Home FilmHorrory w Hollywood czyli „Minionki i Potwory”

Horrory w Hollywood czyli „Minionki i Potwory”

autor Zwierz

Jeśli szuka się definicji tego co w kulturze zupełnie nieprzewidywalne, to doskonałym przykładem jest tu popularność Minionków. Postaci, stworzone by wzmocniły komediowy wydźwięk serii filmów „Jak ukraść księżyc” na przestrzeni kilkunastu lat stały się najbardziej rozpoznawalnym i najbardziej lubianym elementem serii. Nie wiem, czy ktokolwiek był w stanie przewidzieć, że świat oszaleje na punkcie żółtych okrągłych stworków, które posługują się nieistniejącym językiem i przemierzają świat by znaleźć złoczyńcę, któremu mógłby by służyć. Ale tak właśnie się stało – Minionki wyrosły na własny filmowy fenomen i doczekały się osobnych produkcji. W kinach właśnie można oglądać „Minionki i Potwory”, które w box office radzą sobie nie gorzej niż piąta odsłona „Toy Story”.

 

 

Początek filmu jest stworzony niemalże z myślą o mnie. Oto Minionki nieco przypadkiem trafiają do Hollywood. Ale nie współczesnego tylko do Hollywood lat dwudziestych. Powiem wam, że twórcy produkcji w ogóle nie zastanawiali się czy dzieci zrozumieją nawiązania do kultowych scen z filmów niemych, albo czy rozpoznają z jaką pieczołowitością odtwarzano realia pierwszych lat Hollywood. Ten brak przejmowania się młodszym widzem, bardzo mi odpowiada, bo z radością obserwowałam, jak filmowcy podrzucają do opowieści o robiących filmową karierę Minionków elementy, które nawiązują do historii przemysłu filmowego. To są rzeczy, które często są niewielkie jak np. moment, w którym Minionki zwiedzają studio filmowe po raz pierwszy widzimy proces montażu i wszystkie osoby pochylone nad taśmą to kobiety. Dokładnie tak było w okresie kina niemego montażem zajmowały się głównie kobiety. Podobnie, gdy Minionki bogate swoją sławą urządzają imprezy w posiadłości, gdzie dostały zakwaterowanie widać wyraźnie nawiązania do słynnych Hollywoodzkich bali (zresztą wyszło tu to nie gorzej niż w „Babylon” też jest słoń). Mrugnięć jest więcej – jak bracia producenci, o bardzo różnych charakterach, czy reżyser mówiący z bardzo wyraźnym europejskim akcentem.  Nawet pojawienie się dźwięku i jego wpływ na karierę naszych bohaterów został odnotowany. Co pokazuje, że właściwie można wziąć każdą ludzką aktywność, wkleić w nią Minionki i dobrze się bawić.

Ale filmowa kariera naszych małych żółtych bohaterów to nie wszystko – bo mamy tu jeszcze tytułowe „Potwory”, a właściwie jednego potwora przywołanego przede wszystkim po to by móc zrealizować kolejny film. Od chwili jego pojawienia się w produkcji idziemy już w stronę akcji, klasycznej dla Minionków demolki i rozróby. Nie jest to złe samo w sobie, ale trochę mniej tu zabawy dla specjalistki od kinematografii w dwudziestoleciu międzywojennym. Więcej też schematu, bo widzowi pewnie nietrudno się domyślić jak się cała fabuła rozwinie. Choć przyznam, że koncepcja głównego potwora była na swój sposób przerażająca w sposób, który sprawił, że zaczęłam się nieco przejmować najmłodszymi widzami na sali. Nie mniej – o ile pierwsza część filmu opiera się często na uroczym absurdzie i kierowana jest dla doroślejszego widza, to im bliżej końca tym bardziej szala przechyla się na stronę widza młodszego.

 

 

Ważne by wspomnieć, że bohaterowie tej części filmu – James, Henry i Ed to inne Minionki niż te, które poznaliśmy wcześniej. Henry jest urodzonym reżyserem i scenarzystą – kocha opowiadać historie, James jest jednym z bardzo niewielu Minionków, który rozumie jego poczucie humoru a Ed przyłącza się do paczki nieco niespodziewanie. Co ciekawe Ed jest Minionkiem z niedosłuchem co znaczy, że czyta z ruchu warg i trochę miga. Przyznam, że nie spodziewałam się, że film o Minionkach będzie akurat tą animacją, która w sposób zupełnie naturalny wprowadzi słabo słyszącego bohatera. Poza jednym zdaniem wyjaśnienia, że Ed ma niedosłuch nigdy do tego nie wracamy. Chłopaki i tak się rozumieją. Zresztą przyznam, że film wzruszył mnie pokazaniem przyjaźni Minionków, bo to ładnie zarysowana historia, gdzie początkowe zrozumienie przeradza się w takie poczucie, że to przyjaźń na śmierć i życie.

 

Przede wszystkim jednak Minionki przypominają, że jeśli coś się nie starzeje to slapstick. Film jest bowiem też takim meta hołdem dla kina niemego. Jasne – mamy tu dialogi (które wszyscy doskonale rozumiemy nawet jeśli nie znamy języka Minionków) ale przede wszystkim liczy się ten slapstickowy humor, który wyniósł do sławy Chaplina czy Bustera Keatona. I on wciąż działa. I to działa zarówno na najmłodszych widzów jak i na tych nieco starszych. Jasne, wszyscy przekonujemy siebie samych, że nie śmieszy nas ktoś kto potknie się na skórce od banana, ale potem okazuje się, że to niekoniecznie prawda. Nowe Minionki są najlepsze właśnie wtedy, kiedy opierają się o prosty slapstickowy humor, który nie wymaga od nas wielkiego intelektualnego wysiłku a jednocześnie – po prostu działa. Zresztą fakt, że film, choć nie jest niemy – ma w 90% dialogi po miniońsku jest doskonałą nauką, że nie trzeba pisać bohaterom zrozumiałych dialogów byśmy wszyscy zrozumieli o czym jest opowieść. To kolejna cegiełka do celebracji doświadczenia filmowego, które jest czymś absolutnie unikatowym.

 

Zdaję sobie sprawę, że nikt nie produkuje kolejnego filmu w długiej serii produkcji animowanych tylko z potrzeby serca. Ale jednocześnie, mam wrażenie, że ten film o Minionkach jest dużo mniej wykalkulowany niż można byłoby się spodziewać. Mamy innych bohaterów, nie pojawia się w ogóle Gru, cała historia dzieje się w przeszłości. Kiedy spojrzymy na „Toy Story” 5 zobaczymy, że problemem serii filmowej bywa przywiązanie do tych samych bohaterów, którzy nawet jeśli przeszli przemiany, czy spotykają się z nowymi wyzwaniami – z każdym nowym filmem coraz bardziej ograniczają możliwości twórców. Tymczasem seria filmowa może trwać dłużej, jeśli jest w niej potencjał wymyślania się na nowo. I twórcy Minionków to potrafią. I po obejrzeniu tej najnowszej odsłony mam poczucie, że cała ta seria absolutnie ma jeszcze potencjał na kolejne produkcje. Bo przepis jest prosty – dowolna ludzka aktywność, plus Minionki to przepis na przyjemną slapstickową komedię. I co ważne – funkcjonującą bez konieczności odwoływania się do wcześniejszych filmów i produkcji.

 

PS: Przed seansem było kilka reklam z Minionkami. Ta, która mnie naprawdę zaskoczyła to reklama … La Roche-Posay z udziałem żółtych stworków. Jakby wiem, że francuskie firmy chętniej się reklamują przy Minionkach ale nadal nie wiem czy to są najlepsi mali ambasadorzy poważnej marki dermokosmetycznej. Ale może się nie znam.  

PS2: Jeśli zastanawiacie się nad tym dlaczego mały potworek tak przypomina Cthulhu i to nie jest przypadek. Potwór, który wita się z Minionkami ma ksywkę Goomi dokładnie taką jak autor słynnego komediowego komiksu o Przedwiecznych – „Unspeakable Vault (of Doom)” – nie jest to więc przypadek. Jakie można z tego wyciągąć wnioski o kanoniczności Minionków w świecie Lovecrafta pozostawiam już czytelnikom.

Powiązane wpisy