Home Ogólnie Czego pragnąć się godzi czyli co zwierz myśli kiedy czyta żurnal mody męskiej

Czego pragnąć się godzi czyli co zwierz myśli kiedy czyta żurnal mody męskiej

autor Zwierz

Hej

Zaczni­jmy od tego, że dziś nie będzie pop­kul­tur­al­nie. Zwierz cza­sem (mniej więcej raz w miesiącu) budzi się z przeko­naniem, ze chce napisać o czymś zupełnie innym. Wpisy za nim chodzą aż w końcu zwierz daje za wgraną.  Tyle tłu­maczeń, bo zwierz dowiedzi­ał, się że jako bloger nie powinien się tłu­maczyć. Więc  proszę o to nowy świeżut­ki wpis. Zwierz się nie tłu­maczy a na końcu rozwiązu­je konkurs. Co więcej rozwiązanie konkur­su jest wple­cione w tem­atykę wpisu. Taki ze zwierza mis­trz. A i wpis w pier­wszej oso­bie.

Iren­ka uprzedza — to nie jest wpis o pop­kul­turze. I pewnie może się wam nie spodobać

Siedzę sobie w wan­nie i przeglą­dam cza­sopis­mo GQ z okład­ki spoglą­da na mnie Cum­ber­batch a ja próbu­ję między kole­jny­mi rekla­ma­mi męs­kich swetrów znaleźć te kil­ka stron tek­stu, które zwyk­le są zaskaku­ją­co ciekawe jak na to, że służą jedynie jako pretekst by zareklam­ować rzeczy na które stać niewielu a pożą­da ich wielu. W końcu po długich poszuki­wa­ni­ach trafi­am na stronę gdzie wypowia­da się obsa­da fil­mu Riot Club (pro­dukc­ja na pod­staw­ie pop­u­larnej sztu­ki o eli­tarnym i zep­su­tym klu­bie dla młodych i bogatych stu­den­tów Oxfor­du). Czy­tam ich wypowiedzi ale moją uwagę przy­cią­ga co innego.  Obsa­da albo w moim wieku albo młod­sza. Łapię się na tym, że powoli dochodzę do chwili kiedy aktorzy nie są już o te kil­ka, kilka­naś­cie lat star­si. Bywa­ją nawet sporo  młod­si jak śliczny Dou­glas  Booth nagrod­zony ostat­nio za swój nien­agan­ny styl ubiera­nia się. Przy­pom­i­nam sobie nagle jak jeszcze chodząc do szkoły wyobrażałam sobie, że w tym momen­cie swo­jego życia, w którym jestem będę już mniej więcej ustaw­iona. Będę miała nie tyle pracę co wybrany zawód, pen­sję która będzie taka dorosła i w ogóle już coś się wydarzy. Bo prze­cież wszyscy żyje­my trochę w przeko­na­niu, że coś w naszym życiu się wydarzy. Tym­cza­sem co raz młod­si ludzie uśmiecha­ją się do mnie z kart kole­jnych fil­mowych cza­sop­ism a ja nawet nie zbliżyłam się do tego wielkiego „coś” które prze­cież już powin­no się zdarzyć.

  Iren­ka nie jest pew­na co sądz­ić o pier­wszych akap­i­tach tek­stu

Jed­nocześnie nadal prz­erzu­ca­jąc reklamy luk­su­sowych zegarków, kap­ci i aparta­men­tów (reklamy miłe ser­cu bo wszys­tkie pro­duk­ty wzbo­ga­cone o zdję­cie jakiegoś przys­to­jnego mężczyzny) przy­pom­i­nam sobie moment kiedy uświadomiłam sobie, że praw­dopodob­nie nigdy nie będę boga­ta. Doskonale pamię­tam jak mija­jąc budowę nowego bloku w mojej okol­i­cy (sporo się w mojej okol­i­cy budu­je) zrozu­mi­ałam że raczej nigdy nie zamieszkam w jed­nym z właśnie pow­sta­ją­cych aparta­men­tów. Więcej nigdy nie będzie mnie na taki stać. Oczy­wiś­cie  zda­ję sobie sprawę, że aby taki zakupić trze­ba wziąć kredyt i praw­ie niko­go nie stać z miejs­ca ale byłam też zupełnie szcz­erze gotowa przyz­nać przed sobą że odpowied­niego kredy­tu pewnie też mi nikt nie da. Ot po pros­tu kil­ka razy skrę­ciłam w życiu nie tam gdzie prowadz­iła dro­ga do wyso­kich zarobków.  Co pewnie was zaskoczy, zupełnie mnie ta myśl nie zas­mu­ciła. Wiem to brz­mi trochę niere­al­nie ale świado­mość, że jest mało praw­dopodob­ne (wciąż mogą się przy­darzyć losy na loterii, spad­ki czy zau­roczeni mil­ion­erzy czy nagłe pod­wyż­ki w dziedzinie którą zaj­mu­je się na co dzień) bym kiedykol­wiek była boga­ta wydała mi się po pros­tu fak­tem.  Ani mnie nie zas­mu­cił ani też nie popch­nął do dzi­ała­nia. Poczułam się trochę jak wtedy kiedy mając 13 lat dowiedzi­ałam się że nie mówi się batel­nia tylko patel­nia. Ot przy­dat­ny fakt na tem­at świa­ta. Przy czym wiecie sko­ro raczej się nigdy nie będzie bogatym to moż­na dużo wcześniej zacząć się cieszyć z wysokoś­ci zarobków.

  Iren­ka uważa że kto ma pietruszkę ten jest bogaty

Idąc dalej i czy­ta­jąc kole­jne nieliczne artykuły poświę­cone zwycięz­com nagród w różnych kat­e­go­ri­ach zła­pałam się na tym, że zaczęłam myśleć o sukce­sie. Kiedyś czy­ta­jąc kolorowe mag­a­zyny miałam wraże­nie, że widzę ludzi którzy osiągnęli sukces, który być może czeka też na mnie. Ostat­nio zdarzyło mi się roz­maw­iać ze zna­jomą która pytała mnie jak to się stało.  Starała się, pra­cow­ała, miała pomysły. Wszys­tkie obow­iązkowe punk­ty pro­gra­mu zal­ic­zone a sukces nie przy­chodzi. Dlaczego? Trud­no znaleźć odpowiedź. Albo też zaskaku­ją­co łat­wo. Sukces nie jest prze­cież ostat­nim punk­tem na długiej liś­cie kroków. Ceni się go bo samo spełnie­nie wszys­t­kich warunk­ów niczego nie gwaran­tu­je. Potrzeb­ne są jeszcze te wszys­tkie czyn­ni­ki których nie moż­na uwzględ­nić – dlat­ego robiąc dokład­nie to samo niek­tórzy odnoszą sukces inni zaś zaz­drośnie mogą się przyglą­dać cud­ze­mu powodze­niu.  W przy­pad­ku zna­jomej zwierza brak sukce­su wyda­je się niespraw­iedli­wy. Wszak ktoś powinien dostrzec, że jest od innych nie tylko ciekawsza, ale po pros­tu lep­sza. Do tego wszys­tkiego – gdy­by przyjąć zupełnie inną per­spek­ty­wę mogła­by też być obiek­tem zaz­droś­ci nie jed­nej znanej mi oso­by. Ale wciąż nie było tego jed­nego wymar­zonego sukce­su na tym jed­nym z licznych życiowych pól gdzie moż­na coś wygrać lub prze­grać. Przyglą­da­jąc się mojej zdol­nej, sym­pa­ty­cznej, dodatkowo jeszcze ład­nej zna­jomej doszłam do kole­jnego z tych prostych wniosków. Sukces jakoś nigdy mi nie pasował.

Być hipopotamem i pod­szy­wać się pod świnkę ot miara prawdzi­wego sukce­su

Widzi­cie od niedaw­na blog który czyta­cie cieszy się co raz więk­szym powodze­niem. W ciągu ostat­nich trzech miesię­cy licz­ba odwiedza­ją­cych wzrosła śred­nio o 5 tys. miesięcznie. To naprawdę sporo – dokład­niej o jed­ną szóstą ( i już wiecie ilu mam użytkown­ików). Czy wiem dlaczego tak się stało? Powiem szcz­erze – nie mam zielonego poję­cia. Nie piszę częś­ciej, nie piszę lep­iej, nie jest to ele­ment żad­nej ustalonej z góry strate­gii. Nadal siedzę w środ­ku nocy w moim małym  mieszka­niu i spoglą­da­jąc na kawałek nie­ba wys­ta­ją­cy zza rzę­du komik­sów (właś­ci­wie to nie­ba nie widać bo jak wspom­ni­ałam jest środek nocy) piszę wpisy. Ponoć ludzie zas­tanaw­ia­ją się czy mam strate­gię mar­ketingową, czy piszę blo­ga w sposób prze­myślany, czy staw­iam sobie jak wielu piszą­cych i w ogóle dzi­ała­ją­cych ludzi jakieś cele. Otóż nie – moje życie jest radośnie bezcelowe – jedyne dead­liny jakich się trzy­mam doty­czą ter­minów napisa­nia artykułów. A to też tylko dlat­ego, że jeśli coś się odda do redakcji nie trze­ba o tym więcej myśleć. Kiedy ktoś mnie spy­ta gdzie widzę siebie za pięć lat to mogę snuć wielką wiz­ję ale nie mam zielonego poję­cia. Nie jest to ani cno­ta ani wada. Po pros­tu – nie mam zielonego poję­cia. Wyz­naczanie sobie celów sporo osób uważa za dobry pomysł by nie popaść w marazm by cią­gle coś w życiu robić. Być może rzeczy­wiś­cie tak jest. Nie przeczę, wszak jak głosi mądrość ludowa ludzie są różni, ale nigdy nie widzi­ałam przy­jem­ność w wyz­nacza­niu sobie jakichkol­wiek celów do osiąg­nię­cia. Nawet pod górkę nie za bard­zo chce mi się iść. Czy to znaczy, że nic nie robię? Robię, ale na pewno  nie real­izu­je kole­jnych celów. Z tej prostej przy­czyny, że ich nie ma. Jasne cza­sem zdarza mi się myśleć że fajnie było­by dostać jakąś niesamow­itą propozy­cję współpra­cy i pojechać na dru­gi koniec świa­ta. Ale mniej więcej to jest szczyt mojego planowa­nia. Zresztą czy jeśli wyz­naczyłabym sobie cele to naprawdę praw­dopodobieńst­wo że jakieś zdarze­nie zajdzie było­by więk­sze? Znam ludzi którzy awan­sowali na wymar­zone stanowisko z powodu czys­tego splo­tu wydarzeń.

Zjeść cały skrzyp w kil­ka sekund to może nie sukces ale spore osiąg­nię­cie

Może­cie powiedzieć, że łat­wo mi pisać sko­ro tak właś­ci­wie mogłabym spoko­jnie uznać się za osobę sukce­su. Oczy­wiś­cie mając dwadzieś­cia osiem lat nadal nie mam zielonego poję­cia kim tak naprawdę jestem (ostat­nio zostałam nazwana dzi­en­nikarką co wzbudz­iło moją lekką kon­ster­nację bo to przede wszys­tkim brz­mi jak nazwa zawodu) i jak już ustalil­iśmy bogaci będą inni ale na szczy­cie regału kurzy się sześ­ciok­ilo­wy kawał szkła za Blo­ga roku, statysty­ki jak już się dowiedzieliśmy ros­ną a i na upartego może­cie kupić kil­ka książek, cza­sop­ism czy innych from słowa drukowanego  gdzie zna­jdziecie moje tek­sty. Ba! Nawet od cza­su do cza­su ktoś może poin­for­mować mnie, że usłyszał mój głos w radio i raz zdarzyło się zwier­zowi, że ktoś pod­szedł do niego tak po pros­tu na uli­cy zro­bić sobie zdję­cie. Gdy­bym miała jakieś cele do zre­al­i­zowa­nia to pewnie byłabym już gdzieś w połowie listy. Prob­lem jed­nak w tym, że sukces zależy od per­cepcji. Dla wielu napisanie czegokol­wiek co ukaza­ło się drukiem jest osiąg­nię­cie, no ale tak wyszło, że wśród ludzi których znam i z który­mi chcąc nie chcąc jestem spokrewniona (cześć wazon) to raczej codzi­en­ność. Wszys­tkie pozostałe prof­i­ty z blo­ga są bard­zo sym­pa­ty­czne ale gdzież tam zwier­zowi do eli­ty. Zresztą i tak nad wszys­tkim unosi się chmu­ra tym­cza­sowoś­ci bo wszak jesteśmy tylko częś­cią mody która przemi­ja. Pod tym wzglę­dem fakt, że Maja zapro­jek­towała mi koszulkę jest osiąg­nię­ciem dużo więk­szym. Niko­mu w rodzinie zwierza Maja nie pro­jek­towała koszul­ki. Jeszcze. Ale nie chodzi nawet o to jak postrzegamy sukces. Prawdę powiedzi­awszy nawet biorąc pod uwagę wszelkie imponu­jące osiąg­nię­cia zwierza (może­cie sobie przy imponu­jące wstaw­ić cud­zysłów) nie jest to dokład­nie definic­ja człowieka sukce­su. Nawet chy­ba nie blogera sukce­su bo wszak wszyscy wiemy, że moż­na więcej, szy­b­ciej i dalej.

  To czy czu­je­my się ludź­mi sukce­su zależy w dużym stop­niu od tego z kim się porównu­je­my

Kwes­t­ia w tym, że zwier­zowi to nie przeszkadza. Co więcej ma wraże­nie że wielu osobom nie przeszkadza.  Nie wiem czy to nasza kul­tura, czy może potrze­ba jakiegoś życiowego celu (sko­ro sami sobie jesteśmy sterem żeglarzem okrętem) ale sukces stał się czymś do czego albo mamy dążyć, albo jak mówią mądrzy – cieszyć się drogą na szczyt. Tym­cza­sem moim zdaniem moż­na w ogóle sobie darować całe to ciągłe wspinanie się. Oczy­wiś­cie moż­na chcieć do czegoś w życiu dojść – tytułu naukowego, pieniędzy, rodziny. Tylko wszyscy doskonale wiemy, że prze­cież jutro też jest dzień.  To trochę jak wejś­ciem Pol­s­ki do Unii Europe­jskiej. Wiel­ki sukces całego nar­o­du ale tamtego roku 3 maja padał deszcz. Jak­by się człowiek nie starał zawsze coś. Nie znaczy to, że uważam iż w życiu nic nie trze­ba robić. Oczy­wiś­cie że trze­ba bądź co bądź zawsze fajnie wyciągnąć rękę po trochę więcej. Ale o ile przy­jem­niej robić to bez spre­cy­zowanego planu bez oczu wpa­tr­zonych w jas­ny cel.  Zna­cie to uczu­cie kiedy ktoś mówi wam że schudliś­cie a wy porzu­cil­iś­cie dietę sześć godzin po jej rozpoczę­ciu (na widok pizzy). To jest zde­cy­dowanie fajniejsze uczu­cie niż gdy ktoś mówi wam że strasznie schudliś­cie pod­czas kiedy z waszych zaplanowanych 10 kilo zrzu­cil­iś­cie tylko osiem. Taka dar­mowa radość od życia. Do tego dużo trud­niej być zaw­iedzionym, a dużo łatwiej przekon­ać się, że może więcej fra­jdy sprawi nam coś zupełnie innego niż myśleliśmy (jak cud­own­ie było odkryć że kari­era naukowa o której myślałam od dziecińst­wa nie jest dla mnie i że ku moje­mu zaskocze­niu mogę się w życiu zaj­mować czymś innym). I właśnie trochę tak jest kiedy idzie się przed siebie bez tych ustalonych punk­tów. Więcej czytel­ników? Cud­own­ie. Tyle samo? Nic się nie stało.  Przy czym jestem głęboko przeko­nana, że gdy­by licz­ba czytel­ników zmniejszyła się do czterech (ja, wazon, pies i mama) to jed­nak nie stałabym nie prze­j­mu­jąc się niczym. Moż­na zmusić się do myśle­nia i dzi­ała­nia nie mając żad­nej wiz­ji tego gdzie to tak właś­ci­wie ma prowadz­ić. Czy staram się przez to mniej? Nie wyda­je mi się.  Przy czym nie moż­na wyk­luczyć że wszys­tko jest tak naprawdę kwest­ią języ­ka. Wszyscy pójdziemy posłuchać jaki jest przepis na sukces, przepisu na czu­cie się całkiem nieźle z samym sobą (poza poniedzi­ałka­mi rano) nie brzmią tak zachę­ca­ją­co.

  Józia niko­go nie uda­je — jest najlep­szą świnką jaką może być

Trud­no uznać, że kil­ka reflek­sji z nad mag­a­zynu z modą męską (paradoks – dużo ciekawszego dla kobi­et z racji przys­to­jnych panów rekla­mu­ją­cych abso­lut­nie wszys­tko) za obow­iązu­jące wszys­t­kich zasady. Więcej – może­my uznać, że nic co ktokol­wiek napisze o swoim oso­bistym pode­jś­ciu do życia nie przekła­da się na cud­ze doświad­cze­nie. Dlat­ego mimo men­torskiego tonu nie przy­chodzę niko­go pouczać, nawet nie nakła­ni­ać i nawracać. Być może należy­cie po pros­tu do ludzi podob­nych do mnie którzy uważa­ją, że  dużo fajniejsze od rozk­mini­a­nia jak odnieść sukces i to najlepiej szy­bko i we wszys­t­kich dziedz­i­nach życia, jest po pros­tu porzuce­nie całej kon­cepcji sukce­su. I tak w końcu okazu­je się, że jakaś sfera życia idzie nam lep­iej niż inna i że jed­nak nie jesteśmy naj­gor­si na świecie. Kiedy ktoś mnie pyta jak odnieść sukces blogu­jąc nie mam zielonego poję­cia. Ja tylko pisze a jakieś rzeczy się zdarza­ją. Cza­sem moż­na poczuć jak nagle robi się fajnie, pojaw­ia­ją się propozy­c­je czy nowe możli­woś­ci. Ale im więcej w tym zaskoczenia jakiejś niespodzian­ki od życia tym łatwiej się tym cieszyć. Przy­na­jm­niej mnie – na co dzień moi czytel­ni­cy nie ist­nieje­cie. To czy słucha­cie czy nie jest jed­nocześnie ważne i zupełnie bez znaczenia. Nawet jeśli były­by was set­ki tysię­cy rano trze­ba zwlec się z łóż­ka, nakarmić świn­ki i iść do pra­cy. Sukces i brak sukce­su w jed­nym doskonale pozwala­ją dać sobie ze wszys­tkim co z góry wyz­nac­zone jako cel spokój.  Tak sobie pomyślałam ze być może w świecie gdzie tajem­ni­ca jak osiągnąć sukces sprze­da każdą książkę mało kto mówi głośno, że jak sobie daru­je­cie bycie zwycięzcą to jeszcze nie znaczy, że czeka na was upadek, bezrad­ność i zmarnowane życie. Przy czym ponown­ie nie jestem zda­nia, że celem ma być „brak celu” raczej z niepoko­jem patrzę jak wszys­tko – nawet tak cud­own­ie nien­ad­zorowane jak blo­gowanie – ostate­cznie trafia do ramek gdzie pod koniec jest sukces. Jeśli go nie ma nie ma sen­su się męczyć. Zawsze myślę wtedy o cza­sach kiedy trenowałam karate. Chodz­iłam na zaję­cia dla czys­tej przy­jem­noś­ci. Jeźdz­iłam na obozy star­towałam w zawodach (ster­ta medali nadal jest w domu). Kiedy tren­er zasug­erował, że jestem na etapie kiedy powin­nam przy­chodz­ić trzy razy w tygod­niu na tren­ing, porzu­ciłam ćwiczenia (nie z dnia na dzień wcześniej zła­małam sobie palec). Nigdy nie zależało mi na byciu najlep­szym ist­nieją­cym karateką, więcej nie zależało mi na tym by osiągnąć szczyt możli­woś­ci. Doskonale baw­iłam się po pros­tu ćwicząc, władałam w to całe serce ale naprawdę nie chci­ałam osiągnąć sukce­su. Okaza­ło się, że trud­no dla takiej postawy znaleźć miejsce. Nawet jeśli tak naprawdę nie robiłam nic złego czy krzy­wdzącego.  Samo star­towanie w zawodach, zdoby­wanie kole­jnych pasów (och jaki był stres przed egza­m­i­na­mi) mnie naprawdę baw­iło.  Nie siedzi­ałam bezczyn­nie. Tylko nie chci­ałam być najlep­sza, ani nawet bard­zo dobra. Ot chci­ałam sobie poćwiczyć.

 

Tyle fajnych rzeczy może się zdarzyć przy­pad­kiem kiedy nie real­izu­je się żad­nego planu

Jestem abso­lut­nie przeko­nana, że nie wpadłam na nic nowego. Mam też dzi­wne wraże­nie, że przyję­ty przeze mnie sys­tem jest dość powszech­ny, choć być może nieuświadomiony. Sporo osób żyje mając gdzieś z tył głowy jedynie listę rzeczy które było­by miło gdy­by im się przy­darzyły. Ale jak się nie przy­darzą to nic się nie stanie. Ja zaś jestem przeko­nana, że im mniej postaw­imy sobie w życiu zadań których może­my nie spełnić tym więk­sze praw­dopodobieńst­wo, że nie będziemy się do koń­ca życia zadręczać tym, że kimś nie zostal­iśmy, czegoś nie zaro­bil­iśmy czy nasza rodz­i­na nie wyglą­da tak jak powin­na. Gdy­bym pisała by osiągnąć sukces to już był­by najwyższy czas zacząć się martwić. Pisząc by pisać mam doskon­ałą okazję cieszyć się dzi­wny­mi rzecza­mi jakie zdarza­ją się po drodze. Wszyscy cią­gle mówią, że trze­ba od siebie wyma­gać.  Ale czy serio wierzymy, że bez lśniącego medalu jaśniejącego gdzieś przed nami rozleni­wimy się zupełnie. Zwierz pisze codzi­en­nie nie dlat­ego, że chce mieć set­ki tysię­cy czytel­ników. Zwierz pisze codzi­en­nie bo tak ustal­ił. Nadal nie wiedząc gdzie dotrze. Jedyną rzeczą której naprawdę warto od siebie wyma­gać to zachowywanie się w porząd­ku wobec innych ludzi. Ale to z kolei ten rodzaj wyma­gań które niewiele mają z sukce­sem wspól­nego (chy­ba że za sukces uznamy, ze w ogóle przyszło nam do głowy postaw­ić sobie te a nie inne wymo­gi). Dobra będę kończyć bo odnoszę wraże­nie, że część z was dochodzi właśnie do wniosku, że macie spore szczęś­cie że zwierz pisze głównie o kul­turze. I nie prze­j­mu­j­cie się kochani, zwierz jutro wró­ci z nowym pop­kul­tur­al­nym tek­stem zan­im znów go coś obudzi i nie będzie dawało spać. Wtedy będziecie musieli przeżyć trochę cza­su z moim wewnętrznym Paulo Coel­ho. Jakoś przeżyj­cie raz na jak­iś czas. Ewen­tu­al­nie nigdy nie dawa­j­cie zwier­zowi do ręki męs­kich cza­sop­ism o modzie. Miesza­ją mu w głowie w najdzi­wniejszy sposób.

Nato­mi­ast po całej tej gad­ce że nie ma co spodziewać się sukce­su trze­ba wybrać zwycięzcę koszulkowego konkur­su. Chce wam powiedzieć, że nie było łat­wo. Najchęt­niej rzu­całabym w was hur­towo koszulka­mi krzy­cząc „Pisałam zwierza zan­im to było modne”. No ale jakieś imiona zwycięzców trze­ba było wybrać. I tak koszul­ki dosta­ją

Moni­ka L – spodobało mi się nie tylko imię Alfred (super pasu­je) ale też uza­sad­nie­nie

Aga Kp  — uśmi­ałam się przy tym komen­tarzu set­nie, muszę poprosić Maję by narysowała przecinkowi, przecinek.

Obie zwyciężczynie są pros­zone o to żeby przesłały Mai na maila kingdomofgeek@gmail.com wszys­tkie infor­ma­c­je odnośnie koszulek (rozmi­ary itp.) pisząc jed­nocześnie że wygrałyś­cie je u zwierza. Maja będzie już wiedzi­ała o co chodzi. Wszys­tkim którzy nie wygrali zwierz przy­pom­i­na, że do półno­cy może­cie jeszcze zwier­zową koszulkę zamówić – oczy­wiś­cie jeśli macie taki kaprys.

Ps: Jutro będzie jak najbardziej pop­kul­tur­al­nie to jed­no­ra­zowy wypadek przy pra­cy

ps2: Zwierz nie wie czy jutro ale na pewno w week­end czeka­j­cie na nowy tekst na onecie (do pro­filu zwierza może­cie prze­jść przez ban­ner na stron­ie głównej blo­ga)

52 komentarze
0

Powiązane wpisy