Home Ogólnie Takiego pięknego syna wychowałam czyli zwierz i kilka słów o Koriolanie

Takiego pięknego syna wychowałam czyli zwierz i kilka słów o Koriolanie

autor Zwierz

Hej

Nie ma chy­ba drugiej sztu­ki, na której pre­mierę zwierz tak by czekał. Na to wyczeki­wanie skła­da się kil­ka ele­men­tów. Pier­wszy to fakt, że Kori­olan w wyda­niu Don­maru ma wyjątkowo kuszącą obsadę. Po drugie zwierz nie jest w stanie uwierzyć ilu jego zna­jomych widzi­ało sztukę w Lon­dynie i dzieliło się z nim wraże­ni­a­mi – ogól­nie raczej entuz­jasty­czny­mi. Na sam koniec zwierz był niesamowicie ciekawy tej inter­pre­tacji sztu­ki Szek­spi­ra, którą doty­chczas widzi­ał zaled­wie raz w filmie Ral­pha Fiennsa, co wtedy wzbudz­iło w zwierzu spory entuz­jazm (jest to zdaniem zwierza jed­na z najlepiej prze­nie­sionych w cza­sie i przestrzeni ekraniza­cji Szek­spi­ra jakie widzi­ał). Nic, więc dzi­wnego, że gdy tylko sztu­ka pojaw­iła się na ekranach kin dzię­ki NTLive zwierz pog­nał co sil w nogach by przekon­ać się czy było na co czekać. I jak zwyk­le, gdy idzie się na przed­staw­ie­nie dla aktorów czy reży­serów, wychodzi się z głębokim poczu­ciem, że znów wygrał przede wszys­tkim William Szek­spir.

Pisząc recen­zję zwierz zakładał, że wiecie jak toczą się losy Rzym­skiego wodza, jeśli nie wiecie, to zwierz pole­ca przed spek­tak­lem choć­by dla samej przy­jem­noś­ci porów­na­nia albo przeczy­tać albo — co zdaniem zwierza może być nawet ciekawsze — zobaczyć doskon­ały film Fiennsa.

W wys­taw­ia­n­iu czy ekrani­zowa­niu Kori­olana ist­nieją dwa główne nur­ty, pier­wszy z nich – tym tropem poszedł u siebie Fiennes – nakazu­je obsadzać w roli Kori­olana mężczyznę w sile wieku, wojskową leg­endę człowieka, który swo­je zwycięst­wa odnosił na przestrzeni wielu lat. Dru­ga inter­pre­tac­ja pokazu­je nam Kori­olana, jako człowieka młodego, cud­owne dziecko wojny, którego część cech moż­na przyp­isać młode­mu wiekowi. Tym tropem idzie inter­pre­tac­ja z Don­maru. Choć gra­ją­cy Kori­olana Hid­dle­ston jest już po trzy­dzi­estce, to jed­nak zde­cy­dowanie jest to sztu­ka o człowieku młodym, którego pewne niezori­en­towanie w świecie, jaki go otacza wyni­ka po częś­ci z fak­tu, że nie miał cza­su się go nauczyć. Zresztą Szek­spir w Kori­olanie pokazu­je nam dwa związane ze sobą dra­maty – z jed­nej strony mamy opozy­cję świa­ta wojny i poli­ty­ki a właś­ci­wie żołnierza i poli­ty­ka. Dla Kori­olana woj­na jest pros­ta – odwa­ga, hon­or i praw­domówność to cechy, które czynią z niego ide­al­nego przy­wód­cę. Nie boi się zaatakować sam, jest człowiekiem czynu a nie słów. Jego niechęć do chwale­nia się osiąg­nię­ci­a­mi na polu bitwy, brak obnoszenia się ze swoi­mi rana­mi – zysku­ją mu sym­pa­tię i podziw żołnierzy. Im bardziej wyp­iera się chwały tym więk­szy wys­taw­ia sobie pom­nik. Do tego woj­na dostar­cza prostego do rozpoz­na­nia wro­ga – przy­wód­ca Wol­sków, zacię­ty odwieczny wróg jeszcze bardziej uprasza świat bohat­era. Kon­flikt pomiędzy dwoma plemion­a­mi w isto­cie sprowadza się do poje­dynku, bezpośred­niej rywal­iza­cji, zaciętej, ale prostej. Przy czym roz­gry­wanej właśnie z zasada­mi wspom­ni­anego wcześniej hon­oru, gdzie prze­ci­wni­ka trak­tu­je się z sza­cunkiem nawet, jeśli się go nien­aw­idzi. Bijąc się na sce­nie ze swoim najwięk­szym wro­giem, zakr­waw­iony led­wo widzą­cy Kori­olan jest w grun­cie rzeczy bez­pieczny w swoim świecie jas­no ustalonych zasadach.

Woj­na jest pros­ta, krew jest pros­ta — dopiero to co się dzieje z walką, krwią i raną po zakończe­niu dzi­ałań wojen­nych sta­je się splotem niesły­chanie skom­p­likowanym i dalekim od prze­jrzys­tego świa­ta kon­flik­tu

Prob­lem pole­ga jed­nak na tym, że im lep­szym człowiekiem wojny jest Kori­olan tym gorszym jest poli­tykiem. Przy­domek, jaki zysku­je po swoim najwięk­szym sukce­sie jest w isto­cie przek­leńst­wem. Oznacza on bowiem, że wyr­wany ze świa­ta wojny bohater musi się zająć poli­tyką. Poli­ty­ka zaś jest przy­na­jm­niej w tej inter­pre­tacji zaprzecze­niem wojny. Szczerość, która pozwala mu zachę­cać do wal­ki na polu bitwy spraw­ia, że obraża wszys­t­kich wokół. Zwłaszcza, ze Kori­olan jest synem swo­jej klasy społecznej i ma w pog­a­rdzie lud. Zresztą samo poję­cie ludu jest tu puste – ludu nie ma (wznosi on hasła na murach ale nie za bard­zo się je czy­ta), są sprzeczne interesy, zwycza­je, kur­tu­az­je – cała sieć pow­iązanych ze sobą zachowań – ofic­jal­nych i tych ukry­tych, których Kori­olan po pros­tu nie rozu­mie. Do tego jego hon­orowość i niechęć obnoszenia się ze swoi­mi zwycięst­wa­mi nie mają zas­tosowa­nia w świecie poli­ty­ki. Kori­olan nie wie jak dzi­ała opinia pub­licz­na, nie zda­je sobie chy­ba nawet sprawy z jej ist­nienia. Kiedy zosta­je popros­zony by zagrał przed ludem, czyni ze swo­jego wys­tępu tak wyraźny pełen pog­a­rdy (bardziej młodzieńczej niż wyrafi­nowanej) spek­takl, że wszys­t­kich bardziej obraża niż zjed­nu­je. Do tego ponown­ie nie ma prostego wro­ga. Teo­re­ty­cznie roz­gry­wka odby­wa się między przyszłym kon­sulem a try­buna­mi ludowy­mi, ale praw­da jest taka, że i zwolen­ni­cy Kori­olana są gotowi wyko­rzys­tać swo­jego bohat­era, jeśli poz­woli to odnieść poli­ty­czne zwycięst­wo. Doskonale widać to w porusza­jącej sce­nie w Sena­cie gdzie Kori­olan z każdą lin­ijką swo­jej płomi­en­nej, ale przepo­jonej niesły­chaną pychą mowy nie tylko pozbaw­ia się popleczników wśród ludu, ale budzi też panikę we włas­nych szere­gach. Przy czym ten sam Kori­olan, który rzu­ca się samopas na lin­ie wro­ga i rozpoczy­na atak na wojnie, tu jest bezrad­ny – najważniejsze rzeczy w sztuce dzieją się jak­by poza nim, on sam zaś jest dla roz­gry­wa­ją­cych jedynie mar­i­onetką. Bohater nie tylko nie rozu­mie świa­ta poli­ty­ki, ale też w pewnym stop­niu go nie widzi.

  Poli­ty­ka jest dla Kori­olana za trud­na, jest lud ale go nie ma, trze­ba o lud zab­ie­gać ale ci którzy go bronią sami nim manip­u­lu­ją, powiedze­nie prawdy wiąże się z pog­a­rdą, pog­a­r­da z ode­braniem zau­fa­nia ludu, który w ostate­cznym rozra­chunku i tak nic z tych wszys­t­kich prze­ta­sowań nie ma i jeszcze żału­je włas­nej decyzji której tak naprawdę sam nie pod­jął.

Choć Kori­olana wys­taw­ia się dziś kładąc nacisk na pewną pon­ad­cza­sowość tego kon­flik­tu ludzi czynu i ludzi poli­ty­ki (niekoniecznie ci, którzy dzi­ała­ją muszą być wojskowy­mi) o tyle przy­na­jm­niej zwierza (i chy­ba reży­serkę sztu­ki też) zawsze bardziej kusiła warst­wa psy­cho­log­icz­na. Nie ma, bowiem wąt­pli­woś­ci, że znacz­na część prob­lemów Kori­olana wyni­ka z fak­tu, że jest on tworem swo­jej mat­ki. Zwierz pisze tworem a nie synem, bo wyda­je się, że Wolu­mi­na stworzyła sobie wychowaniem i pewną socjotech­niką syna do pewnego momen­tu ide­al­nego. Speł­nia on od najmłod­szych lat wszys­tkie pokładane w nim nadzieje. Jest ide­al­nym żołnierzem, człowiekiem niek­wes­t­ionu­ją­cym raz wpo­jonych zasad, mimo że ma obow­iązkową żonę nadal pozosta­je głown­ie pod wpły­wem swo­jego właś­ci­wie jedynego i głównego auto­ry­te­tu, czyli mat­ki. Zwierz przyglą­da­jąc się jak Wolu­mi­na manip­u­lu­je synem, (gdy okaże się że wpo­jone wartoś­ci sto­ją na drodze do jego kari­ery poli­ty­cznej) zwierz pomyślał, że mamy do czynienia z wychowaniem, które­mu przyk­las­nął­by nie jeden sys­tem total­i­tarny. Dra­matem Kori­olana jest wpo­jony sposób myśle­nia o świecie, w znac­zonym stop­niu opar­ty o poświę­canie życia za ojczyznę. Prob­lem  pole­ga na tym, że  tylko on pod­chodzi do tej wiz­ji zestawu cnót ze szcz­erym sercem. Kiedy Wolu­mi­na przekonu­je go, że poli­ty­ka wyma­ga od niego jedynie wyko­rzys­ta­nia pewnych zasad sztu­ki wojen­nej na innym polu widz­imy, że abso­lut­nie nie wierzy ona w nien­aruszal­ność zasad, które wcześniej wpoiła syn­owi. Dla wszys­t­kich wokół niego hon­or czy praw­domówność są mater­ią płyn­ną czymś, o czym moż­na sporo mówić, ale jeśli stoi na drodze do awan­su pros­to odrzu­cić. Co więcej ten sposób myśle­nia, jest blis­ki wid­zowi – twar­dość poglądów Kori­olana odrzu­ca, każąc się zas­tanow­ić jak ktoś tak zdol­ny może być tak nieświadomy zasad rządzą­cych poli­tyką. Zwierza ciekawi czy to my stal­iśmy się tak cyn­iczni czy to już Szek­spir pokazu­je nam jak dalece ludzie w jego cza­sach zdawali sobie sprawę z mech­a­nizmów poli­ty­cznych i pus­tosłowia wiel­kich haseł.

W jed­nej z pier­wszych scen gdy bohater zmy­wa z siebie krew wrogów, mamy popis nie tylko doskon­ałego aktorstwa — jest to ostat­ni moment kiedy nawet cier­piąc Kori­olan jest sobą — potem będzie to miało dla niego już wyłącznie przykre kon­sek­wenc­je

W toksy­cznym związku mat­ki i syna, wyda­je się, że to Kori­olan będzie musi­ał ponieść cenę niemożnoś­ci wyr­wa­nia się z pewnych jas­no ustalonych zasad. Ale w ostate­cznym rozra­chunku płacą obo­je. Mat­ka się­ga­jąc po raz ostat­ni po sprawd­zoną socjotech­nikę przekonu­je syna do jedynego czys­to poli­ty­cznego czynu, na jaki zdobędzie się szcz­erze w całej sztuce.  Czynu, który w dość jas­ny sposób prowadzi Kori­olana do zagłady. Jed­nak jej zwycięst­wo oznacza utratę syna. Który jest nie tyle nawet bliskim, ale pewnym pro­jek­tem, który real­i­zowała przez lata. Co ciekawe sztu­ka sugeru­je, że ist­ni­ało wyjś­cie z tej sytu­acji. Wyjś­ciem zda­je się żona Kori­olana. W przed­staw­ie­niu pokazana jest, jako jedy­na, która akcep­tu­je swo­jego męża takim, jakim jest i niczego od niego nie chce. Nie wyda­je mu pole­ceń, nie udziela rad, jej gesty ogranicza­ją się do zwykłej tros­ki o życie męża, do prostego pocałunku, który zda­je się jas­no syg­nal­i­zować, że jako jedy­na akcep­tu­je męża a nie narzu­ca mu swego zda­nia. Kori­olan jed­nak nie wybiera żony. Dlaczego? Zwierz ma wraże­nie, że ta dwój­ka mało się zna, co jest nawet log­iczne, jeśli mąż wciąż prze­by­wa na wojnie, jeśli jest między nimi uczu­cie, to nie było nigdy cza­su by zamienić je w związek, który poz­wolił­by na omówie­nie pewnych spraw i postaw. Ale nie tylko o to chodzi, właś­ci­wie w ostat­niej sce­nie sztu­ki wściekły wódz Wol­sków krzy­czy do Kori­olana ‘Chłopcze”. Wiel­ki rzym­s­ki wódz reagu­je z agresją na ta nazwę, ale wyda­je się, że po raz pier­wszy został nazwany prawdzi­wym imie­niem. Woj­na, poli­ty­ka, wie­niec dębowy – nic nie zmieniły – Kori­olan nadal jest Chłopcem, synem swo­jej mat­ki, zaw­ies­zonym gdzieś pomiędzy dziecię­cym stra­chem przed rodzi­ca­mi a real­i­zowaną na polu bitwy abso­lut­ną odwagą.  Dla chłop­ca, który jeszcze wierzy w hon­or praw­domówność i jest pełen buty nie ma w świecie gdzie woj­na prze­chodzi w poli­tykę miejs­ca.

Zwierz cały czas zas­tanaw­iał się jak potoczyły by się losy bohat­era gdy­by zde­cy­dował się zacieśnić więzy z żoną a nie pozostawać przy matce.

Przed­staw­ie­nie w Don­marze zde­cy­dowano się wys­taw­ić niesły­chanie min­i­mal­isty­cznie. Nie ma wiel­kich deko­racji, ani efek­tów. Jedynym ele­mentem obec­nym na sce­nie cały czas jest dra­bi­na prowadzą­ca wysoko poza granice sce­ny. Postaw­iona obok wysok­iego szarego muru, zda­je się sug­erować, że bohaterowie zna­j­du­ją się w jakiejś przestrzeni skąd teo­re­ty­cznie dało­by się uciec, dostrze­ga­jąc szer­sze hory­zon­ty, ale poza sceną bitwy gdzie wspina się po niej samot­nie Kori­olan nikt z niej nie korzys­ta. Jak­by bohaterowie nie dostrze­gali zamkniętej are­ny, na jakiej roz­gry­wa­ją się ich dra­maty. Zresztą wszys­tkie dra­maty zda­ją się być na poły pub­liczne obser­wowane przez siedzące na krzesłach posta­cie pod ścianą – w wielu sce­nach nieod­gry­wa­jące roli poza obser­wa­tora­mi. Do tego właś­ci­wie mamy tylko krzesła i najprost­sze rek­wiz­y­ty, co zdaniem zwierza jest słusznym zabiegiem, bo właś­ci­wie roz­maw­iamy o sztuce, która dosłown­ie dzieje się wszędzie, czyli nigdzie. Szek­spir biorąc kawałek his­torii anty­cznej, dos­tosowu­jąc do warunk­ów poli­ty­cznych znanych wid­owni, wys­taw­iany w XXI wieku, sam się prosi od oder­wa­nia od w sum­ie nie takich ważnych real­iów. Bo prze­cież Szek­spir napisał sztukę poli­ty­czną i psy­cho­log­iczną w his­to­rycznych deko­rac­jach. Podob­nie kostiumy, które zwier­zowi się podobały. Nie sugeru­jąc żad­nego wieku, żad­nego sty­lu ani miejs­ca, właś­ci­wie pozostaw­iały bohaterów nieskrępowany­mi, żad­ny­mi ograniczeni­a­mi wynika­ją­cym z fak­tu, że wybra­no his­torię teo­re­ty­cznie starożyt­ną. Zresztą aku­rat kostiumy były wyjątkowo fajne jak na to, że nie rzu­cały się spec­jal­nie w oczy. Sztu­ka ma za to abso­lut­nie doskon­ałą muzykę, ide­al­nie dobraną do szy­bkiego tem­pa kole­jnych scen. Dra­maty­czną, ale bez prze­sady.  Przede wszys­tkim jed­nak to min­i­mal­isty­czne wys­taw­ie­nie w najm­niejszym stop­niu nie odcią­gało od tek­stu i od postaci. Co zwierz lubi w teatrze najbardziej – kino ma mu zapewnić realia, teatr – pole do tego by pustą przestrzeń wypełnić wyobraźnią i pozostaw­ić zwier­zowi same posta­cie i tekst na pier­wszym planie. Zwierz bard­zo to w teatrze lubi. I nigdy nie ma wraże­nia, by czegoś mu brakowało (to jest magia teatru – wszys­tko dzieje się na małej kwadra­towej sce­nie a człowiek przysiągł­by, że był w Rzymie i w Ancjum)

Zwierz był pod niezwykłym wraże­niem jak dobrze sprawdza się sztu­ka w takiej abso­lut­nie min­i­mal­isty­cznej scenografii

Czas powiedzieć dwa słowa o aktorach, bo prze­cież po to się tu zebral­iśmy (inter­pre­tac­ja Kori­olana w wyko­na­niu zwierza jest wam chy­ba nico zbęd­na do szczęś­cia). Tom Hid­dle­ston, jako Kori­olan gra dokład­nie tak jak powinien, a jak nie wszyscy aktorzy by potrafili. Otóż ide­al­nie łączy fizy­czność, sprawność i energię z pewną miękkoś­cią, która wychodzi z Kori­olana kil­ka razy w trak­cie całej sztu­ki. Najlepiej widać to w dwóch kon­frontac­jach z przy­wód­cą Wol­sków. W pier­wszej zakr­waw­iony dzi­ki wojskowy rzu­ca się na prze­ci­wni­ka tocząc z nim dość imponu­jącą z punk­tu widzenia chore­ografii wal­ki poty­czkę. Potem po skońc­zonej walce, poran­iony zmęc­zony zwi­ja się z bólu obmy­wa­jąc rany (genial­nie zagrana sce­na, niemal czuć fizy­czny ból bohat­era), ale to ból zwierzę­cy, w jak­iś sposób będą­cy prze­jawem siły. Kiedy Kori­olan przy­chodzi po wyg­na­niu zaofer­ować dawne­mu prze­ci­wnikowi możli­wość sojuszu to już ktoś zupełnie inny, widać po nim, że jest zła­many naprawdę gotowy zginąć z ręki swo­jego prze­ci­wni­ka. Gdy ten wita go z otwarty­mi ramion­a­mi na twarzy Hid­dle­stona pojaw­ia się połącze­nie zaskoczenia z pewną des­per­acją. Przez chwilę widz ma wraże­nie, że tak naprawdę staw­ia­jąc wszys­tko na jed­ną kartę miał nadzieję, że skończy z nożem na gar­dle. Ten ele­ment smutku czy niezde­cy­dowa­nia na jego twarz to dokład­nie to, czego zwierz oczeku­je od aktorów – drob­ne­go dodatku do tego, co jest w tekś­cie, który pozwala na rozsz­er­zoną inter­pre­tację. Przy czym Tom jest w tej sztuce bard­zo młody, jego pog­a­r­da jest pog­a­rdą młodzieńczą, zapal­czy­wą, właś­ci­wą ludziom, którzy zbyt wcześnie znaleźli potwierdze­nie swo­jej wartoś­ci. Jego gesty przy matce złagod­zone, delikatne i czułe są z kolei pomieszanie z tym jak zachowu­je się nieco przes­traszony nas­to­latek, który nie chce wywołać gniewu rodz­i­ca.  Przy czym sposób, w jaki Tom mówi Szek­spirowską frazą jest tak nat­u­ral­ny i pozbaw­iony teatral­noś­ci, ze zwierz ma nadzieję, że przekona to scep­tyków, iż jest to zde­cy­dowanie utal­en­towany aktor teatral­ny.

Najwięk­sze wraże­nie zro­biło na zwierzu pewne roz­dar­cie bohat­era kiedy pod­da­je się przy­wód­cy Wol­sków — zwierz dostrzegł w grze Toma pewne tropy których nie ma bezpośred­nio w tekś­cie, co zwierz zawsze uzna­je za znak dobrego aktorstwa.

Trze­ba jed­nak przyz­nać, że nie jest to spek­takl jed­nego akto­ra. Najwięcej ugrał dla siebie Mark Gatiss jako Mene­nius. Jego rola teo­re­ty­cznie powin­na sprowadzać się do dobrego dorad­cy, fig­ury ojca w życiu Kori­olana. Ale w uję­ciu  Gatis­sa Mene­nius wyras­ta nam na postać zde­cy­dowanie bardziej ciekawą. Z jed­nej strony to on jest tym poli­tykiem na sce­nie – doskonale pokazu­je to pier­wsza sce­na, gdzie opowiada­jąc przy­powieść o brzuchu i bun­tu­ją­cym się prze­ciw niemu członkom ciała pięknie pokazu­je jak roz­maw­iać z ludem. Jed­nocześnie cały czas odnosi się wraże­nie, że Mene­nius Gatis­sa ma pewne własne plany. Być może jak więk­szość bohaterów sztu­ki on także widzi Kori­olana, jako pewien pro­jekt. Pro­jekt całkowicie poli­ty­czny, który w pewnym momen­cie zaczy­na mu się rozsypy­wać na jego włas­nych oczach. I to jest naj­ciekawsze w roli Gatis­sa, gra on jed­nocześnie postać w jak­iś sposób manip­u­lu­jącą Kori­olanem (choć jest w nim bez porów­na­nia więcej życ­zli­woś­ci niż w matce bohat­era) ale jedyną w całej sztuce która jest gotowa wziąć za to odpowiedzial­ność. Trze­ba przyz­nać, że jego roz­gry­wa­ją­cy się w tle dra­mat – człowieka gotowego stanąć twarzą w twarz z kon­sek­wenc­ja­mi włas­nych czynów, wyda­je się miejs­ca­mi ciekawszym niż ten, jaki roz­gry­wa się wokół Kori­olana. Przy czym ostat­nia sce­na w wyko­na­niu Gatis­sa jest zdaniem zwierza chy­ba bardziej porusza­ją­ca nawet od śmier­ci głównego bohat­era. Główne ze wzglę­du na poraża­jącą mieszankę smutku i spoko­ju, jaką udało się Gatis­sowi zagrać bard­zo ogranic­zony­mi środ­ka­mi. Co ciekawe, Gatiss znalazł swo­ją drogę w obrę­bie sztu­ki a nie gra­jąc obok niej. Zwierz jest pod wraże­niem, zwłaszcza, że choć zawsze uważał Gatis­sa za doskon­ałego akto­ra ter­az dopiero miał okazję dostrzec jak dobrze gra w reper­tu­arze klasy­cznym i jak pięknie potrafi dodać włas­ną charak­terysty­cz­na manierę mówienia do Szek­spirowskiej frazy.

Mark Gatiss gra swo­jego bohat­era kon­cer­towo, właś­ci­wie krad­nąc dla siebie trochę sztu­ki i korzys­ta­jąc z każdej nieobec­noś­ci Kori­olana na sce­nie by roze­grać swój włas­ny alter­naty­wny dra­mat.

Pozostałe role w sztuce zwier­zowi się podobały, choć nie jest całkowicie pozbaw­iony zas­trzeżeń. Deb­o­rah Find­lay gra­ją­ca matkę Kori­olana jest ide­al­nie socjopaty­cz­na, ale nieste­ty jej inter­pre­tac­ja roli bled­nie przy tym co zro­biła z nią u Fiennsa Vanes­sa Red­grave. Zwierz pewnie zach­wycił­by się Find­lay gdy­by nie widzi­ał o ile bardziej prz­er­aża­ją­ca może to być postać.  Nato­mi­ast zaw­iódł zwierza Hadley Fras­er, jako Aufid­iusz — jego postaci zabrakło charyzmy i tego obec­nego w niek­tórych inter­pre­tac­jach umiejęt­nego łączenia zdol­noś­ci dowód­czych z miłoś­cią, jaką darzy go lud, (czego nie ma Kori­olan). Do tego jeszcze nie pomogła aktorowi reży­ser­ka, która choć ciekaw­ie zagrała pewną fas­cy­nacją czy obsesją Aufid­iusza na punkcie Kori­olana to jed­nak braku­je temu przed­staw­ie­niu jakiejś płyn­noś­ci i ostate­cznie postać wyda­je się dużo mniej znaczą­ca niż w isto­cie jest. Przy czym czego zwierz nie może kry­tykować to ostat­niej sce­ny gdzie wyda­je się, że w isto­cie cały czas przy­wód­ca Wol­sków nie chce być z Kori­olanem, ale Kori­olanem jak­by nie wiedzi­ał, jaki los go czeka.  Nato­mi­ast genial­nym duetem okazał się Elliot Levy, jako Bru­tus i Helen Schlesinger, jako Sic­i­na. Pomysł by dwój­ka try­bunów ludowych była parą daje ciekawy kon­tra­punkt dla sytu­acji, w jakiej znalazł się Kori­olan. Ponown­ie zdaniem zwierza sugeru­jąc, że gdy­by zde­cy­dował się na sojusz z zoną a nie matką mógł­by więcej zyskać. Przy czym Try­buni Ludowi są w tej sztuce roze­grani znakomi­cie, reży­serce udało się uniknąć pokazy­wa­nia ich zarówno, jako czys­to cyn­icznych, jaki i jako głupich. To po pros­tu poli­ty­cy. Nie tak dobrzy jak myślą, ale nie tak źli jak oskarża ich Kori­olan.

Kon­flikt Kori­olana z przy­wód­cą Wol­sków jest w isto­cie zapisem obsesji.

Jak zwierz pisał – idzie się na sztukę dla aktorów wychodzi się z Szek­spirem. Zwierza ponown­ie uderzyło jak doskon­ała jest to sztu­ka. Nie tylko, dlat­ego, że pokazu­je jak bard­zo specy­ficznych umiejęt­noś­ci wyma­ga świat poli­ty­ki, jak bard­zo szczerość nie jest czymś, co w życiu pub­licznym nie tylko jest poważane ale i pożą­dane (nikt tak naprawdę nie chce wiedzieć co klasa rządzą­ca myśli o rząd­zonych). Przede wszys­tkim Szek­spir znakomi­cie ukazu­je pewne mech­a­nizmy wychowa­nia czy nawet socjotech­ni­ki, które prowadzą do wychowa­nia pewnych jed­nos­tek. Zwierz jest pewien, że kole­jnych synów Wolu­miny z otwarty­mi ramion­a­mi przyjęła­by każ­da armia świa­ta, a każdy zamordysty­czny sys­tem znalazł­by w nich ide­al­nych żołnierzy. Przy czym sztu­ka w tej inter­pre­tacji dość jas­no pokazu­je, że sam Kori­olan nie jest zły sam z siebie. Oczy­wiś­cie trud­no do niego zapłać sym­pa­tią (zwłaszcza, że Szek­spir dodatkowo prze­my­ca tu ewident­nie mniej już czytelne dla współczes­nego widza ale pewnie czytelne dla widza Szek­spi­ra kwest­ie poli­ty­czne – zwłaszcza w pog­a­rdzie rządzą­cych dla ludu) ale nie jest to postać zła, wręcz prze­ci­wnie część jego wad moż­na przekuć na zale­ty.  Zwłaszcza, że bohater jest prze­cież jeszcze młody, cza­su na poprawę było potenc­jal­nie mnóst­wo. Ale prob­lem pole­ga na tym, że wśród wad najwięk­szą jest fakt, iż jest synem swo­jej mat­ki. Tej samej, która dopiero sto­jąc w ostat­niej sce­nie w syp­ią­cych się z sufi­tu płatkach róży zda sobie sprawę, z tego ile z tych wszys­t­kich nieszczęść jest jej udzi­ałem.  I za to, że posłuszeńst­wo syna  to jedy­na kara, jaka ją spo­ty­ka, zwierz będzie Szek­spirowi na zawsze wdz­ięczny.

Ps: Zwierz prag­nie dodać, że sztu­ka jest roze­grana z całkiem sporą liczną ele­men­tów komicznych, ale z całą pewnoś­cią nie tak dużą jak zda­ją si sug­erować zachowa­nia wid­owni. Zwierz zas­tanaw­ia się czy taka ilość śmiechu, jakie słyszał na Sali rzeczy­wiś­cie wynikała z dość dow­cip­nego roze­gra­nia zupełnie nie dow­cip­nych ele­men­tów sztu­ki czy też z pewnego napię­cia, jakie sztu­ka w kilku chwilach tworzy, które da się rozład­ować tylko śmiechem.

Ps2: Zwierz chy­ba nigdy nie widzi­ał w Warsza­w­ie poza kon­wen­tem tylu osób w fan­do­mowych koszulkach na raz.

32 komentarze
0

Powiązane wpisy