Niech tańczą disco polo czyli wielkie wojny ślubne

16/01/2017

Happy Endu nie będzie czyli o Serii Niefortunnych zdarzeń (serialu Netflixa)

16/01/2017

Ostatecznie to nie był problem czyli ze spoilerami o The Final Problem

16/01/2017

Na czym polega urok opowieści o Sherlocku Holmesie? Paradoksalnie na ich prostocie. Dwóch mężczyzn – z czego jeden genialny w dedukcji rozwiązuje zagadki kryminalne. Zagadki są zazwyczaj tak skontrolowane, że czytelnik musi się zastanowić jak je rozwiązać. Nie mniej Sherlock Holmes ma zdecydowanie mniejszy problem. Pod koniec zazwyczaj mamy rozwiązanie zagadki, prawdę która wychodzi na jaw i wpis Johna Watsona do dziejów wielkiego detektywa. Widzicie. Proste. Idealna formuła na serialowy procedural. A teraz poczytajcie o ostatnim odcinku 4 sezonu Sherlocka. Ze spoilerami. Ku przestrodze.

Kiedy wszyscy zasiedliśmy do oglądnie pierwszych sezonów Sherlocka mogło nas zachwycić jak twórcy wzięli tego kochanego bohatera, i stosunkowo prostą formułę na opowieść i dostosowali do współczesnych czasów. To wciąż był rozwiązujący zagadki Sherlock Holmes ale miał internet, telefon komórkowy i blog. Potem scenarzyści zrobili to czego fandom zawsze pragnął. I zawsze robił na własną rękę. Dorzucili to tu to tam trochę informacji, trochę pytań których nikt nie zadał na głos, jedną czy dwie historie prywatne. Prywatne Życie Sherlocka Holmesa sprawia, że jego kolejne sprawy są coraz bardziej fascynujące. Ale po czasie naszym scenarzystom i to było za mało, wszak skoro Sherlock ma być lepszy od wszystkich to kogo interesuje rozwiązywanie spraw we współczesnym Londynie. Tych wszystkich małych tajemnic i wielkich rozwiązań. Nagle więcej pojawili się szpiedzy, sprawy międzynarodowe i tajemnice które znacznie wykraczały poza możliwości umysłowe geniuszy. Ale jak zwykle i to okazuje się za mało więc skoro rzeczywistości nie da się bardziej podkręcić zawsze można po prostu zignorować rzeczywistość i wrzucić nas do świata gdzie nie wiemy czy to na co patrzymy jest prawdą czy złudzeniem.

Tak moi drodzy, gdzieś po drodze Sherlock właściwie zgubił swój niewielki pokój w centrum Londynu, swoje sprawy, swoje dedukcje. Drugi odcinek czwartego sezonu podobał się wielu – w tym zwierzowi – ponieważ tak naprawdę przypominał swoją konstrukcją tą najbardziej prostą ze wszystkich historii o wielkim detektywie i nie takim wielkim przestępcy. Choć miejscami nie miało to sensu była to opowieść o Sherlocku Holmesie. Niestety trzeci odcinek czwartego sezon doskonale pokazał że twórcy już naprawdę nie wiedzą o czym kręcą serial i właściwie dlaczego nam o Sherlocku opowiadają. Teoretycznie jest scena  z klientem przychodzącym ze sprawą – Mycroft w końcu siada na krześle przy Baker Street ale mniej więcej w chwili w którym wybuch przerywa codzienne sprawy kończą się opowieści o Sherlocku. Co się zaczyna? Opowieść która tak naprawdę nie ma sensu z wielu powodów. Po pierwsze nie za bardzo ma sens sama w sobie, po drugie nie za bardzo ma sens w uniwersum Sherlocka a po trzecie – sprawia, że spędzamy półtorej godziny patrząc jak bohaterowie robią rzeczy które w sumie są trochę niewiązane z serialem.

Zacznijmy od sensu samego w sobie. Sherlock, John i Mycroft zostają zmuszeni przez złą siostrę Holmesów do udziału w festiwalu rozwiązywania zagadek. Zagadki są trudne czy niemożliwe do rozwiązania i właściwie są dylematami moralnymi przed którymi mają stanąć nasi bohaterowie. Począwszy od pierwszego zadania nasi genialni ponoć bohaterowie dają się wciągać w kolejne testy, zachowując przy tym pełną powagę i oczekując że gdzieś pod koniec czeka ich sprawiedliwie rozwiązanie. Problem w tym, że mniej więcej w okolicy drugiego testu – w którym siostra Holmesów za nic sobie ma zasadę wyznaczonej przez siebie gry, każdy inteligentny człowiek odmówiłby grania. Każda gra tego typu – jeśli założymy że ktoś w nią gra ma sens tak długo jak długo możemy ufać że obie strony trzymają się umowy. To znaczy, że można domniemywać że rozwiązanie kolejnej zagadki rzeczywiście kogoś uratuje. Tymczasem prawda jest taka, że właściwie od początku nasi – ponoć wybitnie inteligentni bohaterowie powinni się zorientować że druga strona nie przestrzega zasad i niema zamiaru ich przestrzegać. Jedynym wyjściem w takim przypadku jest odmówić gry bo uczestnictwo w niej i tak nic nie zmienia. Dylemat moralny jest tu żaden bo jeśli osoba grożąca czyjąś śmiercią nie waha się i tak zabić (bez względu na wynik rozgrywki) to spokojnie można założyć że nie będzie respektowała żadnych zasad gry. Co więcej, bohaterowie nie mają żadnych dowodów – mając np. informację o tym, że wiadomości od Moriarty’ego zostały nagrane wcześniej – że to co się dzieje w ogóle się dzieje. Innymi słowy – prawdę powiedziawszy, cały epizod w więzieniu jest wielkim popisem braku kompetencji wszystkich zebranych. A najbardziej scenarzysty przekonującego nas że mamy tu do czynienia z geniuszami podczas kiedy zawodzi ich dość proste rozumowanie.

Druga sprawa to sama kwestia przepisywania istniejących zdarzeń. Widzicie zwierz jest pod tym względem trochę jak bohaterka Misery. Otóż kiedy po jakimś czasie ktoś przychodzi do mnie i mówi, że wszystko co wiem wyglądało inaczej, wtedy zwierz ma szczerą ochotę powiedzieć mu żeby wziął siekierę i sam sobie odrąbał kostkę. To bardzo leniwe zachowanie scenarzystów, co więcej – czego zwierz autentycznie nienawidzi – przepisujące często nawet te odcinki które się nam podobały. Ewidentnie ze względu na ładny scenariuszowy twist zdecydowano się znacznie obniżyć IQ Mycrofta tak by po pierwszej wzmiance o Moriartym i jego działaniach nie podniósł znacznie zabezpieczenia siostry czy w ogóle przeniesienie jej gdzie indziej. Albo przynajmniej poinformowania Sherlocka o sprawie. Poza tym zwierz ma poważne problemy z każdym wątkiem który w ogóle powołuje się na programowanie ludzi – zwłaszcza wykasowanie wspomnień. Jeśli bohater może nie pamiętać że ma siostrę, zamienić w głowie przyjaciela na psa to w sumie nie ma granic. To zdaniem zwierza kolejny leniwy zabieg który pozwala scenarzystom na absolutnie wszystko. Takie naginanie zasad rządzących światem jest trochę jak zapewnienie nas że to wszystko był sen. Zwierz wie, że to nie był sen tylko dlatego że Moffat już ten zabieg wykorzystał. Co świadczy jedynie o korzystaniu z podręcznika „scenariuszowe twisty dla leniwych i zapracowanych”.

Kolejny problem to w ogóle sama postać siostry braci Holmes. Zwierz ma poważną wątpliwość dotyczącą sposobu jej przedstawienia. Jest w kulturze dość niebezpieczny trop – złego geniusza, osoby tak wybitnej że nie mogącej przebywać z innymi ludźmi, odpornej na emocje, oddzielonej od tego co ludzkie. Taka istota – choć nie będąca sama w sobie zła – wszak siostra braci Holmes nie uznaje moralności czy emocji – musi zostać odseparowana. Problem w tym kiedy dostajemy historię dziecka, które zostaje odseparowane na całe życie w więzieniu i na dodatek jeszcze – z zakazem poddania jej jakimkolwiek badaniom psychologicznym. Zwierz przyzna szczerze, że nie lubi tego tropu, zarówno pod względem świata fikcji – jest po prostu leniwy – jeśli zawsze można wymyślić geniusza który zmienia ludzi jedynie tym co i jak mówi, to nie trzeba się starać o motywacje. Ale też pod względem tego jak wpływa na świat realny. Otóż siostra braci Holmes przejawia takie cechy które się psychice ludzkiej zdarzają jak np. nie rozróżnianie czy brak rozumienia emocji. Ale to nie czyni człowieka nieludzkim i nie czyni go geniuszem. Szkoda że popkultura tak często korzysta z tych cech w najgorszy możliwy sposób. Zwierz  ma z tym problem bo to szkodliwy trop który trochę wiąże trudności w odczuwaniu emocji z jakimś wewnętrznym złem. Zresztą sama bohaterka została stworzona wedle tak zgranych schematów że ostatecznie nasi bohaterowie walczą z duchem, któremu ostatecznie mimo zła należy się współczucie. Problem w tym, że źli bez motywacji, bez wiadomości o nich, bez emocji – źli bo źli – są nieciekawi.

Idąc dalej – problemem jest w ogóle pytanie po co – ja zwierz który zasiadł do Sherlocka, oglądam kolejne odcinki serialu. To proste. Po to by zobaczyć jak Sherlock Holmes genialny detektyw, i jego przyjaciel John Watson rozwiązują zagadki kryminalne we współczesnym Londynie. Chce oczywiście zobaczyć trochę ich życia prywatnego ale głównie chodzi o stary dobry kryminał z genialnym bohaterem.  Jasne – czasem fajniejszy jest większy wątek – ale ogólnie na tym polega cały urok. Miło jak panowie czasem pojadą na wieś i odpowiedzą na pytanie dlaczego straszy tam wielki pies ale poza tym chodzi o starą dobrą opowieść. Po to siada się do serialu o Sherlocku Holmesie. Niezależnie od tego czy jest to serial współczesny czy starszy. I choć pod koniec dnia bardziej będzie nas może interesowało życie prywatne naszego bohatera to nie jest bez znaczenia w jakich sytuacjach możemy go oglądać. Kiedy zabierze się Sherlockowi Londyn, zagadkę kryminalną, dedukcję ( w tym odcinku właściwie jej nie ma poza kilkoma elementami) to zostanie nam jakiś bohater który coś robi. W tym przypadku biega po więzieniu o zaostrzonym rygorze, rozwiązując problemy moralne. Czy to jest coś co chciałam oglądać ? Nie. Czy w zupełnie innym wykonaniu w zupełnie innym serialu czy jako osobny film taki odcinek mógłby mi się spodobać? Chyba nie bo ma za dużo dziur i w sumie jest trochę nudny (tak naprawdę gra tylko na jednej emocji). Ale przynajmniej nie miałabym poczucia że twórcy dają mi zupełnie co innego niż to po co przyszłam. Więcej – nie postarali się nawet na tyle by ich historia nie niszczyła tego co już znam.

Sherlock jako serial – który być może właśnie się kończy – to doskonały przykład jak czasem tym co należy zrobić jest trzymanie się swojego pierwotnego pomysłu. Pierwotny pomysł Moffata i Gatissa był następujący – jak wyglądałby Sherlock Holmes współcześnie. To był dobry pomysł i biorąc pod uwagę jak twórcy odnosili się z początku do kanonu – zaskakująco nowatorski. Tylko że trzeba się było go trzymać. Nadal opowiadać o tym co by było gdyby Sherlock Holmes był współcześnie działającym detektywem który nie może palić w miejscach publicznych, szuka współlokatora i wysyła mu smsy. Można było kombinować z rodziną – ale mniej więcej do poziomu rodziców, można było podrzucać pytania o seksualność i miłość Sherlocka. Ale na Boga trzeba było się trzymać tytułu. To co zrobili twórcy pokazuje, że tak właściwe sami siebie kompletnie nie rozumieją a raczej nie rozumieją  swojej widowni. Zwierz nigdy nie słyszał by ktoś powiedział że chce więcej akcji, niesamowitych twistów, scen jak z Jamesa Bonda czy z thrillera psychologicznego. Kiedy ludzie najgłośniej krzyczeli „więcej” to chcieli więcej współczesnego Sherlocka, który mówi rzeczy których jego XIX wieczny odpowiednik może by nie powiedział i który przede wszystkim – jest wymyślany na nowo w ramach znanej nam opowieści. Tymczasem twórców ta rama zaczęła gnieść i mniej więcej w tym momencie odleciał im helikopter. Bo tylko w tej ramie ich zabawny pomysł mógł się w pełni realizować. Jeśli nie ma tych ram, jeśli mamy gdzieś prawdopodobieństwo, jeśli nie interesują nas dedukcję to niema pomysłu na Sherlocka. Jest zupełnie inny serial.

Jeśli ostatni odcinek tego sezonu miałby być ostatnim odcinkiem Sherlocka to cały serial zapewne zostanie zapamiętany głównie z tego, że wyniósł do sławy Benedicta Cumberbatcha i zmienił naszą percepcję Martina Freemana. Może też przejść do historii jako serial, który jako jedyny skończył się śmiercią bohatera, który co prawda powrócił z żywych ale z każdym rokiem coraz mniej osób chce to przyjąć do wiadomości. I tak jak biedny Watson płakał nad grobem przyjaciela prosząc go by jednak nie był martwy, tak Zwierz czasem się zastanawia czy to nie jest tak, że Sherlock powinien zostać martwy a my wszyscy zawieszeni w oczekiwaniu na ten następny doskonały sezon. To były dobre czasy. Proste czasy. Wiecie dlaczego? Bo to wtedy był serial o Sherlocku Holmesie. Genialnym detektywie z Londynu który rozwiązywał zagadki kryminalne ze swoim przyjacielem Johnem Watsonem. Tylko tyle. I aż tyle. I drodzy panowie. To nie był ostatecznie problem. To była największa zaleta.

Ps: Jeśli kiedykolwiek ktokolwiek nakręci kolejny odcinek Sherlocka oczywiście zwierz go obejrzy ale musi powiedzieć że po tym odcinku coś w nim umarło. Późno bo późno ale jednak. Jest taki zachwyt który się da ostatecznie zabić.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • zoptymizowana

    Moffat i Gatiss stworzyli po prostu swój własny fanfik, jak Bryan Fuller zrobił w przypadku Hannibala, tylko że Fuller chyba nigdy się nie krył ze swoim fanfikowym podejściem, a Moffat i Gatiss nadal brnęli w twierdzenie, że oni nadal robią Sherlocka, tylko współcześnie. Dwa pierwsze sezony to były perełki, a później to była taka równia pochyła, że mam nadzieję, że piątego sezonu już nie będzie. Chociaż 3 sezon był dla mnie w miarę okej i drugi odcinek tego sezonu też, to tak po pierwszym i ostatnim- nope. Chociaż nie zabił on we mnie miłości do Sherlocka, bo ona jakoś tak sama osłabła przez te wszystkie lata czekania.

    • Galfryd Dragon

      Przyznam, że jak na początku 3 sezonu ogrywany do bólu był motyw wąsów Watsona, coś w mnie, jak dziś we Zwierzu, umarło – nie widziałem 3 sezonu w ogóle (a leży na Netflixie i czeka)

  • A mnie się ten odcinek bardzo, bardzo podobał. Jasne, wolałbym „mniejsze” fabuły i rozwiązywanie zagadek w Londynie, ale epizod trzymał w napięciu (i temu służyła cała sekwencja „eksperymentów”) i budził emocje. Rył mózg, bo czuliśmy bezsilność bohaterów w tej sytuacji (łatwo powiedzieć, że po prostu powinni przestać cokolwiek robić). Do tego cały był wypchany zagadkami (jak uciekła? gdzie był pies? kim jest dziewczynka w samolocie? gdzie się podziała szyba?), a tych mi chociażby w trzecim sezonie brakowało. No i był prześlicznie nakręcony. Ogólnie: mnie sezon pozostawił z poczuciem satysfakcji, nawet jeżeli nie był to ten sam serial, który przed laty zacząłem oglądać.

    • swirley1618

      Nie odczułam żadnej emocji oprócz poirytowania. Odpowiedzi: od początku było wiadomo że pies jest zatopiony gdzieś na terenie posiadłości, szyby pewnie wcale w tym jednym segmencie nie było, dziewczynka najwidoczniej nie istniała/ była siostrą, ta zaś uciekła manipulując w rozmowach mózgami wszystkich na terenie ośrodka, żeby ją wypuścili. Wow wow mózg taki zryty.

    • Sasha

      Mam bardzo podobne uczucia.Może po prostu tak bardzo zżyłam się z Sherlockiem, że cieszy mnie każdy odcinek, nawet przekombinowany, albo ten niedokombinowany. Bardziej emocjonalnie podchodzę do wszystkich bohaterów i i czuje że pożegnanie było właśnie dla takich my- wiernych fanów, którzy pokochali same postacie, a nie tylko fabułę wgniatającą w fotel

      • W pewnych względach zgadzam się ze Zwierzem, w pewnych z Tobą. Rzeczywiście łatwo jest powiedzieć, że mogli po prostu przestać. Tyle że nie mieli również pewności, że druga strona nie będzie trzymała się zasad, a jednak próbowali kogoś ratować.
        Z drugiej strony – tak naprawdę nie dowiedzieliśmy się, gdzie był „pies”. Informację o tym, że został zatopiony gdzieś na terenie posiadłości podał już Mycroft, ale w którym miejscu ta studnia się znajdowała (i jak to się stało, że Sherlock jej nie odnalazł) nie mamy pojęcia.

    • W pewnych względach zgadzam się ze Zwierzem, w pewnych z Tobą. Rzeczywiście łatwo jest powiedzieć, że mogli po prostu przestać. Tyle że nie mieli również pewności, że druga strona nie będzie trzymała się zasad, a jednak próbowali kogoś ratować.
      Z drugiej strony – tak naprawdę nie dowiedzieliśmy się, gdzie był „pies”. Informację o tym, że został zatopiony gdzieś na terenie posiadłości podał już Mycroft, ale w którym miejscu ta studnia się znajdowała (i jak to się stało, że Sherlock jej nie odnalazł) nie wiemy do tej pory.

    • Zgadzam się :) Mam podobne przemyślenia – nie jest to ten sam Sherlock, którego poznaliśmy w 2010 roku, ale i tak jest wciąż bardzo dobrze. Chociaż po pierwszym odcinku miałam pewne obawy, co będzie dalej.. Na szczęście drugi i trzeci było o wiele lepsze.
      Kilka moich przemyśleń na blogu:
      https://blogbooksandbeauty.wordpress.com/2017/01/17/powrot-genialnego-detektywa-moje-wrazenia-po-4-sezonie-sherlocka/

  • lily

    Mnie się odcinek podobał podczas oglądania, były momenty WTF, ale wkręciłam się mocno w akcję (chociaż częste reklamy na BBC Brit bardzo przeszkadzały w dynamice oglądania), ale teraz dochodzi do mnie, że to nie miało sensu :) Zgadzam się ze Zwierzem, że to co mnie urzekło na początku serialu, to właśnie to „proste” rozwiązywanie zagadek kryminalnych, a nie intrygi na kilka odcinków. Mam wrażenie, że serial mocno stracił po wprowadzeniu postaci Mary. Tzn. nie mam nic przeciwko żeby John miał żonę (w końcu tak było w kanonie), ale robienie z niej takiej super postaci, tajnej agentki to było za dużo (jakoś też nie mogłam się do niej przekonać od pierwszego odcinka). Zresztą, patrząc teraz po zakończeniu, to jeśli będzie kolejny sezon to właśnie w „starym” stylu, bo nie ma już arcywrogów których można by przywrócić do życia :) Jeszcze jedno pytanie, bo chyba mi umknęło, kim był ten chłopak, którego Sherlock widział w poprzednim odcinku w swoim mieszkaniu?

    • zoptymizowana

      Miałam dokładnie to samo! Odcinek oglądało mi się bardzo dobrze, miałam takie wow na przemian z wtf, chociaż nie do końca mogłam się w niego wczuć, bo mi trochę Piłę przypominał z tymi kolejnymi zadaniami, skończyłam go i tak nie rozumiałam o co ten cały shitstorm na tumblrze i twitterze, ale minęły te 3/4h i zrozumiałam.

    • Maria Mor

      Wiggins, ćpun, którego SH poznał (tak się domyślam) w tej melinie, w której John go wyciągnął na początku odcinka „His Last Vow”. To ten, który wsypał rodzince Holmesów środek usypiający do herbatek/ponczów w Boże Narodzenie.

  • lily

    A, i jeszcze jedna kwestia: oni chyba nie mogli ot tak sobie powiedzieć „Sorry Euros, we are out” tylko musieli grać w tę jej grę. I chyba kolejna rzecz mi umyka, bo czy Jim Moriarty był takim wielkim zbrodniarzem od zawsze, czy to Eurus go takim „uczyniła” przez te 5 minut i to co się działo w pierwszych dwóch sezonach było rezultatem tej rozmowy?

    • nat

      Niby było powiedziane, że Eurus chciała żeby jej przyprowadzić Moriarty’ego, bo dowiedziała się o jego zainteresowaniu Sherlockiem. Ale też mnie zastanawia, jaki w takim razie to spotkanie miało wpływ na jego późniejsze działania, więc moim zdaniem w ogóle pakowanie w to wszystko Moriarty’ego było beznadziejnym pomysłem, bo tylko stworzyło kolejne niewiadome zamiast cokolwiek wyjaśnić. A zrobili to chyba tylko po to, żeby przyciągnąć ludzi do oglądania sezonu tym „missed me?”…

    • swirley1618

      Nie musieli. Mogli założyć, że Euro i tak wszystkich zabije, olać ten cyrk, usiąść na podłodze i czekać na jej reakcję.

  • Zuzanna

    O proszę, a ja się podpisuję pod komentarzami, że odcinek oglądało się świetnie. I choć oczywiście, jakby pomyśleć o nim tak z punktu widzenia logiki to był dość absurdalny, ale wciągnął mnie i trzymał w napięciu, no i jak już moi poprzednicy wspomnięli, nie obyło się od kilku „WOW” i „WTF?!”. Dobrze było znów zobaczyć Moriartiego, ten flashback z lądowaniem na wyspie był tak bardzo w jego stylu <3 Poza tym jestem pod ogromnym wrażeniem aktorki, grającej Eurus. Pani Hudson miała kilka fajnych scen, a końcówka, z rodzeństwem Holmes, grającym na skrzypcach i wiadomością od Mary, cudo <3 Zakładając, że jest to koniec całego serialu to jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona tym jak bardzo spodobało mi się to zakończenie. Poza pierwszym odcinkiem, jestem nieporównywalnie bardziej zadowolona z tego sezonu niż z poprzedniego :)

  • Koniec końców odcinek mi się podobał, ale i tak doznałam tego samego uczucia co zwierz, że coś we mnie umarło. I z komentarzy online wnioskuję, że to samo stało uczucie towarzyszy wielu fanom. Taka cisza po burzy. Mam wrażenie, że jak teraz zrobią sobie dłuższą przerwę, albo nawet na dobre zakończą projekt, nikt w depresję nie wpadnie.

    Moim największym problemem z tym odcinkiem był fakt jak overhyped it was przez twórców i obsadę, że „groundbreaking”, że to i tamto. Ostatecznie wszyscy pomyśleli o Pile. Mnie przypominał trochę Cube, a plot twist z Redbeardem to M*A*S*H 2.0 : It wasn’t a chicken, it was a BABY!”. Nie wspominając o queerbaiting. Sama tematu nie śledziłam na bierząco, ale sądząc po tweetach i cytatach z interviews, które krążą po tumblr, twórcy trochęm jednak droczyli się z fanami johnlocka, po to by ostatecznie dać im pstryczka w nos. Wielu im tego nie wybaczy.

  • vesper

    Twoje „PS.” to moje odczucia w pigułce. Ten odcinek miał TYLE dziur i niedociągnięć (i naciągnięć), że zrobiło mi się piekielnie smutno. Bywały słabe odcinki, ale ostatni przebił swoją głupotą wszystko. Te dziury w pamięci? Super-hiper inteligentna dziewczyna, która programuje ludzi głosem i zabija bo ma widzimisię, a potem siedzi w pokoiku i tuli się do braciszka. No nie. Nie. Tak bardzo nie.

  • nat

    Dla mnie to bardzo zależy od tego co będzie dalej. Odcinek ogólnie mi się nie podobał, też miałam olbrzymie problemy z uwierzeniem, że bohaterowie bez żadnej refleksji dali się wciągnąć w tę grę, no i takie to wszystko było strasznie przefajnowane (przy scenie wybuchu zastanawiałam się czy aby nie oglądam Doktora). No i ten montaż na koniec, ugh. Więc jeżeli faktycznie taki miałby być finał całego serialu – byłabym okropnie zawiedziona, na koniec potrzebowałabym jednak zupełnie innych emocji i pożegnania z bohaterami w inny sposób. Ale jeżeli to był tylko sposób na (potrzebne) „wyzerowanie” serialu, przywrócenie stausu quo z pierwszych sezonów, swego rodzaju stwierdzenie „dobra, to ten ostatni raz wrzucimy tu wszystkie nasze szalone pomysły, ale od teraz będziemy już grzeczni, obiecujemy” – wtedy jestem w stanie to zaakceptować. Tylko, że ten piąty sezon faktycznie musiałby być świetny.

  • i_am_keyser_soze

    Hm, mnie się docinek podobał, bo nie miałem wobec niego tak naprawdę jakichś większych oczekiwań a bajdurzenia fandomów omijam szerokim łukiem (mam osobistą teorię, że im starszy fandom tym bardziej stuknięty). Trop z siostrą, w sensie istnienia takiej osoby, mnie przeraża, bo niestety jest bardziej prawdziwy niż ludzie sądzą i jest to coś o czym pewnie woleliby nie wiedzieć. Przyjemnie skojarzenia z Cube, rozegranie aż do ściany czegoś co Sherlock zawsze uważał za słabość, a co jest również siłą, czyli emocji i więzów. Jasne momentami było ostro bez sensu, ale ponieważ bawiłem się dobrze, więc im wybaczę.

  • SarnaSaurona

    We mnie chyba też coś umarło i tego im nie wybaczę. Dużo mogę zrozumieć – że nie było zagadek kryminalnych, bo twórcy chcieli skupić się na osobowości detektywa i jego wnętrzu, ok. Ale o ile pierwsze dwa sezony miały wewnętrzną spójność, to od trzeciego mamy już równię pochyłą, niestety. Wczorajszy finał to tylko gwóźdź do tej trumny. Po pierwsze liczba dziur w fabule i bezsensowności działań bohaterów przekroczyła masę krytyczną. Co gorsza, odcinek przekreśla to co wcześniej się dowiedzieliśmy, pierwszy przykład z brzegu: genialny Mycroft, który nagle zachowuje się po prostu głupio i nielogiczne, co jest totalnie niezgodne z rozwinięciem postaci jakie było tej pory; Sherlock wcześniej charakteryzowany na niedojrzałego emocjonalnie i nagle matka wypala ‚you’ve always been the grown up’ WTF? itd.itp. Mary i John – nigdy na ekranie nie widzieliśmy ich jako naprawdę szczęśliwej pary, John myśli o romansie, nie zna nawet jej imienia – nagle Mary jest wszystko wiedzącym narratorem i mentorem dla relacji Sherlock-John. Cały wątek z Euros – o co w ogóle chodziło, skoro mogła uciec z więzienia, po co tam wracała, i w ogóle jakie były jej motywacje – albo jest psychopatką która nie ma ludzkich odruchów, albo zagubioną dziewczynką która łaknie miłości, lecz na litość bogów nie jedno i drugie jednocześnie! Mogłabym tak jeszcze długo, TL:DR jak można było tak zepsuć fajny serial?! wolałabym chyba żeby miał pozostać niedokończony niż taki finał

    • Asia Kamińska

      Dokładnie, to samo myślę.

    • Turkot

      Otóż to, podpisuję się obiema rękami. A na dodatek – jakim cudem większość ludzi nie zwraca nawet uwagi, że zdolności części rodzeństwa Holmes są tak naprawdę zjawiskiem paranormalnym? Umiejętność manipulacji ludźmi za pomocą głosu? Wymazywanie pamięci? Przecież to chwyty rodem z opowieści o magii albo superbohaterach. I nie tłumaczcie, że najwyraźniej Eurus była tak genialna, że umiała przekonać każdego do czegokolwiek za pomocą zabiegów retorycznych, bo to po prostu przegięcie.

  • CDR

    „Wrzucić nas do świata gdzie nie wiemy czy to na co patrzymy jest prawdą czy złudzeniem.” – a nie żyjemy w takim świecie? Informacje czerpiemy z mediów a ich wiarygodność jest coraz większą niewiadomą.

  • Agness

    Doskonały wpis Zwierzu :) To jest dokładnie to, co myślę na temat ostatniego odcinka. Moim zdaniem twórcy przekombinowali.

  • burberry

    Mi z kolei nie przeszkadzało to, że Sherlock odszedł od kryminału bardziej w stronę opowieści o życiu prywatnym Sherlocka. Jest wiele seriali kryminalnych, i przeważnie są podobne do siebie i nudne (moim zdaniem) – Sherlock miał w sobie coś wyjątkowego, a nawet wiele wyjątkowych rzeczy: genialne postacie, genialnych aktorów, zabawę konwencją, humor, emocje, zaskoczenie, muzykę. Ciekawiło mnie to wszystko o wiele bardziej niż oklepany wątek kryminalny, dlatego zawsze przymykałam oczy na nielogiczności czy naciąganą fabułę (a już w pierwszych sezonach się to zdarzało). Tyle że to działa do czasu, aż prezentowana nam opowieść jest w miarę oryginalna, spójna, logiczna, prawdopodobna (w tym psychologicznie). Odcinki 1 i 3 sezonu czwartego w końcu mnie rozczarowały. Za dużo banału, za dużo nieprawdopodobnych scen. Myślałam że ostatni odcinek mocno namiesza nam w głowach, rzuci inne światło na dotychczasowe sezony. A dostaliśmy coś nieskładnego logicznie, emocjonalnie, psychologicznie. Szkoda zmarnowanej szansy, bo pomysł był ciekawy. Zamiast w efekciarstwo twórcy mogli pójść w coś bardziej kameralnego, ale za to spójnego i przemyślanego

  • Ay

    Zgadzam się ze wszystkim w tym wpisie.
    Najgorsze jest właśnie to, że ten odcinek nie miał żadnego sensu – ani jako finał sezonu ani jako osobny film.

    I nie chodzi tylko oto, że wolałabym starego dobrego Sherlocka rozwiązującego zagadki – bo różne zawiłości i dramatyzmy byłabym w stanie jakoś wybaczyć, ale gdyby to było jakkolwiek sensownie wyjaśnione! Tymczasem nikt tu nawet nie postarał się, żeby odpowiedzieć na pozadawane pytania, więc czuję się okropnie oszukana.

    – Najważniejsza sprawa: o czym Euros rozmawiała z Moriartym i jak dalej wyglądała ich współpraca? Serio, najbardziej nurtujące pytanie odcinka pozostawione bez odpowiedzi. Co można powiedzieć przez pięć minut, żeby miało takie konsekwencje? Nie powiemy wam, bo my sami nie mamy pojęcia.

    – Po co Euros odstawiała tą całą szopkę, czemu uciekała z więzienia, żeby potem do niego wrócić? Jakoś jej motywacji nie łapię.
    Czemu w jej celi nie było szyby? I w jaki sposób w ogóle to wszystko zorganizowała? Wyjaśnienie, że „jest psycholem i geniuszem i nic więcej nie musisz wiedzieć” jakoś nie jest dla mnie satysfakcjonujące.

    – Co się z nią potem właściwie stało? Sherlock wykazał się jakimś współczuciem i zrozumieniem, rodzice się dowiedzieli, Mycroft wsadził ją z powrotem do więzienia i? Jak to wszystko wpłynęło na nią samą, na Sherlocka i na Mycrofta? Teoretycznie można uznać to za furtkę do następnego sezonu, ale sami twórcy przyznali, że nie wiedzą, czy takowy będzie i że „stworzyli coś zamkniętego”.

    – Sprawa z Irene Adler. Chamski trolling. W przedostatnim odcinku nagle bez powodu przypominają nam o istnieniu tej postaci. Wszyscy kojarzą, że ona miała coś wspólnego z Moriartym. Do tego na początku następnego odcinka mamy samolot pełny nieprzytomnych ludzi – dokładnie ten sam motyw, co na końcu odcinka o Irene! Ale nie, sorry, nic z tego nie wynika.

    – Scena z Molly. Jasne, poznęcajmy się trochę nad Molly, tylko po to, żeby mieć niejednoznaczną scenę w zwiastunie, bo nic i tak z tego nie wynika! Przecież to tylko Molly i nikogo z widzów nie obchodzi, jak dalej się potoczy jej relacja z Sherlockiem! Przecież mamy tyle innych ciekawych kobiet, jak np. zła siostrzyczka albo…

    – Mary wszechwiedząca jako opiekuńczy duch. No litości. Wyeksploatowali tą postać do granic absurdu.

    – Rozwalenie mieszkania, z którego wszyscy wyszli bez najmniejszego zadrapania. A teraz wyobraźmy sobie, że nie mieli takiego szczęścia. Wszyscy giną na miejscu, a obmyślany latami tor przeszkód nigdy nie zostaje wykorzystany. Ups.

    • burberry

      Świetnie to wypunktowałaś. Dodałabym jeszcze:

      – Po co było Euros całe to podrywanie Watsona i tekstowanie z nim? Myślałam że powrócą do tego w tym odcinku

      – Scena z Mycroftem i Lady S. z poprzedniego odcinka – absolutnie nic z tego nie wynikło, więc po co ta scena?

      – Euros została uznana za niepoczytalną jako kilkulatka po tym, jak jeden chłopiec zaginął, a potem spłonął dom. Ciała chłopca nie odnaleziono, Euros chyba się nie przyznała przed dorosłymi, więc dlaczego założono że kilkuletnie dziecko to psychopatka i zabójczyni? Może tego nie zrozumiałam, ale wydaje mi się że rodzice nie zakładają automatycznie że ich kilkuletnia córeczka jest zdolna do morderstwa. Podpalenie domu to też mógł być wypadek, np. przy zabawie. Swoją drogą, chyba kiedy zaginie dziecko, sprawdza się standardowo wszystkie studnie w okolicy? Jak mogli zaginionego chłopca nie znaleźć?

      – Skoro nie znaleziono ciała Rudobrodego, jak Sherlock (i Mycroft) mógł być pewien, że to Euros go zabiła, i w związku z tym mieć aż taką traumę że wpłynęło to na całe jego życie i psychikę?

      – myślałam że Mary oddająca swoje życie za Sherlocka zostanie jakoś umotywowana w tym odcinku. Ale nie, matka niemowlęcia, która ma dla kogo żyć, oddała swoje życie za przyjaciela męża ot tak, bez głebszego powodu

      – Mary przewidująca własną śmierć i udział w tym Sherlocka i wysyłająca w związku z tym na Baker St płytę z instrukcjami – przecież w tym czasie chyba nic jej już nie groziło, więc wtf? Kolejny niewyjaśniony watek. Może wysłała im więcej płyt, np z przypomnieniem w której szufladzie leżą te brązowe skarpetki, albo jak zrobić pudding..

      Miałam większe oczekiwania co do tego serialu, ten sezon był bardzo niedbały i niedopracowany

      • Ay

        Dokładnie tak…
        Dwa pierwsze sezony przyzwyczaiły nas do tego, że każdy szczegół ma znaczenie, trzeci był emocjonalny i stawiał na relacje między bohaterami, a czwarty to porażka. Porozrzucano mnóstwo fałszywych tropów i niedokończonych wątków. Nawet słabe rozwiązania są lepsze niż żadne. Nie mam pojęcia, jak w ogóle można było po tylu latach pokazać światu coś tak bardzo niedopracowanego.

        • burberry

          Mam co do tego faktu teorię od jakichś paru godzin ;), ale nie siedzę w fandomie i nie wiem, na ile może być prawdziwa. Otóż czytałam gdzieś, że twórcy mówili, że mają serial rozpisany na 5
          sezonów, natomiast Cumberbatch zdecydował, że będzie grał w Sherlocku tylko do 4 sezonu.

          Do trzeciego
          sezonu włącznie oglądając miałam wrażenie, że jest na ten serial plan,
          pomysł i twórcy wiedzą co robią (tak jak napisałaś wyżej), i że po obejrzeniu wszystkich sezonów
          spadną nam skarpetki z wrażenia, tak to będzie wszystko razem powiązane i
          spójne.

          A sezon czwarty to spadek formy i rozczarowanie,
          jest niespójny, nielogiczny, sprawia wrażenie pisanego na kolanie, a nie
          planowanego od lat.. Może to, że Benek zrezygnował z 5 sezonu sprawiło,
          że scenarzyści musieli się zmieścić w 4 sezonach, zmienić swój plan, i
          wyszło tak jak wyszło? Może np wątek Euros był rozplanowany na cały 5
          sezon, ale musieli się streszczać i wyszło to nieciekawie?

          • JP

            Nie ufałabym żadnym fandomowym teoriom. Rodzą się one jak grzyby po deszczu, wymyślanie spisków to fandomowy odpowiednik golfa. Jest teoria o czwartym odcinku, który pojawi się pojutrze. Każdy błąd (contunuity error) brany jest pod lupę. Ludzie uczepili się bogu ducha winnemu anonsowi, który przypadkowo towarzyszył „gratulacjom dla nowych rodziców, Johna i Mary”, który został wydrukowany w dziale ogłoszeń drobnych poważnej gazety (nie pamiętam teraz której). O TJLC nie wspomnę, bo mi ciśnienie skacze.

            Nikt nie powiedział że BC zrezygnował z grania roli. Faktem jest, że za każdym razem, nowy sezon był zależny od BBC i zgody na fundowanie programu, a umowy najwidoczniej nie są podpisywane na wiele lat.

            Z drugiej strony fabuła przypomina mi trochę to co stało się z Twin Peaks, z powodów finansowych zakończenie musiało zostać przyspieszone i było rozczarowujące. Może i coś w tym jest, ale nie sądzę, żeby BC zrezygnował z serialu. Zresztą, kto ich tam wszystkich wie? ;-)

    • Megapodius

      Jeszcze tęż trzeba zadać pytanie co z resztą więźniów w Sherrinford. Siedzieli sobie tam grzecznie patrząc jak ktoś im biega po celach i ludzie giną czy wyszli już przed tym odcinkiem jak nikt nie patrzył?

  • No one

    A ja uważam, że rozczarowanie, mieszane uczucia, bądź to co Zwierz dodał w P.S. było zamierzonym efektem twórców. Odcinek rzeczywiście był dziki i miałam naprawdę mieszane uczucia co do holmowskiej siostry ale Moffat i Gatiss lubili od początku niekonwencjonalne pomysly i to jest ten urok naszego Sherlocka. Jest wyjątkowy. I choć apetyt rośnie w miarę jedzenia i trudniej jest zaspokoić fanów, to w pełni akceptuję ich podejscie. Bo tak jak nasz Sherlock był emocjonalny, John nieidealny a Mycroft pokazał że nie da się przewidzieć wszystkiego, to ten sezon dał fanom jasny przekaz: serial wyjątkowy to nie serial idealny, a pomysly przychodza i wychodza. A Sherlock BBC i tak wbił się już w historię jako coś budzi zmienne uczucia. Zupełnie jak ludzie.

    • SarnaSaurona

      Tylko o co w tym odcinku chodziło? Autentycznie chciałabym żeby ktoś mi to wyjaśnił, bo może ja po prostu jestem za ciemna i nie rozumiem. Pomysły mogą być szalone, ale musi być w tym wszystkim jakiś cel inaczej to tylko telewizyjny odpowiednik grafomanii „o, to będzie fajnie wyglądać, zróbmy to!”. W S4 mamy mnóstwo luźnych, choć fajnych, wątków które pozostają niewyjaśnione lub zapomniane. Sherlock BBC od początku był niekonwencjonalny, ale logiczny wg zasad świata przedstawionego. W tym odcinku logika ostatecznie poszła na spacer i tyle ją widzieli.

      • No one

        Mialam dokladnie takie same odczucia. I masz rację. Tylko czasem zastanawiam się czy ludzie nie oczekują za wiele w stosunku do możliwości twórców. Nie chcę ich bronić(choć bardzo ich lubię:D) bo tak jak mówisz- nie do końca pykło. Może M i G postawili sobie za wysoko poprzeczkę? Może sami otoczyli się taką aurą? 4 sezon już jest i the game is still on :D

        • J.M.

          Nie, bo poprzednie sezony są całkowitym zaprzeczeniem tego co było w ostatnim odcinku. Udowodnili że potrafią prowadzić grę z widzem i wszystkie wątki jakimś cudem moga nawiązywać do siebie i nadal trzymać się kupy. Tu jakby oddali stery komuś innemu. Nic, ale to kompletnie nic nie trzymało poziomu ani nie miało większego sensu. Ja miałam podczas oglądania tego odcinka takie średnio przyjemne deja vu. Tak jak epizod Andrew Scotta w Alicji po drugiej stronie lustra – gdzie nadal był Moriartym, tak tu- zabrali obsadę Sherlocka i wrzucili do innego serialu- dziwnej mieszkanki s-f z horrorami ( tylko mnie Euros przypominała tę dziewczynkę z The Ring?). Po 2 odcinku zatęskniłam za starym, dobrym Sherlockiem i ten odcinek był jak policzek.

    • JP

      Dobry argument. Tak jak Sherlock, John i Mycroft – Mofftiss to też tylko ludzie. To my zrobiliśmy z nich geniuszy, a to zupełnie nie ich wina. :D

      • No one

        Dokladnie o to mi chodzilo! :D

      • Maria Mor

        Chociaż fakt, że ten finał to trochę za mocno reklamowali.

        • JP

          Oczywiście że reklamowali. Wszystko reklamują. W odróżnieniu od nas, ci ludzie z tego żyją.

  • JP

    Przyplątało mi się pewne porównanie: Serial jest jak taki kręcący się bączek. Balansujący między rzeczywistością, Doylem, dramatem, komedią, kryminałem. Pierwsze dwie serie kręcił się dobrze, w trzeciej zaczął się chwiać. Podobało mi się, bo też interesuje mnie bardziej psychologia postaci niż intryga. Tu się bujnął w stronę dramy, tam trochę naciągnął fakty, ale jakoś wracał do pionu. Tym razem zaczął się chwiać i biegać po stole jak zwariowany by w końcu spaść z hukiem.
    Oczywiście dam temu drugą szansę, bo zdaję sobie sprawę, że część problemu to moje własne wygórowane oczekiwania. Wciąż jest w tym dużo dobrego, przede wszystkim gra aktorska. Także wiele scen samych w sobie wciąż się sprawdza – nawet ten wątek wspólnego muzykowania ma w sobie coś bardzo poruszającego i jest wizualnie fantastyczny. Ale to jakby nie ta bajka.

    Przypomina mi się problem jaki mają obie ekranizacje Tolkiena, LOST czy Twin Peaks (chociaż tutaj powody były innej natury). Jak się za dobrze zacznie, to w którymś momencie nie można już lepiej, a jedyne co można jeszcze dodać to fajerwerki.

    Co mnie bardzo rozczarowuje w przypadku Sherlocka, bo tyle wątków zostało luźno majtając na wietrze, podczas kiedy inne pośpiesznie powtykano w pierwsze lepsze dziury. Jakby scenarzyści tak bardzo dali się ponieść zwariowanym pomyśłom, że w końcu nie wiedzieli jak z tego wyjść i jedyną opcją pozwalającą napisać scenariusz na czas było wywalić szachownicę. Spodziewałam się więcej i przyro mi, bo bardzo lubię Gatissa i Moffata jako osoby. Spodziewałam się, że naprawdę mają plan od samego początku, że ten plan będzie miał sens.

    Mogło być pięknie, panowie. Mogło być pięknie.

  • Wazon

    Zwierzu ! Na jakim ty świecie żyjesz, skoro usiłujesz jeszcze doszukiwać się wokół siebie jakiegokolwiek sensu ?…

  • Asia Kamińska

    Czuję dokładnie to samo co ty Zwierzu. Chcę udawać, że tego odcinka nie było a serial zakończył się na The Lying Detective, albo jeszcze lepiej, na The Reichenbach Fall. Naprawdę nie wierzę, że twórcy czegoś tak genialnego jak TRF stworzyli The Final Problem, czyli odcinek będący jednym, wielkim, nie trzymającym się kupy zawodem. Udam, że to się nie wydarzyło. Chcę naszego dobrego, starego Sherlocka z powrotem.

    • Ay

      Gdyby się skończył na TRF, to Sherlock byłby „martwy”. :D Po namyśle stwierdzam, że ostatnim odcinkiem jest ten ze ślubem Johna i Mary.

      • Asia Kamińska

        Albo The Empty Hearse. Sherlock wychodzi z czapką na głowie w blasku fleszy i jest dobrze. Wszystko tylko nie The Final Problem XD

  • Karo

    A dla mnie największą przesada były ‚zdolnosci’ Euros. No błagam. Kto jest w stanie ‚programowac’ ludzi wzrokiem?

    • J.M.

      Dla mnie ona była nudna. Moriarty jako jedyny trzymał świetny poziom uzdolnionego szaleńca.

    • rob

      było parę takich filmów(w l70/80 popularny motyw ) np.ostatni film Richarda Burtona u nas to miało tytuł Dotknięcie Meduzy xDD tam to nawet nie musiał patrzeć w oczy z kilometrów robił cuda na kiju xD

  • Ria

    To mi się zdarzyło jeszcze nigdy na tym blogu nie zdarzyło :-) Po pierwszym akapicie pomyślałam: „Nie”. A potem powtarzałam to samo słowo po kolejnych… Nie, nie dlatego pokochałam „Sherlocka”, że był o rozwiązywaniu zagadek. Pokochałam za grę z widzem, jego ugruntowanymi wyobrażeniami, oczekiwaniami, przyzwyczajeniami (gdyby chodziło o zagadki, oglądałabym nadal „Elementary”, które znudziło mnie gdzieś w początkach trzeciego sezonu). I nie, nie oczekiwałam od tego serialu, że będzie powielał swoją formułę w kolejnych sezonach ani że będzie mnie zaskakiwał ciągle na tej samej płaszczyźnie. I nie, nie uważam, że bohater, którego rozwój śledzimy przez wiele lat, nie może zostać innym człowiekiem, działającym inaczej, gdyż traci wówczas tożsamość. Serial dostatecznie długo budował własny świat, żeby w tym świecie mogły obronić się takie zmiany.
    Zgadzam się tylko z tym, że także oczekiwałam przełożenia znanej opowieści na współczesność. I taką dostałam, bo tak rozumiem współczesność: nie chodzi o smartfon i laptop, bo to jedynie rekwizyty, a o labilną, niepewną rzeczywistość, w której musimy budować wciąż od nowa nasze relacje, naszą pozycję, nasze życie.
    Serial najpierw zdekonstruował legendę Sherlocka, potem – typowy dla tego rodzaju seriali sposób opowiadania, na koniec – sam siebie. Bo jaki jest sens opowiadania o rozwiązywaniu zagadek, sprowadzających się do abstrakcyjnych kalkulacji? Jaki jest moralny wydźwięk popisów genialnego umysłu wobec tego, że zagadki te dotyczą konkretnych ludzi, którzy nie są w stanie uzyskać sprawiedliwości: oszukanych, zdradzonych, odizolowanych czy wreszcie – zamordowanych, bo ktoś chciał udowodnić swoją bezkarność?
    Tak widzę pomysł na ten serial i takim go akceptuję. Przyjmując przy tym, że inni widzowie odebrali go zupełnie inaczej i uznają moją wypowiedź za silenie się na obronę nieobranialnego. A poza wszystkim: widok Sherlocka na dachu zalewanego falami kutra wart był spędzenia tych kilku godzin przed ekranem, nawet jeśli neguje się istnienie serialu po TRF :-)

    • Not me

      Czyli to dla Ciebie nakręcili Mr Robot i Battlestar Galactica! Ja się zastanawiałam dlaczego seriale się rozsypują w coraz mniej racjonalne wizje, logika się przestaje dotykać, wszystko jest coraz mniej stabilne i w nic już nie można wierzyć… I nie rozumiałam dlaczego tak robią, ale jeśli jest ktoś, kto mi mówi że mu się to podoba to rozumiem. I już z tym nie dyskutuję :) choć nadal jest mi trochę przykro, bo jeśli oglądam serial to znaczy że mi się podoba i znaczy że nie trzeba go zmieniać ani tym bardziej stawiać na głowie.

      • Ria

        Nie znam współczesnego serialu, który by się nie zmieniał. Zmieniają się okoliczności. Zmieniają się twórcy jako osoby. Zmieniają się widzowie. Obserwuję wiele dyskusji na forach filmowych i zwykle coś jest nie tak: jeśli nic się nie zmienia, widzowie zaczynają się nudzić i pytają, kiedy wreszcie skończy się ten od dawna martwy serial. Jeśli się zmienia, spora grupa czuje się rozczarowana, bo przecież polubiła serial sprzed zmian…
        Twórców „Sherlocka” nigdy nie traktowałam jak rzemieślników i nie uważałam, że muszą mi dostarczyć ściśle określony produkt, zgodny z zamówieniem. Wolałam ich traktować jak artystów, którzy przedstawiają mi swoją wizję, bez wcześniejszych oczekiwań z mojej strony. Fakt, mogło się okazać, że ostateczne dzieło mi się nie spodoba. Akurat mam to szczęście, że mam podobną wrażliwość i potrzeby, więc nie rozczarowałam się.
        I tak na marginesie: logika opowiadań ACD jest logiką opowiadań ACD i ma się nijak do realnego świata. Więc dlaczego serial odnoszący się do ducha tych opowiadań miałby być obiektywnie logiczny?

        • Not me

          Oczywiście masz rację :) ja jestem z tych, którzy uwielbiają jak serial się nie zmienia a odcinki są powtarzalne (Criminal minds, NCIS, …). Ale to tak nawiasem, bo akceptuję to, że twórcy się zmieniają, czasy się zmieniają i siłą rzeczy seriale też. Tylko obserwuję taką tendencję, że seriale często zmieniają się w kierunku zaburzeń psychicznych bohaterów i z odcinka na odcinek coraz trudniej stwierdzić co jest wizją, snem, złudzeniem, a co ciągiem wydarzeń. Męczą mnie niespójności, niedopowiedzenia (ale nie takie przemyślane, tylko takie „nie wiemy jak to rozwiązać to nic nie powiemy”), losowe sceny, zachowania i przedmioty, bo lubię konsekwentne kreowanie świata i postaci i uwielbiam logiczne, nawet jeśli skomplikowane, ciągi zdarzeń. Zupełnie jakby twórcy seriali nie mogli się artystycznie wyrazić więc sięgali po zaburzenia psychiczne bo w pewnym momencie realia świata wykreowanego zaczynają ich za bardzo krępować.

          • i_am_keyser_soze

            Procedurale mają to do siebie, że zwyczajnie ich ewolucji nie zauważasz – pierwsze sezony NCIS, Crminal Minds czy CSI mają się zupełnie nijak do ostatnich. Mało kto zwraca na to uwagę, bo trudno pamiętać po 10-15 latach że te postacie były kiedyś inne.

          • Ria

            Natomiast ja na przykład nie rozumiałam, dlaczego wszyscy cisną na logiczne rozwiązanie zagadki Reichenbach i sposób wyjaśnienia w postaci ciągu coraz bardziej odjechanych teorii całkowicie mnie usatysfakcjonował. Nie mam też za złe zaglądanie w mózg Sherlocka, bo to on jest najistotniejszy w całej tej zabawie :-) Jakoś też zawsze udało mi się powiązać i wyjaśnić oglądane sceny… oraz odróżnić sen/haj/zagłębienie w jaźń od świata realnego. Z 4. sezonem mam tylko jeden problem: gdzie podziała się muzyka?

          • Maria Mor

            Szkoda tylko, że Sherlock sfinalizował swoje uczłowieczenie, bo (potencjalne – ponieważ sądzę, że to był już ostatni sezon) oglądanie Sherlocka bez tego uroczego aspergerka nie miałoby już – chyba – tego klimatu… To m.in. za te teksty do Dżona/Grega/Andersona itp. pokochałam ten serial…

          • JP

            Co do aspergerka, zgadzam się jedynie jeśli użyty jest w przenośni. Ale też brakuje mi tej nieporadności Sherlocka w pewnych sytuacjach. O ile fajniej było by go zobaczyć w epilogu, jak wciąż nie radzi sobie z maluchem, czy jakąś emocjonalną reakcją klienta. Ludzie nie zmieniają się z dnia na dzień. :-)

          • Ria

            O, liczę (o ile oczywiście jeszcze cokolwiek z tej serii zobaczymy) na długoletnie nawyki :-) Oraz umiejętności aktorskie Sherlocka, który przecież od zawsze odgrywa rolę Sherlocka Holmesa.

          • JP

            Okay, w TLD był haj i było wiadomo, że poruszamy się na granicy światów. I nawet podobało mi się, że nie do końca możemy być pewni, że Faith była rzeczywista. Ale TFP, poza dziewczynką w samolocie, wszystko wydaje się jawą.

          • Ria

            Poruszamy się po świecie rzeczywistym oraz psychice Sherlocka i Eurus, przy czym w jego przypadku przywołane zostały wspomnienia (najpierw fałszywe, potem prawdziwe), a w jej – ciągły stan umysłu, którego metaforą jest obraz samotnej dziewczynki w zagrożonym rozbiciem samolocie.

    • JP

      Ria, jestem z tobą. Mnie też nudzą zagadki kryminalne, a z House’a powyrzucałabym najchętniej wszystkich pacjentów. Nie czytałam Doyle’a, a na serial zwróciłam uwagę, bo w dodatkach do Hobbita padł ten tytuł i dlatego nie przełączyłam kanału, kiedy zjawił się w TV.
      Dla mnie najważniejszą zagadką był sam Sherlock. Uwielbiam 3. sezon. I nawet muszę się pochwalić, że S4 potwierdził moją wizję postaci.

      Ale:
      Poprzednie sezony, obok zaskakująco dobrych portretów psychologicznych, rozgrywały się w określonej rzeczywistości. Niezupełnie naszej, ale dosyć bliskiej realiów. Eurus do nich nie pasuje, bo jeśli pojawia się ktoś z ponadnaturalna mocą, to rzeczywistość serii powinna była na to pozwalać od samego początku. To jest jedno z podstawowych przykazań pisania.
      A ponieważ rozwiązanie zagadki osobowości Sherlocka bazuje na elemencie niewiarygodnym nawet w jego świecie, cała konstrukcja postaci wali się w gruzy. Takie było moje pierwsze wrażenie po obejrzeniu Problemu.

      TST natomiast irytuje przez odmienną estetykę. Wszystko w tym odcinku zdaje się wskazywać na kolejny trans. Ale nie. To ten sam świat, tyle że bez powodu wygląda zupełnie inaczej. I do tego dekonstruuje wątek Moriarty’ego, który wydawał się jednym z głównych faktorów w serii od samego początku. W TFP jest już jedynie dawcą zwariowanych clipów. Gdzie podział się powód, dla którego Sherlock wrócił do Londynu? Co Moriarty „is going to do next”?

      Zapewne, dostatecznie długo dłubiąc w szczegółach, ktoś wysmaży jakieś wyjaśnienie. Już teraz ktoś zwrócił uwagę na to że Jim używa tytułu „Hungry Donkey”. Jest to problem filozoficzny, znany też pod nazwą Buridan’s Ass https://en.wikipedia.org/wiki/Buridan's_ass , a my znamy go z wierszyka o osiołku, sianie i owsie. Jest to tylko żart i odnośnik do Dr. Who, czy aluzja do bezużyteczności logiki, co Eurus próbuje udowodnić? Z jednej strony seria wydaje się tak naszpikowana symbolami i odnośnikami, że człowiek dziwi się jak możliwe jest ogarnięcie wszystkiego z pozycji autorów, z drugiej mamy kolosalne kratery w logice.

      Spodziewałam się, że sens wszystkiego ukaże się na końcu i połączy wszystkie wątki serialu w spójną całość. Ale jakoś jej nie widzę.

      PS: Oglądanie TFP po raz drugi już tak nie boli, trzeba tylko nadprzyrodzony talent Eurus dołączyć do rzeczywistości serii. Dziury logiczne trudniejsze są do załatania. :-)

      • i_am_keyser_soze

        To co robi Eurus nie jest nadprzyrodzone. Nie jest też to talent. To zwykła inteligentna psychopatka, na moje oko z domieszką jeszcze innej choroby psychicznej. Spotkałem parę takich osób, w tym dzieci. Wolałbym nigdy ich nie spotkać.

        • JP

          Wierzę, że istnieją podobni manipulatorzy. Ale nie na taką skalę – ona miała całą obsadę Sherrinford pod kontrolą. Opuściła więzienie, udawała człowieka w Londynie przez jakiś czas i wróciła. Nikt tego nie zauważył, podobnie jak braku szyby, bo wszyscy byli jej marionetkami. Sprowadzili żonę naczelnika więzienia, zbudowali cały ten teatr w jakim poruszali się bohaterowie rozwiązując zadania, wybudowali fałszywe pomieszczenie, w którym przeniesiono Sherlocka do Musgrave i system do zalewania studni na życzenie. To wszystko razem jest z zupełnie innej bajki.

          • i_am_keyser_soze

            Nie? A sekty? Czy nawet na większą skalę, niektóre reżimy? Naprawdę, żaden problem manipulować ludźmi.

          • JP

            Sekty i reżimy powstają na gruncie psychologii masy. Pranie mózgu to długi i wyczerpujący proces. Wyprać mózgi wielu ludzi naraz, i tak by nikt nie zauważył? Nie pasuje. Także nie ma w odcinku żadnych znaków, że władza Eurus bazuje na kulcie.

          • i_am_keyser_soze

            Zwyczajnie podałem przykłady, że jest to możliwe. Poza tym logiczne jest założenie, że zaczęła od jednej osoby a nie wszystkich naraz. To ułatwia dostęp do kilku innych, bo dla manipulatora grunt to informacje, już wtedy prawdopodobnie miałaby większy wpływ na działanie więzienia niż powinna. No i nie zrobiła tego w weekend, miała na to całkiem sporo czau.

      • Ria

        Masz rację, ta opowieść dekonstruuje też legendę Moriarty’ego :-) Co tylko pokazuje, jak niedaleko od drugiej serii („Belgravia”, a przede wszystkim „Reichenbach”) jest ostatni odcinek. Wszyscy z łatwością przyjęli, że Moriarty może przeprowadzić całą tę skomplikowaną mistyfikację z Richardem Brookiem. Czy dla świata przedstawionego ma znaczenie, że działał zaprogramowany przez kogoś innego? Jasne, przestał być tym szalonym geniuszem, który z taką hojnością zaszafował własnym życiem – i chyba tylko tego motywu mi szkoda, bo budził szacunek… Sherlock nie wraca z powodu Moriarty’ego, ale ponieważ ktoś tą postacią się posłużył, jak się okazuje – po raz kolejny.

        Siostra Sherlocka nie ma nadprzyrodzonych umiejętności, ma wyjątkowe, ale ludzkie. Nie musi panować nad całym więzieniem, wystarczy, że panuje nad naczelnikiem i kilkoma osobami zajmującymi się bezpośrednio nią. Ile osób wie, kim jest, skoro znajduje się w odizolowanej celi? A skoro tak, z łatwością może poruszać się po więzieniu i wychodzić na zewnątrz. Zresztą większość spraw pewnie i tak załatwia online :-)

        Serial zatoczył ładne koło: w ostatnim odcinku dowiedzieliśmy się, skąd wziął się taki Sherlock, jakiego poznaliśmy w odcinku pierwszym. Tylko tyle i aż tyle. ACD nie próbował nawet się w tę kwestię zagłębiać, pozostając na poziomie przygód i zagadek. M&G zrobili to więc za niego, korzystając przy tym z motywów idealnie nawiązujących do konwencji jego twórczości (zaginiona siostra, odizolowane miejsce, zbrodnicze instynkty, pożar).

        Dziury logiczne w trzecim odcinku czwartej serii? Hm. One były już w pierwszym odcinku pierwszej serii :-) I w każdym kolejnym. I w opowiadaniach też były. I w powieściach. I co z tego? I tak wszyscy wierzyli w Sherlocka Holmesa :-)

  • Karolina Kucharska

    Mi się bardzo podobało, nie tylko sam odcinek, co cały sezon. Nigdy nie oczekiwałam, że serial pozostanie taki sam, bo i bohaterowie nie pozostawali tacy sami. Najpierw byliśmy Johnem Watsonem, który co rusz mówił „amazing” i my też zachwycaliśmy się geniuszem Sherlocka- bardziej lub mniej drobne sprawy nam wystarczały. Potem jak już John (i my) przyzwyczailiśmy się do faktu, że za Sherlockiem i jego dedukcjami często nie da się nadążyć, nadszedł czas na poznanie jego innej strony- tej bardziej uczuciowej, jego stosunku do ludzi, na których mu zależy. Poznaliśmy jego rodzinę, przyjaciół i jego przywiązanie do nich. W tym sezonie (i w sumie już w „The Abominable Bride”) po prostu zanużyliśmy się w umyśle i uczuciach Sherlocka. Ostatni odcinek to było wejście do najgłębszych zakamarków umysłu Sherlocka. A żeby było fajniej, poznawaliśmy ją razem z samym głównym zainteresowanym- Sherlockiem. I dobra, ja sama kilka razy miałam niezły budyń z mózgu i nie wiedziałam, co się dzieje, ale cała otoczka metaforyczno-analogiczna, była świetna (dziewczynka w samolocie, znowu tonacy przyjaciel, zamknięcie Mycrofta w celi, konflikt Sherlocka między przyjacielem a bratem). Dorzucę jeszcze duzy plus za danie Mary jakiejś roli w całej akcji- nie jest tylko cieniem/wzmianką w rozmowie).

  • Rentl

    Nasuwa mi się skojarzenie z Housem. Zakończenie ma ogromne znaczenie. Nie może być byle jakie. W Housie to się udało. W Sherlocku nie. Nie czepiam się różnych dziwnych pomysłów, ale powinno być logicznie. Tych scenarzystów było na to stać. Gdybym miała polecić komuś ten serial, powiedzialabym:”Oglądaj pierwsze 9 odcinków i na tym poprzestań”.

    • JP

      Zgadzam się. Zakończenie Housa było fantastyczne.

  • Eve

    Polecam autorowi obejrzeć jeszcze raz – może uda się zrozumieć, że całość jest spójna i ma ogromny sens. Nawet wizje Sherlocka mają sens.

    • Ależ nie krępuj się i oświeć nas, Sherlocku.

    • Ależ Sherlocku, nie krępuj się – oświeć nas.

    • Marta

      Eve, nauczaj! Wytłumacz mi wizje, pokaż sens, wytłumacz niezamknięte, a poruszone wątki (szczególnie proszę o wytłumaczenie sms-a od Irene Adler oraz płyt od Mary-wszechwiedzącej) zamknij, skoro całość jest spójna. O i jeszcze mi napisz co zostało powiedziane przez te 5 minut Moriarty-Eurus i jak to wpłynęło niby na nich.

    • the_P

      Nie wiem jak miałbym obejrzeć ten odcinek, żeby zaczął mieć sens – chyba pod wpływem nielegalnych w polsce leczniczych ziół.

    • JP

      Eve, serio, napisz więcej.

      Co do sensu – tak, TFP nadaje sens pewnym elementom z przeszłości, założę się, że oglądając serial na nowo znajdziemy sens w miejscach, gdzie przedtem go nie było. Chociażby dlaczego Sherlock był tak zaangażowany w przypadek Carla Powersa. Czy dlaczego, kiedy John spytał o czaszkę na kominie, Sherlock wystrzelił z „a friend of mine”. Ale gdzie ten Moriarty z jego pośmiertnym planem? Kto stoi za Miss Me na wszystkich kanałach? Jaki sens miało spotkanie Eurus z Moriartym?

  • Małgorzata Stadnik

    A jednak to wszystko jest nieważne w obliczu faktu, że Mycroft został najbarutalniej zmasakrowana postacią :( Dosłownie nic w tym odcinku nie trzymało się kupy

  • Kinoman1

    Najgorszy odcinek Sherlocka z niedorzeczną akcją . Moffat i Gatiss powinni odpocząć cna dłuższy czas od pisania scenariuszy .

    • Maria Mor

      Albo może zacząć się bardziej przykładać do pisania – w którymś z „Behind the scenes” Sue Vertue mówi, że oni oddają te scenariusze zawsze na ostatnią chwilę, jak już później się nie da. Kobieta musi wręcz najpierw określać budżet odcinka… a potem dopiero dostaje scenariusz danego epizodu. Skoro piszą to na kolanie, to chyba nie ma co się spodziewać cudów…

  • the_p

    Zgadzam się ze Zwierzem. Dla mnie ten odcinek to po prostu taki fanfic; tylko, że zaczynając czytać fanfic mam zupełnie inne oczekiwania niż oglądając coś, o jest częścią kanonu (canonu? nie wiem jak to po polskiemu…)
    Zaznaczę, że widziałem juz parę filmów i ocinków seriali o tym schemacie budowy (grupka ludzi wraz z detektywem zamknięci w labiryncie, gdzie rozwiązują zagadki/zadania, ludzie giną i wychodzi na jaw Straszna Tajemnica i/lub następuje wyjaśnienie/pojednanie). I jest to zdecudowanie NAJSŁABSZE wykonanie tego motywu, jakie widziałem (nie biorąc nawet pod uwagę problemów ciągłości serialowej/bohaterów itd).
    Ale tym co mnie generalnie irytowało przez cały czas trwania odcinka było to że on wszyscy są przecież Tacy Mądrzy. Problem w tym, że są to „geniusze” pisani przez osoby, które ani geniuszami nie są ani, wydaje mi się, prawdziwych geniuszy nigdy nie spotkali.
    1. Jeśli ktoś ma być geniuszem to niech, kurczę, nie podejmuje decyzji które ja jestem w stanie ciężkiego niedospania uznać z góry za „durne”.
    2. Jeśli ktoś ciągle powtarza, że jest taki mądry, to pewnie nie jest. Może trzeba było to tyle powtarzać, bo zupełnie nie było tego widać (to jest bardzo mocno grzech Moffata, także w kontekście Doktora).
    3. W ogóle, co znaczy „geniusz”? Jaka właściwie jest Euros, na czym polega jej geniusz? Bo ja nadal nie wiem. Na tym, że była psychopatką? I w sumie o co jej chodziło?

    Ten odciek byłby dużo ciekawszy, gdyby np, Watson został porwany i musiał rozwiązywać zagadki/pułapki nie wiadomo przez kogo przygotowane (niekoniecznie sam – może z Molly i Lestrade?) z Sherlockiem pomagającym przez telefon i próbującym równocześniej „ratować samolot” (dajmy im już tą psychozę) i po drodze Sherlock i Mycroft doszliby do tego, że to może sprawka Euros, Mycroft musiałby wyznać tajemnicę, polecieliby a na miejscu po jakiejś inteligentnej (eh) dyskusji z Euros odgadują, że Watson jest w tym samym kompleksie. Albo coś.

    • the_p

      Aha, pragnę też dodać, że w tym odcinku pojawiły się elementy queerowe, ale oczywiście w wykonaniu złych/szalonych postaci :/

    • Kamila Trajnerowicz

      Nie no, najgorszy był The Cube, parzystych liczb pierwszych (>2) się nie wybacza ;)

      • the_p

        Ah, The Cube, przyznam, nie pamiętam już. Ale jeśli był jeszcze słabszy to chyba nie będę odświeżać ;)

  • Andżelka Sztos

    Prawie się zgadzam. Może po słowach krytyki, scenarzyści i producenci trochę się zreflektują i jeżeli będą chcieli dać sobie i nam piąty sezon, to wrócą do klimatu tych dwóch pierwszych sezonów.

  • Pingback: No, w miarę dobry był ten finał „Sherlocka”, co nie? – Nałogowy Filmożerca()