Home FilmKtórędy do domu? czyli o filmie „Ojczyzna”

Którędy do domu? czyli o filmie „Ojczyzna”

autor Zwierz

Przez trzydzieści dziewięć lat mojego życia niewiele wiedziałam o szczegółach biografii Thomasa Manna. Jasne, wiedziałam kim był pisarz, znałam podstawowe fakty z jego życia i oczywiście czytałam jego książki. Ale nigdy nie poświęciłam więcej uwagi szczegółom jego życiorysu. Aż tu nagle w przeciągu kilku dni nagle zostałam wręcz wrzucona w życie Thomasa Manna, co więcej – w dwóch zupełnie różnych momentach jego kariery. Najpierw przeczytałam książkę „Lato Thomasa Manna” autorstwa Kerstin Holzer. Niewielki, ale ciekawy reportaż o letnich tygodniach 1918 roku, które Mann wraz z rodziną spędził nad jeziorem w Bawarii. Kilka dni po tym wybrałam się do kina na nagrodzony w Cannes film Pawła Pawlikowskiego „Ojczyzna”, który rozgrywa się w 1949 roku.  I tak moje lato nagle stało się przepojone życiem nagrodzonego Noblem niemieckiego pisarza.

 

Owo przypadkowe spotkanie książki i filmu sprawiło, że dostałam Manna w dwóch kluczowych momentach jego życia – obu mocno związanych z poczuciem niemieckości i przynależności. Latem 1918, kiedy wypoczywa nad jeziorem, z frontu I wojny światowej dochodzą coraz bardziej niepokojące dla niemieckich obywateli informacje. Staje się jasne, że wojna jest przegrana, a jej pokłosie – doprowadzi do całkowitej zmiany rzeczywistości. Dla samego Manna, który był wojnie przychylny i co więcej – uważał monarchię za rzecz dobrą – to chwila co najmniej trudna. W książce widzimy go jak ucieka przed redakcją „Rozważań człowieka apolitycznego”, które z każdym tygodniem stają się książką coraz bardziej nieaktualną. To ciekawy portret człowieka, który już wiele w życiu osiągnął (za nim olbrzymi sukces „Buddenbrooków”) ale przeżywa pewien kryzys twórczy, na który nakładają się sprawy rodzinne i polityczne. Sielskie wakacje nie są tak cudowne jak mogłoby się wydawać, ale bez nich pewnie nigdy nie powstałaby „Czarodziejska Góra”, która już zaczyna kiełkować w życiu pisarza. Na razie jednak jest na wakacjach z piątką dzieci, które kocha, choć – już wtedy obserwuje w sobie nierównowagę uczuć, bo najwięcej czułości ma do najmłodszej córeczki.

 

Zdjęcie: Agata Grzybowska

 

„Ojczyzna” jest na tym tle jak przewinięcie taśmy. Spotykam się z pisarzem trzydzieści lat później. Dorosłe dzieci, które mają pretensje, problemy i kryzysy, stanowią jednocześnie podporę jak i źródło największego cierpienia. Zresztą Mann podróżuje do kraju z córką, która jest jego sekretarką, opiekunką i towarzyszką w podróży. Miejsce do którego przybywa jest znane i nieznane. Niemcy, przeszły nie jedną a kilka przemian. Nie ma już tych Niemiec, które upadły w 1918 roku, ani tych, z których Mann wyjeżdżał do Stanów w 1933. Są nowe podzielone, powojenne Niemcy, które witają swojego „księcia poetów”, noblistę, wybitnego pisarza, który jest potrzebny jako symbol tego  czym niemieckość – definiowana już w nowym powojennym kontekście – mogłaby być. Wizyta niby jedna, ale tak naprawdę dwie. Po dwóch stronach nowej niemieckiej granicy, czekają dwie nagrody Goethego, dwa przyjęcia, dwa wykłady dla publiczności. O Goethem mają bowiem posłuchać ci, którym alianci wyznaczyli miejsce w Niemczech zachodnich, jak i ci którzy trafili do Niemiec wschodnich.

 

Pawlikowski w swoim filmie dosłownie pyta – gdzie jest ojczyzna człowieka takiego jak Mann. W tym przypadku – to pytanie nie tylko filozoficzne, ale też czysto techniczne. Niemcy, z których Mann wyjechał po prostu nie istnieją. Zarówno w warstwie geograficznej, politycznej jak i ideologicznej. Czy powinien wrócić do miasta, które opuścił? Tego, w którym się wychował? Spędził większość życia? Ale czy to jest „ojczyzna”? Bo przecież kiedy mówimy o ojczyźnie nie chodzi nam jedynie o kwestie geografii, ale o pewną wspólnotę kulturową, historyczną, doświadczeń, do której czujemy, że przynależymy z samego faktu urodzenia. Gdy Mann wraz z córką przebywa w Niemczech Zachodnich jest jasne, że to nie jest kraj, do którego mógłby tak po prostu wrócić. Pomijając poczucie obcości, na każdym kroku dostaje sygnały, że to od czego uciekał, nie zostało tu rozliczone. Każdy ma wymówkę na to co robił przez ostatnie kilka lat, ale nie czuć żadnego poczucia skruchy. Z kolei Niemcy Wschodnie trzymane pod mocną rosyjską władzą, stają się przestrzenią jeszcze bardziej obcą. Taką, która doskonale kamufluje swoje okrucieństwo a jednocześnie – pilnuje by nie zajrzeć pod podszewkę. Nic tu po Mannie.

 

Władze obu krajów potrzebują pisarza, by wykorzystać go do budowy wizji tego czym mają być te nowe Niemcy. Na zachodzie, wykład Manna o Goethem ma przypomnieć, że przecież w niemieckiej kulturze zawsze były pozytywne wzory, że jest na czym budować z dala od „wypadku” jakim były czasy hitlerowskie. Mann, który jest przedstawicielem tego starego świata, który w końcu powraca, ma usankcjonować przemiany jakie zachodzą. Czy ktoś go realnie słucha? Nie bardzo. Bo nie o słowa chodzi, ale o samą obecność. Skoro wrócił Mann już wszystko jest w porządku, stare dobre, artystyczne, moralne Niemcy mogą powrócić. Na Wschodzie też nie jest lepiej. Tu obecność Manna, służy w sumie temu samemu – legitymizacji władzy. Pisarz chcą nie chcąc jest uwikłany w polityczny proces budowania nowej rzeczywistości. Zarówno na zachodzie jak i na wschodzie całe sale słuchają jego wykładów z nieczytelnym, wręcz zamrożonym wyrazem twarzy. Nie ma dla nich znaczenia co naprawdę pisarz powie o literaturze, ale raczej jak będzie to można wykorzystać dla siebie. Nawet jeśli oznacza to marksistowską interpretację Goethego. Zresztą to nie jest przypadek, że kręcimy się tu gdzieś na marginesie wokół „Fausta”, pomijając  fascynację Manna tematem, to zgrywa się to z tematyką filmu –  podpisywaniem cyrografu z diabłem i zaprzedaniem duszy.

 

 

Jak zwykle w filmach Pasikowskiego nośnikiem największych emocji jest muzyka. Na zachodzie pobrzmiewają brzmienia, które przywodzą na myśl amerykańskie standardy z epoki, bo we Frankfurcie rozbrzmiewa jazz śpiewany przez Joannę Kulig. Kiedy jednak przekroczy się granicę do obiadu śpiewa rosyjski chór wojskowy, a jedyne niemieckie słowa to wersja nowego hymnu Niemiec odśpiewana przez dziecięcy chór. Muzyka po obu stronach granicy wydaje się równie obca, importowana, nie wywodząca się z głębi tego co Mann mógłby się utożsamić. Dopiero pod koniec, na nienastrojonych, nieco fałszujących organach zabrzmi muzyka, która pozwala w ruinach dawnego świata ponownie zobaczyć swoją ojczyznę. Zrujnowaną, niepełną, niedookreśloną, ale wciąż istniejącą.

 

Krótki i formalnie niezwykle zdyscyplinowany film Pawlikowskiego, to chyba moja ulubiona produkcja reżysera. Choć wizualnie powtarza on nie raz chwyty które stosował wcześniej w „Idzie” a zwłaszcza w „Zimnej Wojnie” to mam wrażenie, że tu doprowadził swój styl do mistrzostwa. Widać, że panuje nad każdym kadrem, ujęciem i przestrzenią. Między innymi dlatego nie potrzebuje wiele czasu by przekazać nam swoje wielowarstwowe rozmyślania, zarówno nad samym Mannem jak i nad życiem twórcy i losem emigranta. To jest jeden z tych filmów, który łatwo zrozumieć – gdy nic się nie wie o jego bohaterze, a który zyskuje, jeśli znamy szerszą historię. Jasne, to jest kino „inteligenckie” – jeśli za takie uznamy, kręcenie filmów o Mannie w 2026, ale jednocześnie – nie wymagające od widza aż tak wiele. Jego struktura jest tak przejrzysta, że film jest przy swoim dość hermetycznym temacie dość przystępny. Inna sprawa – miło jest raz na jakiś czas pogadać sobie o kulturze wyższej, zanurzyć się w rozważanie czy literatura i muzyka mogą być dla człowieka ojczyzną.

 

No właśnie, film ma bowiem jeszcze jedną warstwę – moim zdaniem zdecydowanie aktualną ze współczesnej perspektywy. To pytanie o możliwość powrotu. I to pytanie, które nie dotyczy tylko wielkich pisarzy i nie kończy się w 1949 roku. Świat pełen jest ludzi, którzy z konieczności opuścili swoje domy i ojczyzny, którzy wciąż myślą o tym, że kiedyś przyjdzie im wrócić. Ale czy taki powrót jest w ogóle możliwy? Po ilu latach ojczyzna staje się przestrzenią już nie osiągalną, zamkniętą jedynie w symbolach, ale oderwaną od ludzi i przestrzeni. To pytanie, które było zasadne w kontekście Polaków wracających do Polski po wojnie, ale będzie aktualne też w kontekście ludzi, którzy wyjechali z Ukrainy, Białorusi, z Palestyny, Syrii czy Sudanu. Czy będą mieli ojczyzny do których da się wrócić? A rozszerzając to poza kraje, gdzie trwa wojna – czy w ogóle można wrócić do ojczyzny innej niż ta wyobrażona, zamknięta w pewnych wybranych odniesieniach kulturowych.

 

Zdjęcie: Agata Grzybowska

 

Przy czym zgodzę się, że film Pawlikowskiego mimo swojej dyscypliny i jasności przekazu ma pewne wady. Mam wrażenie, że przywołana w filmie rodzinna dynamika – relacja z córką, żałoba po synu – choć sugeruje głębsze relacje i konflikty, to pozostaje w większość w niedopowiedzeniu. I choć Sandra Hüller jest w swojej roli absolutnie fantastyczna (co chyba nikogo nie dziwi, kiedy ostatnim razem aktorka nie wybudzała zachwytu) to jednak czegoś mi tu brakowało. Być może dlatego, że po lekturze książki o jednym lecie Manna miałam poczucie, że w tej opowieści o relacji z dziećmi jest jednak zdecydowanie więcej ciekawych i niejednoznacznych elementów. Zwłaszcza postać Klausa jest tu ledwie nakreślona, i jeśli nie znamy jego historii i relacji z ojcem, to jednak sam film dostarcza nam za mało informacji, żebyśmy mogli w pełni zrozumieć jak skomplikowana była to relacja.

 

„Ojczyznę” w Polskich kinach widziało niewielu widzów. Być może to kwestia dystrybucji, może nawet w 2026 roku niekoniecznie chcemy słuchać o problemach Niemców z powrotem do ojczyzny po II wojnie światowej. Może Thomas Mann nie jest na czasie (choć nowe tłumaczenie „Buddenbrooków” spoglądające z wystaw księgarni raczej temu przeczy). Może po prostu ktoś nas przekonał, że czarno-białe filmy biograficzne są dla wybranych. Ale moim zdaniem „Ojczyzna” jest filmem naprawdę przystępnym, bardzo ludzkim i bardzo satysfakcjonującym do oglądania. I zmuszającym do zadania sobie pytania, gdzie na mapie wskażemy ojczyznę, nawet gdy nie znajdziemy na niej znanych granic.

PS: Przy okazji polecam też bardzo książkę „Lato Thomasa Manna” – wyszła niedawno jest do dostania w Empiku i jest niedługa – idealna lektura na dwa popołudnia.

PS2: Książki Thomasa Manna też polecam jakby co.

Powiązane wpisy