Pozdrawiamy cię, my robiący film czyli zwierz o Ave, Cezar!

22/02/2016

Zwierz tupie konkursowo czyli dlaczego zwierz startuje w konkursie na Tekst Roku

22/02/2016

Długi wpis o nienawiści czyli zwierz o „Krótkiej książce o miłości” Karoliny Korwin Piotrowskiej

22/02/2016

Żyję w mieszkaniu pełnym książek o filmach. Nie przesadzam. Kiedy coś przekładam, odstawiam, ruszam to ze wszystkich półek, szafek, pudeł, parapetów i szuflad wypadają książki o kinie. Nie jestem w stanie się powstrzymać by ich nie kupować – starych, nowych, polskich, zagranicznych, naukowych, popularnych, dobrych, złych, biografii i albumów.  Czytam, je zbieram, nałogowo ustawiam na półkach tworząc eklektyczną kolekcję. Dlatego kiedy wychodzi nowa książka o kinie nie umiem się powstrzymać by jej nie kupić. A czasem powinnam. Jak w przypadku „Krótkiej książki o miłości” Karoliny Korwin Piotrowskiej.

Zanim zwierz zacznie pisać o samej książce chciałby was poinformować, że ją przeczytał. Naprawdę przeczytał. Porównał. Sprawdził niektóre przytoczone w niej fakty. Zaznaczył odpowiednie fragmenty. Zrobił to sumiennie i starannie, nie dlatego, że zwykle pisze po łebkach. Po prostu bardzo nie chciałby aby pojawiły się komentarze, że krytyka książki wynika z zazdrości czy prostej niechęci do autorki (za którą nie przepadam z czym nigdy się nie kryłam). Więcej mogę powiedzieć, że główne założenie książki – stworzenie swoistego przewodnika po świecie filmu – przystępnego dla czytelnika – jest założeniem dobrym i godnym pochwały. Tu jednak pochwały się kończą.

 

dav

Zwierz podszedł do lektury pełen dobrych chęci i odpowiednich karteczek

 

Gdyby zwierz miał jakoś określić ton książki Korwin Piotrowskiej to stwierdziłby, że autorka uprawia krytykę populistyczną. Nie krytykę popularną – jak czynił to Kałużyński i wielu naprawdę wybitnych krytyków filmowych, którzy pisząc w sposób zrozumiały przybliżali widzowie sztukę filmową, ale populistyczną – grającą na określonych emocjach i podtrzymującą określone przekonania pewnej (już nieco mniej określonej grupy czytelników). Te punkt wyjścia sprawia, że autorka cierpi na swoistą paranoję. Z jednej strony pisze we wstępie „To nie jest kolejna nudna opowieść o filmach i kinie, pisania językiem zrozumiałym tylko dla wybrańców.” Brzmi więc jak zaproszenie dla wszystkich. Nie musisz się znać, nie musisz być krytykiem – podejdź. Ale już po chwili trzeba się od tego nurtu przyjmowania wszystkich odciąć „Nie odrzuci Cię po pierwszym, zdaniu, którego nie zrozumiesz, bo przecież nie musisz być filmoznawcą ani krytykiem, i nie zniechęcisz się by podążać dalej” ” Krytyków, którzy – mam wrażenie – piszą recenzje wyłącznie dla siebie i kilku znajomych… a szkoda, bo kiedyś krytyk filmowy to był ktoś” „Dziś w czasie demokratyzacji mediów, może być nim każdy, nawet jeśli myśli, że Visconti to projektant mody”. Te dwa zdania dobrze nam posłużą jako klucz do całej książki. Z jednej strony – przemawia ona do widza zagubionego, któremu trzeba pomóc, z drugiej – często dowiecie się z niej że nie znając jakiegoś filmu jesteście debilami, idiotami czy analfabetami. Dzięki temu można się poczuć lepiej. Chociażby dlatego, że jesteśmy lepsi od tych „innych” – jakichś głupich panienek co nie widziały Ojca Chrzestnego czy myślą że Visconti to projektant mody. Nasza wiedza o filmie nadal może być średnia ale jak miło poczuć się od kogoś lepszym. Zresztą prawdę powiedziawszy – wśród współcześnie piszących o filmie – wcale nie ma aż tak wielu ignorantów. Zdecydowanie częściej wiedzą oni kim był Visconti niż potrafią dobrze zrecenzować film popularny. Ale o tym jeszcze za chwilę.

dav

Karteczki szybko zaczęły się kończyć

Autorka przyznaje że chce nas przeprowadzić przez świat filmów – namawiana przez ludzi że chcieliby aby „ktoś nam pomógł w znalezieniu fajnych filmów, niekoniecznie z tych ostatnich dwóch -trzech lat”. Ponownie idea słuszna. A autorka wydaje się idealna chwaląc się, że widziała „miliony filmów” (co prawda w ciągu życia tyle się nie da obejrzeć ale stwierdzenie „widziałam tysiące filmów” to nie w tej książce). Niby więc wszystko pięknie – głos ludu jest, odpowiednia pozycja (przeciw krytykom, frontem do widza) jest. Nic tylko czytać. A i jeszcze dowiadujemy się że to nie jest lista arcydzieł. No bo jak wiadomo arcydzieła odrzucają (co nie przeszkadza autorce kilkanaście jeśli nie kilkadziesiąt razy w tekście korzystać z tego sformułowania)

Zanim przejdziemy do omówienia reszty pozycji zwierz chciałby się z wami podzielić ciekawą statystyką. Otóż moi drodzy policzył film według dekad z których pochodzą. Jedna bowiem rzecz bardzo zwierzowi nie pasowała. Otóż widzicie kiedy kinoman zagląda do swojego serca, to jeśli nie zaczął swojej przygody z filmem bardzo wcześnie to właściwie jest pewne że w tych wyskrobkach znajdzie się międzynarodowy przegląd pozycji z całego radosnego okresu trwania kina.  Może niekoniecznie każdy z nas ma swój ukochany film niemy (zwierz ma) ale już kochane filmy z lat 30, 40 czy wczesnych 50 to nosimy w sercu.  Tymczasem nasza książka zawiera z okresu 1896-1957 jeden film. Jeden. Z kolejnej dekady kinematografii autorka wybrała 6. Najwięcej jest z lat 70-28, potem 80 -17, 90- 11, 2000-2009 -13 i  tu jedno z największych zaskoczeń aż 18 filmów z pięciu lat dzielących 2010 od 2015. Dlaczego zwierz bawił się w licznie? Po pierwsze – z czystej niechęci do jakichkolwiek książek o kinie które udają że przed latami 50 filmu nie było. Po drugie – bo ta statystyka jest rozkosznie niedorzeczna w zestawieniu z ciągłymi narzekaniami autorki, że kino schodzi na psy. Skoro kino schodzi na psy to jakim cudem w ostatnich pięciu latach wyprodukowano tyle fenomenalnych filmów. Chciałoby się złośliwie zwrócić uwagę, że to pewnie filmy obejrzane niedawno, świeże w pamięci albo posiadane na DVD ale zwierz będzie milczał bo nie jest aż tak złośliwy. W każdym razie – statystyka to symptomatyczna.

pro-cam

Trzeba było przejść na tradycyjne robienie notatek

 

Przejdźmy do omówienia filmów. To ciekawa mieszanka osobistych wspomnień, plotek, informacji z panu, streszczania scen i niesłychanie autorytatywnie wypowiadanych zdań. To nie jest książka gdzie znajdziecie jakiekolwiek wątpliwości. Jeśli coś było modne, to ubierały się w ten sposób wszystkie kobiety na świecie, jeśli film był popularny to wszyscy go widzieli. Wszystko, zawsze, wszędzie. Filmy są genialne, mega genialne, są arcydziełami, są najlepsze jakie nakręcono. Zawsze mocno i z grubej rury. Strasznie się to czyta –zwłaszcza przy świadomości, że o filmie – jak o każdej innej działalności kulturalnej człowieka, pisać trzeba jednak łagodnie i miękko, bo tu rzadko można znaleźć twarde fakty i jednoznaczne opinie. Ale autorka wyraźnie pragnie nas przekonać, że się zna (koszmarny nawyk – człowiek który się zna nie musi nikogo do tego przekonywać) i jeszcze dodać do tego swój osobisty bezkompromisowy komentarz. Niestety często jest to komentarz nietrafiony.

mde

Potem zwierz zcjął ze swoich regałów te ksiązki które ma a na które autorka powołuje się w bibliografii

Książkę otwierają wspomnienia z wyprawy na Gwiezdne Wojny. Film ważny, niemal założycielski – pierwsza taka wizyta w kinie. Zwierz czyta uważnie, bo obejrzane w wieku kilku lat Gwiezdne Wojny też dla zwierza były filmem ważnym. Nieco unosi się zwierzowa brew kiedy okazuje się, że Han Solo gra rolę brutala (łotra tak ale też raczej mało brutalnego), ale rozczulenie budzi komentarz dotyczący Marka Hamilla: „W wyniku wypadków, jakim uległ, musiał poddać się wielu operacjom plastycznym. I teraz jego wygląd nie jest dziełem natury, ale skalpela chirurga”. Pięć do dziesięciu minut zajmuje zweryfikowanie, że to tylko rozbuchana plotka a sam aktor przyznawał się jedynie do złamanego po wypadku nosa. Jest taka rzecz jak Internet. Bardzo ułatwia nie pisanie bzdur (pisanie bzdur też ułatwia ale nieco innych). Z kolei „Carrie Fisher zawdzięcza filmowi nałogi oraz depresję”. No nie do końca, Carrie Fisher jednak miała w życiu wiele innych problemów i nie wszystkim winien jest Lucas.

Dalej mamy Amelię i refleksję nad tym jak otworzyła nam serca po WTC. Powoli przyzwyczajamy się do języka gdzie można przeczytać o „mocarnej scenie” (a ja się tak męczę żeby nie pisać w ten sposób) czy o tym, że Amelia ma jaja. Na koniec dowiadujemy się, że Amelia ma też znaczenie lecznicze „Mogę powtórzyć za znaomym psychologiem, który powiedział mi, że poleca Amelię jako obowiązkowy film wielu swoim pacjentom, I On działa. Wyciąga ich z mroków depresji (…)”. To ten moment kiedy właściwie książkę chce się odłożyć (jak każdą która proponuje leczenie depresji filmami) ale obowiązek wzywa i czytamy dalej. Jak że bowiem inaczej dowiedzielibyśmy się, że Woody Allen „ma dzieci z własną adoptowaną córką” (zdanie które po prostu nie jest prawdziwe) czy też dowiedzieć się, że Allen nigdy po Annie Hall nie zrobił tak dobrego filmu. Takie urocze zdanie, które – biorąc pod uwagę ile po Annie Hall przyszło od Zeliga po Wszystko Gra, jest daleko idącym nadużyciem. Zwierza rozczuliła też zawarty w recenzji smutek autorki, że nie miała okazji przeczytać pierwszych recenzji Annie Hall, zanim ludzie zaczęli dopisywać głupie interpretacje. Otóż moi drodzy jeśli chcecie np. przeczytać pierwszą recenzję z New York Times to wpisujecie w Google „Annie Hall New York Times Review” i w 0,2 sekundy macie recenzje przed oczyma. Jak chcecie przeczytać polską to skoczcie poczytać Politykę w bibliotece. Ktokolwiek narzeka, że nie mógł przeczytać recenzji filmu z lat 70 , jest tylko leniwy albo niezaradny. Jak ktoś narzeka że nie mógł się dokopać do recenzji filmu z lat 20 to go rozumiem (z recenzjami z lat 30 jest zdecydowanie łatwiej). Jasne wy nie musicie tego drodzy czytelnicy widzieć – ale autorka książki o filmach – już tak.

dav

Potem zwierz zdjął z półek polskie ksiązki popularne o kinie i poczytał celem przypomnienia sobe, że można w Polsce o kinie pisać ładnie, lekko i rzetelnie

Od recenzji Białej Wstążki Hanekego (której zdaniem zwierza autorka nie zrozumiała ale to inna sprawa) zaczyna się swoista obsesja krytykowania współczesnego kina. Mamy więc znaczący cytacik:  „U Hanekego nie ma prostych wręcz wszechobecnych, prostackich niszczących umysł rozwiązań, typowych dla dzisiejszej narracji rodem z komiksu dla dzieci”. Czytamy to i myślimy sobie –hmm… czyżby naprawdę autorka takiego opracowania nie wiedziała, że Haneke jest przedstawicielem europejskiego kina artystycznego. Czyżby naprawdę tak bez zastanowienia zestawiała go z kinem popularnym. Czyżby naprawdę uważała, że takie zdanie nie jest przejawem swoistej „fałszywej argumentacji” hiperboli posuniętej do takich granic że nie ma już znaczenie. Bo jasne Haneke kręci filmy ciężkie. Ale to tak jakby wziąć Proces Kafki i twierdzić, że nareszcie jakaś dobra książka nie to co kryminały Agaty Christie. Można ale po co?

Jednocześnie autorka ma obsesję super bohaterów, obcych i zombie. Zestawmy sobie kilka cytatów. „Zrobił film bez oceniania swoich bohaterów, bez protezy scenariuszowej w postaci komitów, bez inwazji obcych czy zombie”, „Warto to obejrzeć? Taki film bez seksu, przemocy i robotów”, „Nie zestarzał się, współczesne debilne produkcję o życiu emocjonalnym robotów albo plastikowych lal i skretyniałych gogusiów mają datę przydatności najwyżej rok”, „moim zdaniem to jeden z lepszych filmów nakręconych w dwudziestym pierwszym wieku i dowód na to, że sens mają wyłącznie filmy o ludziach, a nie mutantach, super bohaterach czy kosmitach”. To kilka cytatów które pokazują, jak autorka portretuje widzowi kino. Jeden czy dwa dobre filmy a reszta to zombie, super boahterowie i roboty, albo mutanci. Po pierwsze – tych filmów o robotach wcale tak dużo nie ma. I jeśli weźmiemy androida za rodzaj robota – to zdarzają się wybitne (jak Blade Runner). No ale dobra – roboty są tu jako przedstawiciele wszystkiego co złe. Problem w tym, że autorka bierze jeden nurt kina – wielkie kinowe produkcje amerykańskie i ogłasza że to całe kino. Kino w kryzysie (to określenie też się pojawia).  Oczywiście można by napisać, że kino amerykańskie składa się z dwóch wyraźnych nurtów – kina niezależnego i kina wysokobudżetowego i oba rodzaje filmów rządzą się innymi prawami. Są dla ludzi. Można je oglądać naprzemiennie. Można jedne lubić albo nie. Ale to byłaby wyważona opinia osoby która swoich czytelników prowadzi przez świat kina pokazując, że jest on bardziej skomplikowany ale i ciekawszy niż się wydaje. Niestety wyważonych opinii nie ma – jest skrót, pójście na łatwiznę i schlebianie gustom tych którzy lubią czuć się lepsi od każdego kto wybiera się do kina na film super bohaterki.

hdr

Im bliżej końca tym książka robiła się grubsza od uwag i zaznaczeń.

Przy czym w ogóle w książce widać taki brak szacunku dla specyfiki określonych gatunków filmowych. Spagetti westerny (rzecz cudowna i rozkoszna – każdy powinien się skusić) zdaniem autorki „Dzisiaj z uśmiechem na twarzy i z rozrzewnieniem oglądamy te trzy filmy Leone z Eastwoodem w roli kowboja, bo to rzadki kicz (…)”. Jasne bo wystarczy sprowadzić coś do kiczu by spokojnie można było rozwodzić się nad tym jak doskonałym (wcale nie kiczowatym) filmem jest Brudny Harry, który zdaniem autorki”(…) jest pierwowzorem postaci z filmów i seriali, nawet tych z ostatnich lat, jak The Killing, Detektyw czy Most nad Sundem”. Chciałoby się to podsumować jednym słowem. Nie. Do tego nie jeden i nie dwa razy autorka stwierdza, że jeśli ktoś nie widział jakiegoś filmu to jest głupi. Przy Kabarecie: ‘” To jeden z najważniejszych filmów w historii kina, jeden z tych, których nieznajomość jest dla mnie dyskwalifikująca. Jeśli jest dekalog, jeśli jest wyznacznik praw, tak musi i być Kabaret”, Przy Ojcu Chrzestnym: „nie znajomość tego filmu to dowód na daleko posunięty analfabetyzm i nieuleczalną głupotę. Niestety, będę tu niemiła, ale mam dość radosnych idiotek, które nie wiedzą o co chodzi z obciętą głową konia pod kołderką czy propozycją nie do odrzucenia. Uważam, że to pozycja obowiązkowa na liście każdego, kto mieni się homo sapiens”, przy Pulp Fiction  dowiadujemy się, że trzeba znać: „Inaczej jest się analfabetą. Tak uważam”.

Ci którzy znają zwierza wiedzą, że ma on irytujący zwyczaj uznawania, że wszyscy widzieli wszystko. I dziwienia się, że ktoś czegoś nie widział. Ale serio, prawdziwy żywy kinoman nie uznaje, że jak ktoś nie widział Ojca Chrzestnego jest głupi czy że jest analfabetą. Drogi do kina są różne. Nie każdy od razu zobaczy wszystko, nie każdy dostanie inspirację czy podpowiedź, nie wszyscy mamy okazję dowiedzieć się co i jak oglądać. Więcej, nie wszyscy lubią kino. A nawet jak lubią. Ojciec Chrzestny nie jest dla wszystkich podobnie jak Pulp Fition. Jeśli książka ma być przewodnikiem czy polecanką to znaczy, że sięga po nią ktoś zagubiony czy nieświadomy. Po co go obrażać, po co się wywyższać, po co nazywać go analfabetą. Trochę jakby prowadzić program walki z analfabetyzmem poprzez stwierdzenie, że każdy kto nie przeczytał trylogii jest głupolem. Spokojnie można podkreślić wagę jaką film ma dla nas czy dla kultury bez posuwania się do takiego paskudnego, zniechęcającego ludzi (nikt nie poczuje się zachęcony po tym jak został obrażony) języka i obrażania. Inna sprawa – gdyby przyszło mi oceniać ludzi po tym kto zna jaką pozycję z klasyki musiałabym sporo osób w moim otoczeniu uznać za idiotów bo nie interesują się filmem. Na całe szczęście mam dość rozumu by takich bzdur nie myśleć i nie pisać.

dav

Czasem pisanie recenzji wymaga skomplikowanych obliczeń

Zresztą ta niechęć do jakiegoś wyimaginowanego – innego widza – pojawia się w książce jeszcze kilka razy. Np.  przy omówieniu Pianistki pojawia się taki ustęp „Uprzedzam to nie jest film dla radosnych panienek, których świat skończy się, gdy złamią paznokieć, albo nie wytropią w sklepie wymarzonych butów, ewentualnie nie zdążą wyćwiczyć sobie kaloryfera na czas bikini”. Po pierwsze to jakiś seksizm straszny – bo film nie jest dla ludzi nie zainteresowanych i zwierz nie wie czemu akurat jakiś określony typ kobiet miałby zostać wykluczony. Ale takiego właśnie „lekkiego” seksizmu w książce sporo. Inna sprawa. Co tak naprawdę autorka wie o tych kobietach? Filmy trafiają do ludzi nie według klucza. Skoro mamy wierzyć zachwytom jej 23 letniej studentki nad „Ostatnim Tangiem w Paryżu” (prawdę powiedziawszy nie wiem dlaczego rekomendacja przypadkowej studentki miałaby mnie do czegokolwiek zachęcić) to dlaczego nie mamy uwierzyć, że rano można płakać nad złamanym paznokciem a wieczorem zostać wybitym z rytmu dnia przez „Pianistkę”. A poza tym – dlaczego ta książka musi tak koszmarnie stereotypowo wybierać osobę, która pewnie po film nie sięgnie i od razu zastrzec, że to nie dla niej. „X-men: Days of future past” nie jest filmem dla mojej babci ale co to ma do sposobu polecania filmu? Poza tym, że ktoś kto widział Pianistkę poczuje się lepiej niż inni którzy jej nie widzieli. Zresztą to jest śmieszne jak bardzo wynosi się na szczyty autorka która przecież sama czynnie brała dział i w kulturze dla tej dziewczyny która lubi tipsy (i zapewne oglądała Top Model) jak i w czystym prostym plotkowaniu, które do kultury wysokiej czy intelektualnej się ma nijak. Można robić w najniższych partiach kultury popularnej ale z szacunkiem do ludzi do których się mówi i dla których się pisze. Są jakieś granice hipokryzji.

12644883_10206652537886992_1661231165742012258_n

Porządny materiał ilustracyjny się skończył więc będą zdjęcia świnek morskich

Idźmy dalej – autorka co zwierz już wcześniej zaznaczył ma problem z giętką acz skomplikowaną materią języka. W trakcie omawia Chłopców z Ferajny (koszmarnie dużo streszczeń filmów), pojawia się np. taka zbitka „Strasznie mocny. Strasznie dobry film. Najlepszy film Scorsese i najlepszy film o mafii (…)”. Zwierz patrzy i zastanawia się co ona właściwie ma mówić widzowi? Jest tyle możliwości polecenia widzowi filmu. Takie sformułowania są zupełnie puste. Nic nie wnoszą. Niestety takich właśnie określeń, za którymi nic nie stoi jest wiele. Zresztą jak przy języku jesteśmy – gdy autorka opisuje uwzględnione na liście „Gwiazd naszych wina” pisze że słyszała, iż film to „” Że to mega kupa, z przewagą kupy”. Czytam to zdanie i myślę sobie, że może to być pierwszy raz kiedy słowo kupa pojawia się na tym blogu w takim kontekście. Jednocześnie zwierz zastanawia się czy naprawdę pisanie wprost do widza musi oznaczać pisanie rzeczy, które jeszcze uchodzą w mowie (choć zdaniem zwierza jak ma się więcej niż 5 lat można znaleźć inne przymiotniki) a na piśmie już w ogóle nie powinno ich być. Nie dlatego, że są brzydkie ale dlatego, że są nieporadne.

Niemal w każdym tekście można znaleźć zdanie, które byłoby prawdziwe tylko, że nie jest. W recenzji Cinema Paradiso autorka wzdycha „Dzisiaj w czasach kiedy nie ma już ciasnych, dusznych kabin kinooperatorów, filmy kręci się techniką cyfrową, a taśmy nie są łatwopalne jak dawnej (…)”. Zwierz pragnie poinformować autorkę, że taśmy to nie są łatwopalne od połowy lat 50. Powszechnie. A ponieważ książka nie wspomina o niczym wcześniejszym to do wstchnienia nie ma prawa. Zaraz potem pojawia się kolejna refleksja natury historyczno – filmowej. „Wielką sztuką wbrew pozorom kino bywa rzadko, jak przystało na rozrywkę stworzoną dla gawiedzi, pokazywaną u swego zarania w cyrku i na festynach”. To dość odważne zdanie z wielu powodów. Po pierwsze – jeśli patrzymy na kino jako na całość a nie przez pryzmat kinematografii amerykańskiej drugiej połowy XX wieku (a tego jest najwięcej w książce) to kino nie raz i nie dwa udowodniło, że jest sztuką. Inna sprawa, kino istotnie na początku było rozrywką dla gawiedzi ale nie po to je stworzono. O tym, że kino może i powinno być czymś więcej mówiono od samego początku. Matuszewski swoją pierwszą rozprawę z zakresu myśli filmowej wydał w 1898 roku. Od 1908 roku nie wypada już wypominać kinu jego jarmarcznego pochodzenia. Nie chce dyskutować dalej ale to zdanie naprawdę wymaga korekty.

12410527_10206520042934701_4716786590134377935_n (1)

Ciekawe bywają też drobne przekłamania. Świetnie to widać w omówieniu „Co się wydarzyło w Madison County”. Kto film widział ten wie, że to melodramat, romans i dość sprawnie i wzruszająco opowiedziana historia, kobiety która staje przed wyborem. Może pozostać w swoistej pułapce życia codziennego albo podążać w nieznane. Ta historia o tyle trafia do odbiorcy, że poznaje całą gamę uczuć – od poczucia zamknięcia i niespełnienia po obowiązek i strach przed nowym.  Nie mniej w naszej książce dowiadujemy się że to film który mierzy się z seksualnością ludzi w „tym wieku” a Meryl Streep gra bohaterkę o „wybujałym libido”. Tu zwierz jako czytelnik zastanawiał się czy widział ten sam film. Teraz jest prawie pewien że nie bo autorka podsumowuje, że „Sporo ludzi z własnej woli poszło więc do kina na lekki film o miłości dwojga „starszych państwa”. Dla przypomnienia – w chwili kiedy kręcono film Meryl Streep miała 45 lat. Eastwood miał o 60 ale to Eastwood. Czas się go nie ima. Gdzie tam jest „ten wiek” i „starsi państwo”? Chyba że przyjmiemy, że po 30 to do grobu.

Zwierz nie chce was nudzić ale pobawi się jeszcze w grę „znajdź durny cytat”.  Ot np. początek recenzji „Dawno Temu w Ameryce” rozpoczynający się od zdania „ To nie jest film dla antysemitów”. No bo wiecie o żydach. Dobrze że autorka nas ostrzega. Ciekawe czy oznacza to, ze inne są? Zwierz jest zaintrygowany. W Debiutantach pisząc o karierze Evana McGregora autorka zaznacza, ze ma on „W dorobku ma mocne role jak w Transpotting, Gwiezdnych wojnach – mrocznym widmie (…)”. Zwierz zatrzymał się przy Gwiezdnych Wojnach bo wiele można powiedzieć o roli McGregora ale że była mocna to nie bardzo. Przy recenzji Dzikości Serca autorka ani razu nie prowadzi czytelnika na tropy znane z Czarnoksiężnika z Krainy Oz ( co dobry przewodnik powinien zrobić bo widz może sam ich nie wyłapać) za to stwierdza, że na grającą tam Laurę Dern „Hollywood nie miało i nadal nie ma dobrego pomysłu na wykorzystanie jej wielkiego talentu”. Jasne nie jest to powszechnie znana aktorka ale jakiś Hollwyood na nią pomysł miało skoro ma dwie nominacje do Oscara. Z kolei przy rozważaniach o Bergmanie dowiadujemy się „Nie ma w Polsce, bo na świecie są nowych dobrze opracowanych boxów z jego filmami”. No przepraszam a dwa boxy filmów Bergmana wydane przez Gutek Film? Nawet nie trzeba ich mieć na półce, wystarczy internet. Zwierzowi spodobało się też zdanie z omówienia „Love Story” gdzie dowiadujemy się, że film powstał na podstawie powieści”Ericha Segala ( amerykańskiej, lepiej zarabiającej wersji Heleny Mniszkówny, autorki Trędowatej”. I możemy nawet porzucić fakt, że Segal był cenionym profesorem filologii klasycznej, w przeciwieństwie do osiemnastoletniej Mniszkówny. Ale już trudno pominąć fakt, że to nie był autor jednego melodramatu tylko autor kilku bardzo porządnych powieści obyczajowych.

11139963_10206509278545598_3997746172461638802_n

Cudowne jest omówienie Imienia Róży gdzie autorka kończy rozdział wielką krytyką pod adresem głupich amerykanów. „Film nie zrobił kariery w USA, może okazał się za trudny dla Amerykanów, wychowanych na hamburgerach, kosmitach i Myszce Miki, ale za to w Europie odniósł ogromny sukces finansowy i artystyczny W sumie zarobił prawie osiemdziesiąt milionów dolarów. Historia stała się sexy towarem na długo przed Danem Brownem”. Zwierz napisał nawet obok tego akapitu brzydkie słowo na marginesie. Dlaczego? Bo moi drodzy odrzućmy na chwilę przekonanie nasze i autorki, że amerykanie są głupi a Europejczycy śnią po nocach Arystotelesa i przyjrzyjmy się faktom. Imię Róży dostało w Stanach kategorię R ze względu na nagość i tematykę, było też wyświetlane w ograniczonej sieci dystrybucji – głównie dlatego, że to film w dużym stopniu europejski. Spójrzmy na Box Office Mojo – stronę zajmującą się liczeniem wpływów. I czego się dowiadujemy. Film poradził sobie jako 37 z ograniczoną dystrybucją i 6 oznaczony literą R – ze wszystkich wyświetlanych w tamtym roku. Innymi słowy – ci amerykanie którzy mieli okazję film zobaczyć jak najbardziej się poznali. Strasznie mi przykro, że wizja genialnych Europejczyków musi upaść ale może i dobrze skoro miałoby to prowadzić do zestawiania Umberto Eco z Danem Brownem. Z kolei przy omówieniu „Małej Miss” pada cudowne zdanie „Bo gej w amerykańskim filmie musi być obowiązkowo” . Zdanie, które chce usłyszeć czytelnik ale niestety nie chce go słyszeć statystyka. Ten obowiązkowy gej pojawiał się w 2010 roku w niecałych 17% produkcji filmowych. Mała Miss jest nakręcona wcześniej więc pewnie wtedy ten procent był mniejszy. Ale po co to sprawdzać. Przecież to nie jest tak, że wszyscy mamy dostęp do jakiejś wielkiej sieci zawierającej informacje do której można się podłączyć z niemal każdego miejsca na świecie.

Prawdziwy szczyt w przekazywaniu widzom mądrości autorka osiągnęła jednak w omówieniu Koloru Purpury. Tu dopiero widz może zakwiczeć radośnie. Bo oto dostaje to co czytelnik polski uwielbia. Krytykę poprawności politycznej, zwłaszcza w wymiarze dotyczącym stosunków rasowych. Żeby było jasne. Kolor Purpury jest dobrym, wzruszającym, nie skrojonym pod gusty Akademii filmem, który dziś pewnie zostałby uznany za niepoprawny politycznie. Lepszy od filmów poprawnych politycznie. Poczytajmy o nich: „Trzydzieści lat później kręcenie filmów o problemach rasowych, według recepty oscarowej i skrojonego na nagrody nie jest już nazywane cynicznego, ale artyzmem, a poprawność polityczna nabiera nowego znaczenia”,  „Mamy też Zniewoloego, czyli podręcznikową ilustrację hasła o koszmarnej politycznej poprawność w kinie, na szczęście dobrze zagranego, ale hermetycznego i skrojonego pod nagrody właśnie, czytelnego głównie dla amerykańskiej publiczność, która jedyna zrozumie, o co w tej historii chodzi. I może nawet się wzruszy. Bo tak wypada. Znowu. „Selma (…) maksymalnie politycznie poprawny, jakby filmowcy , opowiadając o dziś o trudnych kwestiach rasowych, zmówili się między sobą, że przekroczą granice nudy i będą swoje twory sprzedawać jako dzieła wybitne. Nudny podręcznik lub kiczowatą czytankę dla pięciolatków na wzór Chaty wuja Toma wcisną nam jako arcydzieła”, „Zaznaczam, że absolutnie nie jestem rasistką, przeciwnie ale gdy oglądam owe tanie emocjonalne produkcyjniaki, które zalewają kina w ostatnich latach, mam wrażenie, że pod paru takich filmach można poczuć się niekomfortowo. Bo są złe, choć straszliwie i nachalnie sprzedawane jako arcydzieła głośne, często obsypane Oscarami, a znane osoby ostentacyjnie na seansie ronią łezki. Bo tak wypada”, „Czy współcześni mądrale którzy sprytnie wyciągają z nas kasę i żonglują dowolnie i bezkarnie naszymi emocjami robią filmy w stylu, w jakim Spielberg potrafił je robić już trzydzieści lat temu? Zaiste kino jest w kryzysie i głupieje na potęgę”.

12523923_10206479265795298_1736247195322665456_n

Rozłóżmy ten przecudowny tekst na czynniki pierwsze. A więc po pierwsze – Zniewolony – jako przejaw poprawnego politycznie filmu kreującego się na artyzm. Ten sam zniewolony nakręcony nie w ramach kinematografii amerykańskiej (reżyser i większość obsady są przecież Anglikami), który swojego bohatera traktuje surowo, który pokazuje brak wzajemnej lojalności, który pokazuje podziały społeczne pomiędzy czarnoskórymi w niewoli, który pokazuje psychopatycznego właściciela tak, że może być go żal, który pokazuje tą wieloznaczność postaw. Do tego film wychodzący poza granic jednego doświadczenia, szukający doświadczenia ogólnoludzkiego? Bardzo dobrze zrozumiały w Polsce. To chyba nie jest ten sam film, który oglądała autorka. Ale jak zwierz podejrzewa – nie oglądali go też czytelnicy więc wiele można im wmówić. A Selma? Zwierz by się zgodził gdyby nie fakt, że Selma pojawiła się w chwili kiedy stała się produkcją aktualną politycznie z powodu napięć rasowych w Stanach.  Po drugie – autorka zaznacza że nie jest rasistką ale ewidentnie czuje się niekomfortowo. Z czym? Że ludzie wzruszają się na innych filmach niż ona? Najwyraźniej płacz nad losem czarnoskórej ludności tylko wtedy kiedy wypada. Najbardziej bawi zaś zwierza zestawienie tych filmów, które są paskudnie manipulanckie  z produkcjami Spielberga. Sorry ale jeśli ktoś umie w Hollywood grać na emocjach, kręcić pod Oscary i wpisywać w tak nielubianą przez autorkę poprawność polityczną to jest to Spielberg.

Zwierzowi podoba się też wizja przeszłości jaką kształtuje autorka. Informuje nas np. że Empire to taki „angielski Film”. Tak, kiedyś w Polsce była gazeta „Film”. Mówi to tak jakby było to niespotykane a jej czytelnicy narodzili się tak późno, że nie słyszeli o zamkniętym stosunkowo niedawno Filmie. No ale to nie koniec, przy omówieniu Fanny i Aleksander pada cudne zdanie „Jestem z pokolenia w którym w wielu kręgach nieznajomość Szeptów i Krzyków, Siódmej Pieczęci albo Persony równoznaczna była z niedorozwojem umysłowym. Te czasy minęły chyba bezpowrotnie”. Pomijając cudownie niepoprawne określenie które jest po prostu obraźliwe dla ludzi (uwaga, uwaga straszna poprawność polityczna), to samo zjawisko wcale nie umarło. Nie wiem co autorka wie dziś o ludziach snobujących się na kino, ale jak wtedy się snobowano na Bergmana tak dziś się ludzie snobują na Bergmana. Tylko teraz trudniej bo co raz więcej osób zdaje sobie sprawę, że nikt nigdy nie oglądał Bergmana tak zacięcie jak wszyscy się przyznają. No ale kiedyś czasy były inne – autorka poleca zapytać rodziców i dziadków o Tarkowskiego.  „Tarkowski to ikona. Na niego chodziło się do kina i stało w długich kolejkach”. Zapytałam więc rodziców – zwłaszcza ojca kinomana. Wyszło to czego się spodziewałam. Tarkowski był, jest i będzie twórcą którego filmy trafiają do kinomanów i nie były i nie będą częścią kultury masowej. Zaś w kolejkach do kina stało się w poprzednim systemie przed prawie każdym filmem bo inaczej sprzedawano bilety.

11427213_10205238087006604_7296684786037356512_n

Skończyły się zdjęcia świnek. Będą zdjęcia kotków

Jesteśmy przy dziesiątej stronie omówienia więc czas przejść do czegoś na kształt puenty. Zwierz jest książką zniesmaczony. Z wielu powodów – ilości błędów, przekłamań, odnoszenia się do takich paskudnych uproszczeń – stosowanych przez tych którzy o filmach rozmawiają ale nie myślą o weryfikowaniu pewnych stwierdzeń. Książka nie sprawdza się za bardzo jako wybór autorski. Pomijając fakt, że ponad połowę filmów można znaleźć na innych listach wybitnych dzieł kinematografii (co przynajmniej zdaniem zwierza jest o tyle dyskwalifikujące że nie chodzi o przepisanie własnymi słowami cudzych list ale o stworzenie czegoś świeżego), to produkcje dobrane są trochę bez ładu i składu. Rzeczywiście sprawia wrażenie jakby koś przejrzał swoją kolekcję DVD i nie znalazł w niej nic oryginalnego. Dla osoby która jest początkująca w świecie filmu lista jest nieprzydatna – nakrzyczą nań że nie widział Ojca Chrzestnego i polecą Pasoliniego. Dla osoby obeznanej lista jest banalna, wtórna, zaś omówienia które głównie opisują co aktorki nosiły i dodatkowo podrzucają ploteczki (i krytykują późniejsze poczynania) z planu będą miałkie. Nawet osobiste wspomnienia autorki są mało poruszające bo głównie dowiadujemy się z jakim aktorem przeprowadziła wywiad albo jak to czuła się wyróżniona, że była na pokazie. Czasem dokładnie opisze nam filmowy plakat.

12112297_10206043886271082_3559373460774178119_n

Przy czym ta książka doskonale pokazuje że pisanie o filmach to pułapka. Jeśli odrzucimy krytyków jako „tych złych”, filmoznawców jako „tych skomplikowanych” to teoretycznie nic prostszego. Dwie, trzy godziny przed ekranem i chwytać za pióro. Tylko tu jest problem. Pisanie o kinie jest trudne. Bo nie wystarczy streścić ciągu obrazów, czy napisać o czymś, że jest mocne. Trzeba mieć wyczucie, znaleźć równowagę między opisem przeżyć a szukaniem tropów, jakoś zmieścić w słowach wrażenia wywoływane przez obrazy. No i nie sprowadzić do banału. Dlatego o filmie pisze wielu ale czyta się nielicznych. Nie chodzi o samą wiedzę ale o wyczucie. I niestety w tej książce go brakuje. Brakuje delikatności pisania o sztuce, wyczucia pisania o ekonomii, zrozumienia pisania o rozrywce. Zostaje jakiś taki dość irytujący zbiór banałów, wypowiadanych autorytarnym pewnym siebie tonem, z mnóstwem dużych kwantyfikatorów. To jest takie brzydkie mówienie o kinie, udające luz przez zbrutalizowanie i zbanalizowanie języka. Można mówić do czytelnika prosto ale z wyczuciem. Nie trzeba poezją ale żeby to było ładne, precyzyjne i zmuszające do myślenia.

Zwierz też narzeka na to jak się współcześnie pisze o kinie. Bo właśnie za dużo w tym takiego pisania z pozycji wiedzy, pewności siebie. Za mało sprawdzania faktów, weryfikowania, przyjrzenia się nieco głębiej problemowi. O kinie wciąż rozmawiamy brzydko. Bo inaczej nie umiemy. Nie mamy pojęć, nie mamy wzorców. Lubimy się wywyższać i czuć lepiej od innych, ale za samym faktem kojarzenia filmów i nazwisk niekoniecznie stoi inteligencja. Ta zaś zwykle nie potrzebuje się wywyższać. Zresztą widzów w Polsce dzielić nie należy – bo i tak jest ich mało. Raczej edukować, zachęcać ale i prowadzić. Poza emocje  i fabułę filmu w stronę pokazania co tam się kryje pod spodem. A nie być kolejnym bełkotliwym zbiorem banałów połączonym z narzekaniem na wszystko co współczesne.  I dlatego ta książka tak mnie odrzuca. Ma co prawda wzbudzać emocje – no we mnie wzbudza. Negatywne. Serio, lepiej poczytać sobie stare wywiady Raczka z Kałużyńskim. Różnicę poczujecie od razu. I jakoś tak wam lepiej będzie. Choć wiecie…. To krytycy są.

Ps: Książka zawiera bibliografię. Rozczula mnie ta bibliografia bo jest w niej np. pozycja „TASCHEN 365 Day-by-Day: Movie Icons”, która jest ni mniej ni więcej ale kalendarzem ze zdjęciami aktorów i aktorek. Ogólnie jest to taka bibliografia przy której nie ma się co za bardzo chwalić, przy części pozycji kupujący nałogowo książki o filmie zwierz odrzucił je bo doszedł do wniosku, że reprezentują za niski poziom

Ps2: Książka ma fatalny i wołający o pomstę do nieba błąd wydawniczy – nie ma w niej oryginalnych tytułów filmów, są za to zdjęcia autorki w najdziwniejszych miejscach książki. Dlaczego ktokolwiek chciałby patrzeć na dziennikarkę kiedy czyta o filmach? W ogóle Ta książka jest tak wydana, żeby nikt ani po tytule ani po okładce nie zorientował się co to jest.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...