiruję Cię do nowych, coraz dłuższych wpisów. będę to robić nadal :-)

    • wally

      Jak piszesz tylko po to żeby zarobić i to jest miarą jakości tekstu to na drugi raz opisz jak robisz kanapki i wycierasz kurze. Wartość merytoryczna będzie podobna, a przynajmniej nikt kto ma chęć dowiedzieć się czegoś o kinie nie zostanie nabity w butelkę i naciągnięty na kasę. Wstyd wziąć tę książkę do ręki a co dopiero podpisać się pod nią nazwiskiem…

    • Pozwoliłam sobie przekształcić to zdanie, tak aby jak najlepiej oddać jego sens:
      „Ja pisarka. Ja dostawać dużo pieniondzów. Ty blogerka. Ty nie dostawać pieniondzów. Możesz mi skoczyć.”

    • zla.m

      No cóż, pani Karolino, z książką trochę siara wyszła, niestety. Ale widzę potencjał na innych polach. Np. mocny kandydat w konkursie na najbardziej żałosną odpowiedź na krytykę.

    • Bergman a co mi tam

      Ostatnie zdanie to już otwarta groźba

    • Pani Karolino to trzeba było tak od razu że to dla kasy ta książka a nie kocopały ideologiczne, że przewodnik dla tych co chcą wsiąknąć w kino i potrzeby im dobry, rzetelny i merytoryczny przewodnik.
      Zupełnie odbiór się zmienia.

      Pozdrawiam również Panią serdecznie i coby się kasa na koncie zgadzała, bo to przecież ważniejsze od dziennikarskiej rzetelności.

    • Ginny

      Och, jak pięknie widać, że każdy mierzy innych swoją miarą.

      • Karolina Piotrowska

        …czyli wzbudzanymi emocjami ;-) :-)

        • …nawet jeśli są to emocje z gatunku tych, po których ma się na twarzy ślad po dłoni. Własnej.

    • ja bym się nie chailił, że zarabiam na pisani bredni, szczególnie, gdyby reszta mojej pracy polegała głównie na pasożytowaniu na celebrytozie.

    • Kayleigh90

      Tak, oczywiście, bo wpisy na blogach pisze się tylko dla kasy. Normalnie miliony się na nich zarabia, zwłaszcza na tych krytycznych!

      • No, ba! :D Każdy bloger po mieście jeździ Ferrari, albo Lamborghini, a w domu ma lokaja z brytyjskim akcentem.

        • Kayleigh90

          No, aż muszę się rozejrzeć, gdzie moje ferrari jest, w końcu tyyyyle zarabiam na blogu :D

    • Satan Szerduszko

      Szanowna Pani Karolino Piotrowska,
      otóż – surprise! – jest Pani rasistką.

      Pozdrawiam,
      przemądrzała kobieta filmoznawczyni,
      fanka lakierów do paznokci i Tsai Ming-lianga

    • kjonca

      Do tego komentarza jak ulał pasuje mi Mark Twain i jego powiedzenie o milczeniu i rozwiewaniu wątpliwości …

  • Dobra, w połowie tak się wkurwiłam, że nie skończyłam Twojego tekstu.

  • migi

    Dziękuję

  • Paula

    nie wiem, czy bardziej się ubawiłam, czytając ten wpis, czy zdenerwowałam. ale co ja tam wiem – nie widziałam ‚Ojca chrzestnego’. :)) o ile odczucia autorki ciężko podważać, to jednak mijanie się z prawdą i naginanie jej, by wzmocnić swoje zdanie, jest przykre. i słabe. i to dzielenie widzów na jedynych prawdziwych kinomanów i panienki, które lubią filmy o robotach. brr.

    jeśli Zwierz nie ma nic przeciwko, chciałabym troszkę wykorzystać to miejsce z pewną prośbą: piszę pracę mgr o psychoanalizie w kinie francuskim i może Zwierz albo oczytani i obyci w temacie czytelnicy Zwierza natknęli się na coś wartościowego i mniej oczywistego w temacie? książki, artykuły, tropy, które warto zbadać głębiej [po polsku, ang lub francusku]? lektury i nazwiska podstawowe [Metz, Zizek, McGowan, Mikurda] mam za sobą. :) z góry dziękuję za pomoc!

    • Kama

      Pechowo znam chyba te sama nazwiska. Mogę tylko na wszelki wypadek podpowiedzieć, że Mikurda dość świeżo wydał książkę o słoweńskiej szkole psychoanalizy. I że jak próbowałam znaleźć inne nazwiska niż te z listy, to wyskoczył Rosen i książka pod jego redakcją: „Narrative, Apparatus, Ideology”. O Lacanie wiem niestety tylko tyle, ile opowiedzą liczni u mnie na uczelni fascynaci :)

      • Paula

        o, o tej nowej książce Mikurdy nie wiedziałam, już zamówiłam. :) a na Rosena chyba się już natknęłam, ale sprawdzę. dziękuję bardzo. :)

    • zpopk

      Ja co prawda w tym momncie nie mam nic w głowie ale polecam zajrzeć do Iluzjonu – czaopisma wydawanego drzewiej przez filmotekę narodową – mam jakieś niejasne przeczucie, że coś tam mogło na ten temat być.

      • Paula

        dziękuję, na pewno zajrzę :)

  • Nie planowałam sięgnąć po tę książkę, ale Twój wpis, Zwierzu, jeszcze bardziej mnie utwierdził w moim postanowieniu. A dla mnie pierwsze skojarzenie na nazwisko Viscotni to David Bowie i trylogia berlińska :D :D :D

  • Basia

    Świetny wpis ^^ A akurat dzisiaj widziałam reklamę tej książki na plakacie na przystanku…

    Ugh, mało co mnie odrzuca tak bardzo jak taki elitystyczny „trufanizm” jaki prezentuje autorka. Poważnie, dorosła kobieta w książce, która ma być przewodnikiem filmowym obraża ludzi którzy śmieli jeszcze nie widzieć jakiegoś filmu? Srsly? I do tego jeszcze to całe „I’m not like the other girls”, bo one się przejmują makijażem i są takie puste, a ja to jestem taka och wspaniała i mądra bo oglądam filmy… Really? Też tę fazę w przerabiałam, ale jak miałam 17/18 lat i stertę kompleksów, potem mi przeszło ;) Autorka ma trochę więcej, więc też chyba powinna się już ogarnąć.

  • trentadue

    No ale to Korwin-Piotrowska, więc takiej właśnie głębi i stylistyki można było się spodziewać ;) (acz po stwierdzeniu, że trylogia dolarowa to „rzadki kicz”, jednak lekko załkawszy – a Leone nawet nie jest moim ulubionym SW reżyserem… :) ).

  • Sylwka

    Nie lubię Pani Karoliny… Niech już zostanie przy tym, w czym jej idzie najlepiej czyli strefie SHOW BIZ ploteczki i nie próbuje brać się za poważną publicystykę i krytykę, bo z takim poziomem językowym i tendencją do narzucania swojego zdania innym nie da się tego czytać! Dziękuję za wpis :-)

  • Koko

    Pysie, a jakie książki o filmach polecacie? Bo ja się martwię, że dużo widziałam, ale jednak nadal mało wiem, a wiedzieć bardzo chcę, żeby móc lepiej oglądać.

    • Kama

      Mnie na jedynym kursie, który miałam z filmoznawstwa, uczono z „Historii kina polskiego” Lubelskiego (na zdjęciu półki Zwierza stoi w nowszym wydaniu :)). I chwaliłam sobie – dużo mi te zajęcia dały, bo równocześnie nadrabiałam polską klasykę (dużo jest legalnie na YT) i miałam to syntetycznie opracowane. A sylwetki polskich reżyserów doczytywaliśmy z książki „Kino polskie w trzynastu sekwencjach” pod red. E. Nurczyńskiej-Fidelskiej,
      Jak już chwaliłam się wyżej, cenię sobie świeży zakup 2 tomów „Historii kina” Universitasu. Może jakiś filmoznawca się wypowie, ale wydaje mi się, że to dobre kompendium.

      A na podstawie mojego amatorskiego doświadczenia polecam czytanie o ulubionych twórcach. Ja tak miałam z Katharine Hepburn i z Bogartem – zaczęłam czytać ich biografię i przy okazji dowiedziałam się całkiem sporo o tamtej epoce w dziejach kina.

      • zpopk

        Och te dwie Historie KIna są świetne i doskonale napisane. Polecam też strasznie strasznie Kino wechikuł Magiczny. Jedna z najlepszych i najważniejszych książek jaką przeczytacie o kinie.

        • Kama

          Zapisałam sobie, że mam wziąć z biblioteki tom 1. Ale czy dobrze rozumiem, że tylko ten 1 tom miał wydanie poszerzone? Resztę można czytać z wydania pierwszego?

          Z klasyków przypomniałam sobie jeszcze o Bazinie („Film i rzeczywistość”).

          Przy okazji pozwolę sobie polecić książkę znajomej :) „Neo-noir. Ciemne zwierciadło czasów kryzysu”. Nie dlatego, że to znajoma napisała :) Po prostu fachowa rzecz, a równocześnie przystępna, zrobiona też na znanych przykładach (aż byłam zaskoczona, że ten neo-noir bywa tak „blockbusterowy”, bo mój ukochany klasyczny noir zawsze wydawał mi się jednak – dla dzisiejszego odbiorcy – gatunkiem niszowym).

  • Maromirus Krassus

    Jedyny plus dla mnie – przypomniałam sobie,że nie wszystko z Tarkowskim widziałam. Chyba znam już swoje plany filmowe na najbliższe dni :) Dzięki,Zwierzu:)

    + tak gwoli wyjaśnienia Love story nie powstało na podstawie książki Segala. Love story książka powstała na bazie scenariusza Segala do filmu Love story

    • iwona

      to dziwne, bo książka jest milion razy lepsza niż film

    • Gizmo

      Też cały czas uważałam, że w przypadku „Love Story” książka została napisana na podstawie scenariusza (przy czym książkę czytałam – jak chyba wszystkie powieści Segala wydane po polsku – a filmu nie widziałam, bo jestem idiotką, chociaż nie mam tipsów, a nawet nie maluję paznokci), ale postanowiłam to sprawdzić zanim napiszę na ten temat pod wpisem Zwierza (nadrabiam ten blog nieregularnymi skokami, czytam go od może tygodnia). No i wg anglojęzycznej Wikipedii jednak było tak, że książka powstała pierwsza. Problem w tym, że nikt jej Segalowi nie chciał wydać, co zmieniło się dopiero po tym, jak film, którego scenariusz Segal napisał na podstawie własnej niewydanej powieści, odniósł ogromny sukces. W rezultacie wygląda to tak, jakby książka została napisana na podstawie scenariusza, choć było na odwrót. O ile wierzyć Wikipedii… ;-)

      • Maromirus Krassus

        O. Dobrze wiedzieć :)

  • Wstęga Möbiusa

    Ooo, zwierz koloruje i ma puchaty kocyk :) no bo, że ma rację to wiadomo. dzięki za ostatnie wpisy!

  • Scarlet Dragon

    Gdy tylko zobaczyłam tą książkę, w ciemno założyłam, że będzie właśnie taka, bo takie jest wszystko co podpisuje Karolina Korwin Piotrowska. I miałam rację. Hołdy dla zwierza że się umęczył brnąc przez to coś.

  • Paulina

    Podziwiam Zwierza za brak przekleństw w tekście. Dobry, konkretny i wyważony tekst.

    Mam problem z Karoliną Korwin Piotrowską, bardzo lubiłam oglądać Magiel Towarzyski, ale tylko do czasu. W pewnym momencie ego tej pani musiało eksplodować z powodu gromadzącej się przez lata złości, zawiści i frustracji. Nie widzę innego racjonalnego powodu, żeby osoba pracująca w show biznesie oraz w (pop)kulturze, miałaby pałać tak żywą niechęcią do wszystkich i wszystkiego, co wykracza poza jej pojmowanie świata, osobiste opinie i wartości. Bycie snobem z powodu wiedzy i znajomości filmów (czy w ogóle – kultury) uważam za jedno z najgorszych zjawisk, z jakim przyszło mi się zetknąć. Takie zachowanie można ewentualnie wybaczyć nastolatkom, a nie dziennikarzom z wieloletnim stażem. Co ważniejsze – przez nieustanne traktowanie ludzi jak skończonych kretynów i prostaków, pani Karolina robi krzywdę kulturze. To odrzuca. Podobnie jak ograniczony, chamski sposób wypowiedzi, które są nastawione przede wszystkim na tanią sensację. Jest mi szalenie przykro i byłoby mi przykro nawet jeżeli tylko jedna osoba wzięłaby do siebie brednie z tej książki i zrezygnowała z ich powodu z obejrzenia jakiegokolwiek filmu… Niestety chodzi o celebrytkę, więc Karolina Korwin Piotrowska może zniechęcić wiele osób do odkrywania wspaniałego świata filmu. Gratuluję.

    Nie spodziewałam się, że ta książka będzie aż tak zła. Naiwnie wierzyłam w dobre intencje autorki, która ekscytowałam się w pewnym programie śniadaniowym swoim dziełem i jego pozytywnym wpływem na czytelników. W końcu nawet znajomi pytali kiedy wreszcie napisze coś, gdzie nie objedzie nikogo od góry do dołu i oto jest, udało się! Nie sądziłam, że hipokryzja i krótkowzroczność mogą osiągnąć taką skalę. Mimo wszystko smutno było patrzeć jak Karolina Korwin Piotrowska stała się dokładnie tą osobą z jakiej szydziła od dawna. Niby czasem jeszcze powie coś w miarę rozsądnego i teoretycznie nie zawsze zachowuje się jakby zjadła wszystkie rozumy… Jednak zażenowanie oraz chęć rzucenia kapciem w telewizor lub komputer są standardowymi reakcjami na wywody tej pani.

  • Joanna Głuszek

    „Ale po co to sprawdzać. Przecież to nie jest tak, że wszyscy mamy dostęp do jakiejś wielkiej sieci zawierającej informacje do której można się podłączyć z niemal każdego miejsca na świecie”. Serduszko mi puka w rytmie cza-cza w reakcji na to zdanie. Całkowicie popieram Twój wyważony, choć zjadliwy sposób piętnowania błędów. Już po pierwszym akapicie Twojego tekstu wiedziałam, że po recenzowany tytuł nie sięgnę, ale z największą przyjemnością doczytałam krytykę do końca!

  • Lilith

    „Wielką sztuką wbrew pozorom kino bywa rzadko, jak przystało na rozrywkę
    stworzoną dla gawiedzi, pokazywaną u swego zarania w cyrku i na
    festynach” – jak wszyscy wiemy, teatr od zarania zaspokajał tylko najbardziej wyrafinowane gusta i gawiedź nie miała z nim nic wspólnego…

    Ja się tam na Selmie nie nudziłam (a tym bardziej nie odczuwałam żadnego „niepokoju z powodu poprawności politycznej” – WTF?), ale cóż, ja jestem wieśniaczką, którą X-men First Class skłania do myślenia o Zagładzie, a Selma do myślenia o X-menach, so…

    • zpopk

      Selma w Polsce to jednak nie to samo co Selma w Stanach – jeśli weźmiemy pod uwagę nastroje po Ferguson to Selmę w USA oglądało się z poczuciem dużej akturlności i napięcia

      • Lilith

        Przypuszczam, że załapałam się rykoszetem, ponieważ mam znajomych w Stanach i ma to istotny wpływ na kształt mojej ściany na fejsie :D Więc rzeczywiście rozumiem, że nie wszystkich musiało to tak mocno kopnąć… Ale z drugiej strony – to film o tym, co ludzie ludziom potrafią zrobić. W kraju, który uważamy jednak za symbol wolności. I o tym, że czasem chociaż na chwilę się udaje. I to wszystko wydarzyło się naprawdę…

        • Kama

          Jej, jak ja – ku własnemu zdziwieniu – przeżywałam „Selmę”. Sięgnęłam na zasadzie zorientowania się w filmach nominowanych w 2015. I rozum swoje (film idzie po schematach, ma na emocje działać tym i tym sposobem, podobnie jak piosenka), a emocje swoje – czyli ryczałam jak bóbr przy pochodach i piosence. Po roku nadal uważam to za fenomen świadczący o świetnym wywiązaniu się twórców z zamierzeń. Chociaż chyba niewiele osób podzielało, w Polsce przynajmniej, moje wzruszenie.

  • Z całego serca dzięki wielkie Zwierzu ;____;

  • Disai KH

    Przyznam, że jest to pierwszy wpis, jaki przeczytałam na tej stronie. Bardzo podoba mi się język i tematyka, z tym, że jednak zwraca uwagę interpunkcja czy też nieprawidłowo stosowana spacja. Ot, taka dygresja.
    Co do tworu autorstwa pani Korwin-Piotrkowskiej – naprawdę, nie zaskakuje mnie ta pozycja, też się niczego innego po niej nie spodziewałam. Ale bardzo przyjemnie jest przeczytać dobrze napisaną i popartą konkretami recenzję na ten temat ;). Oraz popatrzeć na świnki.
    Chyba będę tu kolejnym stałym bywalcem.

    • Dxxs

      do tej nieinterpunkcji da się przyzwyczaić, też miałam na początku problem, ale Zwierz mnie do siebie przekonała wpisami na onecie, więc żal mi było tracić dobre teksty przez brakujące przecinki i teraz wiernie czytam;)

  • Dziękuję Ci Zwierzu! Dzięki Tobie wiem, że nie jestem jedyną osobą, która kocha kino, a jeszcze nie widziała „Ojca Chrzestnego”. Komentarze pod tą notką będą dla mnie taką małą grupą wsparcia zawsze jak zacznę uważać, że moje życie jako odbiorcy kultury jest nic nie warte ;)

    • aHa

      Też nie widziałam Ojca Chrzestnego. Nie z ignorancji (ha! nawet czytałam książki!), tylko po prostu jakoś się nie składało, podobnie np. „Obcego” zobaczyłam dopiero w zeszłym roku (śmiertelnie się bojąc). Za to „Obywatela Kane’a” i całą masę klasyki obejrzałam w wieku lat ośmiu, gdy ciężko chorowałam i siedziałam w domu, a TVP puszczała stare filmy rano, zaraz po powtórkach „Dr Quinn” ;) I co z tego? No fajnie, tylko że z wielu filmów pamiętam tylko tytuły, bo obejrzałam je zdecydowanie za wcześnie, by je zrozumieć, chociaż na pewno zrobiły na mnie wrażenie. Nie chodzi o to, żeby jakiś film „odhaczyć” i poczuć się lepiej. Każdy ma swoją wrażliwość i być może nawet po obejrzeniu całej filmografii Bergmana nadal będzie wolał Hitchcocka.

      • O, to to! Zobaczyć a zrozumieć to zupełnie dwie różne sprawy (jak i wynika z samej notki Zwierza) i samym odhaczeniem na liście nie ma się co chwalić. Bywało, że pokazywałam znajomym, wcale nie głupim, filmy moim zdaniem wybitne, ale do nich po prostu nie trafiały – może z powodu innej wrażliwości albo mniejszej wiedzy na temat historii kina. I nic w tym złego. Ja sama czuję, że niektóre filmy prawdopodobnie obejrzałam za wcześnie i może kiedyś do nich wrócę, by spróbować wychwycić z nich coś więcej.
        U mnie też tak się po prostu złożyło, że niektórych klasyków nie widziałam – w końcu jest tyle filmów, a ja nie oglądam ich według jakiegoś klucza. A „Ojca Chrzestnego” filmweb poleca mi na pierwszym miejscu, więc mam całkowitą pewność, że mi nie wyleci z głowy ;)

  • Drogi Zwierzu, uwielbiam Cię czytać, nawet jeśli jest tak późno i boli mnie głowa. Nawet mi Twoja bezprzecinkowość nie przeszkadza!
    Wspaniała recenzja, chylę czoła, bo trzeba być rzetelnym krytykiem, aby taki gniotek przeczytać oraz ocenić, i to z taką wnikliwością. Zwierz jest najlepszy <3

  • Jarmarczne pochodzenie kinu wypominać warto, właśnie po to, żeby zamknąć paszcze niesmacznym kinofilskim snobom, ale o tych pierwocinach warto pamiętać również dlatego, ponieważ kino zrodziło się w takim właśnie konkretnym kontekście społeczno-historyczno-kulturowym i to nie był przypadek. Mam nadzieję, że w przeciągu roku ukaże się w „EKRANach” wywiad z Giovanną Fossati szefową EYE Film Institute, która podkreśla, że kino to nie tylko ten znany nam dzisiaj dyspozytyw. Dysputy o tym, czy kino jest sztuką czy produktem nie ustają odkąd wynaleziono kinematograf i Fossati podkreśla, a ja się z nią zgadzam, że jedno wcale nie wyklucza drugiego i nie należy się sadzić ani na gloryfikację, ani na umniejszanie. Posługiwanie się publicznością amerykańską jako emblematem debilizmu mnie załamuje. Wystarczy porównać oceny filmów z pierwszej setki Filmwebu z ocenami publiczności na Rottentomatoes.com czy imdb.com (oczywiście te portale stały się już międzynarodowe bardziej niż stricte amerykańskie, ale wciąż…). Filmy cyniczne i populistyczne (czy może cynicznie populistyczne) mają wysokie miejsca na Filmwebie, publiczność amerykańska jakoś dała radę – przy całym swoim debilizmie – się na nich poznać…

    • zpopk

      Może inaczej – o jarmarcznym pochodzeniu kina zdecydowanie należy pamiętać. Jednak wydaje mi się, że co raz mniej ten rodowód jest argumentem w dyskusji nad tym czy kino jest sztuką. Prędzej sięgałabym po arguent jego bliskich związków z biznesem (ten paradoks kina które jest za drogie by się od kwesti finansowych wyemancypować). Inna sprawa – dyskusja – jak najbardziej (yay wywiad w EKRANach) i pewnie sama bym wywiadowi przyklasnęła. Chodzi mi raczej o to niesamowite uproszczenie. Inna sprawa – myślę, że osoby czytajace Ekrany chętnie podyskutują ale w książce kierowanej wod czytelnika ten przeskok ma nas przekonać że sztuką kino nie jest. Poza tym użyłaś słowa depozytyw a to stawia cię wśród paskudnych filmoznawców którzy mówią niezorzumiałym językiem. I nikt cię nie zrozumie :P (zgadzam się w pełni z diagnozą Imdb/Filmweb)

      • To wszystko prawda. Wolę być niesmacznym filmoznawcą niż niesmacznym snobem :D.

  • Sunako Nahahara

    Dziękuję Zwierzu za zdjęcia świnek i kotów, bez tego nie mogłabym przetrawić tej całej dawki informacji o pani Piotrowskiej i jej złotych myśli. A jednak można napisać rzetelną recenzję, powołując się na dane, robiąc statystyki i nie wmawiać połowie świata, że są debilami – pani Piotrowska powinna się od Ciebie uczyć, a nie liczyć kasę, którą dostała za książkę.

  • Nett

    Zaczęłam z zaciekawieniem, potem się dowiedziałam,że jestem (Zdaniem KKP oczywiście) głupią piszczącą idiotką (nie oglądałam „Ojca Chrzestnego”- to znaczy zaczęłam, ale byłam za młoda i to nie był film dla mnie, drugiej próby nie podjęłam jeszcze), chociaż nigdy się za taką nie uważałam, a jeszcze później został obrażony jeden z moich ukochanych, ulubionych i najbardziej cenionych autorów- Segal. Na koniec doszłam do komentarzy i dowiedziałam się, że to wszystko dla kasy.
    Chyba moje próby wzbudzenia w sobie sympatii to KKP się ostatecznie zakończyły.
    A w ogóle- tej manii wrzucania swoich zdjęć w książki takie jak ta nie ogarnę nigdy. Jak napisze książkę o sobie to niech wrzuca, ale to tylko pokazuje jeszcze bardziej, że książka jest bardzo jej i nie każdy może tam znaleźć coś dla siebie, a w ogóle ona jest w tej książce ważniejsza niż filmy.

  • spirit

    miałem nie pisać, ale jednak napiszę… jak można napisać książkę, w której daje się swojemu czytelnikowi do zrozumienia, że jest debilem/analfabetą? jak można burzyć się na falę hejtu w necie i starać się być zdystansowaną młodą damą, jednocześnie tworząc nowe źródła hejtu krytykując wszystko i wszystkich, byleby tylko nikt mnie nie obraził, bo wtedy pojadę osobiście, że bloger kulturalny to biedak? jak można uznawać się za autorytet filmowy i jednocześnie pisać o nich jak maturzysta? (nie ujmując nic maturzystom) … to już nawet nie chodzi o zawartość merytoryczną książki, ale o podejście do ludzi w ogóle, o szacunek do nich, o pewne zrozumienie, przecież to jest jednocześnie smutne i żenujące zarazem… to ja już chyba wolę recenzje hermetyczne, po których czuję się zainspirowany do poszerzenia własnych horyzontów (książką, netem, czymkolwiek) niż poczucie, że w d… byłem i g… widziałem, które ta książka wzbudza.

  • aHa

    Jeszcze na początku czytania byłam nawet skłonna do polemiki, bo naiwnie sądziłam że może wybór filmów da się uzasadnić chęcią dotarcia do jak najszerszej rzeszy kinomanów, którzy przez filmy nowe mogą trafić do filmów starszych (wydaje mi się że np. taki Ave Cezar braci Coen to świetny pretekst, żeby np. zainteresować się Ben Hurem i taka odwrotna droga bywa czasem świetnym sposobem na wzbudzenie zainteresowania kinem na zasadzie „sprawdźmy, do czego oni właściwie nawiązują”). Niestety. W miarę lektury moje brwi unosiły się tylko coraz wyżej, a przy fragmencie „nie jestem rasistką, ale…” miałam ochotę tłuc głową w klawiaturę. Naprawdę tych fragmentów już nie da się obronić, nawet twierdzeniem że są wyrwane z kontekstu. Nie cierpię takiego traktowania czytelnika i jeszcze sankcjonowania tez o wszechobecnej „poprawności politycznej” na poziomie komentatorów Onetu (serio? poprawność polityczna na przykładzie „Zniewolonego”?). A po komentarzu samej Autorki pod tym tekstem to już naprawdę nie mam pytań.

    • alcoholic_friend

      o, to mój ulubiony sposób odkrywania klasyków. bo problem z klasykami jest taki, że wiszą nad człowiekiem, wywierając presję, i jakoś nie chce się ich oglądać tylko dlatego, że tymi klasykami są, a przecież nigdzie nie uciekną. no więc kiedy czekam na jakiś nowy film i obsesyjnie czytam wszystkie dostępne materiały na jego temat, i reżyser wspomina nagle jakiś tytuł, który go zainspirował, to rzucam się na ten film jak szalona, i zwykle się to opłaca. w ten sposób w oczekiwaniu na interstellar pokochałam odyseję kosmiczną, a dzięki out of the furnace – łowcę jeleni, i są to dla mnie filmy, które w mojej głowie już na zawsze pozostaną ze sobą nierozerwalne.

  • Zwierzu! <3

  • Małgosia

    Dzięki za ten wpis, naprawdę podziwiam Zwierza za ogrom pracy włożony w tę recenzję. Rzetelność, pracowitość i uczciwość to są te cechy które cenię na tym blogu najbardziej. Cieszę się że nie dla wszystkich priorytetem jest klikalność wzbudzana chamstwem ( czy jak niektórzy to nazywają”wzbudzaniem emocji…”) i pompowanie własnego ego. Pozdrawiam serdecznie

  • Derry

    Zwierzu, tak bardzo szanuję Ciebie i ten wpis, wzór świetnego przygotowania, ideał researchera… A tak swoją drogą, to cieszę się za wiadomość, że jeśli wielu z tych filmów nie widzialam, bo odkładałam je na później, po to, by odpowiednio je przeżyć albo lepiej zrozumieć, to jestem idiotką i analfabetą. Świetnie.

    • Derry

      Dopiero po przeczytaniu swojego komentarza troche sie przestraszylam, ze moglby brzmiec ironiecznie-zaznaczam, ze nie, jest jak najbardziej szczery i wyraza duza porcje aprobaty<3

  • Karolina Ignaciuk

    Pani Korwin-Piotrowska od wielu lat buduje swoją „karierę” poprzez degradacje opinii innych. Przeraża mnie również sposób w jaki generalizuje i segreguje ludzi, wykazując się w tym niebywałą hipokryzją np. jak młodzież to z pewnością interesuje się wyłącznie popkulturowymi gwiazdkami lub tak jak opisane w książce kobieta która rozpacza nad złamanym paznokciem bądź swoim wyglądem jest od razu wrzucana do worka z napisem „pustka intelektualna”. Brak słów. Zwierz oczywiście jak zwykle na poziomie :)

  • Aleksandra A

    Super wpis, konkretnie i na temat. Przeczytałam jej pierwszą książkę – niestety- również nie polecając nikomu. Byłam oburzona ilością dokładnie tych samych sformułowań do czytelnika typu”kto nie czytał ten debil” (czyli progres zerowy i brak wyciągnięcia wniosków po pierwszej książce) oraz pominięcie ważnych pozycji filmowych. Podobnie jak Ty, od jakiegoś momentu czytałam tą książkę z ołówkiem w ręku. Niesmak pozostał do dziś.

  • An

    Ale zaraz… w książce niby że o klasykach kina nie ma nic o Kurosawie? Jak to nie ma o Kurosawie? Nie ma kina bez Kurosawy. Lucas nie nakręciłby Gwiezdnych Wojen i tak dalej…

    Smutek.

  • Zwierzu, po pewnym namyśle stwierdzam, że się po prostu nie znasz:

    >>Ta książka jest dla mnie jako czytelnika wybitna. Napisana sercem, pozbawiona lukru, co jest u Karoliny Korwin – Piotrowskiej normą, a przez co jest autentyczna. Postanowiłem obejrzeć wszystkie filmy opisane w „Krótkiej historii o miłości”. Mamy tutaj przekrój gatunkowy, co może stanowić dla mnie wielkie wyzwanie. Wspaniała książka, wciągająca niczym doskonała powieść. Polecam każdemu, nie tylko miłośnikom kina.<<

    Ten fragment na tyle rzetelnie opisuje książkę, że aż zacytowała go sama autorka, o – proszę: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=1089568141086052&id=180340042008871

  • Molly Witos

    Oesu, ale mnie zirytowała ta recenzja! A raczej nie recenzja, bo ta była piękna, ale przytoczone cytaty! To upraszczanie i odżegnywanie się od radosnych dziewczyn, które płaczą nad złamanym paznokciem (chyba najbardziej żenujący i stereotypowy przejaw szufladkowania dokonywanego – zwróćcie uwagę – zwykle przez osoby, które uznają się za zbyt poważne, żeby zajmować się wyglądem. Tak, pani KPP teraz ja szufladkuję). I ten snobizm i uproszczenia, o których zaczęłam się rozpisywać w tym komentarzu, ale tak się zirytowałam, że wszystko skasowałam.

    I moje ulubione zdanie: „Przecież to nie jest tak, że wszyscy mamy dostęp do jakiejś wielkiej sieci zawierającej informacje do której można się podłączyć z niemal każdego miejsca na świecie”. Piękne! <3

  • „O filmie, jak o każdej innej działalności kulturalnej pisać trzeba jednak łagodnie i miękko.” To jest właśnie to zdanie, które jako historyk sztuki mocno popieram i za które dziękuje.

  • Zwierzu, szacun dla Ciebie za tę recenzję i za przebrnięcie przez tę książkę. Mnie już same cytaty rozłożyły na łopatki. Obrażanie czytelnika to brzmi jak zwyczajny trolling. A przy zdaniu o „Zniewolonym” autentycznie złapałam się za głowę. No i to „Nie jestem rasitką, ale…”. Nooo!
    O filmie, w ogóle o wszystkim, powinno się pisać tak jak ty czynisz – wyważenie i z szacunkiem. Po tym stylu pani Piotrowskiej, której fragmenty przytaczasz, mam nieodparte wrażenie, że Zwierz włożył w napisanie tej (wcale nie takiej długiej :)) recenzji więcej wysiłku, wiedzy i researchu niż autorka w całą tę książkę :)

  • Książki czytać nawet nie zamierzałam, ale recenzja jak zawsze na propsie. Uwielbiam Twój język :D

  • Ty napisz książkę o filmach, bo chętnie bym przeczytała taki primer. :-) (PS. Nie widziałam Ojca chrzestnego) (Tylko błagam nie w trzeciej osobie :P) Ta kobieta jest dla mnie taką bieda-intelektualistką. Nie wiem skąd jej się wzięło przekonanie, że ona intelektualnie góruje nad tymi wszystkim ‚panienkami, którym się tipsy złamały’. Weszłam na jej konto instagramowe i jest to poziom intelektualny średnio rozgarniętego piątoklasisty. „Kim Kardashian chyba nie ma mózgu!!” (Co za przenikliwa krytyka. Nie ma mózgu. A to ci historia).

  • przykre jest to, ze wg. karoliny korwin piotrowskiej nie mogę dbać o siebie, a gdy mi się połamie paznokiec to koniec światta (czy komukolwiek kiedyś złamał się paznokieć? odpadł? przecież to ogromny ból jest), i jednocześnie celebrować kultury. Będę chodzić więc w łachmanach i na boso, bo tylko takim ludziom przyszło czerpać z dóbr cywylizacji. Współczuję autorce, że mimo swojego wieku widzi świat biało-czarny, kiedy od tylu lat odbieramy telewizję kolorową

  • Monika Wójcicka

    To pierwszy raz jak jestem u zwierza. Musze przyznać bardzo mi się tu podoba! :D Do rzeczy. Po pierwsze znalazłam zwierza na mojej tablicy. Ktoś polecił i słusznie. Po drugie byłam pewna, że to recenzja jakiegoś romansu. Nie czytałam książki, ale same cytaty wywołały gęsią skórkę. Tyle młodych pisarzy się odrzuca, aby wydać coś takiego kogoś znanego. To po prostu smutne. Zdjęcia mnie rozczuliły! :) Na pewno będę częstym gościem i mam wrażenie, że sporo przede mną do nadrobienia :). Pozdrawiam.

  • Kinia

    Przeczytałam ten wpis dopiero dzisiaj i tylko jedno mam do powiedzenia… absolutnie piękny wpis…piękna recenzja bezwartościowej makulatury…taaak… próbowałam przeczytać tę książkę i zdegustowana odłożyłam bardzo daleko od siebie…

  • Zant

    Tak mi się skojarzyło:
    https://www.youtube.com/watch?v=OMM_HjKlrOI

    A tak na poważnie – chwalebny wpis, Zwierzu!

  • Rafal Mateusz

    Świetny tekst. Już widząc zapowiedzi tej książki miałem obawy co do jej wartości merytorycznej, teraz jestem pewien, że to szmelc. Mocno zastanawiały mnie recenzje co niektórych blogerów książkowych (którzy wydawało mi się, że znają się na książkach) zachwalających tę wątpliwej wartości książkę.

    Czy można wiedzieć co to za książki na zdjęciu – ta z Al Pacino, Woody Allenem i ta różowa z napisami?:)

    • Spieszę z pomocą:
      1. „100 idei, które zmieniły film”, David Parkinson;
      2. „Woody Allen. Rozmowy”, Eric Lax (świetnie się czyta i jest kopalnią ciekawostek).
      3. Pozycji z Pacino nie rozpoznaję. ;)

      • Rafal Mateusz

        Dziękuję

        • zpopk

          Cinema The Whole Story. Przegląd światowego kina podzielonego na dekady z zaznaczeniem najważniejszych trendów zarówno w kinie światowym jak i amerykańskim. Coś pomiędzy spisem i opracowaniem. Ciekawe choć nie tak ciekawe jak się zapowiada pookładce

  • Prawda jest taka, że nie planowałam nawet kupować tej książki, ale zawsze lepiej wiedzieć, do których pozycji nie warto sięgać. Dodatkowo smutne jest to, że Pani Korwin Piotrowska z taką łatwością miesza z błotem ludzi, dla których teoretycznie napisała tę książkę. Tak po ludzku robi się przykro, gdy człowiek sięgając po nią, chcąc się dowiedzieć nieco więcej o filmach i kinie zostaje nazwany głupkiem lub analfabetą tylko dlatego, że nie oglądał jakiegoś filmu. A granie fajnej dziewczyny, lepszej od „radosnych panienek” i nie-rasism jest no… po prostu nie. Za to z wielką chęcią przeczytałabym taki przewodnik od Zwierza, i kto wie może kiedyś Zwierz się skusi na napisanie takiego :) A na razie zapoznam się z książkami, które pojawiły się na zdjęciach jak i w komentarzach.

  • Magda Ch

    Zwierzu, dlaczego akurat do 1957? Przecież dekada to do 1959…
    Poza tym czytałam, że Hamill miał jakiś straszny wypadek samochodowy, nawet na imdb tak piszą?

    • zpopk

      Ponieważ autorka wymienia jedn film z 1957. Zaś informacje odnośnie wypadku radzę czerpać z rozmów z Hamilem który sam przyznał, że miał wypadek ale nie straszny tylko zupełnie zwykły. Złamał w nim nos. Informacja o tym, że straszliwie zmasakrował sobie twarz to tak zwana legenda miejska

  • Nesab

    Zwierzu, błagam, naucz się interpunkcji, bo w tej chwili czytanie (bardzo ciekawego) tekstu boli…

  • Myślę, że Zwierz bardziej się przyłożył do napisania tej recenzji niż autorka do książki. Gratuluję.

  • Ciekawe podejście, ale po 5 literówce dałem sobie spokój. rozumiem, że tekst długi, ale warto przyłożyć się i sprawdzić go przed publikacją.

    • Jak treść ciekawa, to literówki da się wybaczyć. W końcu to nie ortografy, a stylistycznie też jest całkiem w porządku.

      • Jedną, dwie – da radę, ale jeszcze dochodzi nie wyróżnianie tytułów, różnorodna ich pisownia itp.

        • http://zpopk.pl/gdzie-sa-przecinki Jak trudno spojrzeć na górną belkę bloga i poczytać o co z tymi przecinkami chodzi u zwierza.
          P.S. „Niewyróżnianie”, a nie „nie wyróżnianie” drogi panie Miodek :) Warto przyłożyć się i sprawdzić komentarz przed publikacją.

          • O przecinkach nic nie mówię, bo sam mam z tym problemy. Chodzi mi o ogólny odbiór tekstu w jego warstwie wizualnej.

  • olga

    Napisałeś gdzieś Zwierzu, że ta książka taka miała być – i że to jest najgorsze; ja się z Tobą zgadzam.
    Czytam ją, niestety. Karolina Korwin Piotrkowska lubi patrzeć na świat, jak sama to określa „szoł-biz” z góry i pozycji siły. Już samo to jest odstręczające. Byłoby również gdyby ta pozycja siły wynikała z błyskotliwej erudycji i wiedzy, ale nawet z tego nie wynika. Ta książka jest bolesna, bolesny jest seksizm, warsztat, partyzantcka krytyka poprawności politycznej, nazywania ludzi analfabetami, ubolewanie „kiedyś to było a dzisiaj tak kiepsko” i bolesny jest brak miłości w książce o szumnym tytule (jak przypuszczam chodziło o miłość do kina).

  • Pingback: [Kinogadanie] Chodź, pokażę ci prawdziwą kulturę, matole. – O ruchomych obrazkach()

  • Rab_

    Zwierzu drogi, czwarte zdjęcie we wpisie: jaki jest tytuł książki z Michaelem Corleone na okładce?

    • zpopk

      Cinema The Whole Story

  • Bardzo dziękuję za tak rzetelną recenzję. Zastanawiałam się nad zakupem tej książki i teraz już wiem, żeby tego nie robić. Sama próbuję pisać o filmach i zgodzę się z Twoją opinią, że wcale nie jest to łatwe, wręcz czasami czuję się jak analfabetka, gdy nie potrafię składnie ująć w słowa, dlaczego coś moim zdaniem jest warte lub nie obejrzenia. Często wiąże się to z tym, że jeśli nie czuję się na siłach nie piszę o danym tytule. Szkoda, że są jednak w mediach takie osoby, które bez namysłu dzielą się swoją opinią na każdy temat.

  • Zwierzu ukłony i brawa dla Ciebie za przeczytanie. Ja widząc te fragmenty co przytoczylas lapalam się za głowę. Ale też sie uśmiałam, oczywiście z Twojego tekstu. Książki jednak nigdy nie przeczytam i bron panie żebym jeszcze musiała na nią patrzeć. Pozdrawiam :)

  • Ooo, to widzę, że nareszcie znalazłam miejsce, w którym mogę wyznać bez poczucia wstydu, że do Ojca Chrzestnego podchodziłam kilka razy i zawsze zasypiałam po 30 minutach. Dzięki!

  • Paweł

    Dziękuję Ci za ten wpis i jeszcze bardziej za zdjęcia kotów i świnek. Bez nich bardzo bym się denerwował. Jestem uprzedzony, nie lubię tej pani i boję się jej gdy widzę ją w telewizji, moim zdaniem dziwnie na mnie patrzy. Dlatego przez chwilę pomyślałem, kupię i przeczytam, przecież kocham kino. A może facetkę polubię? Zaoszczędziłaś mi podróży z Krakowa do Warszawy TLKą, szukania mieszkania i rzucania w okno książką, która pewnie by mnie rozwścieczyła z tak wielu powodów…

    Sam mam częstą manierę wmawiania każdemu znajomemu, że Kill Bill jest najlepszym filmem jaki widziałem i muszą go uwielbiać, ale uważam to za swoją wielką, celebrowaną w głębi serduszka, wadę. Jednak, gdy widzę argument „jeśli nie znasz A, jesteś X”, sprawia, że krew mnie zalewa. To chyba jedna z najbardziej denerwujących i prostych do obalenia rzeczy jakie można napisać. No, ale świetnie pasuje do takiego małomiasteczkowego mniemania o tym czym jest „lepsze kino”, przaśnego rasizmu i wesołkowatego śmieszkowania z polit poprawności. No, ale jak walić dulszczyzną to przecież ze wszystkich dział, c’nie?

  • Mag

    Zaznaczając na początku iż świnka Twa podobna jest do mojego własnego Hektora, tudzież zgadzając się z opinią nt. książki Piotrowskiej (ja – dla odtrutki sięgnęłam po Raczka i Kałużyńskiego), pragnę jednak podrzucić jedną sugestię. Jestem psychologiem, w obszarze moich badań (psychologia osobowości – terapia jako zmiana narracji o własnym życiu) spotkałam się z poglądami, że dzieła (filmowe, książkowe) mogą wpływać na sposób, w jaki budujemy opowieść o sobie. Pzdr

  • Dziękuję Ci za ten wpis! Czytałam kilka lat temu książkę Korwin-Piotrowskiej „Bomba” i mocno mnie zniesmaczyła językiem, głupimi (bo inaczej się tego nie da określić) zwrotami, robieniem z odbiorców idiotów i udowadnianiem, jaka to sama K-P jest cudowna i jedyna oświecona. Po kolejne jej książki nie sięgałam, ale czytałam pochwalne posty na temat „Krótkiej książki o miłości” (swoją drogą, co za piękna zżynka z „Długiego filmu o miłości” Jacka Hugo-Badera). Jakoś nie chciało mi się w nie wierzyć. Albo, myślałam sobie, to ze mną jest coś nie tak i nie dostrzegam geniuszu tej pani. Tak że jeszcze raz: dzięki, Zwierzu! Od razu mi lepiej po Twej zjadliwej notce <3

  • I ani słowa w książce o Ryanie Goslingu? Z którym przecież pani Karolina przeprowadziła tak cudny wywiad?!?

  • Dzień później

    Miałam straszną ochotę na tę książkę, ale chyba mi przeszło. Po pierwsze zrzedła mi wczoraj mina, kiedy przekartkowałam ją w księgarni i okazało się, że nie ma w niej moich ulubionych filmów, np. Amadeusza, czy Gladiatora. No, ale wybór filmów może być subiektywny. Ciekawe jest również to, o czym piszesz, że najwięcej jest filmów z ostatnich lat, co kłóci się ze stwierdzeniem (również typowym dla KP), że w ostatnich czasach kino schodzi na psy. Ale z kolei to koresponduje z zapowiedzią autorki, że to nie jest książka o arcydziełach… Jednak wybór filmów wyborem, a co innego obrażanie czytelników i nazywanie tych, którzy nie
    widzieli i nie znają analfabetami. Z takiego języka zresztą KP słynie,
    jest go również pełno w Ćwiartce raz. Cóż, żeby krytykować muszę jednak najpierw przeczytać.

  • Buka

    Próbowałam kiedyś przeczytać i obejrzeć Ojca Chrzestnego. Wymiękłam, nie moja bajka po prostu, a nie będę zmuszać się do seansu tylko dlatego, że coś jest uznawane przez wielu za must have (kwestia tego, czy słusznie czy nie jest tutaj całkowicie drugorzędna). Jednocześnie takie motywy jak głowa konia i propozycja nie do odrzucenia są mi, jako nałogowemu zjadaczowi kultury popularnej, znane bardzo dobrze.
    To ja jestem w końcu tą analfabetką czy nie?

  • Ska Kanna

    Zwierzu, znakomity tekst. Solidna robota i język taki jak lubię. Precyzyjny eh i nie tylko. Rzeczonej książki nie kupię bo i po co.

  • Grażyna Kalthoffer

    Dziękuję za tak rzetelną recenzję. Czuję się zwolniona z obowiązku czytania tej książki ;)

  • GrubyKotWyjec

    Recenzja bardzo dobrze przygotowana.. Przeczytałam od początku do końca z wielką przyjemnością.

  • Pingback: Za długa książka wcale nie o miłości | Superchrupka.pl()

  • Maja Bajkamajka

    Brawo Ty! (oj, co za koszmarek :()Na poważnie – bardzo dziękuję za ten wpis i refleksje!Jak widać nie wystarczy „napisać” ksiazke na temat filmu…Trzeba jeszcze temat znać i go czuć. Im dalej brnelam, tym gorzej sie czulam (wdg mnie to bylo na zamowienie-reklama?). Zwierz bardzo ładnie wypunktowal kiepska pozycje!