Home Film Odbiorcy nie odnaleziono czyli “Ostatni list od kochanka”

Odbiorcy nie odnaleziono czyli “Ostatni list od kochanka”

autor Zwierz
Odbiorcy nie odnaleziono czyli “Ostatni list od kochanka”

Wydawać by się mogło, że melo­dra­mat jest najprost­szą z nar­racji. Ona kocha jego, on kocha ją – nie mogą być razem, jest smut­no, wid­ow­n­ia płacze, sprzedaż chus­teczek wzras­ta. Rzućmy to na his­to­ryczne tło i ludzie nigdy nie mieli czyst­szych zatok po godz­i­nach smarka­nia w chus­teczkę. Cza­sem jeśli już nie wymyślimy przeszkody równie wielkiej jak podzi­ały kla­sowe, rasowe, czy kwest­ie ori­en­tacji – wtedy pozosta­je nam tylko arse­nał naj­cięższy i naj­trag­iczniejszy. Nowot­wory, gruźlice i amnez­je. Tak, melo­dra­mat sprowad­zony do esencji wyda­je się najprost­szą z rzeczy. Ale ten najpop­u­larniejszy gatunek w his­torii kina, wyma­ga czegoś więcej niż tylko sprawnie zre­al­i­zowanej for­muły by poruszyć widzów. „Ostat­ni list od kochanka”, najnowsza melo­dra­maty­cz­na pro­dukc­ja Net­flixa na pod­staw­ie powieś­ci Jojo Moyes doskonale pokazu­je, że jed­nak trze­ba czegoś więcej niż samej formuły.

Na początku deklarac­ja – to tylko opinia o filmie. Książ­ki Jojo Moyes nie czy­tałam bo za prozą autor­ki nie przepadam. Wystar­czyło mi przeczy­tanie „Zan­im się pojaw­iłeś” by odkryć, że nasze pode­jś­cie do roman­ty­cznych his­torii bard­zo się różni. Dlat­ego też nie oce­ni­am książ­ki choć jeśli wcześniejsze adap­tac­je miały­by by stanow­ić jak­iś punkt odniesienia – to książ­ki Moyes mają zwyk­le nieco bardziej rozbu­dowaną his­torię niż ich adap­tac­je. Co nie znaczy, że nie są pozbaw­ione prob­lemów. Z tego co rozu­miem, ta adap­tac­ja bard­zo skra­ca opowieść książkową — jak mniemam mogły np. wyle­cieć wszys­tkie listy.

 

THE LAST LETTER FROM YOUR LOVER (2021)
Shai­lene Wood­ley as Jen­nifer Stir­ling.
Cr: Parisa Taghizadeh/NETFLIX

 

Nad czym mamy się tu wzruszać? Dosta­je­my his­torię roz­gry­wa­jącą się na dwóch planach cza­sowych – z jed­nej strony współczes­na dzi­en­nikar­ka pisze artykuł roczni­cowy i przy­pad­kiem zna­j­du­je list miłos­ny który nie trafił do adresat­ki. Z drugiej – mamy opowieść dziejącą się w lat­ach sześćdziesią­tych gdzie na słonecznej Riwierze znud­zona żona dobrze sytuowanego dziedz­i­ca z towarzyst­wa zaczy­na romans z przys­to­jnym dzi­en­nikarzem. Te dwa plany cza­sowe to niezbyt ory­gi­nal­ny pomysł – moż­na by rzec – jed­na z melo­dra­maty­cznych klisz mają­ca nas przekon­ać że jed­no wielkie uczu­cie pocią­ga za sobą następ­ne i że miłość – nawet obser­wowana z boku pozwala nam dojść do ładu z włas­ny­mi emoc­ja­mi. To do pewnego stop­nia wpisany w gatunek komen­tarz do samego aktu oglą­da­nia melo­dra­matu. Spo­tykamy się  z wielki­mi uczu­ci­a­mi i emoc­ja­mi by je obser­wować, poczuć i być może – zacząć ich szukać we włas­nym życiu. Tu his­to­ria roman­su sprzed lat pozwala młodej dzi­en­nikarce ponown­ie uwierzyć, że związ­ki mają sens i być może warto zamienić noce spędzane z fac­eta­mi, których imion się nie pamię­ta, na roman­ty­czny związek.

 

Potenc­jal­nie ciekawsza jest his­to­ria z przeszłoś­ci. Oto bowiem mamy lata sześćdziesiąte, romans, ale też – jak­by tego było mało – wypad­ki i amnezję. Zwłaszcza amnez­ja jest tu kluc­zowa, bo bez niej trud­no było­by stworzyć z tej dość banal­nej his­torii coś naprawdę dra­maty­cznego. Tym­cza­sem wystar­czy tylko dorzu­cić ele­ment utraty pamię­ci i już tworzy się nam opowieść wielce wzrusza­ją­ca. Ponown­ie – melo­dra­mat to gatunek niesły­chanie skon­wencjon­al­i­zowany ale rozbaw­ił mnie powrót tej starej kliszy gdyż – nikt tak nie traci wspom­nień jak bohaterowie i bohater­ki roman­sów. Moż­na było­by pewnie o tym napisać jak­iś dłu­gi artykuł do cza­sopis­ma neu­ro­log­icznego „Niepamięć jako skutek cud­zołóst­wa” itp. Jed­nocześnie jed­nak poza piękny­mi deko­rac­ja­mi his­to­ria ma pewne bra­ki. Ot np. nasza bohater­ka zdradza męża z którym jest ewident­nie nieszczęśli­wa, ale sama postać męża jest tak słabo nakreślona, że nawet nie mamy poczu­cia byśmy tego fac­eta znali (wiemy, że musimy go nie lubić) ani też nie dowiadu­je­my się właś­ci­wie — dlaczego to uczu­cie tak szy­bko się znudziło.

THE LAST LETTER FROM YOUR LOVER (2021)
Joe Alwyn as Lawrence Stir­ling.
Cr: Parisa Taghizadeh/NETFLIX

 

Nie chcę się wyzłośli­wiać – raczej wskazać na to, co jest w isto­cie prob­le­mem fil­mu. Bo wcale nie jego sce­nar­iusz – nieza­leżnie od tego jak bard­zo odwołu­je się do wszel­kich możli­wych klisz. Otóż prob­lem czai się w czym innym. Po pier­wsze – ów nie dające się ominąć przeszkody sto­jące pomiędzy bohat­era­mi, są tu postaw­ione dość na siłę. Kiedy nasza para się spo­ty­ka właś­ci­wie od razu dosta­je­my infor­ma­c­je – mają się ku sobie, ich zobow­iąza­nia nie są tak wielkie by nie dało się z nich wyplą­tać, a i nie ma między nimi przepaś­ci kla­sowej tak wielkiej jak nakazu­je klasy­czny melo­dra­mat. Do pewnego stop­nia oglą­damy więc po pros­tu dwójkę dorosłych ludzi, którzy roman­su­ją. Mamy im kibi­cow­ać chy­ba trochę z rozpę­du, lub ze sce­nar­ius­zowego przy­musu (nie ukry­wam że nie cier­pię kiedy małżonkowie którzy są kochankom zbęd­ni są z góry przed­staw­iani jako ludzie źli czy niewłaś­ci­wi – takie proste dra­matur­giczne roz­grzesze­nie bohaterów z wąt­pli­woś­ci). Kom­p­likac­je pojaw­ia­ją się potem ale znów – czuć w nich że są trochę wymus­zone (inna sprawa że pojaw­ia­ją się kiedy już nasze emoc­je wzglę­dem bohaterów powin­ny być ustalone).

 

No i tu prze­chodz­imy do sed­na prob­le­mu. Otóż nie wiem czy to kwes­t­ia aktorów (obsa­da nie jest zła, zna­jdzie się w niej i  Shai­lene Wood­ley, i Felic­i­ty Jones i widziany ostat­nio w „Emmie” Cal­lum Turn­er) czy ich prowadzenia ale jakoś trud­no uwierzyć nam że oglą­damy to wielkie, kon­sumu­jące wszys­tko uczu­cie, które trwa lata­mi. Chwilowy romans, zau­rocze­nie, sym­pa­tie, błąd przeszłoś­ci – tak. Uczu­cie, które każe prze­wartoś­ciować bohaterom a także postron­nym obser­wa­torom swo­je życie – niekoniecznie. Niby wszys­tko jest jak trze­ba – wszys­tkie odpowied­nie gesty są na miejs­cu, ale całość wyda­je się tak wys­tu­diowana, że gdzieś total­nie rozpłynęła się wiel­ka namięt­ność – pod­stawa wszys­t­kich wiel­kich roman­sów. Nawet tytułowe listy słane do siebie przez kochanków nie burzą krwi i nie bar­wią policzków rumieńcem. Pomi­jam tu zupełnie wątek współczes­ny który chy­ba zamierze­nie próbu­je nam pokazać, że współczes­na miłość gdzie brak trady­cyjnych listów, jest w ogóle popłuczy­na­mi wiel­kich uczuć.

 

THE LAST LETTER FROM YOUR LOVER (2021)
Nab­haan Rizwan as Rory McCallan and Felic­i­ty Jones as Ellie Haworth.
Cr: Parisa Taghizadeh/NETFLIX

 

Jak pisałam na początku – teo­re­ty­cznie melo­dra­mat to nar­rac­ja najprost­sza. W gatunku zna­jdziemy tyle tropów i koniecznych do wyko­rzys­ta­nia ele­men­tów, że to niemal jak mapa dzię­ki której nie sposób się zgu­bić. Ale jed­nak melo­dra­mat to też najbardziej wyma­ga­ją­cy fil­mowy gatunek. Taki w którym moż­na mieć teo­re­ty­cznie wszys­tko i pozostaw­ić widzów z poczu­ciem niedosy­tu. Głównie dlat­ego, że melo­dra­mat opiera się na tym, o czym pisałam – że nie tylko patrzymy na emoc­je ale je czu­je­my, nie tylko świad­ku­je­my uczu­ciu bohaterów ale niemal przez nas przepły­wa ich pas­ja i namięt­ność. Melo­dra­mat nie wyma­ga od nas zaw­ieszenia niewiary. On wyma­ga od nas wyz­na­nia wiary. Musimy akty­wnie wierzyć, że potę­ga uczu­cia bohaterów jest ważniejsza niż podzi­ały, okolicznoś­ci, his­to­rie. Jest ważniejsza niż zdrowy rozsądek. Jest tak waż­na, że niespełnie­nie jest najwięk­szą tragedią. Tylko jeśli może­my melo­dram­a­towi zaw­ierzyć całym sercem, jest on w stanie nas porwać.

 

Dlat­ego właśnie filmy takie jak „Ostat­ni list od kochanka” mogą jed­nocześnie mieć wszys­tkie ele­men­ty udanej pro­dukcji, i być filmem pod wielo­ma wzglę­da­mi nieu­danym. Bo właśnie nie są w stanie tej wiary wzniecić. Ja oglą­dałam bohaterów współczes­noś­ci i przeszłoś­ci odhacza­jąc w głowie kole­jne obow­iązkowe sce­ny ale zupełnie nie czu­jąc by zaofer­owano mi cokol­wiek co spraw­iło­by, że ta dwój­ka będzie dla mnie waż­na. Co więcej pod koniec czułam pewną iry­tację – przeszkody i przy­pad­ki się mnożyły tak jak­by film co chwilę od nowa próbował wymyślić dlaczego aku­rat ta para ma być taka waż­na. Ale nawet wzrusza­jące zakończe­nie jakoś mało mnie obeszło. Być może dlat­ego, że ilość przeszkód nam­nożyła się tak, że moż­na było wręcz dojść do wniosku, że kieru­je­my się powoli w stronę tych kosz­marnych nar­racji gdzie całe nieszczęś­cie bierze się z tego, że ktoś wyszedł z poko­ju zbyt wcześnie.

 

THE LAST LETTER FROM YOUR LOVER (2021)
Cal­lum Turn­er as Antho­ny OÕHare and Shai­lene Wood­ley as Jen­nifer Stir­ling.
Cr: Parisa Taghizadeh/NETFLIX

 

Oglą­danie melo­dra­matów – a właś­ci­wie reagowanie na nie – jest być może najbardziej pry­wat­nym aktem oglą­da­nia filmów. Ostate­cznie – pod­da­jąc się wzruszeniom (bądź je odrzu­ca­jąc) wyjaw­iamy światu i sobie jak naprawdę widz­imy miłość, namięt­ność i pasję. Żadne inne filmy nie opier­a­ją się chy­ba tak bard­zo na tym co my sami postrzegamy jako roman­ty­czne (przy czym uważam komedię roman­ty­czną za jeszcze bardziej skon­wencjon­al­i­zowane przedłuże­nie melo­dra­matu). Stąd moje pełne zrozu­mie­nie dla ludzi, którzy ocier­ali na filmie łzę wzruszenia. Choć ja pozostawałam twar­da jak skała. Mimo, że w filmie uczu­cie dopa­da też gaze­towego pra­cown­i­ka archi­wum. A jak wiado­mo w mało co tak wierzę jak w pra­wo pra­cown­ików gaze­towych archi­wów do szczęś­cia, miłoś­ci i namiętności.

0 komentarz
1

Powiązane wpisy

situs domino99 Indonesia https://probola.club/ Menyajikan live skor liga inggris
agen bola terpercaya bandar bola terbesar Slot online game slot terbaik agen slot online situs BandarQQ Online Agen judi bola terpercaya poker online