Thank you for typing czyli nowa funkcjonalność na blogu

02/04/2017

Bez serc, bez ducha… czyli o aktorskim Ghost in the Shell

02/04/2017

Fake Feminist Girl czyli ile reszty wydają po sprzedaży ideologii

02/04/2017

Zwierz nigdy nie zapomni tego dziwnego momentu w którym przechodził obok sklepu z ciuchami dla nastolatek i na jednym z manekinów zobaczył koszulkę z napisem „Feminist”. To było jak spojrzenie do jakiegoś alternatywnego świata, w którym określenie femnistką jest tak neutralne że można je wrzucić na koszulkę i mieć nadzieję, że tysiące dziewczyn uznają napis za fajny. Coś co jeszcze kilka lat temu wydawało się mało prawdopodobne.

Konieczna uwaga początkowa to jest tekst zainspirowany artykułem który streszcza książkę, przez co obciążony jest tym samym największym błędem świata czyli – dyskusją z kimś kto poglądy referuje a nie przestawia. Zwierz doskonale zdaje sobie z tego sprawę i prosi by wziąć to pod uwagę.

W weekendowych Wysokich Obcasach można znaleźć artykuł, który streszcza poglądy feministki Andi Zeisler zawarte w książce ” We Were Femninists Once: From Riot Grrrl to CoverGirl, the Buying and Selling of Political Movment”. Zwierz nie czytał książki ale rozumie, że zawarta w niej teza przedstawia się mniej więcej tak – kiedyś feminizm był opartym o solidarność ruchem społecznym, obecnie jest w dużym stopniu zindywidualizowanym produktem. Produktem, który w dużym stopniu wypacza idee feminizmu bo zamiast zajmować się sprawami ważnymi i niełatwymi młode dziewczyny kupują feminizm w wersji pop, który zachęca je do noszenia koszulek z napisem „Tak wygląda feministka” i kłócenia się o kwestie tego czy Beyonce ma do feminizmu prawo ale już nie zachęca do protestowania na ulicach. Nowe pokolenie kobiet nie zbiera się do walki ale do takiego uproszczonego traktowania feminizmu jako coś czemu bliżej do „girl power”. Wszystko zaś podsycane przez kulturę popularną w której jednego dnia Emma Watson może promować feminizm a drugiego występować w Pięknej i Bestii – filmie który dość klasycznie rozdaje role płciowe (choć naprawdę nie jest filmem o syndromie sztokholmskim – co najlepiej wyjaśniono w TYM filmiku).

Krytykując Emmę Watson za ten pop feminizm warto pamiętać, że pomysł na akcję He for She jest pomysłem Organizacji Narodów Zjednoczonych. To jest takie spotkanie – pro kobiecych agend organizacji międzynarodowych i rozpoznawalnych twarzy.

Z jednej strony -zwierz rozumie frustrację. Istotnie jest coś takiego w „sprzedawanym” feminizmie co często denerwuje zwierza. Ostatnio takie typowe hasła feministyczne radośnie wykorzystywały reklamy. Co ciekawe – niemal te same hasła można było znaleźć w hasłach podpasek Always i w reklamie najnowszych Transformersów – obie reklamy przekonywały nas że biegać jak dziewczyna, bić się jak dziewczyna, walczyć jak dziewczyna, rzucać jak dziewczyna nie musi oznaczać nic negatywnego – wręcz przeciwnie – może to być komplement. I o ile jeszcze w takiej afirmacyjnej kampanii Always miało to pewien sens (choć powiedzmy sobie szczerze – dużo większą rewolucję zrobiliby podmieniając ten płyn w reklamach z niebieskiego na czerwony) o tyle oglądając takie hasła w reklamie filmu Michaela Baya dostajemy jak na talerzu odpowiedź na pytanie dlaczego popkulturowe wydanie feminizmu może stać się karykaturą samego siebie. Nie ma bowiem wątpliwości, że Michael Bay nie kręcił dotychczas filmów szczególnie feministycznych, a seria o Transformersach ma wręcz fragmenty mrożące krew w żyłach – jak np. sceny z części czwartej gdzie chłopak wyjmuje z portfela za laminowany wyciąg z prawa stanowego wedle którego fakt, że sypia z niepełnoletnią dziewczyną nie jest przestępstwem. Nie jestem też szczególną fanką feminizmu w wydaniu Leny Dunham który ma tą wadę, że zbyt często niefortunne zachowania czy wypowiedzi aktorki i scenarzystki sprzedawane są jako wypowiedzi feministyczne. Sama aktorka postrzegana jest jako pewna ikona choć prawda jest taka, że rzeczywiście istotnie o nic bardzo przełomowego nie walczy. Zwierz ma też problem z seriami zdjęci na których przystojni aktorzy noszą koszulki z napisem „Tak wygląda feminista” bo choć zdjęcia fajnie udostępniać to rzadko za tą deklaracją z koszulki rzeczywiście cokolwiek idzie. A zadeklarowanie się jako feminista zawsze dodaje aktorowi trochę punktów. Przy czym wciąż zwierz woli świat w którym taka deklaracja daje punkty i czyni się ją nawet trochę marketingowo niż świat w którym punktów nie daje.

Zgodzę się że są ważniejsze rzeczy dla międzynarodowego feminizmu i praw kobiet niż fakt że dziewczyna ma cellulit na udach. A jednocześnie – czasem to przez taką błahostkę można przyciągnąć kogoś do spraw ważnych. Inna sprawa – czy fakt, że wmówiono kobietom, że powinny leczyć coś co występuje u ponad 90% populacji, nie jest w sumie też dość istotny?

Przejdźmy jednak do tego co zdaniem zwierza nieco umyka – przynajmniej w tym artykule na podstawie artykułu. Nie da się stworzyć masowego ruchu bez masowego przekazu. Choć feminizm istotnie powinien zajmować się sprawami ważnymi i często trudnymi to nawet zaangażowanym feministkom trudno mówić wyłącznie o kwestiach społecznych, wyłącznie o opresji, wyłącznie o tym jak w sumie niewiele udało się zrobić i jak wiele jest jeszcze do zrobienia. Zwłaszcza, że z przekazem trzeba trafić do ludzi, którzy często w ogóle nie musieli za swojego życia realnie walczyć z żadną opresją. Trochę tak jakby mieć dziś pretensje do polskiej młodzieży, że w kraju Solidarności nie wierzy w siłę ruchów społecznych. Tymczasem – nie da się pamiętać czegoś czego się nie przeżyło. Trudno by młode współczesne potencjalne feministki pamiętały protesty na ulicach i moment w którym ruch feministyczny walczył o sprawy zdecydowanie bardziej podstawowe. Pracę trzeba jakoś zacząć u podstaw i wydaje się, że ten pop feminizm dobrze sobie z tym radzi. Po pierwsze oswaja samo pojęcie – wyjmuje go z pewnego kulturowego stereotypu. Choć można uznać, że sama deklaracja że jest się feministką to za mało, to sam fakt, że słowo w ogóle zaczyna krążyć w języku jako jedno z tych którego można używać bez lęku jest zjawiskiem pozytywnym. A do takiego odczarowania pojęcia Beyonce przyczynia się w olbrzymi sposób, podobnie jak Emma Watson czy Tylor Swift. Bez takich sojuszników – nie da się wyjść z feminizmem poza wąski krąg najbardziej zaangażowanych jednostek. Zresztą powiedzmy sobie szczerze – jeśli wyjdziemy z perspektywy amerykańskiej i zobaczymy – jak czasem w Polsce określanie feminizm nie jest rozumiane – to widać jak bardzo tego pop feminizmu jednak potrzebujemy. Chociażby by pozmieniać coś w warstwie językowej. Być może jest to mniej odczuwalne w Stanach ale w Polsce – wciąż słowo feministka brzydko niektórym pachnie ( w tym np. Wysokim Obcasom Extra – raz na jakiś czas)

Nie ukrywajmy – fakt że feminizm jest modny to dużo więcej niż mieliśmy dotychczas. A wciąż mówimy o dyskusji która rozgrywa się w sumie w dość wąskiej grupie kobiet które w ogóle wiedzą czym ten „prawdziwy” feminizm być powinien

Druga sprawa to kwestia zajmowania się trywialnymi rzeczami. Nie tak dawno temu Alicia Keys oświadczyła, że będzie chodzić bez makijażu. To oświadczenie – i potem postępowanie artystki, która zaczęła czasem przychodzić na wielkie gale bez makijażu, było wielokrotnie komentowane przez media. Nie dawno wróciło bo Keys pojawiła się gdzieś w makijażu a hipokryzję wytknął jej Adam Lavine. Wszystko to brzmi jak jedna z tych nie mających większego przełożenia na realia dram, które nijak się mają do rzeczywistości w której żyją kobiety. Kwestia jednak polega na stopniu świadomości problemu. Dziewczyna wychowana w społeczeństwie które mówi jej że umalowane jest ładne, raczej nie zastanawia się dlaczego się maluje. Maluje się bo się maluje. Dopiero kiedy ktoś powie „sprawdzam” zacznie się zastanawiać – dlaczego tak robi, ile w tym jej własnej decyzji i co by się stało gdyby sama decydując o sobie przestała. Taka pozornie niewielka rzecz to właśnie pierwszy krok na drodze do tego starego feminizmu w którym kobieta nagle orientuje się, że tak naprawdę nie ona rządzi swoim ciałem. Nic tak nie czyni z kobiety feministki jak uświadomienie sobie ile zbędnych i niepotrzebnych rzeczy robi bo ktoś jej kazał. Do zaangażowanego feminizmu jest wiele dróg – i jedna prowadzi właśnie przez taką osobistą refleksję. Założenie że te spory nie dotyczą kobiet pokazuje trochę takie – opresyjne myślenie, gdzie wielkie problemy egzystencji kobiet w społeczeństwie – jak instytucjonalna nierówność czy seksizm sprawiają, że problemy mniejsze stają się nieważne. Tymczasem jak zwierz pisał – do walki z patriarchatem czasem można przystąpić poprzez uświadomienie sobie jak bezsensowne jest golenie włosów na ramionach.

Inna sprawa to kwestia tego jak kultura popularna pokazuje kobiety – w pewien sposób korzystając z mody na feminizm. Otóż problem polega na tym, że mamy jedynie pozornie do czynienia z jakimś wielkim ruchem na rzecz filmowego równouprawnienia. Jeśli weźmie się statystyki to okaże się że na jedną Moanę czy Wonder Woman przypadają dziesiątki filmów gdzie postacie kobiece nie mają za bardzo charakteru i innej roli niż tylko stać i pachnieć. Nie bez przyczyny tak wiele uwagi poświęca się Wonder Woman – mimo, ze moda na filmu o super bohaterach trwa od dawna jeszcze nikomu (w kinie – nie w telewizji) nie udało się opowiedzieć dobrego a przede wszystkim – dochodowego filmu komiksowego z kobietą w roli głównej. Co biorąc pod uwagę jak olbrzymi jest to rynek – jasno wskazuje nam że równość może przegrać z zyskiem szybciej niż się nam wydaje. Z kolei Mad Max – przywoływany w artykule jako taki popowo feministyczny naprawdę rozjechał system. Tylko nie koniecznie pod względem fabularnym a produkcyjnym. Przyciągnął ludzi do kina na mrocznego faceta w jego mrocznym samochodzie a zafundował mu historię gdzie trzeba liczyć słowa mówione przez faceta bo jest ich mniej niż tych kobiecych. Co się w ogóle prawie nie zdarza. To jest przełom, chociażby dlatego, że filmu nie kierowano do kobiet ale do mężczyzn. Jasne to nie jest poważny feminizm ale nie należy zamiatać pod dywan prostej kwestii, że równouprawnienie w kulturze nie jest drugorzędne. Tak długo jak długo nie modyfikujemy roli kobiet w kulturze popularnej tak długo trudno nam jest szerokim masom wgrać nowe wzorce patrzenia na role kobiet i mężczyzn. Możemy maszerować ile chcemy ale jeśli po marszu wszyscy rozejdą oglądać kolejne filmy gdzie kobiety nie mają nic do powiedzenia – wtedy nigdy się to maszerowanie nie skończy. Zresztą niezależnie od tego jak reklamowano Gwiezdne Wojny – nadal wielu widzów miało problem z tym, że kobieta jest główną bohaterką w filmie z tej popularnej serii. Bo jedno to złudzenie tego powszechnego wykorzystania feminizmu a drugie to smutne zdanie sobie sprawy jak naprawdę wyglądają proporcje płci w popkulturze (np. Łotr miał ta swoją super bohaterkę – i całą masę facetów wokół niej – mimo, że to film o bohaterce to całość zdaje test Bahdel ledwo, ledwo. Co nie jest jednoznacznym wskaźnikiem ale pokazuje jak w sumie niewiele mamy)

Emocje wokół Wonder Woman są słuszne. To nie dojenie feminizmu. To nareszcie jakiś większy (bo nie liczymy robionych wcześniej Kobiety Kot i Elektry) film komiksowy z główną postacią kobiecą. My tu dopiero zaczynamy. I film nie jest postrzegany jako triumf feminizmu ale raczej jako nowy rozdział. I nie ma wątpliwości – jeśli będzie klapą to winę zwali się na fakt że bohaterka jest kobietą.

Zresztą zwierz ma w ogóle problem z przytoczonymi w artykule tezami bo niepokojąco pachną one takim ideologicznym elitaryzmem. Emma Watson zadeklarowała się jako feministka a potem wystąpiła w Pięknej i Bestii. Jak mogła! Cóż – mogła bo na Piękną i Bestię pójdą masowo małe dziewczynki. Zobaczą film który może nie jest feministyczny ale którego główna bohaterka kocha czytać książki i uczy dziewczynkę ze swojej wioski czytać. Zobaczą klasyczną opowieść o pokonywaniu pierwszego wrażenia, a potem jeśli zdecydują się posłuchać wywiadów z aktorką – dowiedzą się, że jest ona feministką i uważa że kobiety i mężczyźni powinni być równe. Czy zachęci to dziewczynki do wyjścia na ulicę? Odpowiedź jeszcze niedawno brzmiałaby pewnie – trudno powiedzieć. Ale ostatnio możemy powiedzieć – kurczę pop feminizm chyba się sprawdził. Spójrzcie na to co stało się w Stanach Zjednoczonych po wyborze Trumpa. Jedne z największych protestów w historii Stanów Zjednoczonych – wielomilionowe protesty kobiet, napędzały głównie młode dziewczyny. Wychowane właśnie w świecie już tego pop feminizmu który jednak – nie ograniczył się wyłącznie do napisu na koszulce. Jasne – część z nich nigdy nie będzie feministkami starej daty, ale kto raz załapał hasło i wyszedł na ulicę ten jest dla obojętności społecznej stracony. Zresztą świętujący niedawno pierwszą rocznicę powstania ruch Dziewuchy Dziewuchom też w pewien sposób czerpie z tego pop feminizmu. Jasne – protesty rozgrywały się o rzeczy kluczowe i absolutnie nie popularne ale zwiększenie się w społeczeństwie – zwłaszcza młodym – świadomości istnienia i znaczenia feminizmu to w olbrzymim stopniu rola kultury popularnej. Inna sprawa – jeśli zadeklarowanie się że jest się feministką istotnie będzie oznaczać konieczność poświęcenia się całkowicie walce z systemem – musimy się pogodzić że feministek będzie mało a kobiety nawet sympatyzujące z ruchem będą musiały znaleźć inne określanie. Zawodowych rewolucjonistów nie ma bowiem zbyt wielu.

Nie ulega wątpliwości, że część z tych maszerujących kobiet do niedawna było tymi pop feministkami. Ale jak widać – tu nie trzeba się zatrzymać. Można iść dalej (dosłownie)

Andi Zeisler zawraca uwagę, że kultura popularna lansuje obraz miłego i łatwego feminizmu podczas kiedy feminizm nie jest ani łatwy ani miły. Z jednej strony – nie sposób się nie zgodzić. Feminizm w wydaniu popularnym za bohaterstwo uznaje pokazanie cellulitu na okładce czasopisma podczas kiedy walka o prawa społeczne kobiet – czasem oznacza dosłowną walkę o życie. Problem w tym, że przynajmniej w optyce zwierza – jeden feminizm nie koniecznie wypiera drugi. Raczej istnieją obok siebie. Jeden jest bardziej zaangażowany, wymaga więcej poświęceń, ale też – raczej nie ma szans by stać się powszechny. Drugi feminizm ślizga się po powierzchni ale za to angażuje masy. Nie wydaje mi się, by dało się te dwa feminizmy zlać w jedno. Albo inaczej – by stanowiły dla siebie realną konkurencję. Feminizm bardziej tradycyjny czy dla niektórych radykalny pragnący zmiany systemu raczej na popularności feminizmu z głównego nurtu nie starci. Bo to nie jest narracja zastępująca narrację poważną. Raczej funkcjonująca obok niej – przeznaczona dla ludzi, którzy tym poważnym podważającym struktury feminizmem nigdy by się nie zainteresowali. Natomiast od feminizmu z koszulki do feminizmu zaangażowanego przejść jest łatwiej a przynajmniej – jest jakiś punkt wyjścia. Problemem byłoby gdyby ów zaangażowany feminizm „rewolucyjny” rzeczywiście był powszechnie znany i omawiany. Tymczasem prawda jest taka, że stanowił istotną narrację dla (być może zaskakująco) wąskie grupy kobiet. Jasne – nie przeczę – byłoby dobrze gdyby dyskusje na poważne sprawy, zawsze były poważne, ale niestety chyba ruchy masowe tak nie działają. I jasne – wiem, że koncerny zarabiają na tym pop feminizmie miliony – ale jaka to jest w ogóle kosmiczna zmiana że ktoś mi sprzedaje szampon feminizmem. Wciąż w wielu miejscach świata ( w tym europy) kosmiczna.

Nie ulega wątpliwości, że pop feminizm sporo spłaszcza a jeszcze więcej sprzedaje. Ale też oswaja. Czego nie da się zupełnie zanegować

Na koniec autorka artykułu omawiającego tezy Zeisler stwierdza że ów feminizm popkulturalny to tylko „wisienka na torcie” wielkiej feministycznej walki. To jest ciągle ten sam problem. Bo z jednej strony jasne – można zrozumieć oburzenie jakie budzi sprzedawanie ideologii w ładnym przystępnym opakowaniu. Z drugiej – czy nie nadszedł już czas byśmy przestali traktować deklaracje i trendy w kulturze popularnej tylko jako taką łatwą do zignorowania ciekawostkę. Chociażby dlatego, że widzieliśmy nie raz jak kultura popularna – do pewnego stopnia – pozwalała oswoić szersze grupy z pewnymi zmianami społecznymi i inaczej spojrzeć na grupy dyskryminowane (jasne z punktu widzenia lewicowego działacza społecznego, mnóstwo w takich reprezentacjach uproszczeń i nadużyć, ale nie wszyscy jesteśmy lewicowymi działaczami społecznymi). Zmiany jakie podpowiada popkultura odbijają się na społeczeństwie i choć nie zmienią wiele to nie jest tak że popkultura jest zupełnie oderwana od przeżyć i problemów jednostek. I nie jest tak, że sprzedając ideologię w pewien sposób nie oswaja nieco innej wizji świata. To nie jest aż tak mało jak się wydaje tylko trzeba założyć że jest o przekaz dla widza który ma inny punkt wyjścia. Popularny feminizm z popkultury raczej na niewiele się przyda intelektualistce z Manhattanu ale może dziewczynie z okolic Nashville deklaracja Tylor Swift coś w głowie zmieni. I tu widziałabym siłę popularnego feminizmu.

Można się kłócić do jakiego stopnia Tylor Swift jest feministką a do jakiego stopnia jest to tylko zagranie PR. Fakt, że opłaca się PRowo grać feminizmem jeszcze niedawno byłby w świecie fantazji.

 

Inna sprawa – nie zapominajmy że świat kultury to rynek. Rynek na którym – jak wszędzie panują nierówności. W przypadku aktorek i kobiet pracujących w kinematografii to nierówności, które sięgają zaskakująco wysoko. Im więcej miejsca kultura popularna będzie poświęcać – nawet temu złagodzonemu feminizmowi tym większa szansa że te nierówności nieco się zniwelują. Jeśli filmy o kobietach będą równie opłacalne co te o mężczyznach będziemy mieli szansę na więcej dużych, dobrze marketingowych produkcji kręconych z kobiecej perspektywy. Jeśli do tego doszłoby zapotrzebowanie na kobiece scenarzystki i reżyserki to może udałoby się w końcu coś ruszyć w tej olbrzymiej nierównowadze jaka panuje w przemyśle filmowym – gdzie prawie nie ma reżyserek. A to z kolei może mieć dużo dalej idące konsekwencje – bo kto ma narrację i to przynoszącą pieniądze narrację ten może sporo w głowach społeczeństw kształtować. Być może więc ten sprzedany feminizm poprowadzi nas do tego nieco głębszego. Już w serialowym uniwersum Marvela jedną z najważniejszych postaci jest pielęgniarka. Jeszcze kilka lat i w końcu powie nam co nieco o swojej pensji.

Im więcej feminizmu i kobiet w popkulturze tym większa nadzieja że kiedyś powiedzą one coś co się nie mieściło w głowie. Np. dowiemy się ile zarabia pielęgniarka pomagająca po nocach super bohaterom.

 

Nie jestem w stanie się zupełnie nie zgodzić z krytyką popularnego feminizmu – sama co pewien czas dostaję szału kiedy okazuje się, że kolejne super feministyczne wystąpienie oznaczało po prostu zadeklarowanie się jako dość przyzwoita osoba. Ale jednocześnie nie mam złudzeń. Taka moda jest swoistą grą – części dziewczyn się znudzi – i przerzucą się na coś nowego, kiedy przyjdzie kolejna moda. Część przynajmniej nie będzie się bała słowa feministka. Część poruszona tym co miłe sprawdzi to co trudne i trzeba będzie ją z trudem spychać z ulicy. Żeby choć trochę ugrać – trzeba jednak w tą grę zagrać. Chociażby dlatego, że zarzucamy swoją sieć dużo szerzej. Jak pokazują ostatnie protesty – w Stanach albo w Polsce – to się chyba jednak opłaca. I jasne – zdaję sobie sprawę – że to jest cyniczne podejście do kwestii ideologii. Ale pytanie czy da się oprzeć ruch prawdziwie masowy bez takich zabiegów. Chyba tylko wtedy kiedy wszyscy odczuwaliby równie mocno opresję. A problemem współczesnego feminizmu jest to, że opresja istnieje ale jest tak zinstytucjonalizowana że większość kobiet jej nie czuje. I tu chyba ten pop feminizm może pomóc. W każdym razie – myślę, że tą dziewczynę w koszulce z napisem „Feminist” łatwiej będzie wyciągnąć na demonstrację. A ponieważ wciąż trzeba demonstrować, to zaryzykujmy.

Ps: Zakładam że perspektywa może się znacznie różnić w Stanach gdzie jednak ruch feministyczny ma nieco inną historię, inne zadania i problemy

Ps2: Nie traktujcie tego jako bezpośrednią polemikę – bo nie czytał zwierz książki – raczej jako taką wypowiedź w sprawie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...