Ładni ludzie nie mają dylematów moralnych czyli o Pasażerach (ze spoilerami)

07/01/2017

Jest zimna to musi być zimno czyli krótki popkulturalny przewodnik po chłodzie

07/01/2017

Nawet wozu z sianem brak czyli chłodno o Assassin’s Creed

07/01/2017

Zwierz nigdy nie grał w Assassin’s Creed. To znaczy grał. Kiedyś w sklepie pozwolono mu grać przez dziesięć minut w pierwszą część. Zwierz świetnie się bawił, kogoś zabił i chyba spadł z konia albo z budynku. W każdym razie tyle. Nie mniej na adaptację gry udał się do kina ochoczo. Nazwijcie to skokiem wiary ale zwierz miał nadzieję, że tym razem się uda. Niestety rozpaćkał się o chodnik.

Zacznijmy od tego, że zwierz doskonale zdaje sobie sprawę, że nigdy nie było jakiejś szczególnie dobrej ekranizacji gry. Ale Assassin’s Creed teoretycznie mógł być oglądalny. Za kamerą stanął Justin Kurzel, który wyreżyserował może nie wybitnego ale pomysłowego Makbeta. Głównego bohatera miał zagrać Fassbender (który grywa w złych filmach ale przynajmniej jest na co popatrzeć) a partnerować miała mu Marion Cotillard. Do tego w drugoplanowych rolach pojawia się Charlotte Rampling i Jeremy Irons. No to jest obsada fenomenalna. Do tego gra – jakkolwiek można jej wiele zarzuć pomysł miała całkiem niezły – przynajmniej wizualnie, bo kto by sobie nie chciał popatrzeć na fajnie ubranych zakapturzonych ludzi skaczących po dachach. Filmowy parkur ma się od pewnego czasu dobrze, więc wystarczy tylko wszystko podkręcić i można się dobrze bawić.

Jedyną rzeczą jaką da się powiedzieć na pewno o przodku naszego bohatera to, że w ramach prekognicji już mówił po hiszpańsku z irlandzkim akcentem

Tak się zwierzowi wydawało. Nie mniej kiedy światło na sali filmowej zapaliło się po seansie zwierz mógł z ręką na sercu powiedzieć, że jedynym naprawdę wartym wyprawy do kina elementem całej produkcji było jakieś dwadzieścia pięć minut kiedy Fassbender bez większego scenariuszowego powodu gania bez koszulki. A że do filmu ćwiczył a sylwetkę zawsze miał taką śliczną to można nacieszyć oczy. Tu właściwie lista pozytywnych uwag się kończy. Nie jest to lista długa i niepokojąco przypomina tą którą zwierz sporządził zaraz po tym jak skończył się seans Tarzana i okazało się, że tam z kolei film nabierał sensu dopiero po 35 minucie kiedy koszulkę zdejmował Aleksander Skarsgard. I choć zwierz jest czuły na piękno ładnie wyrzeźbionej muskulatury, to jednak wybiera się do kina z nieco innych pobudek. Może coś jest z nim nie tak ale woli kiedy film ma …. no nie wiem.. fabułę? Postacie? Sens? Albo chociaż odrobinę dialogów.

Zwierz musi powiedzieć, że pozbycie się przez Fassbendera koszulki na 25 minut filmu czyni seans atrakcyjnym, choć nie znajdziecie w scenariuszu nawet pół linijki o tym dlaczego to robi. Ot poczuł że czas poświecić klatą.

No właśnie gdyby zacząć wypisywać wszystkie problemy z filmem trzeba byłoby zacząć od sprawy fundamentalnej. Otóż cała historia o Złych Templariuszach szukających Jabłka z Edenu by zabrać ludziom wolną wolę jest bez sensu. Bez sensu są również bractwo Asasynów które im w tym przeszkadza. A najbardziej bez sensu jest całe to koszmarne paplanie o DNA dzięki któremu można podróżować do wspomnień swoich przodków jeśli tylko podłączymy się pod odpowiedni program. Cały ten zestaw aż krzyczy „Piramidalna bzdura” a jak dodacie do chyba bardziej niż większość ekranizacji komiksów, choć tam przekonuje się nas że Thor jest prawdziwy tylko pochodzi z kosmosu. Bzdurność założeń fabuły wcale nie musi być problemem. W kulturze popularnej jest całe mnóstwo bzdur które całkiem nieźle się sprzedają. Ponownie spójrzcie na próbę streszczenia ekranizacji komiksów. Facet przebierający się za nietoperza, kosmita z dobrym sercem, czy lekarz którzy nauczył się magii. Cała sztuczka polega na tym by do bzdury którą chce się zaproponować widzowi dobrać odpowiedni ton. Film który opowiada niedorzeczną historię musi sobie z tego zdawać sprawę. I znaleźć sposób by swoją bzdurę może nie tyle uwiarygodnić ale uczynić znośną a czasem nieistotną dla widza.

„Mam nadzieję, że większość tego filmu będzie rozgrywała się w teraźniejszości ” – nie powiedział żaden oczekujący na ten film. Nigdy.

Zasadniczo są dwa sposoby. Pierwszy – iść w charakter i wiarygodność bohaterów. Zasada jest prosta – jeśli zależy ci na bohaterze jesteś w stanie uwierzyć w zasadność wszystkiego co robi i nie spędzać zbyt wiele czasu rozkładając na czynniki pierwsze dlaczego to robi i czy to jest możliwe. Weźcie Indianę Jonesa. Serio hitlerowcy poszukujący arki przymierza by wygrać wojnę? Archeolog który po pracy jest poszukiwaczem przygód posługujący się biczem? Mądre to to nie jest. Ale ponieważ bohater jest doskonale napisany a my od razu lubimy go i jego towarzyszy. Ponieważ rozumiemy jego motywacje oraz zagrożenie to nie za bardzo nam przeszkadza że tak na dłuższą metę wszystko nie za bardzo ma sens. Drugi sposób to metoda na Marvela. Co pewien czas – kiedy sprawy zachodzą za daleko do krainy bezsensu, twórcy mrugają do nas albo trochę „odsuwają” nas od akcji wykorzystując humor. W ten sposób sygnalizują widzowi „Tak wiemy że to wszystko jest trochę bez sensu ale wszyscy się dobrze bawimy więc  oglądajmy dalej”. Te dwie metody doskonale działają i są wykorzystywane naprzemiennie a w najlepszych filmach rozrywkowych nawet razem.

Podtytuł filmu powinien brzmieć „Assassin’s Creed czyli Fassbender stoi na gzymsie”.

Niestety twórcy Assasin’s Creed uznali, że są za dobrzy na którykolwiek z tych pomysłów i podeszli do produkcji z mieszaniną niedbalstwa i śmiertelnej powagi. Niedbalstwo widać w sposobie kreowania postaci. Ktoś sprzedał scenariusz w którym nie ma nikogo kto miałby jakikolwiek charakter. Główny bohater po prostu jest. Mówi o sobie, że jest człowiekiem agresywnym, wiemy że kogoś zabił. Ale co poza tym? Cóż właściwie jedyną konkretną wiadomością na jego temat jest to, że ma umiarkowane zdolności plastyczne,  oraz że lubi steki. Ale jakim jest człowiekiem? Jakie motywacje nim rządzą? Co go napędza? Co sądzi o swojej sytuacji? Nic się nie dowiecie. Co więcej nie jest on w tym filmie sam. Prowadząca  badania pani naukowiec, jej ojciec przywódca całego ośrodka prowadzonego z ramienia templariuszy, ukochana przodka naszego bohatera. Wszystkie te postacie chodzą po ekranie coś mówią ale nigdy nie ożywają. Nie mają głębi, nie mają za bardzo motywacji, pomysłów, ani nawet trudno je ocenić. Po prostu są i wygłaszają swoje kwestie.  Z kolei śmiertelna powaga jest w przypadku takich filmów autentycznie zabójcza. Gdzieś w takiej historii o Templariuszach, Asasynach i przenoszeniu się w świat Hiszpańskiej Inkwizycji musi być poczucie humoru. Bez niego nie da się tego przełknąć. Ale twórcy postawili sobie chyba za punkt honoru potraktować się chyba jeszcze poważniej niż Batman v Superman. W związku z tym humor pojawia się niestety w sposób niezamierzony. Jest w tym filmie kilka scen w założeniu dramatycznych, które sprawiają że człowiek parska śmiechem.

Konstrukcja bohatera jest na tyle mizerna że wiemy iż lubi rysować węglem. I to jest chyba największe spojrzenie w głąb jego psychiki. Wiemy też że nie jest w tym specjalnie dobry.

Teoretycznie twórcy mogliby jeszcze – zdobyć zaszczytny medal „Głupie a ładne”. Niestety tu zawiódł ich budżet czy brak pomysłu. Film rozgrywa się w czasach hiszpańskiej inkwizycji ale wygląda jakby przeszłość charakteryzowała głównie mgła. Pięknych widoków nie ma za wiele, zaś twórcy są tak zachwyceni Fassbenderem spoglądającym z góry na miasto, dom, ludzi, helikoptery i ogólnie całe mnóstwo innych rzeczy, że nadużywają tego ujęcia ostatecznie pozbawiając je całego uroku. Do tego zdecydowano się że elementem ułatwiającym widzowi znalezienie się w przejściach pomiędzy scenami będzie – latający orzeł (czy sokół). No i w jednej scenie to może jeszcze gra ale w pewnym momencie zwierz miał wrażenie jakby grał na jakimś starym komputerze na którym bardzo długo wczytuje się nowy etap i pozwolono mu oglądać tylko ekrany wczytywania. Zresztą ten zabieg przypomniał zwierzowi inny film w którym widział coś w tym stylu. Były to toczące się po niebie chmury w ekranizacji Wiedźmina. Jak sami rozumiecie – kiedy coś przypomina wam ekranizację Wiedźmina to coś niedobrego rozgrywa się przed waszymi oczyma. Co więcej – nawet bieganie po dachach i okolicach zwierz widział już w ładniejszym i bardziej emocjonującym wydaniu. Ale tu wracamy do tego o czym zwierz pisał. Jeśli nie znasz postaci które po tych dachach biegają to właściwie co cię taka scena ma obchodzić? Tylko wtedy kiedy uda się wzbudził w widzu jakieś emocje cała ta bieganina nabiera sensu.

Film mógłby trafić do kategorii „Głupie ale ładne” problem w tym że nie jest specjalnie łądny.

Kiedy mówi się, że film nie tworzy żadnych postaci to najczęściej jest to wina nawet nie tylko aktorów ale przede wszystkim scenariusza. Otóż zwierz odniósł wrażenie, że udało się stworzyć scenariusz nie tylko bez żadnej istotnej ale też bez żadnej interesującej wymiany zdań. Choć bohaterowie do siebie mówią to trudno uznać że odbywa się tu jakakolwiek komunikacja. Np. w jednej ze scen bohater Fassbendera mówi że jest głodny. Na co zostaje zaprowadzony do miejsca gdzie tłumaczy mu się całą historię tego jak właściwie został wybrany do projektu Animus. Pomiędzy tą a poprzednią sceną nie ma żadnej łączności a dialogi z jednej i drugiej sceny słabo ze sobą korespondują. Więcej są w tym filmie sceny gdzie dwoje bohaterów do siebie mówi ale właściwie nie rozmawiają. Każdy odhacza swoje linijki dialogu. Zwierz miał wrażenie jakby oglądał zbiór takich scenek które wypełniają grę pomiędzy kolejnymi etapami. Z tą różnicą że autor scenariusza postarał się by nikt nie powiedział nic ciekawego. Do tego stopnia że właściwie można się zastanawiać czy którykolwiek z bohaterów mówi cokolwiek poza przekazywaniem informacji czy powtarzaniem dość  nudnych albo wytartych frazesów. Zwierz pisze tą recenzję kilka godzin po seansie i nie jest w sumie sobie w stanie przypomnieć większości dialogów.

„Ja muszę pomalować zamek na łososiowo a co ty robisz w tym filmie?”

Do tego dochodzą aktorzy. Zwierz ma wrażenie że powinien powstać jakiś przepis który stanowi, że Jeremy Irons nie ma prawa grać w produkcjach nawiązujących do zdobyczy kultury popularnej. Serio jego pojawienie się w takiej produkcji zwykle zwiastuje klapę. Zwierz rozumie, że aktor ma zamek który wymaga regularnego malowania na łososiowo ale naprawdę – zwierz dłużej nie zniesie. Trudno też powiedzieć co w filmie robi Charlott Rampling ale patrząc na jej obecność w tym gniocie zwierz podejrzewa, że powinien powstać jakiś fundusz dla aktorów z którego po prostu będą pobierać pieniądze zamiast grać w takich produkcjach. Serio zwierz by się dorzucił tylko po to by ich uratować. Co do Fassbendera to trzeba powiedzieć, że ma on niesamowitego nosa do złych filmów. Jak na tak doskonałego aktora jakim potrafi być udało mu się wystąpić w kilku naprawdę nieudanych produkcjach. W Assasin’s Creed nie jest aż taki zły ale po prostu jakby… nie ma czego grać. Jego bohater nie istnieje więc poza odtwarzaniem choreografii walk niewiele aktorowi do grania zostaje. Z kolei Marion Cotillard ma w oczach taką pustkę jakby widziała jak jej naprawdę ciekawa kariera w ambitniejszym kinie wyjeżdża na srebrnym wózeczku przez drzwi obok. Zresztą Cotillard też powinna dostać zakaz grania w czymkolwiek co nie jest poważne i zaangażowane. Zwierz przyzna szczerze, że  widzi też problem relacji pomiędzy twórcami filmów a grami. Zarówno reżyser jak i aktorzy przyznali się że nie grali w grę. Zwierz zastanawia się do jakiego stopnia można zrobić dobry film na podstawie gry bez znajomości gry. To znaczy bez zrozumienia co stoi za sympatią do gry – od strony fanów.  Jasne – byli aktorzy którzy grali w ekranizacjach książek których nie czytali. Ale kiedy nikt z ekipy nie jest zapoznany z grą na poziomie intensywnego odbioru to można się zastanawiać – do jakiego stopnia są w stanie powiedzieć co właściwie jest w takiej grze interesujące.

„Hej myślisz że widownia załapie tą subtelną symbolikę tej sceny?”

Oglądając Assasin’s Creed które w przybliżeniu trwa dwa tygodnie – a przynajmniej tak się wydaje kiedy człowiek siedzi na sali i nie ma co ze sobą zrobić bo oglądanie filmu raczej nie wchodzi już w grę (Fassbender założył w końcu koszulkę) – zwierz zaczął się zastanawiać nad problemem ekranizacji gier. Jak wiadomo, co się ktoś bierze za ekranizację gry komputerowej to jaki to by nie był hit kończy się chałą albo finansową klapą a najczęściej jednym i drugim. Przy czym na polu bitwy pokonane zostają ekranizacje tak wierne że wyglądają jak fragmenty gry i tak niewierne że mają z gry tylko tytuł (a i tak trzeba się cieszyć że nie z literówką). Zwierz ma swoją teorię . Uwaga, uwaga oto teoria zwierza. Otóż zdaniem zwierza nikt nie chce ekranizacji gier. To nie ma sensu. Kino nie jest w stanie odtworzyć przeżycia jakie daje granie w grę. Co więcej – relacja pomiędzy graczem a grą jest inna niż pomiędzy czytelnikiem a książką. O ile ekranizacja może ciekawie interpretować książkę, to ekranizacja gry zwykle ją spłaszcza bo pozbawia świat gry elementów (np. interaktywności)  a nie ją wzbogaca.  Czego więc chcą ludzie? Okej, pamiętajcie że to tylko teoria zwierza. Otóż ludzie chcą – fan fików do gier.

Ta radość kiedy okazuje się, że wszyscy grzecznie grają według tych samych reguł i nikt nie przyniósł pistoletu na pojedynek w stylu hiszpańskiej inkwizycji

Tak moi drodzy – teoria zwierza mówi, że jeśli ktoś chce efektu gry – zagra w grę. Tego czego gra nie daje to  te elementy z których musi najczęściej zrezygnować. Czyli to co dzieje się poza samą akcją. Sceny obyczajowe, domowe, w jakimś stopniu romantyczne, czy jak wspomniano dowcipne. To wszystko co rzecz jasna gdzieś się tam w grach pojawia ale naprawdę zyskuje kiedy bohaterów animowanych zastępują prawdziwi aktorzy. Tu film może grę prześcignąć, pogłębić nawet obecne w grach elementy, dodać coś co da satysfakcję widzowi. Zwierz założy się że gdyby twórcy filmu zamiast koncentrować się na kolejnych scenach akcji, dodaliby kilka dobrze skonstruowanych scen obyczajowych to film byłby lepszy. Ale tego nikt nie zrobi bo przekonanie jest takie. Skoro graczami w gry są młodzi faceci, i lubią grę gdzie się skacze po dachach, to pewnie chcą zobaczyć w kinie jak ktoś skacze po dachach. Co nie ma za bardzo sensu bo kino odgrywające grę przegra. Da mniejszego kopa niż gra, będzie raczej oglądaniem jak ktoś inny przechodzi kolejne etapy. Tu kino wygrać nie może. Natomiast mogłoby wygrać korzystając z sympatii jaką ludzie darzą postacie i wykorzystując to do ich pogłębienia na ekranie – dając coś nowego.

Ej bo przecież widzom zależy tylko na tym by popatrzeć jak postać skacze z dachu na dach jak w grze. Co innego by ich znudziło.

Niestety takie myślenie o ekranizacji gry jakoś nie może się przebić. Najpewniej dlatego, że wymagałoby to odejścia od przekonania, że film oparty o grę musi całą swoją energię czerpać z akcji i odgrywania w realnych przestrzeniach efektów z gier. Kino ekranizujące komiksy znalazło swój własny język filmu super bohaterskiego. Filmy nie odtwarzają komiksowych kadrów – a przynajmniej robią to nieczęsto (z pominięciem takich produkcji jak Sin City, ale to trochę inna para kaloszy) – zamiast tego stawiają na dobrze napisane postacie, relacje między nimi i humor. To się sprawdza bo to kino ma własną tożsamość. Tymczasem ekranizacje gier cierpią na brak tożsamości. Są tylko próbą uzyskania dodatkowego dochodu z istniejącego produktu. Co więcej – jak widać próbą najczęściej zupełnie chybioną. Zwierz widział tylko jedną ekranizację gry która mu się podobała i był to Warcraft. Ale dlatego, że spełniał – zdaniem zwierza – podstawowe założenie – budował postacie i konflikty pomiędzy nimi na tych samych zasadach na jakich robi się to w filmach które z grami nie mają nic wspólnego. Innymi słowy – przy całej swojej ozdobności i kiczowatości, traktował widza na tyle poważnie by zaproponować mu jakichś bohaterów. I emocje.

Powiedzmy to raz i nie wracajmy do sprawy. Fajny strój nie zastąpi całej osobowości bohatera.

Zwierz przyzna szczerze, że nie pamięta kiedy ostatnim razem zakończenie filmu byłoby mu tak obojętne. Rzeczy rozegrały się przed nim na kinowym ekranie dość szybko. Kto przeżył, kto zginął, kto będzie pragnął zemsty mało obchodziło zwierza. Trudno by było inaczej. Spędził czas na oglądaniu jak ktoś gra w grę. Nie jest to ulubiona rozrywka zwierza i naprawdę zna lepszy sposób by spędzić swój czas. Jednocześnie zwierzowi trudno wyobrazić sobie oglądanie tego filmu z zaangażowaniem. Co jest ponownie – pewnym osiągnięciem. Ostatecznie Assasin’s Creed jest jednym z najgorszych tego typu filmów jakie zwierz widział od dawna.  Nie ma bowiem chyba gorszej zarazy od filmu który jest tak bardzo pusty w środku. I nawet wozu z sianem nie ma.

PS: Zwierz napisał bez spoilerów bo uznał że grają to tylko jeden dzień. Nie mniej jeśli miałby kiedyś napisać recenzje ze spoilerami to byłby zdecydowanie bardziej złośliwa.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Malazańska Piechota Morska

    A ja się zastanawiam jakby to było gdyby ktoś spróbował zrobić serial. Gdyby mieli czas na odpowiednie opowiedzenie historii.

  • i_am_keyser_soze

    Czyli to jest tak złe jak wszyscy mówią. Może kiedyś, gdy dadzą w TV, z dużą ilością alkoholu pod ręką.

  • Wazon

    Niezbyt dawno wydano mi książkę, o tematyce dotyczącej okupacji Warszawy w 1943 r. i poprosiłam naszego bliskiego znajomego, żeby ją przeczytał. Ale na moją sugestię odpowiedział, że nie przeczyta bo szkoda mu na to czasu. To „szkoda czasu” dedykuję czytelnikom. Zwierz ogląda ,bo to jego pasja i zawód, ale jeśli się nie musi…?

  • Fajna teoria tłumacząca nieidealność adaptacji gier video. Trochę się zgadzam, trochę jednak nie :)

    Pokolenie, które dorastało (i nadal dorasta :P) z grami video nie zdążyło jeszcze wydać z siebie tylu uznanych reżyserów, by wśród nich znaleźli się ludzie naprawdę rozumiejący, w jaki sposób powinno się adaptować gry video. W rezultacie znacząca większość osób pracujących w przemyśle filmów blockbusterowych nie za bardzo łapie, o co chodzi z tymi grami video. Filmowcy nie mają pojęcia jak w efektywny sposób zaadaptować grę video do formatu filmu – nawet jeśli wybiorą dobrą grę z fajną, łatwą do przeniesienie na ekran fabułą i tak prawdopodobnie nie będą rozumieli, co sprawiło, że ta gra spodobała się tylu osobom.

    Myślę, że to kwestia czasu. Prędzej czy później ktoś zrobi ekranizację gry video *dobrze* i zła passa zostanie przełamana. Z filmami superbohaterskimi było przecież tak samo – większość tego typu produkcji z lat dziewięćdziesiątych była straszna (jak wiele rzeczy z lat dziewięćdziesiątych), aż w końcu X-Men chwycili i wszystko zaczęło toczyć się w odpowiednim kierunku, dzięki czemu dziś mamy pięć albo sześć ekranizacji komiksów rocznie, z których przynajmniej połowa to niezłe filmy.

    Z dobrych, naprawdę dobrych adaptacji gier video przychodzi mi do głowy przede wszystkim Silent Hill, którego twórcy zrozumieli, co jest esencją materiału źródłowego i potrafili przeszczepić ją na srebrny ekran. Jasne, nie był to film idealny, ale naprawdę porządnie zrobiony i mający sporo substancji własnej.

    • zpopk

      W pełni się zgadzam że jest olbrzymi problem z twórcami i zrozumieniem o co naprawdę w grach chodzi. Widać to chociażby we wspomnianym problemie jakim jest nieznajomość gry przez filmowych twórców – i zdarza się to nie pierwszy raz. I ja w sumie chodzę na te ekranizacje bo mam nadzieję, że to się w końcu zmieni. Pytanie tylko czy będzie na to kasa. Bo kiedyś Hollywood powie „stop”

      • Jaszczur

        No a Warcraft, to nie był może dobry początek? I jeszcze pierwszy Mortal Kombat idealnie oddawał ducha gry i był całkiem niezłym filmem.

        • zpopk

          Ja lubię Warcrafta bardzo ale wiem że to jest raczej odosobniona opinia

          • Sirocco

            Ej, nam się podobał i nie byliśmy jedyni.

          • Lilith

            Dodaję swój głos, byłam na Warcrafcie ładne kilka razy i za każdym razem podobał mi się bardziej! Aczkolwiek patrząc na klasyczne „endy” filmów amerykańskich i chińskich wiem, dlaczego w Chinach spodobał się bardziej xD.

  • scripty

    Hmm, może się czepiam – jeśli się czepiam, to niech mi ktoś wytłumaczy i przepraszam – ale mam wrażenie, że za zdanie „Najlepsze w filmie jest to, że przez 25 minut aktorka chodzi w bikini/ bez stanika” natychmiast posypałyby się oskarżenia – słuszne moim zdaniem – o seksizm itp. Dlaczego zachwyt męską klatą jest OK? Pytam szczerze, bo to już któraś taka uwaga i za każdym razem odczuwam podobny niesmak.`

    • Bitsy

      Mam podobnie, też zastanawiam się dlaczego uprzedmiotawianie mężczyzn przez kobiety jest ok, ale kobiet przez mężczyzn już nie. Jak się okazuje, ze względu na długą historię uprzedmiotawiania i dyskryminacji kobiet, nie można porównywać jednego z drugim albowiem kontekst sytuacyjny jest odmienny. Czyli wychodzi na to, że kobiety teraz mogą sobie „odbić” za te wszystkie lata, kiedy to one poddawane były dyskryminacji. Czy ma to sens? Według mnie żadnego, podobnie jak ta cała łatka „seksizmu”. Jesteśmy ludźmi u diabła, podobają nam się piękne półnagie kobiety i przystojni półnadzy mężczyźni, ja osobiście nie wiedzę tym nic złego do momentu aż to wszystko nie zakrawa o bycie wulgarnym i obleśnym.

      • zpopk

        Chciałabym tylko zauważyć że istnieje przepaść pomiędzy kulturowym postrzeganiem półnagiej kobiety i półnagiego mężczyzny. Plus – nie da się też uniknąć faktu, że kobiet są w kulturze bez porównania bardziej uprzedmiotowiane od mężczyzn. Jeśli film pokazuje półnagiego aktora (mam wrażenie że moje podkreślanie że nie ma to uzasadnienia w scenariuszu pokazuje jak bardzo jest to efekt z góry zamierzony) to jest to zwykle dostrzegalne. Jesli pokazuje aktorkę w znacznym stopniu rozebrania się – to zwykle jest to element tak powszechny że w ogóle nie da się tego zauważyć. I nie nie jest seksizmem dostrzeżenie że ktoś jest ładny, dobrze wygląda, czy że ogląda się film ze względu na jego urodę. Seksizm polega na tym, że sprowadza się obecność osoby tylko i wyłącznie do jej wyglądu i nigdy nie postrzega się jej przez inny pryzmat. Na tym blogu niejednokrotnie dawałam wyraz że na Fassbendera spoglaadm inaczej. Zaś uwagi o muskulaturze są raczej wyrazem mojego rozczarowania filmem który nic innego nie miał mi do zaoferowania mając wybitnego aktora w obsadzie.

        • scripty

          OK, dzięki za wyjaśnienie.

  • Kama

    Absolutnie nie moje klimaty, a moje („Paterson”) musiałam odłożyć na juto. Ale – trochę w duchu wyzwania Zwierza – spędzam wieczór z czymś innym niż zwykle. Pod wpływem paru pozytywnych recenzji sięgnęłam po… multi-camera sitocm „One Dat at a Time” na Netfliksie. Jestem po 2 odcinkach i na razie to zaskakująco nieżenujące, za to ciepłe, rodzinne, dobrze zagrane zajęcie na weekend.

  • Zwierzu, a ja mam pytanie lekko offtopiczne, ale tylko lekko. Wiele razy zwierz podejmował temat równości, dyskryminacji, seksizmu, feminizmu i paru innych izmów. I teraz w kontekście tego i powyższej recenzji niech mi zwierz odpowie, jak by skomentował i jak bardzo by potępił recenzję „Tomb Raidera” tej treści „film jest durny i bezsensowny jak obrady sejmu, i jedyną rzeczą wartą w nim obejrzenia są cycki Angeliny Jolie”. Jakoś u Zwierza coraz więcej tej asymetrii.

    • zpopk

      Po pierwsze gdybyś napisał „Dla mnie jedyną pociechą jest przyglądanie się urodzie Angeliny Jolie” nikt by ci naprawdę nic złego nie napisał – w każdym razie nie ja. Nie widzę powodu dla którego uznanie że uroda aktorów miałaby nas nie cieszyć byłoby czymś złym. Przypominam też że nagość męska i kobieca jest czymś zupełnie innym. Zwróć też uwagę na to, ze wskazuję we wpisie że jest to rzecz zupełnie bezensowna z punktu widzenia scenariusza. Zresztą znajdziesz na tym samym blogu tekst o tym jak taką właśnie nagość mężczyzn wykorzystują filmy i rozważania czy to zjawisko dobre czy nie. Czy jest u mnie więcej asymetrii? Moim zdaniem jej nie ma. Wielokrotnie omawialiśmy już temat tego czym takie a nie inne pokazywanie mężczyzn w popkulturze różni się od kobiecego. No i jednak podziwianie urody Fassbendera nie kłóci się z feminizmem. I serio – cycki i obnażony męski tors to dwie różne rzeczy.

      • Jako facet podpisuję się tymi ręcami i tymi palcyma pod ostatnim zdaniem.
        Co mi zupełnie nie przeszkadza odczuwać, że ta asymetria jednak istnieje, ostatnio jakby bardziej przegina się w, ja wiem jak to nazwać? antyfeminizm? seksizm kobiet? dyskryminację mężczyzn? i nie do końca mi pasuje. Ale wiadomo, co mówił Brudny Harry o opinii :)

  • Julia Yaroslavovna Koszewska

    Oceniać film powstały ściśle w oparciu o grę, w którą się grało raptem 10 minut? Nie ma co, prawdziwy profesjonalizm. Ekranizacje gier rzadko się udają, ale moim skromnym zdaniem tak jak twórcy filmu powinni znać źródło, z którego czerpią (książka lub gra), tak i powinien je znać recenzent. Bo tak to pisze się bez znajomości kontekstu.

    • zpopk

      Tak tylko że ja nie oceniam gry ale film. Film nie sprawdza się jako film. W tekście nie ma ani słowa o tym jak film ma się do treści gry – więc – to czy grałam w grę czy nie nie zmienia oglądu tego czy film jest dobry czy zły. Poza tym film nie jest bezpośrednią ekranizacją gry. Gdybym miała problem np. z tym jak działa Animus i pisała jakie to bez sensu to można mi zarzucić że wynika to z nieznajomości gry. Ale problem z tym filmem nie wynikają z tego. I znam kontekst bo o ile w grę nie grałam to po pierwsze – wiem o czym są gry, widziałam jak inni grali i najważniejsze – w kontekście tej recenzji oceniany jest film i jego braki a nie gra. Podobnie jak nie trzeba czytać książki by ocenić ekranizację jako dobrą czy złą tak długo jak nie porównuje się filmu do książki tylko ocenia ją niezależnie

      • Julia Yaroslavovna Koszewska

        Patrzeć jak ktoś gra to co innego, niż samemu grać, uwierz mi ;) Tym bardziej czytać streszczenie fabuły ;) Niestety, ale filmy na podstawie gier są skierowane do ścisłego grona odbiorców (graczy) – i pewnie dlatego niektórzy recenzenci twierdzą, że nad takimi ekranizacjami ciąży swoista klątwa. Nawet jeśli scenariusz napisze się tak, by fabułę zrozumiał ktoś spoza tej grupy (tak jak to było w przypadku Warcrafta), to nie zmienia to wyżej wspomnianego faktu. W związku z tym nie da się analizować filmu w oderwaniu od kontekstu gry, nawet jeśli postać Michaela Fassbendera nazywa się Callen Lynch, a nie Desmond Miles i przenosi się on do czasów hiszpańskiej Inkwizycji, a nie do Ziemi Świętej okresu krucjat. Natomiast słowo „ekranizacja” mówi samo za siebie – jeśli film jest ekranizacją jakiejś książki (a nie historią zainspirowaną), to również nie da się go ocenić niezależnie od niej.

        • zpopk

          Ale ja nie oceniam gry tylko film. I film jest niedobry. To jest recenzja filmu. Ile bym w grę nie grała ten film nie byłby dobry. To czy się gra w grę czy nie nie ma się nijak do tego czy film jest dobrze zrealizowany czy nie. Ten film jest źle zrealizowany. I to nie dlatego, że fabuła jest taka niesamowicie mądra że nie da się jej zrozumieć tylko dlatego, że ma podstawowe braki w spójności scenariusza, sposobie budowania postaci, ma źle rozłożoną fabułę na trzy akty, jest nudny a aktorzy średnio grają. Kontekst gry nie jest tego w stanie uratować. I da się spokojnie ocenić film w oderwaniu od gry ponieważ do oceny filmów stosuje się kryterium oceny filmu. Natomiast jasne że można ksiązkę ocenić niezależnie od ekranizacji co wielokrotnie robiono – film stanowi bowiem niezależnie dzieło sztuki. I recenzenci nawet jak grają w grę potrafią odróżnić dobry film od złego.

          • Julia Yaroslavovna Koszewska

            Tak, wiem, że oceniasz film, już to pisałaś. Ja niemniej wciąż uważam, że pisanie recenzji o filmie w oderwaniu od źródła, z którego czerpie (i jednocześnie nieznajomość, bądź też słaba znajomość tegoż źródła) jest mało rzetelne. W moim przekonaniu film taki, jak „Assasin’s Creed” nie jest całkowicie niezależnym dziełem – nie w dzisiejszych czasach, gdy media się przenikają. I cóż, jak sądzę, o to się właśnie rozchodzi w dyskusji między nami.

          • An

            Obawiam się, że Hollywood jednak robiąc film chce celować w publiczność większą, niż gracze. Odbiorcy kasowych filmów to nadal większa grupa, niż odbiorcy gier – tym bardziej, że gry mają jednak wysoki próg wejścia (a także wyższy, niż komiksy!). Z punktu widzenia zbiorowej mentalności Hollywoodu robienie filmu dla mniejszej niż zazwyczaj publiczności jest nieopłacalne. Sądzę, że twórcy filmu nie myśleli „gracze na to pójdą” a „ludzie, w tym gracze, na to pójdą, a gracze wyciągną przyjaciół, partnerów i rodzeństwo”. Więc, nie, uważam, że zakładanie, ze film był zrobiony dla graczy jest mylne. A skoro nie sami gracze mieli być odbiorcami, film powinien bronić się też bez kontekstu gry. Jeśli się nie broni, to coś jest nie tak.
            Oczywiście, żyjemy w kulturze transmedialnej – ale im bardziej dany tekst kultury jest niezrozumiały bez rozumienia tekstów z nim powiązanych, tym bardziej staje się niszowy i hermetyczny (i to jest pułapka transmedialności). Hollywoodzki blockbuster z założenia nie powinien być niszowy i hermetyczny.

            No i, skoro adaptacje na gry mogą wyjść świetnie i pozwalać cieszyć się grą bez znajomości źródła (casus Wiedźmina, w którego przecież grało wiele osób kompletnie nie znających jakiejśtam powieści z jakiegoś tam europejskiego kraiku), to czemu nie możemy oczekiwać tego samego od filmu?

          • Julia Yaroslavovna Koszewska

            Oczywiście, że film powinien być opłacalny, w związku z czym scenariusz powinien być napisany tak, by osoba spoza grona graczy go zrozumiała. Chodzi mi przede wszystkim o to, że ten film powstał przede wszystkim dlatego, że stał się popularny w konkretnym środowisku, czyli u graczy, u konkretnego fandomu. Robiąc film, który powstał na podstawie jakiegoś tekstu kultury, związanego z konkretnym fandomem, twórcy założyli, że ich grupą docelową numer jeden są ludzie właśnie z tegoż fandomu. Dopiero w dalszej kolejności są inni widzowie, do których (tak jak wspomniałam wcześniej) scenariusz musi być w pewnym stopniu dostosowany, aby produkcja się opłacała. W przypadku „Assasin’s Creed” twórcy zastosowali wabik przeznaczony dla ludzi spoza fandomu, czyli Michaela Fassbender, w koszulce lub bez.
            Tak na marginesie, zauważ, że ja mówię o pisaniu recenzji, nie zaś o widzach :) Na „Warcrafta” poszłam, nie grając nigdy wcześniej w grę i film mi się podobał. Ale nigdy nie zdecydowałabym się na napisanie recenzji tego filmu, gdyż bez znajomości pierwowzoru byłoby to w moim przekonaniu nierzetelne i mało poważne.

            Co zaś do „Wiedźmina”: wątki typowo książkowe, w tym Ciri i Yennefer, twórcy wprowadzili dopiero w trzeciej części, gdy sukces mieli już w garści. Natomiast na początku fabuła była prowadzona tak, by nie trzeba było znać oryginał.

        • Kayleigh90

          „filmy na podstawie gier są skierowane do ścisłego grona odbiorców (graczy)” – ja przepraszam, że wtrącę, ale z tego, co czytam (recenzje, streszczenia), to raczej w tym filmie nie ma nic z gry. Jest to bardzo luźno oparte na grze, raczej gracz wolał akcję, kiedy musiał skakać po dachach, czy zabijać kolejnych wrogów, a cutscenki z współczesności sobie pomijał, kiedy tylko mógł. Jak ja czytam o filmie, którego akcja w większości dzieje się w czasach współczesnych, w dodatku opowiada o innym wątku, niż gry, to raczej nie mam ochoty go oglądać, bo zepsułby mi radochę z gry, jaką był AC (pierwsza część i druga głównie).

          • Julia Yaroslavovna Koszewska

            Rzeczywiście, bohaterowie nazywają się inaczej, niż w grze, hiszpańska Inkwizycja to też nie Ziemia Święta okresu krucjat lub renesansowe Włochy ;) Ale wszystko inne było takie samo lub przynajmniej bardzo podobne: Abstergo, konflikt Asasyni-Templariusze, Animus (mimo że wyglądał inaczej, niż w grze) i cały jego sposób działania, pamięć genetyczna, bieganie po dachach ;P etc. Fanką AC tak ogólnie nie jestem (preferuję raczej Wiedźmina lub Dragon Age’a), ale jako gracz i osoba, która przeszła przynajmniej pierwszą część AC, widzę w filmie całkiem sporo odniesień do oryginału i uważam, że była to całkiem niezła ekranizacja gry. Taki film „Prince of Persia: Piaski Czasu” nie miał w sobie absolutnie nic z gry. Natomiast powiedzmy sobie szczerze: sama gra AC to przede wszystkim zręcznościówka, zakładająca uciekanie po dachach przez pół miasta, w związku z czym po filmie z Fassbenderem nie oczekiwałam niczego innego, niż stricte filmu akcji. I jak na taki film akcji rozwój postaci oraz fabuły był niezły.

          • Kayleigh90

            Uniwersum AC jest dość rozbudowane i myślę, że można by było zrobić wiele ciekawych filmów na ten temat. Może gdyby akcja działa się całkiem w czasach współczesnych, to film byłby znośny? Naprawdę boję się trochę to oglądać, bo jednak sentyment do gry mam :)

          • Julia Yaroslavovna Koszewska

            Ja uważam, że nie masz się czego bać. Jeśli o mnie chodzi, to film obejrzałam z przyjemnością i właśnie z sentymentem (przeszłam tylko pierwszą część AC, a właściwie jego 99% – nie dałam rady dokończyć ostatniej misji, bo mnie sterowanie ostatecznie wkurzyło. Wtedy jeszcze grałam na klawiaturze i nie miałam w domu pada). Film nawet zachęcił mojego chłopaka do sięgnięcia po grę i teraz zagrywa się w pierwszą część.

  • Kayleigh90

    Z tego co czytam i co słucham w różnych recenzjach, to chyba daruję sobie film, który zabiłby moją radość, co do tej fajnej gry – zamiast tego wolałabym ponownie pograć sobie. Owszem, fabuła gier jest durna, przekombinowana momentami, ale mimo wszystko to nie przeszkadza w odbiorze czy grywalności – wręcz przeciwnie, da się to lubić.
    Ale dziwią mnie zarzuty na temat tego, co piszesz, czyli to, że jedyną fajną rzeczą jest naga klata Fassbendera – ja również pisałam tak o jednym filmie, że jedyną fajną rzeczą był tam półnagi Lee Pace. Myślałam, że to oczywiste, że jednak taki „męski” fanserwis się postrzega inaczej, bo jednak to jest rzecz trochę świeża. A w dodatku raczej Twoja wypowiedź jest z przymrużeniem oka. Widocznie nie jest to takie oczywiste.

  • Mentha spicata

    Na podobne dyskusje jak ta o uprzedmiotowieniu i klacie Fassbendera trafiam co jakiś czas, i zawsze nachodzi mnie refleksja, że jak odsunąć seksizm to „uprzedmiotowanie aktorów” jest nieomal tak stare jak sztuka aktorska w dzisiejszym jej rozumieniu (co bardzo nie pokrywa się z początkami teatru w ogóle, tak dla ścisłości). Może nie w kontekście seksualnym (choć tu pytanie – co w danych normach społecznych uznamy za treści i nacechowaniu seksualnym, vide pierwsze filmy porno), ale nadal głównie patrząc na cielesne warunki. Wot, dygresja.
    I jeszcze zawsze zazdroszczę zwierzowi, że męska muskulatura to dlań eye-candy, ponieważ sama nijak nie uważam umięśnionych mężczyzn za przyjemność estetyczną, preferując typy które mogę znaleźć najwyżej w kinie niezależnym :D Na szczęście normy społeczne dotyczące kobiecego piękna pokrywają się z moimi preferencjami, ale to i tak czasem problem – za zachwyty nad ciałami leading actresses w Suicide Squad (dla mnie jedyny przyjemny element dziwnego, słabo zmontowanego filmu) zostałam zjechana za mizoginię…