It is always eighteen ninety-five czyli o Sherlock i Upiorna Panna Młoda

09/01/2016

Było kiedyś miasto Berlin czyli zwierz o Kabarecie w Teatrze Dramatycznym

09/01/2016

Jednorożce i tęcze czyli najmniej motywujący wpis w Internecie

09/01/2016
p0363n7x
056050c1-c702-4d75-b52e-ee7900bf57fb
happy-unicorn-rainbow

Jeszcze nie zaczęłam porządnie czytać a już wiem, że znam jego ciąg dalszy. Bo czytałam go w Internecie setki razy. Widziałam go w postaci filmów i słuchałam w postaci piosenek. Oglądałam  w płaszczyku reality show. Nawet książki o nim czytałam. Wy też. Bo to zawsze jest ten sam wpis o tych marzeniach które trzeba za wszelką cenę zrealizować.

Znacie tą historię. Człowiek ma marzenia, wielkie i piękne. Najważniejsze by wymagały jakiegoś talentu. Albo chociaż całych lat pracy. Nie są to nigdy marzenia błahe, bo wszak rzeczy błahe na miano marzeń nie zasługują. Z najbanalniejszych rzeczy chodzi o  podróżowanie, z najbardziej wymagających – nowa praca, która cieszy przynosi sławę i majątek (w skrajnych przypadkach – miłość prostego ludu). W życiu takiego człowieka coś nie poszło więc, żyje nudną codziennością.  Aż pewnego dnia nadchodzi przełom. Trafia na scenę talent show, gdzie okazuje się, że przecież on zawsze miał wielki głos, ktoś wyciąga z kosza na śmiecie maszynopis książki i wysyła do wydawnictwa, następnie wydawnictwo drukuje powieść i tysiące następnych. Nasz zahukany bohater rzuca intratną pracę albo jeszcze lepiej zupełnie beznadziejną pracę każe się wypchać szefowi i jedzie dookoła świata, nareszcie szczęśliwy. Puenta zawsze jest dość podobna. Wszystkie te niesamowite rzeczy zawsze były na wyciągnięcie ręki – jedyne co powstrzymywało przed osiągnięciem sukcesu to ludzie, którzy w nas nie wierzyli, praca której baliśmy się rzucić, czy my sami nie dość dobrze wierzący we własne możliwości.

maxresdefault (5)

Tak nasza kultura – zwłaszcza ta popularna przekonuje nas, że właściwie jeśli będziemy się bardzo starać to każdy z nas sięgnie po swoje marzenie. Jeśli nie sięgamy (a właściwie będziemy się bali sięgnąć) to pewnie dlatego, że gdzieś po drodze mama, tata, wuj Klemens albo paskudna ciotka Leokadia powiedzieli nam, że się nie uda. I myśmy w to uwierzyli i zamiast być orłem, sokołem i zdobywcą świata zostaliśmy szarym Kowalskim co to popracuje, poje i pośpi. Zanim się zorientuje umrze napłodziwszy dzieci w ilości nie hurtowej i zarobiwszy akurat tyle, że ze spadku te nasze nie hurtowe pociechy kupią pięć metrów kwadratowych mieszkania na warszawskiej Woli.  Szczęścia oczywiście nie zazna, bo szczęście leży gdzie indziej, gdzieś w podróże pod palmy czy malowanie garnków z trudną młodzieżą. Czy w czymkolwiek co wymaga od nas pracy, wysiłku i przekraczania samego siebie. Musimy więc obudzić się jak najszybciej, po śmierć jak zwykle depcze nam po piętach i żyć póki czas, wyznaczać cele, marzyć bardziej niż nam się śniło, rzucać pracę, jechać do Zanzibaru, budować domki dla kosów, malować obrazy olejne, śpiewać w zespołach muzycznych i koniecznie, koniecznie napisać o tym książkę. Musimy dążyć do szczęścia zanim staniemy się starzy i będziemy mogli co najwyżej gnić przed telewizorem pogrążeni w żalu.

5227479618_33a857b327_b

Otóż moi drodzy. Nie. Zwierz jest absolutnie przekonany, że większości z nas marzenia się nie spełnią. Więcej, zwierz jest absolutnie przekonany, że stawianie marzeń w centrum swojego życia i dążenia do ich realizacji za wszelką cenę nie zawsze przyniesie nam szczęście, a w bardzo wielu przypadkach zamieni się w coś niesłychanie frustrującego. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że niestety nie wszyscy możemy wszystko. Tak zupełnie po prostu. I nawet nie chodzi o to, że niektórzy z nas nigdy nie zatańczą i nie zaśpiewają – niezależnie od tego jak bardzo by chcieli. Nawet posiadanie zdolności niekoniecznie zagwarantuje nam sukces. Jednym z tematów który od zawsze mnie fascynował w kulturze jest talent. Skąd się właściwie bierze. Dlaczego tak wysoko cenimy ludzi którzy go posiadają.  Im dłużej się czyta tym bardziej jest jasne, że nasze przywiązanie do ludzkich talentów wynika z jednego prostego faktu. Jest rzadki. Taki prawdziwy gwarantujący wielki sukces talent jest rzadki. Pomniejszy talent – tego aktora który gra czwartego kamerdynera, piątą pokojówkę, taksówkarza numer cztery, zdarza się często. Ale przecież nikt nie mówi nam, że z naszych marzeń o graniu może wyjść taksówkarz numer cztery. Kiedy mamy marzyć to tylko o głównej roli. I tak nawet jeśli znajdziemy się już na scenie, w kostiumie z tym telegramem w ręku, to stoimy tam jak głupi, sfrustrowani ludzie którym marzenie nie wyszło a przecież tak chcieli. Zaś znakomita większość z nas nie znajdzie się na scenie nigdy.

C_050_Unicorn_front

Druga sprawa jest prozaiczna. Dążenie za wszelką cenę do realizacji marzeń znaczy, że mamy szczęście. Gdzieś w tej całej piramidzie naszych potrzeb udało nam się zaspokoić wszystkie i poczuć się tak bezpiecznie, że mamy czas myśleć o rzeczach wyższych. Problem w tym, że realizowanie marzeń nieodłącznie wiąże się z pieniędzmi i swoistym egoizmem. Rzucić pracę jest łatwo, pod warunkiem że mamy absolutną pewność, że nie stracimy mieszkania i nie wylądujemy pod mostem. A jak się już się stanie się najgorsze to ktoś nas wyciągnie. Przenieść się do innego miasta jest prosto jeśli nie trzyma nas zobowiązanie wobec rodziny. Te zaś mają przykry zwyczaj nie zaważać na nasze plany, marzenia czy sny. Ludzie chorują, nie radzą sobie, potrzebują pomocy czy wsparcia niezależnie od naszych planów.I wiecie co, odrzucenie tego wszystkiego i realizowanie się w swojej pasji nie zawsze przynosi satysfakcję. Całkiem sporo z nas jednak chce mieć dobre stosunki z rodzicami, dziadkami, małżonkami i dziećmi.  Kiedy ktoś radzi by nie słuchać rad nikogo z rodziny i przeć do własnych marzeń zawsze się zastanawiam czy kiedykolwiek opowiedział co dzieje się w chwili kiedy z marzeń nic nie wychodzi a rodzina się obrazi. Albo nawet nie rodzina – ale znajomi. Nie wszyscy znajomi którzy wskazują nam granice naszych możliwości są źli. Czasem po prostu nas znają.  Historia o wielkim sukcesie, w którym ktoś kończy co prawda na szczycie ale bez nikogo wokoło to drugi popularny motyw historii o sukcesie. Ale jakoś nigdy nie przywołuje się go razem z tą historią o marzeniach wbrew przeciwnościom losu. Ryzyko do którego tak wiele osób zachęca zwykle brzmi najlepiej gdy jedyne co możemy zaryzykować to nasze poczucie bezpieczeństwa. Ale np. kiedy ryzykujemy już w imieniu innych, wtedy pojawia się problem.

49414_jednorozec-tecza

Po trzecie kwestia samych marzeń.  Ta wizja świata zawsze jest niesamowicie drastyczna. Albo marzenia albo to nudne szare zmarnowane życie. Albo coś co zapiera dech w piersi albo praca księgowego. Albo wygrywasz albo przegrywasz. Zwierz zawsze się zastanawia. Serio? Naprawdę ci wszyscy ludzie idący do pracy a potem wracający do domu by zjeść kolację z żoną i kotem przegrali? Naprawdę wygrać da się tylko dzięki Marzeniu. A jeśli się go nie ma? Zwierz ma co raz bardziej wrażenie, że koncepcja wielkiego marzenia czy planu stała się tak wielka, że dziś każdy musi niczym Roszpunka w Zaplątanych śpiewać ”Marzenie mam”. A jak nie masz? Czy to naprawdę jest takie straszne sobie tak po prostu żyć? Poza tym, zwierz jest jakoś dziwnie pewny, że część z tych smutnych Kowalskich którzy nie zostali baletmistrzami i nigdy nie zdobyli mistrzostwa świata w wyścigach quadów ma się całkiem dobrze. Szczęście nie jest zarezerwowane tylko dla tych którzy podbijają świat. Zwłaszcza, że paleta prawdziwych marzeń jest ograniczona. Tak jasne wszyscy wiemy, z motywacyjnych wpisów, że naszą pasją może być niemal wszystko. Ale tak naprawdę  jesteśmy w marzeniach beznadziejnie banalni i paskudnie wtórni. Raczej dajemy je sobie sprzedać niż sami je tworzymy. I czasem fiksujemy się na wizji tego co da nam szczęście. Tylko w życiu szczęście nie przychodzi jako nagroda za pomyśle ukończenie etapu.  Pojawia się ono w momentach niespodziewanych, czasem kiedy oddychamy z ulgą bo jednak nie jesteśmy chorzy, czasem bo po prostu wszystko się chwilowo układa, czasem bo jest czwartek.

tumblr_mpfmkrrT4e1s43mbfo1_1280

No i jeszcze kwestia czwarta. Powód dla którego zwierz w ogóle pisze ten wpis. Owe motywacyjne historie o tym, że wszyscy mogą wszystko mają tak naprawdę jedną puentę. Jeśli z jakiegoś kosmicznego powodu nie śpiewasz w La Scali, nie grasz w nowych Gwiezdnych Wojnach a prasy drukarskie nie pracują całą noc by twoja nowa książka  trafiła do księgarni w milionowym nakładzie to jesteś sobie sam winien. To właśnie ty uwierzyłeś tym podłym głosom, to ty nie poszedłeś za głosem serca, nie rzuciłaś pracy, nie zerwałaś kontaktów z Leokadią. Nie było w tobie wystarczająco dużo determinacji, nie walczyłeś w wielkiej bitwie zwanej życiem, dałeś się zgnoić. Spójrz teraz na te wszystkie znajome które wrzucają zdjęcia na Instagrama z promocji książki i na tych kolegów których pół ramienia widzisz w telewizyjnej relacji. To mogłeś być ty, ten podziw mógł należeć właśnie do ciebie. Ale nie należy bo dałeś się stłamsić innym. A przecież miałeś walczyć. Być odważnym marzycielem, zwycięzcą, pieprzonym orłem. Twoja wina, twoja wina, twoja bardzo wielka wina. Przeto nie należy ci się ani współczucie, ani wsparcie, ani nawet poklepanie po plecach i ciepły napój. Zawiodłeś nas. Tyle perspektyw a ty jesteś starszym specjalistą od spraw marketingu w firmie drobiarskiej.

tumblr_mt35wz3leF1qdxw9jo1_500

No więc nie. Jeśli wasze życie nie potoczy się tak jak pragnęliście niekoniecznie jest to wasza wina. Bardzo często to nie jest niczyja wina. Tak po prostu bywa. Skręciliście nogę na treningu piłkarskim, ciotka Leokadia miała rację i rzeczywiście dupa z was nie tancerz, babcia zachorowała dwa tygodnie przed tym jak mieliście wyjechać na stypendium, zabrakło kasy na ten kurs krawiecki. Bywa. Zdarza się. Jest. Czasem mogliście się starać bardziej. Ale z jakiegoś powodu nie mieliście w sobie motywacji by chodzić pięć kilometrów do ogniska artystycznego, jakoś wszystko przeszkadzało napisać drugi rozdział książki i co prawda zawsze chcieliście zobaczyć Egipt ale z dziećmi to raczej nad Śniardwy. Zwyciężył rozsądek, życiowa potrzeba czy brak motywacji. Bywa. Zdarza się. Jest. Nie jest to niczyja wina, skoro podążanie za marzeniem jest przywilejem to równym przywilejem jest nie podążanie za marzeniem. Danie sobie spokoju. Odpuszczenie. Nie postrzegane jako lenistwo, tylko… kurczę próbowaliście ostatnio żyć? To jest wystarczająco trudne bez podążania za jakimś wielkim Marzeniem. W końcu skoro to nasze życie, to mamy prawo nim rozporządzać. I rozsądek też bywa w cenie. Nawet jeśli już założymy, że wszyscy mogą wszystko. To wcale nie znaczy, że wszyscy mają obowiązek. Zwierz zawsze ma wrażenie, że czasem odpuszczenie sobie, jest największym talentem jakim można się wykazać. I jak zwierz kiedyś  pisał. To że nie chcesz się wspinać na sam szczyt góry nie znaczy że jesteś leniem i nic nie robisz.

tumblr_ndszapr6uJ1qzqwamo1_1280

Co więcej jeśli się nad tym zastanowić to ten wielki kulturalny przemysł marzeń ma sens. Bo im dłużej ty mój drogi czytelniku zastanawiasz się co takiego zrobiłeś czy możesz zrobić by wieczne szczęście wpadło w twoje ręce tym mniej zastanawiasz się nad przyczynami dla których w ogóle musisz go szukać. A przyczyny poza tymi wspomnianymi związane są jeszcze np. z podziałami społecznymi, różnicami klasowymi, różnymi rodzinami, uprzywilejowaniem, pieniędzmi i milionem rzeczy które składają się na twoje miejsce w społeczeństwie. Większość z nich nie jest od ciebie zależna i całkiem sporo z nich ograniczają twoje możliwości. Niektórzy urodzą się w rodzinach z lepszymi możliwościami, inni w rodzinach z gorszymi, całe miliony w rodzinach prawie bez możliwości.  Tak już jest. Niektórym uda się przeskoczyć przez wszystkie społeczne przeszkody, inni nawet ich nie zauważą.  Są tacy dla których jednak będzie to za trudne, któraś  kolei odmowa ich zniechęci, złamie ich ducha czy pokaże że nie zależało im aż tak bardzo. Ponownie – nie będzie w tym nic złego i godnego potępienia. Wszak nie jesteśmy, naprawdę nie jesteśmy za wszystko odpowiedzialni. Bo nie jesteśmy w stanie wszystkiego kontrolować. Ale wszyscy usłyszymy że ważne są marzenia. I to my jesteśmy za nie odpowiedzialni. To zaś sprawia, że my sami stajemy się odpowiedzialni za wszystko. I choć to syn cieśli zrobił największą międzynarodową karierę w historii to nie znaczy, że wszystkim nam się uda. A jak nam się nie uda nie znaczy, że musimy łkać w kącie.

tumblr_mzk2npQUlt1sfoy93o1_500

W październiku zwierz pisał, że z jego doświadczenia wynika, że większość swoich celów spełnił nic nie robiąc. Po prostu się zdarzyło. To kolejny sekret którego nikt wam nie mówi. A może i mówi ale w zawoalowany sposób. Teksty o tym jak wszystkie marzenia się spełniają piszą zwykle ludzie, którym już coś się przydarzyło. Może byli lepsi,  albo od samego początku znajdowali się w uprzywilejowanej pozycji (jak np. zwierz). I teraz kiedy wykorzystali już wszystkie sytuacje zadowoleni z perspektywy opowiadają o tym, jak wszyscy powinni spróbować jak im się uda. Że tylko ten jeden krok, odrobina odwagi i pewności siebie a wszystko wpadnie w ręce. Rzadko do klawiatur, maszyn do pisania i kręcenia filmów siadają ci którym się nie udało.  Którzy powiedzą że czasem możliwości się pojawiają ale czasem nikt nie dzwoni, nie zaprasza na festiwale, i jakoś nikt nie chce się zupełnie przypadkiem zachwycić naszą twórczością. Milczą ci którzy mimo pochwał i nagród mają problemy z pewnością siebie i nie mogą przebojem iść przez świat. A wszak nie tylko pewnym siebie  dano zdolności. Nie chodzi o historię porażki ale takiego – nie aż tak wielkiego sukcesu. Tego wielkiego kroku w kierunku realizacji marzeń… który nic nie zmienia. Tej książki która choć zsunęła się z prasy drukarskiej zalegała potem tygodniami w księgarniach i nikt jej nie kupił poza babcią i psem. Poza tym, zwierz zwrócił uwagę, że w tych wszystkich tekstach jest mnóstwo motywacji i jeszcze więcej metafor, a w filmach jest odpowiedni montaż, ale nikt nie jest wam w stanie powiedzieć co właściwie zadecydowało, że im się udało a wam nie. Zwierz może powiedzieć, że odnosi sukcesy jako bloger bo codziennie od lat pisze wpis. Jak zapytacie jak to robi powie wam – nie wiem, podejrzewam, że mam do tego smykałkę. Tylko to źle brzmi we wpisach motywacyjnych.

tumblr_m47mdiSYMT1r5st9do1_500

Teraz powiecie: O! Właśnie o takich ludziach mówią kiedy przywołują tych wszystkich ciągnących za kostki i nie pozwalających rozwinąć skrzydeł. Tak! Ograniczasz nasze perspektywy zwierzu. Być może. Zwierz zawsze był beznadziejnie racjonalny i uważał, że rzeczy takie jak praca, dobre kontakty z rodziną, wizja przyszłości w której ma się do garnka włożyć są niesłychanie ważne. Kto wie czy nie najważniejsze w życiu zwierza. Ale jednocześnie pomyślcie o ile łatwiej się żyje bez tego koszmarnego przymus podążania za Wielkim Marzeniem. Amerykanie wpisali sobie prawo do dążenia do szczęścia do konstytucji i zobaczcie jacy teraz wszyscy są przymusowo szczęśliwi. My mamy wybór.  Co więcej – czasem dużo więcej pracy i wysiłku wymaga od nas zrozumienie, że absolutnie spokojnie można być szczęśliwym, przeciętnym Kowalskim który z egzotycznych miejsc był w Ustce i nie ma w tym nic złego. Że można nie kochać swojej pracy, ale lubić tą pensję która sprawia że wieczorami nie martwimy się o rachunki ale oglądamy seriale. Że może rzeczywiście było w nas coś więcej ale skoro o to nie walczyliśmy tak bardzo to może wcale nam nie zależało. W musicalu Gypsy jest chyba najlepsze zdanie podsumowujące niezrealizowane ambicje: „If I could have been…I would have been…”.

tumblr_npaozyAwUL1tz8gito1_500

No dobra a jeśli nam zależy? Jeśli czujemy, że jest w nas coś, takie coś, że gdyby tylko zobaczył nas świat zatrzymałby się w oniemieniu? Wtedy… wtedy nikt nie jest wam w stanie dać jednej słusznej i prawdziwej rady. Taki to paradoks. Nie ma jednej słusznej i właściwiej rady. Część zasługuje na kopa i motywację, część tak naprawdę żyje złudzeniami, część powinna się zastanowić czy może myśleć tylko o sobie, część nie docenia konkurencji, część została stłamszona, część nie miała kasy. Powodów jest milion. I nie było, nie ma i nie będzie jednej dobrej odpowiedzi. Ani jednego dobrego przepisu. Zwłaszcza, że z doświadczeń zwierza (i nie tylko) wynika, że czasem można nic nie robić, a marzenia spełniają się tak samo jak przy wielkich planach.

49cb6e312100c3c0b779737b69a6f027

Dlatego ilekroć zwierz czyta ten wpis o tym jak należy zawsze niezależnie od okoliczności podążać za marzeniami wie, że albo kłamie albo stara się wam coś sprzedać. Ogólnie zwierz ma wrażenie, że przede wszystkim wszyscy zbiorowo powinniśmy na chwilę przystopować. Nic się nie stanie jak sobie trochę po prostu pożyjemy. Serio co się stało z tym zwykłym istnieniem gdzie człowiek nie planuje całego roku i ma nadzieję, że przez dwanaście miesięcy nikogo nie przerobi na tacos i nie będzie wrednym bucem w pracy. Czy to naprawdę jest tak proste, że teraz trzeba ścigać jednorożce i tęcze.  W ostatecznym rozrachunku zostajesz pod jakimś rozproszonym przez wodę światłem i z koniem z naroślą na głowie. Wyluzujmy, poczekajmy, pożyjmy. Może coś z tego będzie.

PS: Zwierz wie, że wałkował ten temat na blogu kilka razy i obiecuje, że przez co najmniej rok nie będzie ale mu się ulało. Być może to będzie najbardziej niemotywujący post w sieci ale przynajmniej zwierz wie, że nie siedzi mu dłużej w głowie.

Ps2: Tak zwierz napisze o Wojnie i Pokoju. Musi.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Wiesz, że mnóstwo osób, które lubią siedzieć pod kocem i nie robić nic uwierzy Ci, że dużo osiągnęłaś nie robiąc nic? Tyle, że nieco się znamy i uważam takie teksty z Twojej strony za kokieterię. Prowadzisz bardzo intensywne życie i bardzo dużo pracujesz nad każdym swoim sukcesem. Na przykład piszesz codziennie teksty. Robisz do nich research. Jeździsz po konwentach, spotkaniach i tak dalej i nie masz problemu z wypowiadaniem się na forum publicznym nawet w stresujących sytuacjach. Poza tym jesteś osobą z przeogromną wiedzą, którą po części zdobywasz dzięki możliwościom, które daje Ci Twoje pochodzenie i status społeczny, ale też poświęcesz na to dużo energii.
    Kaśka, to serio nie jest nic.
    Weź nie oszukujmy podatnych na sugestię.

    • Izabela Pandora Próchniak

      Jasne, że to nie jest nic i raczej każdy przeciętnie myślący czytelnik, niekoniecznie znający Zwierza osobiście, ale czytujący, wyczai, ile pracy w bloga i okolice wkłada Zwierz. W sensie, do tego nie potrzeba super inteligencji a podatność na sugestie, czymkolwiek by nie była, niewiele zmieni. Natomiast Zwierz zauważa wciąż resztę świata, co, uczciwie, dla mnie też częściowo odpowiada za sukces bloga i samej osoby Zwierza. Większość blogerów, sorry not sorry, świata już dawno nie widzi, bo wszak mi się udało, znaczy inni to dupy same i lenie, zasłużyli na swój los i z całą pewnością kiszą się we własnym nieszczęściu, heheszki. Problem widzę w tym, że nic nie jest takie proste i że naprawdę istnieją okoliczności utrudniające osiągnięcie wiekopomnego sukcesu, inne od „po prostu mam to w nosie”.
      Poza tym jeżeli ktoś siedzi pod kocem i dosłownie nie robi nic, to bym jednak się zastanowiła, czy nie wypada spróbować takiej osoby wysłać do psychiatry. I jak sądzę, nie ma żadnej potrzeby Tobie, Riennahero, o tym mówić.
      Natomiast skrajna bieda i walka o przetrwanie SERIO utrudnia spełnianie marzeń, choćby dlatego, że doba jest ograniczona. I na dodatek większość z nas nawet kilka godzin z tego cennego czasu marnuje na sen. Bieda zmusza zaś do bardzo, ale to bardzo dobrego wykorzystywania każdej godziny, bo trzeba się solidnie natrudzić, żeby jakoś dociągnąć do końca miesiąca.
      Ale może mam złe podejście, możliwe, że wynikające z tego, że znam jedną osobę, która siedzi i nie robi szczególnie nic wielkiego, i rzeczywiście nie pakuje masy czasu i energii w Rzeczy Ważne. Tą jedyną osobą jestem ja sama… Cała reszta moich bliższych i dalszych znajomych dziko zasuwa i poświęca masę energii na szansę dla samych siebie. I sądzę, że ich jest zdecydowanie więcej, niż leni, pesymistów i malkontentów podobnych do mnie :D.
      P.S. – i na mnie też ten wpis działa raczej motywująco :D. Zresztą, gdyby nie Zwierz, nigdy bym nie poświęciła ostatniego roku na zbieranie wiedzy i pieniędzy na Szczęście w Domu pod postacią dwóch świnek morskich <3.

      • Aga

        1.Każdemu się wydaje, że to on robi za mało (albo druga skrajność: najwięcej), a inni to ciężko pracują (tylko się lenią).
        2. Jeśli nie pakujesz czasu i energii w Rzeczy Ważne to może dlatego, że już je masz, tylko tego nie widzisz?

    • zpopk

      Tak ale jak piszę. Zaczynałam z niesamowicie uprzywilejowanego punktu. A sporo rzeczy które pozwoliły mi dojść tam gdzie jestem jest ode mnie jednak odrobinę niezależnych. Inna sprawa – to pytanie czy wszyscy uważamy że spełniliśmy marzenia w tym samym punkcie. Ja np. mam poczucie, że mnóstwo mi się udało, ale nie mam poczucia bym zrealizowała jakieś wielkie marzenie. Ogólnie – pisząc ten tekst myślałam o sytuacji innej niż moja, właśnie po to by wyjść poza „skoro mi się udało każdemu może się udać”. Bo jednak nie każdy ma tak fajnie finansowo, rodzinnie itp.

      • Joanna

        I udało Ci się Zwierzu! Właśnie za to wyjście poza ” uwielbiam Cię czytać! Głupolowato brzmi, ale to prawda! Bardzo takie cechy cenię. To właśnie wyjście poza siebie”! Moim zdaniem wtedy się dzieje:) Jest twórcze, jest takei żywe! Jest takie fajne, prawdziwe. Zaprzeczenie narcyzmu <3

  • Dzięki Zwierzu! Ja też już mam dość rzekomo motywacyjnego bełkotu, zbyt często produkowanego przez ludzi tak nieznośnie zakochanych w sobie, że nie są w stanie dostrzec, że do ich sukcesu mógł się przyczynić ktoś (czy coś) poza nimi samymi. Poza tym również nie widzę nic złego w tym, żeby mieć marzenia na nieco mniejszą skalę niż zdobycie Oscara/Nobla/Grammy/Mount Everest/przebiegnięcie maratonu w kwadrans. Ja zdaję sobie sprawę, że mam sporo talentów, ale nie odkryłam (jeszcze?) żadnego, który potencjalnie wywindowałby mnie na szczyty. Przyzwoicie śpiewam, ale na tyle, żeby robić to w chórze, umiem sklecić sensownie zdanie, ale szczytem mojej literackiej kariery będzie pewnie wpis na facebooku, który polubi wielu znajomych. Jakoś tam daję radę na doktoracie, ale nie sądzę żebym zrobiła olśniewającą karierę w nauce i będę pewnie po prostu (całkiem niezłym) nauczycielem akademickim. I ta świadomość zupełnie mi wystarcza; robię co mogę z tym, co mi dane i dążę do tego, żeby to co robię – prywatnie i zawodowo – pomagało innym ludziom. Niewątpliwie mogłabym robić więcej i przejmować się bardziej, ale nie jestem pewna czy byłabym przez to bardziej zadowolona z życia.

  • Bożena Witek

    Ej, a ja z kolei czuję się wdzięczna za ten wpis, wdzięczna w zasadzie obcej osobie, za to, że czuję się mniej lamusem z tytułu, że moimi przyjaciółmi są Ci niscy panowie z wadą wymowy, a nie te idealne, mądre dziewczyny z liceum, że grywam koncerty w domu przed moją Ukochaną Lożą Szyderców, nawet, jeśli jest to sztuk osiem a nie osiem tysięcy, że mam odłożone parę groszy na Szkocję czy Anglię raz w roku, a niekoniecznie pali mi się do odbycia wiecznej, przecież tak kuźwa wyśnionej, emigracji, że jestem niezłym nauczycielem, a nie fenomenalnym, wszędzie rozpoznawanym muzykiem, że skończyłam anglistykę, a nie siedem fakultetów na UCL. Że gram na ulicy, w metrze i to zwykle dla nieistniejących, niemych świadków.
    Bo chyba moim największym błędem w działaniach „promocyjnych” i motywacyjnych była czarna rozpacz, że coś fajnego się skończyło, i że pytałam wszystkich niekoniecznie zainteresowanych, „co dalej?!”, zamiast pocieszyć się tymi kilkoma udanymi zdjęciami i nagraniami z Open Mica. Jeśli cieszyły tylko mnie, to wystarczy, i te smętne 58 wyświetleń nic mi nie robi. I owszem, czasem wypruwam sobie flaki i odwalam kawał roboty, jak Zwierz, a czasem… a czasem po prostu nie.
    A tak poza tym, to zacytuję Amandę Palmer – ‚czasem wystarczyło kogoś zapytać’. Tak, o pomoc. Tak, to takie banalne i trudne ;)

  • Verdana

    Robienie czegoś, bo się to lubi, a nie dlatego, aby spełnić marzenie, albo osiągnąć Sukces Który Powali Na Kolana to jednak jest „nic”. Jak sie pisze wpisy, bo czuje sie potrzebę (a nie obowiązek!) ich napisania i woli sie pisać, niż robić cokolwiek innego – to nie jest to pogoń za marzeniem i szczęściem. Podobnie, jak pisanie książek naukowych, które zajmuje lata – jeśli się to robi nie dla sławy, tytułu, czyli marzeń o świetlanej przyszłości, ale dlatego, że się woli pisać, niż niepisać, to nie jest „ciężka praca dla osiągnięcia sukcesu”. Ciężką pracą dla sukcesu byłaby rezygnacja z czegoś na rzecz pracy nad realizacją potencjalnego celu marzeń. Poświęcenie teraźniejszości dla przyszłości innymi słowy. A nie po prostu robienie tego, co się lubi, gdzie czasem sukces jest skutkiem ubocznym. A czasem nie jest, ale i tak warto robić to, co się robi dalej.

    • Kama

      Właśnie miałam pytać Zwierza, czy ten wpis jest też o marzeniu o doktoracie (czy też to kwestia tego, że ostatnio mam wrażenie, że wszystko jest o doktoracie – łącznie z hitem Wodeckiego „Rzuć to wszystko co złe” ;)). Ale fakt, pisanie doktoratu to jednak kategoria „woli się pisać, niż robić cokolwiek innego”. I kłania się jeden z moich ulubionych odcinków PHD Comics: http://www.phdcomics.com/comics/archive/phd032202s.gif

      Ale doskonale pasują tu uwagi Zwierza oscylujące wokół faktu, że najpierw reszta piramidy Maslowa, a potem można sobie na coś takiego pozwolić. Ewentualnie wygrana w lotto, doba licząca sobie 48 godzin, nieźle zarabiający mąż lub (mój przypadek) supercierpliwi rodzice :)

      „Marzenie mam” sobie mimo wszystko znów puściłam, bo to przecież też o małych marzeniach i radości z ich spełnienia (mój ukochany Wołodia i jego dwa jednorożce! :)).

      A wpis mądry, co wnioskuję z tego, że przy czytaniu człowiek sobie uświadamia swoje nastawienie do pewnych rzeczy. Jednak strasznie mocno jest zakodowane to dążenie, że „jak kochać to księcia, jak kraść to miliony”. Sama do Oscarów czy Bookerów może nie aspiruję, ale jednak na myśl, że „to by było na tyle” i „teraz już zawsze tak” włącza mi się alarm. A może nie powinien? Ciężka sprawa z tym pytaniem, kiedy jest moment, żeby odpuścić.

      I chyba najważniejsza refleksja, jaka wynika z tekstu. Nie być człowiekiem, którzy patrzy z góry, bo ktoś jest „starszym specjalistą od spraw marketingu w firmie drobiarskiej”…

      • zpopk

        Dla mnie dotorat to nie jest marzenie. Marzeniem może być – zostać najlepszym na swoim polu pracownikiem naukowym czy bardzej perspektywicznie zarabiać na nauce tak by starczyło do pierwszego. Nie uważam doktoratu za marzenie bo doktorat jest troche jak awans w pracy.

        • Kama

          Z tym zarabianiem na nauce, to już prawie takie marzenie jak z Broadwayem ;)

          Poza tym marzenie, żeby być najlepszym w swojej działce, wydaje mi się ok. Pod warunkiem, że nie dla samego bycia lepszym od innych, tylko żeby człowiek się nie wstydził przed sobą tego, co napisze. Hm, jednak tkwi we mnie to jak kraść to miliony, a jak być naukowcem (i dydaktykiem, nie zapominajmy), to możliwie najlepszym…

          Ale wydaje mi się, że trzeba wziąć pod uwagę, że taki faktyczny „awans w pracy” to byłby w sytuacji, kiedy się robi doktorat, pracując w nauce. I po doktoracie się awansuje. A ilu z nas pracuje na uczelni w trakcie studiów doktoranckich? I ilu po doktoracie będzie pracować na uczelni? I nie jest to post z gatunku „żądamy pracy i/lub stypendium dla wszystkich doktorantów”, tylko stwierdzenie, że pisanie doktoratu to dziś raczej dążenie do samorealizacji (zajmowania się jeszcze przez parę lat tym, co człowieka tak strasznie interesuje) motywowane w zasadzie: „bo ja marzę, żeby to robić”. Doktorat często robi się oprócz codziennej pracy (czyli za cenę wyrzeczeń własnych i cudzych, bo ten czas się często zabiera bliskim lub zdrowej dawce snu) lub jest się na czyimś utrzymaniu (czyli za cenę wyrzeczeń wyłącznie cudzych).

          Nie zamieniłabym tych dodatkowych lat studiów na nic :) Ale to nie znaczy, że wybór był racjonalny.

          • zpopk

            ALe jednak ja nie uważam by to było jakieś wielkie marzenie. To jedna z rzeczy jakie się robi. A na pewno posiadanie doktoratu nie gwarantuje szczęścia.

          • Kama

            Jednak byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby udało mi się napisać ten wredny rozdział… ;) A serio, to nie chodzi mi o „posiadanie” doktoratu. Bardziej o wymagający pewnych poświęceń sam proces jego uzyskiwania – przyjemny, ale jednak dla marzycieli.

            I ważne, bo sobie przypomniałam a propos zarabiania na nauce: http://ekulczycki.pl/warsztat_badacza/sprawdz-czy-przysluguje-ci-wynagrodzenie-za-swoja-publikacje-naukowa/ Pozwoliłam sobie sprawdzić i jest Matka Zwierza. Występuje wręcz licznie, więc chyba warto się „upomnieć” o pieniądze.

          • Magdalaena

            IMHO doktorat ma sens tylko rozumiany jako „awans w pracy” dla osoby pracującej na uczelni. Jestem prawnikiem i jak wielu kolegów po napisaniu magisterki myślałam sobie, że fajnie byłoby napisać coś lepszego i większego. Ale minęło 15 lat i nikt z moich znajomych pracujących poza uczelnią tego doktoratu nie zrobił. Okazało się, że wymaga to mnóstwo roboty, zupełnie nie satysfakcjonującej i nijak się ma do pracy wykonywanej na co dzień.

          • Kama

            Cały „problem” w tym, że jak kogoś pasjonuje temat, to to jest satysfakcjonujące – chociaż nie na poziomie finansowym czy „awansowym”. A z „dziwnymi” marzeniami robieniu humanistycznego doktoratu ma jeszcze jedną cechę wspólną, czyli zadawane przez prawie wszystkich ludzi pytanie: „Ale PO CO ty to robisz?”.

  • Wazon

    Mam wrażenie, że marzenia zależą od oczekiwań. Od punktu, w którym jesteśmy. Marzeniem może być prawie wszystko, a spełnienie marzenia nie oznacza jego końca. Jesteśmy w punkcie 1x, marzymy o punkcie 2x, ale potem, kiedy go osiągniemy, zaczynamy marzyc o punkcie 3x. I kiedy docieramy na sam szczyt zaczynamy marzyć o punkcie 1x, kiedy mieliśmy spokój, nie musieliśmy się spinać i nie byliśmy obserwowani przez cały świat. Marzenie to nie jest rzecz raz wymyślona i stabilna. I nie zawsze mądra.Chociaż, co zawsze mówiłam, każdy człowiek powinien mieć świadomość swoich zdolności.
    A poza tym nie śmiejmy się z małych marzeń. Są sytuacje w których najgorętszym marzeniem, najbardziej romantycznym, są dwa kartofle w mundurkach , albo ciepłe buty. I spełnienie tych marzeń może być bardziej radosne niż awans na posadę ministra.

  • Dzięki.

  • jednorożec

    Paradoksalnie to najbardziej motywujący tekst do działania jaki czytałam. Chyba dlatego, że można z wielką ulgą uświadomić sobie, co w nas samych liczy się dla nas najbardziej, mieć w nosie presję pchania się na szczyt za wszelką cenę i po prostu robić swoje. Bez rozkładania na czynniki pierwsze Drogi do Sukcesu, albo Gonienia za Króliczkiem. Dzięki!
    Czytam od lat i uwielbiam Twoje teksty, komentuję pierwszy raz. Powodzenia!

  • Miaukun

    Ale to jednak nie zmienia tego, że jeżeli zamiast się uczyć historii będę czytała twoje teksty, to nic mi się nie uda, bo nie zdam cholernej matury, nie dostanę się na UW i będę smutnym szarym koniem

    • zpopk

      Gorzej. Przeczytasz,zdasz maturę, zobaczysz swoje nazwisko na liście przyjętych i…nic. Serio sama myślałam że to moment kiedy człowiek jest jednorożecem ale nie tylko koniem z nazwiskiem na liście przyjętych. A teraz idź się. Uczyć. ;)

      • Ginny

        E, aż tak źle nie jest. Przez moment jest się jednorożcem :)

        • Kama

          Inne studia, ale pamiętam, że przez 5 minut czułam się jak jednorożec. A potem strasznie się przestraszyłam i zapragnęłam wrócić do bycia koniem. Nawet rozważałam, że zamiast tych najbardziej pożądanych studiów wybiorę te zwyklejsze. I – tu wbrew wszystkiemu motywująca część wpisu – cieszę się, że jednak nie stchórzyłam. Wprawdzie z dwóch kierunków, które studiowałam w ramach tego wybranego, jeden okazał się poniżej oczekiwań (przynajmniej stosunkowo praktyczny…), za to drugi przerósł wszelkie oczekiwania.
          Ale decyzja była moja, nikt mnie nie przymuszał do wyboru tych „większych” studiów. Poza cierpliwością wobec moich poczynań (patrz mój post gdzieś tam wyżej) chyba za ten brak presji na sukcesy jestem rodzicom najbardziej wdzięczna w kontekście poruszanego we wpisie tematu.

      • Paulina

        Zobaczenie swojego nazwiska na liście przyjętych na historię w IH UW to dopiero początek. I było to coś wielkiego dla mnie do pierwszych zajęć. Ale ja nigdy nie marzyłam o studiach. Tym bardziej na UW. Moi rodzice nie mają wykształcenia wyższego, mój tata tylko podstawowe. W domu nie było żadnego kultu nauki. Tylko ja jakoś, z tym ciągłym siedzeniem w książkach odstawałam. Zdałam maturę i chciałam tylko zobaczyć czy się dostanę na UW. No cóż, potem było szkoda nie zacząć. Teraz powinnam się uczyć do egzaminu z XIX wieku i robić bibliografię do licencjatu o tym, jak amerykańskie kino było postrzegane przez polskich krytyków w latach 70 XXw. Nie posiadanie marzeń (i perspektyw) jest czasem ok. Można się pozytywnie zaskoczyć.

        • Magdalaena

          Ja też nie marzyłam o studiach – zawsze wydawało mi się to takie oczywiste: liceum > matura > studia > praca. I faktycznie takie było.
          Ale zdaję sobie sprawę z tego, że ważniejsze niż moje zachowanie było pochodzenie społeczne, miejsce zamieszkania, zdolności itp.

        • Ginny

          Nie marzyłam o studiach jako takich (bo było z kolei dla mnie oczywiste, że idę na studia), marzyłam o konkretnym wydziale konkretnego uniwersytetu. Gdy się udało, byłam jednorożcem.

  • Zwierzu, problem tkwi w tym, że bardzo wielu ludzi jest sfrustrowanych tym, że nie mają marzeń, hobby lub pasji. Ja tam wolę im radzić, żeby ruszyli tyłek z kanapy i jednak spróbowali zatańczyć na Broadwayu, zamiast uświadamiać im, że bez marzeń można żyć przyjemnie i szczęśliwie, bo uważam że nie bez powodu piramida potrzeb ma także najwyższe stopnie.

    Zgodzę się z pewnością i odradzam każdemu spełnianie marzeń za wszelką cenę, choć bywalo tacy co im się tak udało… ale oni i tak zrobią swoje, moje słowa nie będą ważne. Ważne jedynie, żeby być świadomym, że to nie ten cel na końcu jest ważny, a droga do niego. Wtedy marzenia nigdy nie przyniosą frustracji, nawet niespełnione. Banał, ale prawdziwy.

    Cóż, jeśli Zwierz jest do bólu racjonalny to ja jestem bezwzględnie… sam nie wiem. Proszę tylko, żeby Zwierz nie utożsamiał namawiana ludzi do samorealizacji z uważaniem ich za gorszych. Ja namawiam, jednocześnie nie oceniając. I choć sam jestem ze środowiska z wieloma problemami, małymi i ogromnymi to znam ludzi i wiem po sobie, że samorealizacja i dążenie do marzeń jest możliwe wszędzie, gdzie udaje się spełnić warunki z niższych stopni piramidy potrzeb.

    • zpopk

      Hobby to nie to samo co marzenie czy sens życia. Hobby to hobby i wcale nie trzeba zniego żyć. Można sobie spokojnie tw dwie rzeczy oddzielić. Życie przyjemne i szczęśliwie nie koniecznie wiąże się z życiem z marzeń, Inna sprawa – nie wiem czy zawsze koniecznie musi być cel na końcu drogi. CHoć zgadzam się, że należy cieszyć się drogą. Inna sprawa. Zdanie „ja nie oceniam” nie zmienia faktu, że takie a nie inne ogniskowanie odpowiedzialności za wszystkie życiowe sukcesy i porażki prowadzi do pewnych ocen. Doskonałym przykładem jest społeczeństwo Stanów Zjednoczonych. Sukces finansowy jest tak wysoko ceniony i staje się taką podstawą oceny człowieka, że DOnald Trump może mieć z tego powodu olbrzymi zapas zaufania wśród wielu osób, mimo że zgodzimy się iż raczej nie jest osobą naśladowania wartą a start miał zdecydowanie lepszy niż większość osób. Plus – problem polega na tym, że górne stopnie pirmaidy można realizować jak się zaspokoiło wcześniejsze. I to jest dużo trudniejsze niż nam się przedstawia.

    • Ginny

      Hm. gdyby ktoś w moim (nie starczym przecież) wieku i mieszkający w Polsce zapragnął nagle zatańczyć na Broadwayu, to jednak – zamiast pielęgnować to jego marzenie – spróbowałabym jednak przekierować je na amatorski zespół taneczny tu w kraju. Bo tak ten ktoś ma szansę się zrealizować, a nie sfrustrować nieosiągalnym.

  • Scarlet Dragon

    True. Mam zawsze takie straszne rozdarcie w kwestii dzieci – z jednej strony wiem, że ważne jest by podbudowywać w nich uczucie że mogą jeśli nie wszystko to wiele, z drugiej wiem że często wciskam im duby smalone. Nikt nie chce słuchać, ani nawet wiedzieć że zwykłe życie to też przygoda, byle wiedzieć jak do niego podejść, jak się nim bawić.

    • elrond

      Ja bym chętnie przeczytał jak do zwykłego życia podejść i jak się nim bawić, żeby było przygodą :)

      • Scarlet Dragon

        Nie wiem, dla mnie to zawsze było proste. Tęcza na niebie? Idziemy oglądać. Jeszcze pada? Tym lepiej! Ulubione ciastko+kawa? Delektować się. Wyjście z przyjaciółką? Jestem z nią, świetnie. Koncert? Bawić się aż ręce bolą od klaskania i płuca wypluwasz od śpiewania a w uszach huczy. Nawet zmywanie naczyń bywa fajne, gdy zapuści się muzykę i ubierze fajny fartuch. I tak dalej. To są codziennie rzeczy, tylko zawsze jesteśmy myślami gdzieś tam, bo gdzieś tam jest więcej, jest lepiej a mnie tam nie ma. Zamiast zauważyć własne życie, marzymy o cudzym. Zauważać ludzi, zjawiska, przedmioty, koty, psy, dżdżownice, samochody i kałuże. Nie mieć poczucia winy gdy człowiek poleniuchuje, bo nie jesteśmy automatami na każde zawołanie, wiele rzeczy nie musi być zrobionych natychmiast. Jasne, czasem życie się rozwali, czasem wręcz koncertowo się rozwali (mi się rozwaliło w tym roku) ale komu życie się czasem nie rozwali?

        • noble

          Aż mi się ciepło na sercu zrobiło :)

  • Mockingbird

    Miałam dokładnie podobne przemyślenia doslownie wczoraj! Wynikły one z rozmowy z nowym znajomym, które nie zna mnie właściwie. Spytał się mnie, akie mam jedno nierealne marzenie. Odpowiedziałam, że chciałabym być zajebiście dobrą i znaną aktorką teatralną. Oczywiście wiadomo, co na to odparł – że to przecież nie jest nierealne; że jestem przecież osoba aktywną, więc to nie może być kwestia lenistwa, tylko psychiki, więc mam szansę. Przekonywał, że jeśli nie szkoła teatralna, to przecież można do grup amatorskich, a jak powiedziałam, że w takich grupach jest zbyt… amatorsko (przynajmniej ja mam takie poczucie), to zbeształ mnie wręcz, że przecież trzeba od czegoś zacząć. Nie wiedział tym samym, że prawie 2 lata przygotowywałam się do egzaminów do szkoły teatralnej, byłam w róznych grupach teatralnych i na warsztatach i… nie wyszło. Nie dostałam się. Teraz będę kończyć 26 lat i w Polsce już raczej nie mam szans. Ale przecież to moja wina. Przecież powinnam dążyć za wszelką cenę, grać w reklamach i nagrywać filmiki ze sobą i próbować amatorskiego teatru (sugestia znajomego). Kiedy ja nie chcę. Dałam z siebie naprawę dużo i nie udało się i nie chcę do tego etapu życia wracać. A mimo to i tak czasem czuję presję tego Wielkiego Marzenia. Jak więzień Marzenia. Bo przecież mogłabym rzucić wszystko, pojechać do Krakowa, zapisać się na kurs aktorski w L’Art i… żyć za kasę rodziców (?). Wypruwać sobie żyły pracując po nocach w barach (?). Z jednej strony wiem, że tego nie chcę, nie mam siły, znalazłam inną pasję, nie tak spektakularną i też się w niej już raczej nie wybiję, ale z drugiej strony ciągle mam to bezsensowne poczucie winy. Dlatego, Zwierzu, dzięki za taki wpis i swoiste „rozgrzeszenie” ;) W natłoku tekstów motywacyjnych jest to naprawdę ulga przeczytać coś takiego. I zgadzam się – życie po prostu jest fajne ;)

    • bomnarzena

      Znałam kiedyś jedną kobietę, która chciała zostać aktorką po 30. Spełnić
      marzenie stłamszone w dzieciństwie przez rodziców. Nie udało się, o ile
      mi wiadomo. Nie była ani pięknością ani nie miała charyzmy, taka ot,
      zupełnie przeciętna. Nie miała wypisanego sukcesu na twarzy. Wiem, że to
      surowa ocena z mojej strony, ale takie są chyba realia w tej branży?
      Wiem, że wiele poświęciła, by się udało (czasu, bo przecież normalnie
      pracowała na etacie, pieniędzy na szkołę i warsztaty), myślała nawet o
      szkole za granicą, chyba także o rozstaniu z partnerem, który nie był, mówiąc najogólniej,
      za. Przykro było patrzeć z boku, jak bardzo się stara i jak bardzo nic z
      tego nie wychodzi, nie mówiąc nawet o czymś spektakularnym, ale o choćby o epizodzie w serialu a nie statystowaniu. Kiedyś mi
      powiedziała, że jeśli nic z tego nie wyjdzie to nic, cieszy ją to, co
      robi teraz, ile się nauczyła, nie zamierza z tego zrezygnować,
      przynajmniej z części, np. zajęć czy tych grup amatorskich (miała
      zresztą podobne doświadczenia co ty). Nie wiem, kogo powinno być mi bardziej żal
      – jej, bo tak się starała, ale nic z tego nie wyszło, czy raczej siebie samej, bo ja w tym wieku (a jestem od niej dużo
      młodsza) nigdy, ale to naprawdę nigdy, nie pomyślałabym, by spełnić
      marzenie o aktorstwie ze względów zdroworozsądkowych właśnie.

  • Moje myślenie i podejście do tematu marzeń to pewnie pokłosie zbierania materiałów do nierówności w edukacji. Niestety, dużo zależy od tego z jakich rodzin pochodzimy, o jakim statusie i z jakimi możliwościami.

  • Hazelin

    Mi właśnie się wszystko „udaje” ale tak właściwie nic nie jest tak na prawdę tym Wielkim Marzeniem. I mam w sumie mieszane uczucia co do tego artykułu.
    Z jednej strony się zgadzam. Może z jednej strony sama jestem trochę uprzywilejowana, bo mam trochę bardziej chłonny mózg od ludzi i trochę łatwiej mu się odszukuje kiedyś usłyszane i wpojone informacje i może dlatego nigdy niczego się nie uczyłam i wszystko jakoś „wychodziło” a te sukcesy, które dla kogoś byłyby czymś ekstra były jakieś takie normalne. I Marzenia też mnie wkurzały, bo tak wiele udawało mi się w życiu, ale nic z tego nie było Marzeniem, bo w sumie po co mi Marzenie.
    Z drugiej strony mam wrażenie, że jest jakaś grupa osób, która po takim motywacyjnym tekście przestanie uważać, że wszystko jest bez sensu. Bo inni mogą, a on nie, bo cośtam. I później ci ludzie żyją z zasiłków naszych podatków i rodzą dzieci, które są ich głównym źródłem dochodu i pytają tylko, czemu nikt im nie pomaga.
    Bo oni nie wiedzą, że da się coś osiągnąć i że jeżeli się coś samemu osiągnie to też może być fajnie.

    Nie wiem, z jakimi tekstami motywacyjnymi się spotkał Zwierz, ale w tych, które ja widziałam oprócz idei Marzenia była też idea Pracy nad Sobą, a to z mojego punktu widzenia jest ostatnio nie tylko chwytliwe ale też potrzebne.

    Bo, cholera jasna, da się.

    • Scarlet Dragon

      Czasem się nie da. Wtedy trzeba sobie wybaczyć a nie brnąć bez sensu w coś co nam tylko szkodzi.

    • Krzysiek

      „[…] mam trochę bardziej chłonny mózg od ludzi […]” – nietypowa sytuacja, kiedy w końcu się wydało, że obcy jednak są wśród nas, oczekuj agenta Foxa Muldera ;-)

  • Zgadzam się i nie zgadza, Zgadzam się, bo rozumiem, co masz na myśli, co chcesz powiedzieć, i w ogólności jest to całkiem spójne. A nie zgadzam się, bo może ja czytam, jakieś inne motywacyjne wpisy, ale mnie wyłania się z tego obraz starania na własną skalę. Przecież marzenia to nie musi być tylko La Scala i Nowa Zelandia. Jasne, mamy prawo do wielkich marzeń (choć raczej można powiedzieć „wyobrażeń”), ale równie fajne są te na mniejszą skalę, a przede wszystkim nasze. Każdy marzy, jak może, i jak umie, a dopóki mu to daje trochę radości w życiu, co w tym złego?

    I można być spełnionym księgowym, nauczycielem albo panią domu. A w tym całym motywowaniu chodzi o to, aby upiększań i uradośnić swoje życie na własną miarę. Posprzątać, postawić kwiatka, pójść do kina, zjeść coś dobrego. Nauczyć się żyć życiem normalnym, ale w wersji radosnej. Wtedy mamy też więcej siły, gdy krewni chorują albo dzieją się gorsze rzeczy. Ale wszystko zaczyna się w naszej głowie, więc po to jest motywowanie.

  • Hmmm… a ja do wpisów motywacyjnych mam zupełnie inne podejście. Bo optymistką jestem, to prawda, ale z dużą domieszką realizmu. I tak, gdy ktoś mi mówi, możesz być kim chcesz, wystarczy, że będziesz ciężko pracować, to prycham z niesmakiem – bo to nie prawda. Choćby ze względu na mityczny talent – zdążyłam już wytknąć to kilku osobom, że nie jest tak, że jak przećwiczyć x godzin na skrzypcach, to będziesz grać lepiej, od osoby utalentowanej, ale ćwiczącej mniej. Nie jest tak, bo żeby móc w ogóle zacząć grać na skrzypcach, trzeba mieć słuch muzyczny (i z tego co wiem, to przy skrzypcach musi podchodzić już pod mityczny talent). Dopiero mając jakieś predyspozycje, możesz próbować – a często właśnie o tych predyspozycjach zapominamy.

    Ale jak zaczęłam, mam do wpisów motywacyjnych inne podejście. Tzn, traktuję je bardziej jako: nie prześpij życia. I nie po to, żeby wygrywać Oscary, czy zwiedzić pół świata, ale skorzystać z życia na tyle, by na starość uśmiechnąć się do siebie ze świadomością, że się nie poddało. Nie poddało się trudnościom, jakie nas po drodze spotykają. Bo życie głównie składa się z trudności i zdarzeń, które są niezależne od nas. Takie wpisy motywują mnie do tego, że jeżeli już np pracuję w miejscu, którego nie lubię, to żeby nauczyć się choć czegoś tam, albo zarobić na książkę, którą wypatrzyłam, czy zmobilizować się i wysłać CV do kilku innych firm. Bo próba zmiany przecież nie musi oznaczać rzucania wszystkiego i pakowania manatków. A myślę, że często zapominamy, że istnieje taka opcja.

  • Pingback: Czarna strona feminizmu, kłamstwa o sukcesie i kult mediów – Relatywnie Obiektywna()

  • Jorun

    Słowem wstepu: jestem za tym żeby Zwierz częsciej pisał swoje rozkminy i przemyslenia, bo to się świetnie czyta. Może tekst jest niemotywujący ;) ale pobudzający do zastanowienia się nad światem.
    Mam wrażenie że ten przymus posiadania wielkiego marzenia ( musi być wielkie, marzenie w stylu mieć poukładane zycie osobiste i święty spokoj jest mało instagramowe), odniesienia sukcesu z założeniem że -rzecz jasna- ten sukces zalezy wyłącznie od nas samych, jest istotna częścią systemu społecznego w jakim zyjemy. Skoro nasz sukces zalezy tylko od nas ( popularne memy „what’s your excuse” sugerujące że każdy może wszystko, kwestia woli i determinacji) to znaczy że ktoś komu się gorzej wiedzie sam jest sobie winien. A skoro sam jest sobie winien to nie trzeba mu pomagać, bez sensu są zasiłki, ubezpieczenia społeczne, wyrównywanie szans itp. Bardzo wygodna filozofia wg której obywatel nie powienien nic wymagać od państwa, pracodawcy. Nie trzeba się zastanawiac dlaczego rosną nierowności społeczne, skoro odpowiedź jest prosta- jak ci się gorzej wiedzie, to sam jesteś sobie winien, pewnie z ciebie leń i nieudacznik.

  • the_P

    Czasem się ludzie pytają czy lubię koty. Lubię. To się pytają czemu nie mam. Bo jestem uczulony. To się pytają czemu się nie odczulę.

    Nie odczulę się bo kot to nie tylko uczulenie, ale i opieka nad żywym stworzeniem, karmienie go, wydatki, dodatkowe obowiązki w domu. Może nie dużo, ale ja mam zaburzenia żywienia i nie zawsze karmię siebie kiedy trzeba, to i kto może głody chodzić. I tak, są sposoby, którymi mógłbym sobie pomóc pamiętaniu, ale… pomyśleć, że koty są fajne i może by jakiegoś mieć to jedno.. ale jak tak naprawdę nie chcę MIEĆ kota.

    Myślę, że z marzeniami jest tak samo. Nie każdy tak naprawdę chce kota. Pokazuje nam się, że koty są fajne, jest ich pełno w mediach i w internecie. I ludzie, którzy mają koty dziwią się, że ja się nie STARAM, żeby MÓC mieć tego kota. Ale ja naprawdę wolę oglądać zdjęcia kotów.
    Jak zachciałem roślinkę to dzień później roślinka była, tydzień później miała ładną nową doniczkę. Jak chciałem wyhodować ziółka w doniczce to próbowałem cztery razy aż w końcu nie zabiłem kiełkującej sadzonki i wyrosły. Ale roślinka to małe marzenie, przez małe m, takie zwykłe, osiągalne. Kot to duże, popularne Marzenie. Kotem można się pochwalić. Ziółka są mało efektowne, ale przynoszą satysfakcję, a potem można je zjeść i człowiek jest zdrowszy.
    I nie każdy musi chcieć mieć kota. Niektórzy może chcą rybki. Albo roślinki. Albo BB-8 jedzącego po biurku. A niektórym kot trafia się przez przypadek. A niektórzy mogliby mieć kota, ale wolą swoją myszkę, którą kochają i nie zamierzają jej poświęcić dla kota nawet, jak ludzie się śmieją.
    Takie jest moje zdanie.

    • Scarlet Dragon

      Fajnie napisane.

  • Magdalaena

    Bardzo dobry artykułach.

    W motywacyjnych tekstach denerwuje mnie to, co opisał zwierz i moi przedmówcy, ale przede wszystkim tendencyjny dobór marzeń. Ja marzę o zdrowiu i o większej akceptacji ze strony innych ludzi, ale takie oczekiwania jakoś nigdy nie pojawiają się w artykułach o marzeniach. Tam zawsze marzenia mocno przypominają listę zakupów – mieć czerwone ferrari, pojechać w podróż dookoła świata.

  • 100krotna

    Kocham Cię Zwierzu

  • Można mieć marzenia, a można nie mieć. Jak kto woli. Ja mam i podążam bo tak mi się żyje lepiej, ale raz na jakiś czas też odpuszczam i też jest fajnie. Prawie wszystkiego trzeba w życiu spróbować, nie? :D

  • Mam wrażenie, że zwyczajne życie jest czasem o wiele trudniejsze i wymaga więcej wysiłku niż Marzenia. Mi najbardziej przeszkadza przymus by to marzenie było wielkie i koniecznie ujawniało jakąś niesamowitą cechę w człowieku. Nie wiem, jakoś marzenie Kowalskiego, który chce zabrać żonę w podróż po Europie i teraz wyrabia jakieś nieludzkie ilości nadgodzin wydaje mi się tak samo dobre jak marzenie o występach w La Scalii.

  • Pięknie mi się ten tekst zestawił z dzisiejszym niedorzecznym seansem „Joy”. Czytając, nawet przez chwilę myślałam, że do tego pijesz i w końcu padnie film z nazwy :D

  • Zaliczyłam etap marzenia i nie robienia nic w tym kierunku (taka byłam „wspaniała acz nie doceniana”) i zasuwania bez jakiejś myśli przewodniej nad tym co robiłam – żaden sposób nie jest dobry, nawet jeśli „przypadkiem” coś się w ten sposób osiągnie. W pierwszym przypadku zawsze będzie za mało (bo to nieruchome marzenie na horyzoncie jest zawsze takie wieeelkie), w drugim za dużo (takie uczucie jak niechciany prezent, choćby fajny ale nie potrzebny, albo stoi i kurz zbiera albo wymusza kolejne aktywności związane z użytkowaniem). Droga do spełnienia marzeń, to jak codzienność się lepi i kształtuje pod wpływem jakiejś myśli przewodniej jest spełnieniem marzenia. Ludzie fiksują się zbyt na sztywny cel albo nigdy nie pytają samych siebie, czego chcą żeby im się działo każdego dnia.

  • Nie polecę na Księżyc.
    Wiem o tym.
    I jest mi z tym dobrze.
    Bardzo dobrze, bo tak naprawdę bałabym się tam lecieć.

    Dziękuję Zwierzu za wpis <3

  • Eulalia Pstryk

    Zwierzu, jak ja w tej chwili Zwierza ogromnie kocham! :D Bardzo lubię być sobie szarą Kowalską i Zwierz mnie właśnie zmotywował do tego, że se mogę. A co. Serdecznie dziękuję za ten wpis, naprawdę.

  • Okey, idę sobie otworzyć żyły i popłakać do kąta.

  • Agu

    Zwierzu, Twój talent do pisania długaśnych tekstów jest mocny! :)

    A w temacie czytałam fajną książkę ostatnio „Wielka Magia” Elizabeth Gilbert (tak, ta od „Jedz, módl się, kochaj”), polecam!

  • oo

    Idealny „tekst noworoczny” – temat kolebie mi się po głowie od jakiegoś czasu, po tym jak odrzuciłam może nie Marzenie, ale pewną ścieżkę zawodową. Którą bardzo lubiłam, rozwijałam się nawet, ale coraz bardziej mnie frustrowała – bo na tle tzw utalentowanych zawsze wypadałam słabiej. Chodzi o pracę kreatywną, stąd ten wspomniany talent, bo jednak pewnych rzeczy nie da się wypracować – mój talent okazał się być dość pośledni, niewystarczający. Bolało, ambicja szczególnie, ale po prostu zaczęłam się realizować zawodowo w inny sposób, jest dobrze, może bez takich emocji i porywów jak przy poprzednim zajęciu, ale jest naprawdę… fajnie. Nie będę Paganinim, Malczewskim czy Tołstojem, chociaż od dzieciństwa mniej-więcej tego typu przyszłość mi wbijano do głowy i hołubiono talenty. Myślę że trochę to rozbudzanie w dzieciach poczucia bycia wyjątkowym, niezwykle utalentowanym, najlepiej artystycznie robi niezłą sieczkę w głowie. Ciężko potem wylądować w codzienności bardziej szarej niż ta obiecywana.

  • Miarka

    Mam 26 lat i nie wiem kim chcę zostać kiedy dorosnę. W mojej sytuacji fajnie by było mieć Marzenie i obrać jakiś kierunek, a tymczasem marzę o świętym spokoju. I to nawet nie we własnym domu nad jeziorem czy chatce w górach, tylko w mieszkaniu w mieście i mając znośną pracę, w której mogłabym bezpiecznie przekoczować, aż odkryję co mi się chce robić dłużej niż pięć minut.

  • Marzenia nie muszą być duże, sama mam listę małych marzeń, które tę szarą – jak piszesz – codzienność mają za zadanie umilić. Jest na nich sukulent Wanda, która już ze mną zamieszkała, slam poetycki w czarnym golfie czy Abba na publicznym karaoke. Takie marzenia są równie ważne jak duże cele – nie przysłaniają nam perspektywy, nie prowadzą do desperacji i frustracji.

    Jeżeli z kolei chodzi o duże marzenia, według mnie to amerykańskie konstytucyjne „dążenie” jest tu słowem kluczem i to słowem bardzo dla mnie ważnym. Tak samo, jak mówi się, iż liczy się sama podróż, a nie jej miejsce docelowe, tak samo według mnie liczy się dążenie do spełniania marzeń, a nie samo ich spełnienie. Jeżeli należycie je docenimy, „po drodze” ku marzeniom możemy przeżyć wspaniałe rzeczy, spotkać niezwykłych ludzi i nauczyć się tego, czego wyłącznie siedząc w mieszkaniu z żoną i kotem nie osiągniemy. Ważne jest jednak, by nie brnąć po sukces z klapkami na oczach, ale pozwalać okolicznościom nas definiować i na nas wpływać. Czasem to, co zdarzy podczas dążenia może okazać się istotniejsze od spełnienia samego w sobie – powiedzmy sobie szczerze, droga zajmuje znacznie więcej czasu niż punkt docelowy. Może gdzieś w międzyczasie dzięki ogromnym marzeniom nauczymy się czegoś nowego o swoich umiejętnościach i zrozumiemy, że lepiej nam będzie z innym marzeniem? Ja miałam tak z pisaniem – bloga założyłam by dzielić się swoimi przemyśleniami ilustrowanymi autorskimi kolażami. Myślałam, że pomoże mi udoskonalić warsztat pisarski by tworzyć i wydawać książki, okazało się jednak , że to kolaż poruszył serca i innych, i moje, sprawiając, że zaczęłam weryfikować to, jak chcę by wyglądała moja przyszłość. I nie oznacza to, że marzenie o pisarstwie porzuciłam i do niego nie wrócę, po prostu jest tyle pięknych rzeczy, którymi mogę się zajmować, że nie chcę się ograniczać do wyłącznie jednej.

    Marzenia są potrzebne. Niemal każdy mimowolnie poszukuje w życiu pewnej celowości. To ona nadaje rytm następującym po sobie dniom. Jeżeli nie pozwolimy, by przysłoniły nam perspektywę i spowodowały frustrację oraz złość na samych siebie, możemy zyskać naprawdę wiele.

    • Ale cele to wcale niekoniecznie muszą być marzenia. Moim celem w tym momencie jest skończyć doktorat. I to nie jest żadne marzenie. Jeśli codziennie napiszę n-znaków i poświęcę godzinę czasu na naukę języka, to mogę mniej więcej przewidzieć datę (z dokładnością do 2 miesięcy) uzyskania tytułu. Zadania nadają celowość. Marzenia mogą być równie dobrze źródłem biernej frustracji.

      • Zgadzam się z Tobą, oczywiście, że nie są to pojęcia synonimiczne. Uważam, że zarówno cele, jak i marzenia mogą być źródłem frustracji, wszystko zależy od naszego do nich podejścia. W obu przypadkach wiele zależy od otoczenia, a nie tylko od nas samych i to potrafi ogromnie zniechęcać do działania.
        Jeżeli natomiast chodzi o celowość w życiu – jeżeli nasze cele nie pokrywają się z naszymi marzeniami, uważam, że jest znacznie trudniej znaleźć w sobie motywację do tego, by w ku nim dążyć. Tym bardziej, że często spełnianie kolejnych celów bywa drogą do prowadzenia życia, jakie chcemy prowadzić, co według mnie można już spokojnie marzeniem nazwać.

  • Mae K.

    Zwierzu, nawet nie wiesz jak cię uwielbiam za ten wpis.

  • Nie mam dużego marzenia. Krok w stronę tego małego bardzo mnie uszczęśliwił i cieszę się, że się nań zdobyłam.

  • Katarzyna Sawczuk

    Próbowałam już wczoraj dodać komentarz, ale mi się nie udało. No, nic. Może teraz.
    Piękny tekst, chociaż ujęcie tematu uważam za trochę jednostronne. Ale to nie szkodzi. Są to bardzo trafne spostrzeżenia – zatapianie się w marzeniach i próby realizacji ich za wszelką cenę niekoniecznie dadzą szczęście. Szczególnie jak się nie uda!
    Ale uważam, że marzenia trzeba mieć. Bo bez marzeń jednak ciężko żyć. Tylko warto zawsze rozważyć, czy parcie do realizacji naszych marzeń ma sens. Zdrowy rozsądek i realistyczne ocenianie szans zawsze warto włączyć – ale to nie zawsze się sprawdza, czasami rezygnujemy przedwcześnie. Jeśli jednak realizacja naszych marzeń miałaby kogoś bliskiego skrzywdzić, to może niekoniecznie należałoby dążyć do ich realizacji? No, chyba, że mamy dookoła siebie egoistów, którzy nas wykorzystują. Cóż, tak też bywa.
    Ja osobiście mam wielkie marzenie, które za mojego życia raczej nie zostanie zrealizowane. Otóż chciałabym wybudować na Marsie halę sportową albo operę… Czy wyobrażacie sobie, jaką rozpiętość powłoki dachowej można byłoby wykonać, ze względu na mniejszą niż na Ziemi grawitację panującą na Czerwonej Planecie?! Nawet wykonałam obliczenia. To byłoby coś wspaniałego! No, cóż. Lubię mój zawód – jestem z zawodu inżynierem budowlanym, (specjalność – konstrukcje betonowe) i chociaż nie mam w dorobku żadnych obiektów typu Burj Khalifa to jestem całkiem zadowolona z tego co robiłam i robię. A widząc budynki które powstały dzięki mojemu udziałowi w ich projektowaniu czuję satysfakcję.
    A drugie marzenie – pojechać w podróż dookoła świata… No, ale niestety. Forsy brak, a nie jestem na tyle przedsiębiorcza, żeby wędrować na wariata. Ale może wygram w lotto? czasami gram. Rzadko bo rzadko, ale zdarza mi się zagrać…

  • Agu

    Jeszcze myślę sobie, dlaczego marzeniem ma być zdobywanie nagród, zaszczytów i poklasku tłumów – presje tego typu sukcesu jest miażdżąca i potrafi skutecznie zabić proces twórczy. Dużo przyjemniejsze i chyba bardziej efektywne będzie włożenie energii w staranie, aby tworzyć coś jak najlepszego, mieć z tego przyjemność i żeby ktoś się o tym dowiedział.

  • Vandrer myślał, że jednorożec z latającymi gwiazdkami jest najlepszy, ale potem zobaczył jednorożyba (jak to się fachowo nazywa?) i padł. Podobnie jak padł pod wrażeniem roztropności całego tekstu (żeby nie było że scrolował tylko jednorożce).

  • Kilka dni temu spełniło się moje największe jak dotąd marzenie, dlatego pozwolę sobie radośnie się nie zgodzić. Jasne, marzenia o rzeczach nieosiągalnych są bez sensu (jeśli powodują brak zadowolenia z życia), ale ten moment, gdy można z uśmiechem powiedzieć „zawsze chciałem to zrobić” uważam za jeden z najszczęśliwszych, jaki może się trafić. Ważne, żeby nie robić niczego za wszelką cenę i nie dać sobie wmówić cudzych marzeń.

  • nomson

    Napisałaś dokładnie to co od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie. I to ważne, bo większość blogerów, raczej pisze właśnie posty o motywacji, o podążaniu za marzeniami i o tym, że można wszystko. Nie wiem jak u innych, ale u mnie takie motywujące posty zawsze powodują spadek motywacji i poczucie „no tak, bo ja nic nie osiągnęłam”.
    Wydaje mi się, że ten mityczny „talent” to jest wypadkowa wielu cech danej osoby – pewnej umiejętności autopromocji, zacięcia do pracy nad swoimi umiejętnościami no i trochę też szczęścia. I myślę Zwierzu, że masz rację z tym osiąganiem rzeczy nie robiąc nic. Chociaż nie nazwałabym tego nie robieniem nic, tylko raczej robieniem swojego tak samo jak zawsze i nie zastanawianiem się nad tym za bardzo. Tak czy siak, fajnie że piszesz czasem takie wpisy!

  • ewa

    Zwierzu, dziekuje za ten wspis. Malo dzis ludzi ktorzy potrafia wyjsc poza wlasny swiat, postawic sie w miejscu kogos innego i jednak sprobowac zrozumiec ze to co robie, jak mam, jak mysle ja nie zawsze jest tylko moim wlasnym wyborem Niektorzy pisza ze twoj wpis jest dosc jednostronny, jednak ja uwazam ze dobrze, poniewaz peany zachwytu na temat maratonu do sukcesu i pogonia za koniecznie oryginalnym i jak najwiekszym szczescie wyplywaja z kazdej najmniejszej przestrzeni internetu. Czas najwyzszy na ta druga ciemniejsza strone.
    Od jakiegos czasu obserwuje z pzrerazeniem jak latwo ludzie popadaja w samozachwyt, jesli tylko cos im wyjdzie i jak latwo do tego teorie. Ja zrobilam A i B, JA TO ZROBILAM, sama tylko dlatego mi wyszlo. Nie wyszlo ci? Pewnie za glupias, za leniwas zeby wykonac te same kroki. Przeciez to takie proste. Tylko ze te same kroki za kazdym razem i u kazdej osoby kreuja zupelnie inne rezultaty..
    Tak samo jest z marzeniami..Jednych marzenia uskrzydlaja i prowadza do suksesu, natomiast innych prowadza niestety na dno i naprawde warto zaczac o tym mowic.
    Bliska mi osoba, pracowita, duzo od siebie wymagajaca, z marzeniami ciagle odnosila porazki. Sluchajac tych jakze uproszczonych i bardzo bolesnych i krzywdzacyh ocen nie potrafila tego wszystkiego udzwignac i popelnila samobojstwo..Wiedziala ze stara sie nie mniej niz inni, dlugo nie narzekala ale presja i poczucie porazki zaczelo ja przygniatac.,..Nie bylo nie malze nikogo kto mowilby ze jest ok jak jest a swiat z dnia na dzien wpajal jej przekonanie ze to gdzie jest, to ze wyladowala pod tym kocem, mimo usilnych prob nie raz na jakich czas ale prob i ulepszania siebie ktore trwaly cale zycie, ze to wszystko nie ma znaczenia poniewaz wedlug kazdego ‚najmadrzejszego i wszystkowiedzacego’ zewnetrznego analizatora ktoremu jej problemy byly obce odpowiedzia byl tylko i wylacznie byl jej brak rezultatow…Potem bylo juz za pozno i jej marzenia ktorych nie potrafila zrealizowac, presja otoczenia zeby potrafic je osiagnac, lub zeby chociaz byc coraz blizej sprawily ze nie dala rady..
    Marzenia maja ciemna strone i trzeba byc naparwde slepym zeby tego nie dostrzegac. Nie zawsze prowadza nas w lepsze miejsce, nie zawsze nas rozwijaja, czasem za jedna nowa pozytywna lekcje w naszym zyciu przyplacamy tak wielkim obciazeniem ze balans czasami wychodzi bardzo ujemny..
    Pisza niektorzy o mniejszych tez marzeniach ale nawet te mniejsze potrafia niszczyc..Marzenia o dziecku ktorgo po latach prob okazuje sie nie ma szans miec – mam taki przyklad obok. Bylo marzenie, przez lata powodowalo usmiech na twarzy teraz skoncyzlo sie straszna depresja. NIe wiem czy ta osoba kiedykolwiek zaakceptuje fakt ze jej marzenie nigdy sie nie spelni..Marzenie o rodzinie, o domu dla innych tez zaskakujaco potrafi okazac sie nierealne i nie ma to nic wspolnego z brakiem staran, prob i pracy nad soba. Po prostu takie jest zycie..
    Niestety zewszad slyszymy wlasnie to o czym napisalas ty – ze przeciez kazdy moze wszystko i wystarczy tylko chciec, bardzo chciec. Nie osiagnelas marzenia? nawet takiego zwyczajnego – proste ze to tylko twoja wina. Jestes nic nie warta jednostka ktora zasluguje tylko na ponizajace i patronizujace kiwanie glowa ze smutkiem – patrzcie to przyklad lenia i nieudacznika.
    Poznalam w swoim zyciu tak wiele osob z roznych srodowisk, o tak roznych charakterach i podejsciu do zycia i naprawde nie widze az tak silnego zwiazku starania sie, marzen i rezultatow. Znam wielu obibokow i leni ktorzy maja sie super i odnosza o dziwo sukcesy.Im jednak spoleczenstwo nie zaglada w zyciorycs i pod koldre, dostaja automatyczny szacunek i zaklada sie ze napewno sami zapracowali.
    W dzisiejszym kulcie sprawczosci nic nie wypada brac pod uwage, nic. Jestesmy bogami i mozemy wszystko.
    Ja tylko zycze zawsze tym najglosniej krzyczacym, tym z najsztywniejszymi pogladami, tym najdumniej wypinajacymi piers gdy do czegos dojda zeby po prostu mieli kiedys okazje znalesc sie po tej drugiej stronie..Zobaczyc na swojej skorze jak bola dazenia, ciezka praca, podazanie za marzeniami ktore koncza sie raz za razem totalnym fiaskiem. Jak to jest gdy brakuje sil i co najwazniejsze jak to jest czujac ze caly swiat nie wierzy w nasza prace poniewaz licza sie tylko rezultaty i tylko one ponoc swiadcza o jakosci nas samych, doborze naszych marzen, naszych wysilkach itd.

  • Miałam kiedyś marzenie. Chciałam zostac aktorką, grać w teatrze. Oczywiście marzyły mi się główne role w wielkich sztukach. Byłam zdeterminowana do spełnienia tego marzenia, ale zachorowałam. Zachorowałam, straciłam słuch i tyle z marzenia. Oczywiście milion razy słyszałam, że mam się nie poddawać, ale moje obecne życie, choć dobre, to jest wystarczająco trudne. Codzienność jest trudna. Taka prosta rzecz jak rozmowa przez telefon jest dla mnie nieosiągalna. Wkładam dużo wysiłku w samo życie i dlatego nie chce mi się już męczyć jeszcze bardziej, by tuż przed 30stką spęłnić marzenie o aktorstwie. Tak do końca, to nigdy nie pogodzę się z tym, że los tak okrutnie ze mnie zakpił, ale w momencie, w którym odpuściłam poczułam się spokojniejsza, a moje życie stało się lepsze. Dzisiaj po prosti żyję. bez wielkich marzeń i planów i lubię to moje spokojne życie.

  • Ania Kopeć

    Dziękuję Ci Zwierzu za ten tekst. Bardzo bardzo był mi teraz potrzebny.

  • Sama też miałam jakiś czas temu etap rozmyślania i frustracji, że nigdy nie goniłam za jakimś Wielkim Marzeniem, którą to pogoń teraz wszyscy lansują. Może gdybym miała Wielkie Marzenie moje życie byłoby pełniejsze, miało więcej sensu, byłabym szczęśliwsza, budziła czyjś podziw, byłabym taka „instagramowa” właśnie. A ja kurde, nigdy takiego marzenia nie miałam. Ba, ja właściwie od zawsze marzę dla samej przyjemności marzenia. Czym innym jest to, co chcę zrobić. Marzenia służą mi do zastanawiania się, „co by było gdyby”, wymyślania różnych wersji siebie i swojego życia – a potem jakoś na ich podstawie myślę sobie „aha, no ale właściwie to i to mogę bez problemu zrobić”. Kiedyś już zwierz pisał jak to marzenia czy cele spełniają się mimochodem i kiedy nie patrzymy. Nie przeszkadza mi, że 80% moich marzeń jest nadal marzeniami, bo o połowie fajnych rzeczy, które mnie spotykają nawet nie marzyłam. Ot – ten komentarz piszę z Wybrzeża Kości Słoniowej (tak, tu też Cię czytają :). Jeszcze rok temu w głowie mi nie postało, że będę mogła pojechać do Afryki, wszystko jakoś stało się samo. Uważam, że to wspaniałe, że nigdy nie wiadomo, co czego doprowadzą takie czy inne decyzje i że świetnie jest mieć marzenia, ale jak pisało wiele ludzi przede mną, trzeba cieszyć się tym, co po drodze, decydować spontanicznie na to czy tamto, nie planować tak zawzięcie cały czas. Moim zdaniem praca z nastawieniem na sukces jest jakaś niepełnowartościowa. Znów to, co Zwierz pisał – osiągnął coś mimochodem i nie wiadomo kiedy, bo skupiał się tylko na radości i przyjemności z kolejnych kroków po drodze. I akurat Zwierzowi przydarzyło się po drodze to i to: jeździ na konwenty, patronuje festiwalom, a mi czy komukolwiek innemu przydarzy się po drodze co innego, ale dla nas równie wspaniałego, czego być może się nie spodziewaliśmy ale jakiś splot okoliczności i tego, co zrobiliśmy sprawił, że wydarzenia poukładały się tak a nie inaczej. Chodzi chyba o to, żeby nie żyć marzeniami innych. Jasne, fantastycznie jest mieć swoje prelekcje ale fantastycznie jest również rysować komiksy albo badać afrykańskie targi – i mnie akurat, zbiegiem moich starań i innych okoliczności, udaje się to ostatnie. Na koniec jeszcze chciałabym dodać, że sądzę, że jesteśmy zbyt małym elementem wszechświata, żeby tak dumnie decydować co nam się przydarzy. Możemy robić małe rzeczy a co z tego wszystkiego wyjdzie, na to już naprawdę nie mamy żadnego wpływu :)

  • Aneta
  • Majka Ulatowska