Home Ogólnie Słowo nabiera kształtów czyli wpis trzeci podróżny

Słowo nabiera kształtów czyli wpis trzeci podróżny

autor Zwierz

Hej

Kawa przy poran­nym śni­ada­niu ma kolor herbaty i smak wszys­t­kich ciepłych napo­jów podawanych przy  posiłku wręc­zonym w cenę poko­ju.  Picie jej ma specy­ficzny smak zagranicznych wycieczek, zwłaszcza w połącze­niu z pieczy­wem bez smaku i sok­iem pomarańc­zowym, niemal pozbaw­ionym smaku. Podob­ny zestaw dostanie się w każdym tan­im hotelu Europy i wszędzie będzie smakował tak samo.  Podróżą i wakac­ja­mi.

 

 W planie Norym­ber­ga. Oszczęd­zono mi niemieck­iej muzy­ki ludowej więc po założe­niu słuchawek na uszy nie muszę nawet słuchać wykładu o sys­temie kas chorych w Bawarii. Z niez­nanych mi przy­czyn na wyjaz­dach sta­ję się niechęt­na dodatkowej wiedzy, którą nor­mal­nie chłonęłabym jak gąb­ka. Wolę wyglą­dać przez okno na lasy w szczy­cie zie­leni i łagodne pagór­ki oraz niewielkie miejs­cowoś­ci. Jest tu tak siel­sko, że aż człowiek nieco się boi cóż może kryć się pod tak ide­al­nie wypolerowaną fasadą.

Zwiedzanie Norym­ber­gi zaczy­namy od koń­ca. Autokar sta­je wewnątrz niewykońc­zonego Kolo­se­um, które miało być poświę­cone zjaz­dom par­tii. Niem­cy wybrali najprost­szy rozra­chunek z his­torią. W miejsce pamiątkowych tablic czy sym­bol­icznych pom­ników postaw­ili na funkcjon­al­ność. O zmierzchu hitlerows­kich marzeni­ach o wielkoś­ci przy­pom­i­na miejs­ki skład wszelkiego badziewia urząd­zony wewnątrz Kolo­se­um oraz miejsce do parkowa­nia auto­busów z turys­ta­mi.  Co praw­da jeden bok budynku zajęło archi­wum gdzie przyszłym żołnier­zom i polic­jan­tom mówi się o groź­bie wynika­jącej z podąża­nia za auto­ry­te­ta­mi zaś w drugiej zag­nieździli się fil­har­mon­i­cy, których nie obchodzi kto budował ide­alne do prób pomieszczenia z gruby­mi mura­mi, ale cała resz­ta jest tak pozbaw­iona charak­teru, że trud­no o lep­sze rozlicze­nie się z his­torią. Na pob­lis­ki sta­dion na którym odby­wały się pokazy i przemówienia nie może­my pójść bo właśnie trwa­ją wyś­ci­gi samo­chodowe. Póki będą wyś­ci­gi póty będzie sta­dion. Tym razem z his­torią rozliczyła się pros­ta rozry­wka.

Auto­bus objeżdża zewnętrzne mury mias­ta i ład­ną ulicą przy której sto­ją jed­na przy drugiej dziewięt­nas­towieczne kamienice wiezie nas pod budynek sądu. Jak się okazu­je nie moż­na wejść do środ­ka. To znaczy moż­na ale trze­ba poświę­cić całe dwie godziny na zwiedzanie ekspozy­cji zan­im dojdzie się do Sali rozpraw. Nikt najwyraźniej nie uważa by te dwie godziny wstępu były warte naszego cza­su więc sta­je­my pod okna­mi, które doty­chczas oglą­dal­iśmy tylko zasłonięte kotara­mi od wewnątrz. Wykładzik jest krót­ki. Ani słowa o tym jak w Norym­berdze pra­wo i poczu­cie spraw­iedli­woś­ci znalazły się w nieda­ją­cym się rozwiązać kon­flik­cie. Jak każ­da wymier­zona kara wydawała się jed­nocześnie zbyt mała i niekoniecznie na miejs­cu. Norym­ber­ga to pom­nik tego jak bezradne jest pra­wo w obliczu tego co naprawdę mogą zro­bić ludzie. Ale chy­ba nikt nie chce o tym myśleć.  Z niez­nanych mi przy­czyn wykładzik kończy aneg­dot­ka o pięknych polkach.  Wszyscy cichutko się śmieją i posłusznie wraca­ją do  auto­busu. Naprze­ci­wko sądów trwa­ją prace, w miejsce luki po jakimś budynku który stał tu przed wojną pow­stanie chy­ba kawałek kam­pusu uni­w­er­syteck­iego. Przez chwilę zas­tanaw­iam się czy nie moż­na by tu umieś­cić wydzi­ału prawa. Tak by absol­wen­ci zawsze wiedzieli, że nie da się wszys­tkiego załatwić przepisem.

Na chwilę zatrzy­mu­je­my się na cmen­tarzu. Nigdy nie zrozu­mi­ałam zwiedza­nia cmen­tarzy. Tam naprawdę niko­go nie ma. Nad nagrobkiem Dur­era kwit­ną białe róże. Zresztą cały cmen­tarz jest w kwiat­ach. Niby ład­nie to wyglą­da, ale pozbaw­ione cienia zaczy­na­ją szy­bko kwit­nąć i przek­witać. Moc­na woń róż i chryzan­tem  nad który­mi krążą owady nagle zami­ast słod­ka wyda­je się dusić i przy­pom­i­nać o śmier­ci zde­cy­dowanie lep­iej niż rozrzu­cone to tu to tam na nagrobkach cza­sz­ki. Wyj­mu­ję z uszu piekiel­ną słuchawkę i przez chwilę przyglą­dam się ludziom, którzy pielęgnu­ją nagrob­ki postaw­ione tu jeszcze kil­ka wieków temu. Wyglą­da na to, że z Norym­ber­gi nikt nigdzie się nie rusza.

Podróż w cza­sie trwa kilka­naś­cie min­ut. Dokład­nie tyle zaj­mu­je prze­jazd i zaparkowanie autokaru  pod zamkiem w okoli­cach starego mias­ta. Zamek i starówka zostały zru­jnowane w 90 pro­cen­tach w cza­sie drugiej wojny świa­towej. Pięk­na Norym­ber­ga z listów i zdjęć a także z filmów pro­pa­gandowych przes­tała ist­nieć.  Ale prze­cież to było dawno, a kamie­nie zawsze mogą ponown­ie przyjąć dawne ksz­tał­ty. Zamek jest zapewne ład­niejszy niż przed wojną. Obu­dowano mury i dziedz­ińce, zad­bano o odpowied­nie drew­ni­ane wro­ta i ręcznie robione zam­ki. Na głównym dziedz­ińcu rośnie drze­wo dające cień, sprzeda­je się pre­cel­ki i parów­ki. W ciągu kilkudziesię­ciu lat bluszcz zdążył już opleść swoi­mi pnącza­mi ściany i wszys­tko wyglą­da dokład­nie tak jak powin­no.  Zmęc­zony upałem pies leży niedaleko bramy i delikat­nie macha ogonem. Braku­je tylko by ktoś wyjechał kon­no na dziedziniec.

Idąc uli­ca­mi Norym­ber­gi od jed­nego koś­cioła do drugiego, niedaleko ratusza, studni czy domu gdzie Dur­er żył ale nie zro­bił nic spec­jal­nego cały czas próbu­ję dostrzec ów brak który cza­sem wyczuwa się w Warsza­w­ie lub Berlin­ie czy Rot­ter­damie. Owo namacalne poczu­cie że coś było ale tego już nie ma, uczu­cie doskonale znane mieszkań­com zniszc­zonych miast. Ale w to niedzielne popołud­nie Norym­ber­gi niczego nie braku­je. Słońce świeci moc­no, a że wszys­tkie sklepy są zamknięte mieszkań­cy okupu­ją kaw­iarnie i restau­rac­je pijąc piwo i jedząc lody.  Na mostkach konku­ru­ją ze sobą uliczni gra­jkowie, na niewielkim kawałku trawy rozłożyła się młodzież. Nowe i stare budyn­ki sąsiadu­ją ze sobą, przeplata­ją się i spraw­ia­ją wraże­nie, że zawsze tak było. Nawet w koś­ciołach są odpowied­nie dzieła sztu­ki. Ocal­ił je zdrowy rozsądek i brak zau­fa­nia. Do spec­jal­nego schronu schowano je jeszcze kiedy Niem­cy wygry­wały wojnę. Norym­ber­gi może się pochwal­ić że nigdy nie wierzyła w sukces. W nagrodę mają ołtarze z XV wieku.  Jedynym znakiem zmi­an są pojaw­ia­jące się częś­ciej niż w więk­szoś­ci podob­nych miejs­cowoś­ci place. Siadamy na jed­nym z nich, ład­nie wyłożonym kolorowym brakiem, z wygod­ny­mi ławeczka­mi, cie­niem drzew i  widok­iem na koś­ciół. Jest spoko­jnie niedziel­nie, nic się nie dzieje, his­to­ria poszła spać a dzieci ści­ga­ją się na row­er­ach. Biją dzwony. Na niedziele nie na trwogę.

Wyjeżdża­jąc z Norym­ber­gi myślę o poję­ci­ach które wypeł­ni­a­ją się treś­cią. Norym­ber­ga zyskała place i koś­cioły, dobrą restau­rację w okoli­cach ratusza, rados­nego psa  macha­jącego ogonem.  Z miejs­ca nie ist­niejącego, z hasła dołąc­zonego do nazwy opery czy wydarzenia his­to­rycznego, stała się po pros­tu miastem.  Całkiem miłym miastem.  Może po to się podróżu­je. By mówić potem, że spędz­iło się całkiem miłe popołud­nie w Norym­ber­gi i wiedzieć, że nazwa naresz­cie ma ksz­tałt mias­ta. Kiedy w drodze powrot­nej do hotelu w auto­bus­ie puszcza­ją film o Hitlerze wzdy­cham głośno i staram się przys­nąć.  Na takich wyjaz­dach jak ten zupełnie tracę poczu­cia chłonię­cia wiedzy.

Ps: Napi­sawszy wpis uda­ję się na piwo. To znaczy na najm­niejsze możli­we piwo. Cały czas mam wraże­nie że jestem być może jedyną wiz­y­tu­jącą Bawar­ię osobą, która nie lubi piwa.

3 komentarze
0

Powiązane wpisy