Home Ogólnie Różne demony, te same anioły czyli o Aniołach w Ameryce (NTLive)

Różne demony, te same anioły czyli o Aniołach w Ameryce (NTLive)

autor Zwierz
Różne demony, te same anioły czyli o Aniołach w Ameryce (NTLive)

Zwierz recen­zował już na swoim blogu Anioły w Ameryce. Te wyreży­serowane przez War­likowskiego. Kil­ka lat temu (dokład­niej w 2013 roku) zwierz pisał w swo­jej recen­zji, że ter­az po lat­ach od jej pre­miery, wraz ze zmi­aną klasy­fikacji AIDS (z choro­by śmiertel­nej na przewlekłą) zupełnie inaczej patrzy się na sztukę – która w pewien sposób odkle­ja się od swo­jego tem­atu i real­iów. Tak być może było w 2013, bo w 2017 Anioły w Ameryce wyda­ją się mieć tyle aktu­al­nych treś­ci, aż człowiek spodziewa się że usłyszy za sobą trzepot aniel­s­kich skrzy­deł.

Trans­mi­towane w ramach NTLive dwa przed­staw­ienia składa­jące się na całość Aniołów (które powin­no się wys­taw­iać w dwóch długich częś­ci­ach – tak zostały wys­taw­ione pier­wot­nie) trwa około 8 godzin. Co ciekawe, tego trwa­nia spek­tak­lu w ogóle nie czuć – głównie dlat­ego, że bardziej chy­ba niż w innych znanych zwier­zowi wys­taw­ieni­ach postaw­iono tu na rozład­owywanie pato­su (a ten jest w sztuce obec­ny i zamier­zony) humorem. Tego humoru w londyńs­kich Aniołach było więcej niż zwierz się spodziewał i niż zapamię­tał zarówno z Aniołów warsza­ws­kich jak i z seri­alu HBO. O ile w pier­wszej częś­ci humor sprawdzał się doskonale – było go dokład­nie tyle ile potrze­ba by sztukę oglą­dało się nieco łatwiej, o tyle przy częś­ci drugiej coś się pop­suło. I to niekoniecznie w samym przed­staw­ie­niu co w wid­owni. Zwierz zwró­cił uwagę, że w drugiej częś­ci śmiech widzów pojaw­iał się już nawet wtedy kiedy niekoniecznie był na miejs­cu – w końcu nie każde zdanie wypowiedziane pod­nie­sionym głosem, czy nie każ­da sce­na w której ktoś ma szy­bką, iron­iczną ripostę wyma­ga śmiechu. W cza­sie oglą­da­nia drugiej częś­ci moż­na było­by dojść do wniosku, że oglą­damy przez­abawną komedię. A Anioły są wszys­tkim, ale nie przez­abawną komedią. Raczej zna­jącą znacze­nie dow­cipu tragedią.

 

 

Zwierz niekiedy miał wraże­nie, że w całą his­torię w wyda­niu NTLive wdarło się odrobinę za dużo komedii

 

Jak Zwierz mówił – tem­aty­ka która wysuwała się na pier­wszy plan kiedy sztu­ka pow­stawała – lęki koń­ca lat osiemdziesią­tych – związane z AIDS, zim­ną wojną, rzą­da­mi Rea­gana, kil­ka lat temu zdawały się być bardziej znakiem cza­su niż his­torią na wskroś współczes­ną. Ale inaczej niż mówili nam XIX wieczni socjol­o­gowie społeczeńst­wa nie rozwi­ja­ją się lin­iowo i tam gdzie wyda­je się że kroczą do przo­du tam też potrafią zro­bić krok w tył. Słucha­jąc dziś rozmów o Rea­ganie i Ameryce jego cza­sów nie trud­no dostrzec, że poli­ty­cznie wcale nie zaszła wiel­ka jakoś­ciowa zmi­ana, że Trump i jego Amery­ka która znów ma być Wiel­ka, kroczy utar­ty­mi ścieżka­mi. Patrząc na obo­jęt­ność państ­wa, na podzi­ały które spraw­ia­ją, że moż­na co praw­da syp­i­ać z kon­ser­watys­tą ale trze­ba się tego potem wsty­dz­ić, na wielkie poczu­cie że wol­ność jest w Stanach na tak wysok­iej nucie, że nikt nie jest w stanie jej wyśpiewać, widz­imy że niewiele się zmieniło. Do tego lęki związane z dewastacją środowiska nat­u­ral­nego przez człowieka, poczu­cie że w trwa­ją­cym ładzie coś musi się zach­wiać i takie przym­roz­ki zim­nej wojny dookoła. Jest w tym coś strasznego, ale też dzi­wnie pociesza­jącego, wszak główny bohater bun­tu­je się prze­ci­wko posłan­nictwu nakazu­jące stanie w miejs­cu, i wal­czy o swo­je przy­pom­i­na­jąc że człowiek nie jest skałą i musi przeć do przo­du, zmieni­ać się, łamać ser­ca, powracać, odchodz­ić i to jest właśnie miara postępu. I inaczej być nie może. A z drugiej strony – w tych lękach lat osiemdziesią­tych od dzi­ury ozonowej po zim­ną wojnę widać że tak naprawdę to czego się boimy nigdy nie niknie. Tylko cza­sem uda­je się nam skutecznie o tym nie myśleć.

 

Bile­ty na spek­takl rozeszły się na pniu. Trud­no się dzi­wić w końcu Anioły w Ameryce to jed­na z najważniejszych sztuk ostat­nich dziesię­ci­ole­ci

 

Jak zwyk­le sztu­ka zmusza też do reflek­sji nad postawa­mi ludzki­mi – tak różny­mi i niedoskon­ały­mi jak różni są ludzie. Zwierz musi przyz­nać, że zawsze najbardziej fas­cynu­je go postać Roya Cohna. Postać anty­paty­cz­na, odraża­ją­ca, wszech miar paskud­na. A jed­nak jest w niej jakaś praw­da, o tych ludzi­ach którzy nigdy nie należeli do grupy uprzy­wile­jowanej. Którzy całe życie musieli wal­czyć o to by uznano ich za swoich. A ponieważ nigdy nie mogli sobie poz­wolić na ele­gancką grę dla uprzy­wile­jowanych to też nigdy tak naprawdę nie mogli być częś­cią estab­lish­men­tu. Cohn sta­je się sym­bol­em tych wszys­t­kich ludzi na których ciąży nieza­w­in­iona skaza wyk­luczenia – cza­sem popy­cha­ją­ca do czynów, który­mi nie pobrudzili­by sobie rąk dobrze urodzeni. I to niczego nie uspraw­iedli­wia, ale wiele tłu­maczy. Zwierz przyglą­da się zawsze tej postaci z fas­cy­nacją, bo doskonale sku­pia ona jak w soczew­ce ten paradoks układów społecznych, że moż­na mieć niekiedy niemal nieogranic­zoną władzę, ale ponieważ zawsze będzie się tym żydem który wdarł się tam gdzie go nie pros­zono, to obok tej władzy jest osob­na dawka pog­a­rdy. To ciągłe siłowanie się Cohna z życiem, z inny­mi ludź­mi – nawet jeśli nie czynione w dobrej spraw­ie, wciąż jest siłowaniem się ludzi wyk­luc­zonych. I umieszcze­nie takiej postaci – pokazu­jącej że to nie zawsze oznacza walkę szla­chet­ną jest zdaniem zwierza doskon­ałe.

 

Min­i­mal­izm insc­eniza­cyjny doskonale zgry­wa się z mon­u­men­tal­noś­cią (też cza­sową) tego dzieła

Zwierz lubi też postać Louisa – zwłaszcza dobrze zagraną (zwierz pamię­ta jaki był zaw­iedziony rolą Jac­ka Poniedzi­ał­ka u War­likowskiego). To chy­ba jed­na z naj­paskud­niejszych i najbardziej ego­isty­cznych postaci na jakie zwierz się natknął. Jest tak cud­own­ie skon­cen­trowany na sobie, że nawet wtedy kiedy teo­re­ty­cznie ma rację (wyrzu­ca­jąc swo­je­mu kon­ser­waty­wne­mu kochankowi, że wydawał uza­sad­nienia dla dyskrymin­u­ją­cych homosek­su­al­istów wyroków sądowych) mamy ochotę mu przyłożyć. To fas­cynu­ją­ca postać która jest tak odrzu­ca­ją­co skon­cen­trowana na sobie, że nawet kiedy próbu­je zro­bić i powiedzieć rzeczy słuszne, to ostate­cznie mówi tylko o sobie. Louis jest w tej sztuce bardziej niszczy­ciel­s­ki niż AIDS. W końcu łamie ser­ca dwóm mężczyznom, rozbi­ja ich życie, pozbaw­ia sen­su i jeszcze na końcu uważa, że wszys­tko powin­no się kon­cen­trować na nim. Moż­na powiedzieć, że Louis to taka per­son­ifikac­ja choro­by uczuć, którą łat­wo zła­pać ale nie sposób się jej pozbyć. Zresztą Louis nie dyskrymin­u­je, wszys­tkim równo próbu­je okazać wyżs­zość i zawsze okazu­je się w tych próbach równie żałos­ny.  Zdaniem zwierza dobrze zagrać tego bohat­era nie jest pros­to – bo musimy z jed­nej strony nie mieć dla niego zbyt wielu ciepłych uczuć, z drugiej – rozmieć dlaczego w sztuce to właśnie on stanowi obiekt pożą­da­nia.

 

Nathan Lane nie przekon­ał zwierza do swo­jego Cohna w pier­wszych czterech godz­i­nach sztu­ki, na szczęś­cie zro­bił to w kole­jnych czterech

Zwierz przyz­na przed wami szcz­erze, że nigdy nie był szczegól­nie zafas­cynowany postacią głównego bohat­era – Pri­o­ra. Być możne dlat­ego, że – to chy­ba nie jest tajem­nicą – nigdy nie był wielkim fanem metafizy­cznego wymi­aru sztu­ki. Jasne – to jest coś co spraw­ia, że Anioły w Ameryce wykracza­ją poza dra­mat o choro­bie i uczu­ci­ach, ale jed­nocześnie w tych frag­men­tach  Kush­n­er naprawdę daje upust swo­je­mu płyn­nemu, potoczys­te­mu ale też niekiedy nieco prze­sad­zone­mu sty­lowi. Jed­nocześnie Pri­or jest postacią w sum­ie najbardziej stereo­ty­powo roze­graną. Jego zma­gania z chorobą układa­ją się w pewien ciąg, który niewąt­pli­wie jest utr­walony w kul­turze – ta pier­wsza pani­ka, ozdrowie­nie, porzuce­nie zdrowia dla uczu­cia czy właś­ci­wie roz­paczy, tar­gowanie się Bogiem o jeszcze trochę cza­su, moment przeło­mu. Przy czym wiele zależy od tego jak Pri­o­ra się poprowadzi – tu był poprowad­zony tak o pół tonu wyżej niż wszyscy inni (co zresztą spraw­iało, że Zwierz miał wraże­nie, że jego postać trak­towana jest niepoważnie). Zresztą prob­lem z Pri­orem jest taki jak z wielo­ma rola­mi w tym spek­tak­lu — Kush­n­er swo­bod­nie korzys­ta ze stereo­typów a potem zmusza aktorów, twór­ców i widzów by razem poza te stereo­typy wszyli.

 

Postać żony Josepha była zawsze dla zwierza prob­lematy­cz­na, taka prze­sad­zona, oder­wana, z innego porząd­ku

 

Na koniec jak zwyk­le zwierz musi stwierdz­ić, że najsła­biej napisany­mi posta­ci­a­mi są dla niego Joseph i Harp­er Pitt czyli mor­mońskie małżeńst­wo, gdzie on jest ukry­wa­ją­cym się gejem a ona jest uza­leżniona od val­i­um. Zwierz ma w przy­pad­ku tych postaci prob­lem taki, że wyda­ją się najbardziej jed­noz­naczne. Ona jest nieszczęśli­wa, porzu­cona, ucieka­ją­ca od świa­ta, czeka­ją­ca aż zdarzy się coś więcej. On z kolei  jest takim typowym facetem zjadanym od środ­ka przez wszys­tko to czego nie może powiedzieć, twardym i miękkim jed­nocześnie. To nie są źle napisane posta­cie, ale takie przy których Zwierz zła­pał się na tym, że jak­by braku­je im tego czegoś więcej. Zwierz nie będzie niczego sug­erował ale miał wraże­nie jak­by autor sztu­ki oso­biś­cie znał Louisa a Pit­tów musi­ał sobie napisać. Zwłaszcza Joseph jest taką postacią przy której zwierz miał wraże­nie, że braku­je mu jed­nej czy dwóch scen byśmy go naprawdę poz­nali. Bo tak naprawdę głównie znamy go w relacji do innych bohaterów sztu­ki, lub w tym jak go opisu­ją. On sam jest zaskaku­ją­co przezroczysty.  Z kolei tylko w przy­pad­ku monologów jego żony, zwierz ma wraże­nie, że sztu­ka robi się miejs­ca­mi pre­ten­sjon­al­na. Na całe szczęś­cie – te dwie nieco gorsze posta­cie równoważą dwie najcu­d­own­iejsze posta­cie – Belize – pielęg­niarz, który po pros­tu wie co należy zro­bić i mat­ka Josepha, która też wie jak zachować się porząd­nie. W tym świecie ego­isty­cznych ludzi ze zła­many­mi ser­ca­mi, ta dwój­ka przynosi to co najważniejsze – rozsądek i pamięć o drugim człowieku.

 

Cza­sem zdarza się, że jed­na rola daje aktorowi punkt wyjś­cia do kradzieży sporej częś­ci sztu­ki — tu jest to mat­ka Josepha, poboż­na mor­mon­ka której przyjdzie zaj­mować się byłym chłopakiem fac­eta swo­jego syna.

 

No dobrze tyle ogól­nych rozważań o sztuce, prze­jdźmy do kwestii insc­eniza­cji. Gdy­by zwierz chci­ał to jakoś określić słowa­mi pewnie napisał­by, że to kam­er­al­na super­pro­dukc­ja. Z jed­nej strony doskon­ała gra przestrzenią sce­ny spraw­ia, że zna­j­du­je­my się w kilku bard­zo jas­no określonych przestrzeni­ach – naprawdę niewiele trze­ba byśmy wes­zli do mieszka­nia Josepha, przekroczyli próg szpi­ta­la czy prze­nieśli się na chwilę do Salt Lake City. Z drugiej strony, trud­no nazwać tą pro­dukcję min­i­mal­isty­czną. Zas­tosowanie neonów, efek­tów spec­jal­nych – wyko­rzys­tanie wszys­t­kich klap i zapad­ni, prze­suwanie scen w poziomie i w pio­nie – pada­ją­cy deszcz i śnieg, wszys­tko to spraw­ia, że nie mamy wąt­pli­woś­ci, że wyko­rzys­tano wszys­tkie efek­ty spec­jalne jakie były pod ręką. Robi to bard­zo dobre wraże­nie na sce­nie (słusznie pokazu­jąc struk­turę sztu­ki która skła­da się z takich „scen z życia”) a jed­nocześnie musi robić niesamowite wraże­nie oglą­dane na żywo. Choć kiedy oglą­da się sztukę w kinie moż­na docenić jak fenom­e­nal­ną charak­teryza­cję mają  aktorzy. Zwierz mógł­by przysiąc że pod koniec drugiej częś­ci Anderw Garfield naprawdę miał zapale­nie płuc i raka skóry. A prze­cież oglą­dał aktorów w zbliże­ni­ach więc widzi­ał ich lep­iej niż wid­ow­n­ia. Twór­ca sztu­ki wypowiadał się na tem­at sposobu insc­eni­zowa­nia Aniołów mówiąc, że dobrze by wid­zowie widzieli zmi­any deko­racji, by kil­ka ról grała ta sama oso­ba, by nie robić ściem­nień. Tak by wid­zowie mieli poczu­cie, że oglą­da­ją coś płyn­nego i w pełni zrozu­mieli umowność teatru. W Nation­al The­atre posłuchano twór­cy tylko do połowy. Tzn. rzeczy­wiś­cie mamy kil­ka ról granych przez tych samych aktorów (np. matkę Josepha i Ethel Rosen­berg gra ta sama aktor­ka, podob­nie jak jed­na aktor­ka gra starego rabi­na, pielęg­niarkę, wari­atkę i anioła) a z drugiej jed­nak wys­taw­ie­nie bard­zo gra ściem­nieni­a­mi i wręcz ukry­wa wiele mech­a­nizmów swo­jej teatral­nej magii.

 

Sztu­ka nie traci tem­pa choć zwierz może by nieco przytem­per­ował część ekspresyjnej gry Garfiel­da

O sukce­sie takiej sztu­ki jak Anioły w Ameryce w dużym stop­niu decy­du­je obsa­da. Zwierz był ciekaw jak w tym reper­tu­arze zna­jdzie się Anderw Garfield zwłaszcza, że rola Pri­o­ra jest trud­na. Zwierz ma mieszane uczu­cia, z początku był zach­wycony grą Garfiel­da który przy pomo­cy kilku charak­terysty­cznych gestów uczynił swego bohat­era stereo­ty­powym gejem spod znaku „dra­ma queen”. Zwier­zowi podobała się ta – zgod­na z duchem sztu­ki inter­pre­tac­ja. W pier­wszej częś­ci nie miał do niej żad­nych zas­trzeżeń. Nato­mi­ast w drugiej, zbyt częs­to miał wraże­nie, że drob­ne gesty czy zatrzy­manie kwestii w połowie dodawało efek­tu komicznego tam gdzie niekoniecznie był potrzeb­ny. Plus zwierz ma wraże­nie, że moż­na było­by nieco utem­per­ować akto­ra. Zwłaszcza spotkanie z Louisem na ław­ce w parku, zami­ast wypaść wściek­le czy iron­icznie wypadło za bard­zo kome­diowo, jak spek­takl w spek­tak­lu. Trochę to jed­nak było obok. Co nie zmienia fak­tu, że Andrew Garfield już dru­gi raz (pier­wszy w Mil­cze­niu) udowod­nił Zwier­zowi że jest jed­nak zde­cy­dowanie lep­szym aktorem, niż moż­na było zakładać patrząc na jego bardziej pop­u­larne role. Zwierz cieszy się też, że to aktor na tyle odważny by nie bać się gry w dużym teatral­nym pro­jek­cie (który na pewno musi­ał być bard­zo męczą­cy).

 

Choć AIDS już tak nie straszy to poli­ty­cznie sztu­ka przeży­wa drugą młodość

O ile zwier­zowi Garfield podobał się bardziej w pier­wszej częś­ci sztu­ki niż w drugiej o tyle zmienił opinię o Nathanie Lane w roli  Cohna. Otóż musi­cie wiedzieć, że zdaniem zwierza wszyscy aktorzy którzy pod­chodzą do tej roli mają jeden zasad­niczy prob­lem – to jest rola którą przed nimi grał Al Paci­no. A nikt nie potrafi się na ekranie tak niesamowicie wściekać jak Paci­no. Zresztą w ogóle zdaniem Zwierza rola Paci­no w Aniołach była bezbłęd­na. Tak więc od razu na wstępie jest trud­niej. W pier­wszej częś­ci sztu­ki w której Lane miał grać swo­jego wciąż wściekłego, aro­ganck­iego, akty­wnego prawni­ka, wypadał trochę bla­do. Ale w drugiej – kiedy leży przyku­ty do łóż­ka i umiera – aktor nagle zna­j­du­je na niego swój sposób i tak pod koniec wyda­je się dużo bardziej dopa­sowany do roli niż wcześniej. Zwierz nie wie co sądz­ić o Rus­selu Tovey w roli Josepha. Otóż nie tyle, że Tovey źle gra ale zdaniem zwierza jego gra, wygląd, bycie na sce­nie nie pasu­je do wszys­t­kich aspek­tów jego bohat­era. Kiedy drugą część sztu­ki otwiera niezręcz­na roz­mowa Josepha i Louisa w mieszka­niu tego drugiego, to Tovey pasu­je ide­al­nie. Widz niemal czu­je jego wstyd, pod­niece­nie, chęć i niechęć jed­nocześnie, całą tą walkę. Ale z drugiej strony tam gdzie Joseph ma być tym twardym repub­lika­ninem, ide­al­nym amerykańskim Ken­em który okazu­je się niepo­rad­nym homosek­su­al­istą, Tovey jakoś nie pasu­je. Braku­je mu… z braku lep­szego słowa twar­doś­ci. To jest zawsze taki miły miś. Czegoś w tej jego roli braku­je choć Zwierz nie umie dokład­nie spre­cy­zować czego.

 

Belize to taka rola marze­nie dla każdego akto­ra, który chce być najlep­szą postacią w więk­szoś­ci swoich scen

 

Nato­mi­ast ide­al­nie obsad­zony jest James McAr­dle jako Louis. Boże jak ten człowiek ide­al­nie gra iry­tu­jącego, skon­cen­trowanego na sobie typa. Zdaniem zwierza to jest ide­al­nie zagrana rola. Choć Zwierz musi wam przyz­nać, że przez więk­szość spek­tak­lu nie mógł sobie przy­pom­nieć skąd zna twarz akto­ra i dopiero Imdb pod­powiedzi­ało, że pojaw­ił się on na chwilę w Gwiezd­nych Woj­nach. Równie bezbłęd­ną role zafud­nował nam Nathan Stew­art-Jar­rett jako Belize. Zwierz nigdy nie widzi­ał tej roli w lep­szym wyko­na­niu i jest naprawdę pod olbrzymim wraże­niem. To połącze­nie pewnoś­ci siebie, empatii z wypra­cow­any­mi ges­ta­mi – istne cacuszko. Na koniec Zwierz chci­ał­by jeszcze wspom­nieć o Susan Brown, w roli mat­ki Jospe­ha. To jest ide­al­ny przykład tego jak przy pomo­cy niewiel­kich środ­ków aktors­kich moż­na na sce­nie stworzyć prze­cu­d­owną pełnowymi­arową postać. Serio zwierz dawno nie był pod wraże­niem roli – w sum­ie dru­go­planowej, a tu dostał dokład­nie to co w teatrze lubi najbardziej – kwest­ie wypowiedziane tak, że dowiadu­je­my się dzię­ki nim dużo więcej o bohat­er­ach niż sami nam powiedzą.

 

Trans­mis­ja NT Live pozwala zobaczyć całą scenę co daje fajną ‘Aniel­ską” per­spek­ty­wę

Zwierz musi przyz­nać, że cud­own­ie odnaleziona współczes­ność sztu­ki nie spraw­iła, że wszys­tko nadal gra tak jak grało. Najwięk­szy prob­lem zwierz ma z ostat­nią sceną sztu­ki. Bo jak­by całe Anioły w Ameryce oczy­wiś­cie są w pewnym stop­niu sztuką o cza­sach w których pow­stały ale umiejęt­nie unika­ją pułap­ki teatral­nego repor­tażu. A potem przy­chodzi ostat­nia sce­na w której Pri­or zwraca się bezpośred­nio do wid­owni i to co mówi brz­mi naprawdę jak prze­mowa napisana (i niesły­chanie potrzeb­na) wid­zom na początku lat 90 kiedy Anioły miały swo­ją pre­mierę. Dziś kiedy Pri­or prze­maw­ia do wid­owni mówiąc, że „staniemy się oby­wa­te­la­mi i nie będziemy umier­ać w ukryciu” nie trud­no dostrzec, że słowa nieco straciły swój pier­wot­ny wydźwięk. Zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę, że pada­ją ze sce­ny w Lon­dynie, gdzie pod wzglę­dem prawnym już właś­ci­wie nie pozostało wiele do poko­na­nia pomiędzy prawa­mi mniejs­zoś­ci a prawa­mi resz­ty społeczeńst­wa.  Zwierz ma wraże­nie, że może należało­by to pokazać nieco inaczej – inaczej ustaw­ić aktorów, zmienić wydźwięk sce­ny. Może nawet zastąpić jej optymizm jakimś komen­tarzem o naturze zmi­an. A może w ogóle ta ostat­nia sce­na powin­na wypaść zostaw­ia­jąc nas z prze­cu­d­owną – nigdy nie starze­jącą się reflek­sją o dzi­urze ozonowej. W każdym razie dla zwierza to był jedyny moment kiedy miał wraże­nie że słucha słów przez­nac­zonych do zupełnie innej wid­owni niż mogła zasiąść w 2017 w Europe­js­kich kinach.

 

Ostate­cznie to jest, była i będzie sztu­ka o uczu­ci­ach, emoc­jach i łama­niu serc.

 

Jeśli dotar­liś­cie do tego momen­tu tek­stu to zakładam – być może nad­miernie optymisty­cznie, że jesteś­cie zain­tere­sowani sztuką i jeśli jej nie widzieliś­cie to chce­cie zobaczyć. Zwierz ma dla was dobrą wiado­mość. Jeszcze w listopadzie odbędą się dodatkowe pokazy sztu­ki. Aby zobaczyć kiedy będzie ją trans­mi­towało wasze lokalne kino wejdź­cie na stronę www.nazywowkinach.pl gdzie zna­jdziecie rozpiskę trans­misji. Zresztą nie tylko Aniołów ale także wielu innych sztuk, oper i baletów. Tylko nie zapom­ni­j­cie zak­lepać sobie dwóch wiec­zorów bo Aniołów nie wypa­da obe­jrzeć do połowy.

Ps: Ciekawe – Zwierz zajrzał do swo­jej recen­zji z 2013 gdzie chwal­ił tłu­macze­nie Poniedzi­ał­ka, które wydawało mu się wów­czas bard­zo nat­u­ralne i dobrze brzmiące. Ter­az jed­nak czy­ta­jąc napisy do sztu­ki stwor­zone na pod­staw­ie tego tłu­maczenia był pod wraże­niem jak bard­zo jest ono obok tek­stu właś­ci­wego, a nawet niekiedy moż­na dojść do wniosku, że autor tłu­maczenia nie do koń­ca zrozu­mi­ał naturę pewnych zwrotów. Zwierz jest pod wraże­niem jak różne mogą być opinie o w sum­ie tym samym tekś­cie w zależnoś­ci od tego w jakim kon­tekś­cie się nań patrzy.

Ps2: Wpis pow­stał w ramach współpra­cy z Nażywowkinach.pl

8 komentarzy
0

Powiązane wpisy