Home Ogólnie Weź mecha i anuluj apokalipsę czyli zwierza zachwyty nad Pacific Rim

Weź mecha i anuluj apokalipsę czyli zwierza zachwyty nad Pacific Rim

autor Zwierz

Hej

Każdego lata jest jeden taki film. Film który budzi abso­lut­ną czys­tą radość oglą­da­nia pro­dukcji wysokobudże­towej, let­ni hit który jed­nak ma to coś co spraw­ia, że po zakońc­zonym sezonie chce­my klaskać w ręce i pod­skaku­jąc na fotelu szep­tać „Ja chce jeszcze raz”. Rok temu takie emoc­je budzili w zwierzu Avenger­si. W tym roku tą rolę dla zwierza speł­nia Pacif­ic Rim. Pro­dukc­ja, która pokazu­je, że nie trze­ba bard­zo kom­p­likować fabuły by pokazać coś zupełnie innego. Przy czym zwierz nie ukry­wa to nie jest film dla aboslut­nie wszys­t­kich (i dobrze!). Być może jeśli nie spędz­iło się dziecińst­wa oglą­da­jąc na przemi­an Robo Jox i Trans­form­er­sów moż­na fil­mu nie zrozu­mieć (właś­ci­wie nie zrozu­mieć dlaczego jest taki fajny i sym­pa­ty­czny i budzą­cy entuz­jazm) czy nie pokochać. To nie jest wid­owisko, które wszyscy będą odbier­ać na tym samym poziomie i pewnie wielu widzów nie będzie czuło tylu emocji. Ale z drugiej strony – jeśli idziecie na film, w którym wielkie robo­ty biją się z wielki­mi pot­wora­mi morski­mi to nie może­cie mieć pre­ten­sji, że nikt was nie uprzedzał iż jest to pro­dukc­ja specy­ficz­na. Warto o tym pamię­tać, bo wyda­je się, że Del Toro nie nakrę­cił fil­mu dla wszys­t­kich. Nakrę­cił film dla tych, którzy widząc  potężne robo­ty wal­czące z pot­wora­mi z głębin czu­ją na ple­cach przy­jem­ny dreszcz emocji.

Jeśli nie jesteś­cie w stanie dostrzec pięk­na w olbrzymich Mechach sieką­cych się w mors­kich falach z Bes­ti­a­mi god­ny­mi miana kuzynów Lewiatana to zwierz po pros­tu radzi iść na inny film. Albo dać temu szan­sę 

Zaczni­jmy jed­nak od tego, że film przeła­mu­je jeden z głównych schematów kina katas­troficznego. Nie oglą­damy początku niesamow­itych wydarzeń i nie oglą­damy cywiliza­cji wiele lat czy wieków po trag­icznych wypad­kach, jak w pro­dukc­jach postapokalip­ty­cznych. Tu his­torię pier­wszego ataku streszcza nam się w znakomi­cie zmon­towanych kilku­nas­tu min­u­tach, w mieszance telewiz­yjnych raportów i doku­men­tal­nych ujęć. Co praw­da oglą­damy koniec jakiegoś eta­pu wojny, ale apokalip­sa jeszcze się nie skończyła tylko trwa w najlep­sze,  została jed­nak jak­by nieco oswo­jona. To ważne – bo znalezie­nie się w samym środ­ku opowiadanej his­torii jest zde­cy­dowanie ciekawsze niż kole­jne obraz­ki ludzi prz­er­ażonych nad­chodzą­cym niespodziewanym zagroże­niem. W Pacif­ic Rim wszyscy już wiedzą co wychodzi spod zie­mi, rozu­mieją pewne mech­a­nizmy zachodzą­cych zdarzeń, mają broń – może nie tak skuteczną jak się wydawało ale jed­nak nie są zupełnie bezrad­ni. Coś wydarzyło się wcześniej, sporo zapewne wydarzy się później, ale na razie jesteśmy w środ­ku wydarzeń. Zwierz z radoś­cią odkry­wał kole­jne ele­men­ty funkcjonowa­nia tego świa­ta, tłu­mac­zone zaskaku­ją­co log­icznie (np. powód dla którego Jagera – wielkiego rob­o­ta — muszą prowadz­ić dwie oso­by, czy dlaczego władze decy­du­ją się w końcu na wyco­fanie tej niesamowitej broni z użytku), jed­nocześnie dostrze­ga­jąc te ele­men­ty, które są raczej związane z ludzką chę­cią przetr­wa­nia niż samą walką (np. fakt że widz­imy dziel­nice pow­stałe na koś­ci­ach wiel­kich pot­worów, oraz że ludzie w tym świecie po pros­tu żyją a nie siedzą cały czas w schronach). Jest to więc świat, w którym zdarzyło się wiele poza ekranem. Przy­pom­i­na to troszkę Dys­trykt 9 gdzie też wrzu­cono nas w jak­iś ist­nieją­cy już świat i kazano szy­bko dopowiedzieć sobie te frag­men­ty his­torii, których nie widz­imy.

Znakomi­ty jest sposób streszczenia nam — głównie przy pomo­cy frag­men­tów telewiz­yjnych przekazów, pier­wszego eta­pu wielkiej wojny ludzi z pot­wora­mi.

Taki punkt wyjś­cia oznacza też, że oglą­damy zupełnie innych bohaterów. To nie są ludzie, którzy zostali wyr­wani z zupełnie nor­mal­nego życia i zmuszeni do niesamowitej odwa­gi. Oczy­wiś­cie bohaterowie mają jakąś tam przeszłość w nor­mal­nym świecie ale praw­ie jej nie pamię­ta­ją albo nie wraca­ją do niej wspom­nieni­a­mi. Ich dzi­ała­nia nie są dzi­ała­ni­a­mi przy­pad­kowych bohaterów ale ludzi, którzy całe swo­je życie spędzili w wojen­nych warunk­ach, których życiowe plany i ambic­je właś­ci­wie zupełnie związane są z walką. Dlat­ego oszczęd­zono nam opowieś­ci o starym dobrym świecie, a także wiz­ji niesamowicie pięknej przyszłoś­ci, po apokalip­sie. Bohaterowie ewident­nie żyją tu i ter­az kon­cen­tru­jąc się na przeży­ciu i swoich kole­jnych zada­ni­ach co zresztą w pewnym momen­cie sami sobie uświadami­a­ją. Zwier­zowi ten zabieg się podo­ba bo ma trochę dość his­torii o samych początkach gdzie bohater dopiero musi znaleźć motywację do dzi­ała­nia. Trze­ba też przyz­nać, że posta­cie zostały – przy­na­jm­niej zdaniem zwierza — dobrze napisane. Nasz główny bohater choć jest klasy­cznym przeko­rnym sze­roko uśmiech­nię­tym Ameryka­ninem (obow­iązkowo gra go Anglik — warunek powodzenia fil­mu w ostat­nich lat­ach) który nie przepa­da za dowództwem to jed­nak daje się łat­wo pol­u­bić. Może dlat­ego, że niekiedy nas zaskaku­je – jak w sce­nie gdzie okazu­je się, że zna japońs­ki (w ogóle to jest fajne, że bohaterowie mówią w różnych językach, początkowo chciano by zde­cy­dowanie więcej dialogów było nie po ang­iel­sku ale amerykanie nien­aw­idzą czy­tać napisów) czy kiedy jed­noz­nacznie stwierdza, że chce wal­czyć u boku niedoświad­c­zonej Japon­ki – nawet zan­im dowiedzie ona, że się nada­je (zwierz musi tu dodać, że spodobało mu się, że w filmie staw­ia się na psy­cho­log­iczną a nie fizy­czną kom­paty­bli­nośc bohaterów). Zresztą w ogóle dwój­ka głównych bohaterów jest dobrze napisana – dzi­ała­ją jako doskonale zgrany duet i więcej jest w ich dzi­ałal­noś­ci doskon­ałego wza­jem­nego zrozu­mienia i przy­jaźni niż roman­su. A reżyser wcale nie ma zami­aru zro­bić z nich wiel­kich kochanków co zwierza bard­zo cieszy. Zbyt wiele jest takich his­torii i choć widać na erkanie chemię to zde­cy­dowanie lep­iej sprawdza się kiedy nic się z tym nie rbi.  Zresztą Mako dosta­je też włas­ną dopowiadaną nam we frag­men­tach his­torię która jest nie mniej ciekawa i dra­maty­cz­na niż his­to­ria naszego bohat­era. Także pozornie schematy­czne posta­cie w tle mają ten ele­ment, który wyróż­nia ich na tle setek innych podob­nych postaci. Aro­ganc­ki młody Aus­tral­i­jczyk wal­czą­cy u boku swo­jego ojca, który jed­nak nie jest tylko głupim osiłkiem, i który naprawdę szcz­erze kocha swo­jego bul­do­ga (serio bul­dog gra w najbardziej wzrusza­jącej sce­nie fil­mu). Dwóch naukow­ców, którzy nie dość, że są nie do zdar­cia (serio po raz pier­wszy naukowiec posłany na trud­ną mis­ję zysku­je kulood­porność niemal głównego bohat­era), którzy reprezen­tu­ją dwa zupełnie różne style upraw­ia­nia nau­ki i którzy chy­ba najm­niej ze wszys­t­kich boją się niebez­pieczeńst­wa. Co ciekawe to jeden z niewielu filmów gdzie naukow­ców się słucha gdzie ich pomysłu uważa się za możli­we do zre­al­i­zowa­nia a przekazy­wane przez nich infor­ma­c­je sta­ją się pod­stawą dzi­ała­nia. No a poza tym pokazu­je się nam, że są różne sposo­by upraw­ia­nia nau­ki i może się okazać że wszys­tkie są równie dobre. Wszys­tkie te posta­cie niby zna sie z innych filmów ale tu dosta­ją jak­iś dodatkowy ele­ment, jed­no zdanie więcej, poczu­cie humoru, ważną scenę — coś co spraw­ia, że wychodzą poza schemat.

Nasi bohaterowie doskonale się rozu­mieją, może nawet czu­ją do siebie miętę. Ale reżyser zda­je się doskonale rozu­mieć, że dorzuce­nie roman­su do his­torii o kre­sie dni panowa­nia ludzi na zie­mi to o jeden grzyb w barszczu za dużo.

Ale zwierz musi powiedzieć, że w film krad­nie wszys­tkim Idris Elba.  Jego bohater – najpierw wojskowy marsza­łek, potem po pros­tu przy­wód­ca wszys­t­kich gotowych jeszcze wal­czyć, jest abso­lut­nie cud­own­ie napisany i po mis­tr­zowsku zagrany. To bohater surowy ale spraw­iedli­wy, uważny i niesły­chanie inteligent­ny. Trzy­ma się po wojskowe­mu, roz­tacza wokół siebie aurę auto­ry­te­tu, ale jed­nocześnie ma czas by wszys­tko rozważyć indy­wid­u­al­nie. Nie jest sza­lonym gen­er­ałem prag­ną­cym rzu­cać bom­ba­mi na pra­wo i lewo, war­czą­cym by wykony­wać jego rozkazy. To nie jest patri­o­ta, który wszędzie chce zatknąć amerykańską flagę. To ten dowód­cza, który każe ci pamię­tać, że masz ratować dwu mil­ionowe mias­to a nie kuter rybac­ki ale sko­ro już ratu­jesz kuter rybac­ki to zami­ast krzy­czeć każe wyprowadz­ić go poza pole raże­nia. To postać która roz­tacza wokół siebie taką aurę, że kiedy bohater łapie go za ramię naty­ch­mi­ast czu­je­my w tym geś­cie coś niesamowicie niestosownego. Jed­nocześnie dowiadu­je­my się jaka jest jego słabość i lubimy go przez to jeszcze bardziej. Zwierz ani przez chwilę nie dzi­wił się dlaczego bohaterowie podąża­ją za nim nie kwes­t­ionu­jąc wydawanych rozkazów. A jed­nocześnie mimo pewnoś­ci siebie (Elba znakomi­cie się w tym filmie rusza – od razu widać że to wojskowy) to jest taki przy­wód­ca który mając wygłosić swo­ją ostat­nią wielką motywa­cyjną mowę, zatrzy­mu­je się na chwilę, jak­by nie do koń­ca był pewien jak zacząć i co powiedzieć. Serio mimo, że zwierz słyszał w fil­mach więcej motywa­cyjnych mów niż kiedykol­wiek potrze­bował ta jako jed­na z nielicznych brzmi­ała prawdzi­wie właśnie dzię­ki temu początkowe­mu waha­niu. No a poza tym Idris Elba jest tak strasznie cud­own­ie miły dla oka. Zwierz napisze to tylko raz żeby nie było, że tylko to go obchodzi. Ale zwierz serio poszedł­by za nim na koniec świa­ta.

Zwierz uwiel­bia ten cytat. I Idrisa też uwiel­bia.

Prze­jdźmy ter­az do samych walk. Zwierz zawsze ma prob­lem z sek­wenc­ja­mi bijatyk we współczes­nych fil­mach. Najczęś­ciej nic nie widać i trud­no się poła­pać kto kogo i jak. Tu jest inaczej. Nie dość, że nie widz­imy wal­ki wyłącznie w niesamow­itym zbliże­niu ale w odd­ale­niu, co pozwala nie tylko dostrzec z per­spek­ty­wy jak mon­u­men­talne są nasze Jagery i pot­wory to na dodatek ktoś się wysil­ił by jed­nak nie było to wyłącznie bezmyślne pow­tarzalne wale­nie się po pyskach. Każ­da wal­ka jest nieco inna, a co więcej – zwierz zwró­cił uwagę, że po raz pier­wszy od dłuższego cza­su naprawdę nie był w stanie przewidzieć jak taka bijaty­ka się potoczy, jakiej broni użyją bohaterowie i ich prze­ci­wni­cy (moment w którym pojaw­ił się miecz był momentem w którym zwierz o mało nie umarł ze szczęś­cia) oraz czy wszyscy przeżyją. Zgod­nie ze starą dobrą zasadą filmów o wiel­kich rob­o­t­ach gdzie ludzie umier­a­ją tu też nie jest tak, że nasi odnoszą sukces bez poniesienia pewnych kosztów. Do tego twór­cy pot­worów zad­bali o to by różniły się od siebie i nie były jed­ną pow­tarzal­ną anon­i­mową bestią – są tak cud­owne że zwierz nie wyobraża sobie jak twór­cy Gozzili chcą to prze­bić. Do tego widać kun­szt reży­sera – sce­na w której wiel­ka pięść rob­o­ta nagle zatrzy­mu­je się w środ­ku biu­ra to pięk­na sce­na, która nie rusza akcji do przo­du ale jest po pros­tu fan­tasty­cz­na. Zresztą w całej tej wielkiej bijatyce zachowano zaskaku­ją­co wiele real­iz­mu. Budyn­ki nie pada­ją jeden po drugim jak w Super­manie zaś bohaterowie omaw­ia­ją swo­ją tak­tykę, stara­ją się myśleć nie­s­tandar­d­owo – film mimo wielu poty­czek nawet na chwilę nie zamienia się w jed­ną z tych niemych pro­dukcji gdzie pół godziny ludzie walą się po pysku o przyszłość świa­ta. Serio zwierz cieszył się jak dziecko i pewnie gdy­by był dzieck­iem oglą­dał­by ten film z pły­ty w kółko tak jak dawno temu trans­form­er­sy.

Zwierz przy­pom­ni­ał sobie oglą­da­jac ten film, jak strasznie kocha wielkie robo­ty.

No właśnie, po zakońc­zonym sean­sie człowiek czu­je lek­ki niedosyt. To zdarza się naprawdę rzad­ko bo dziś filmy potrafią nawet po dobrym rozpoczę­ciu kosz­marnie znudz­ić wiz­ja kole­jny­mi mowa­mi, pożeg­na­ni­a­mi i wzniosły­mi sce­na­mi. Tu wręcz prze­ci­wnie – film kończy się tam gdzie kończy się frag­ment opowieś­ci. Widz wychodzi i ma ochotę zła­pać w ręce wszelkie infor­ma­c­je o przed­staw­ionym świecie. Jak prezen­towały się Jagery innych kra­jów (w filmie pozostało już ich tylko kil­ka – między inny­mi ulu­biony zwierza- rosyjs­ki), jak wyglą­dały pier­wsze lata wojny, jak radz­iły sobie poszczególne kra­je, jakie tery­to­ria zostały zniszc­zone. Inny­mi słowy chce się widz dowiedzieć wszys­tkiego o świecie w który został wrzu­cony. Co więcej twór­cy fil­mu są na to przy­go­towani – na stronach moż­na znaleźć sporo infor­ma­cji, wydano spec­jal­ny komiks i grafi­ki – inny­mi słowy przy­go­towano świat znacznie wykracza­ją­cy poza granicę fil­mowej fikcji. Zwierz jest pod wraże­niem, bo to jest dokład­nie to na co zwierz zawsze liczy kiedy dosta­je film roz­gry­wa­ją­cy się w niedalekiej lub dalekiej przyszłoś­ci – dopra­cow­anej wiz­ji, która wykracza poza tym co widać na ekranie.

Zwierz dostał zwrot podatku więc chy­ba nie ma wąt­pli­woś­ci że kupi sobie pre­quelowy komiks ze świa­ta Pacif­ic Rim

Zwierz ma jeszcze jed­ną uwagę. Otóż oczy­wiś­cie to jest film w którym Ros­janie mają najs­tarszego Jagera (ale za to jak zwyk­le są właś­ci­wie niezniszczal­ni) a Chińczy­cy łyp­ią pode­jr­zli­wie, ale zwierz miał wraże­nie, że po raz pier­wszy od daw­na oglą­da film, który naprawdę jest o ludzkoś­ci. To znaczy wiecie, nasi bohaterowie ope­ru­ją w Hong Kongu i więk­szość tłumów to Azjaci, języ­ki się miesza­ją i nawet znakomi­ta (dobra genial­na) ścież­ka dźwiękowa pod­kreśla taką między­nar­o­dową różnorod­ność. Zwierz zbyt częs­to oglą­da filmy gdzie ratowanie świa­ta oznacza ratowanie Amery­ki a dokład­niej Nowego Jorku albo Los Ange­les. Tu właś­ci­wie  tego ele­men­tu nie ma, wręcz prze­ci­wnie ratu­je się świat bard­zo od miejs­ca zamieszka­nia odległy. Ogólne Pacif­ic Rim ofer­u­je wspani­ałą rozry­wkę, która teo­re­ty­cznie przy­pom­i­na coś co już widzieliśmy ale jed­nak nieco inaczej roze­grane. Tylko ktoś kto jest bard­zo negaty­wnie nastaw­iony do pro­dukcji nie zauważy tych drob­nych różnic (na przykład fakt, że bohaterowie są inteligent­ni nawet hand­lu­ją­cy mięsem pot­worów przestęp­ca nie jest total­nym kre­tynem), które odróż­ni­a­ją dobrą rozry­wkę od abso­lut­nej komer­cyjnej pap­ki.

Ulu­biony aktor reży­sera w roli Han­ni­bala, tym razem tnącego pot­wory a nie ludzi ;)

A na koniec – zwierz wró­cił po sean­sie do recen­zji z Gaze­ty  Wybor­czej, której recen­zent dał fil­mowi zaled­wie jed­ną gwiazd­kę. Zwierz wró­cił by  uświadomić  sobie,  że to wcale nie jest recen­z­ja ale zbiór dość niech­lu­jnych uwag. Zwierz nie wie czy autor widzi­ał film (chy­ba jed­nak tak ) ale jeśli widzi­ał to powinien jed­nak poważnie prze­myśleć swo­je pode­jś­cie do recen­zowa­nia filmów rozry­wkowych. Zwierz rozu­mie, że może się nie podobać, ale zarzuce­nie fil­mowi wtórnoś­ci  i porów­nanie do Trans­form­er­sów czy Gigan­tów ze Stali świad­czy o złej woli – trochę tak  jak­by uznać, że wszys­tkie filmy, w których ktoś jeździ kon­no moż­na wrzu­cić do jed­nego wor­ka. Tym­cza­sem wszys­tkie trzy filmy mają ze sobą niewiele wspól­nego – zwłaszcza, że w jed­nym mamy Trans­formes­ry w drugim Robo­ty w trzec­im Mechy (no ale po co to rozróż­ni­ać, albo po co nawet próbować rozróż­ni­ać). Do tego widać, że widzem był kry­tyk nie uważnym, bo aku­rat trud­no uznać film za his­torię amerykańskiego tri­um­fu. Moż­na wręcz powiedzieć, że amery­ki jest w tym filmie jak na lekarst­wo. Nie do koń­ca też rozu­miem zarzut doty­czą­cy kic­zowa­toś­ci pro­dukcji, która w swoim gatunku jest wręcz wybit­nie pozbaw­iona ogranych kic­zowatych scen, znanych z tak wielu filmów, jest za to bard­zo este­ty­cz­na a miejs­ca­mi wręcz pięk­na (pada­ją­cy na plażę Jager). Danie fil­mowi jed­nej gwiazd­ki jest zachowaniem bard­zo niepro­fesjon­al­nym. Jed­no to niechęć do całego gatunku czy rodza­ju filmów, drugie to niechęć do przyję­cia kon­wencji (a może raczej jej świadome ignorowanie) w jakiej roz­gry­wa się opowiadana his­to­ria. Ale widzów się tu trochę oszuku­je – bo prze­cież wid­zowie którzy czy­ta­ją recen­zję Pacif­ic Rim przed seansem chcą wiedzieć czy ta pro­dukc­ja jest dobra w swoim gatunku. Dając jed­ną gwiazd­kę (co jest kuri­ozum bo jed­nej gwiazd­ki nie dosta­je prak­ty­cznie żaden film nawet najsłab­szy) recen­zent sieje dez­in­for­ma­cję zniechę­ca­jąc ludzi do fil­mu, który w swok gatunku jest naprawdę bard­zo porząd­ny. Jed­nak recen­zent nie może zupełnie ole­wać gatunku czy potenc­jal­nych oczeki­wań widzów i jedynie wyży­wać się na pro­dukcji  tylko dlat­ego, że należy do gatunku którego nie lubi i jak pokazu­je recen­z­ja nie rozu­mie (nie chodzi o nie zrozu­mie­nie fil­mu tylko zasad rządzą­cych takim a nie innym gatunkiem fil­mowym). Recen­zowanie filmów wyma­ga jed­nak niekiedy wyjś­cie poza własne sym­pa­tie i anty­patie, jeśli się tego nie potrafi – cóż wtedy trze­ba się od pewnych gatunków trzy­mać z dale­ka. A jeśli już chce się aż tak zjechać film, to należy jas­no sfor­mułować argu­men­ty a nie żal­ić się, że reżyser nakrę­cił film styl­isty­cznie różny od poprzed­niej pro­dukcji. Gdy­bym była Gazetą Wybor­czą moc­no bym prze­myślała zmi­anę składu recen­zen­tów a przy­na­jm­niej jego posz­erze­nie. To jed­nak jest iry­tu­jące kiedy najwięk­sza gaze­ta w kra­ju ma dwóch receznetów z których jeden nie lubi kina pop­u­larnego, dru­gi zaś potrafi skry­tykować melo­dra­mat dla kobi­et w śred­nim wieku za to, że nie trafia w jego wrażli­wość. W ogóle czy tylko zwierz ma wraże­nie, że yto trochę skan­dal, że tam jest dwóch facetów? Tak jak krę­ci się pro­dukc­je dla mężczyzn tak samo krę­ci się pro­dukc­je dla kobi­et i fajnie było­by mieć też taką per­spek­ty­wę. Ale to tem­at na zupełnie inny wpis. W każdym razie Co jest Grane które od lat czy­tałam dla zabawy (abso­lut­nie nie kieru­jąc się ich wskazówka­mi) jest dziś dla mnie zde­cy­dowanie mniej pro­fesjon­al­nym pis­mem niż nieje­den blog. Prowad­zony przez ludzi, którzy przy­na­jm­niej potrafią jas­no stwierdz­ić, że nie wiedzą czy jak­iś film jest dobry bo ewident­nie nie był dla nich.

Nie takie rzeczy się w Torch­wood widzi­ało

Pacif­ic Rim jest wielkim Hol­ly­woodzkim block­bus­terem. Doskon­ałym w swo­jej kat­e­gorii. Jeśli mi nie wierzy­cie, zajrzyj­cie do recen­zji Rusty. 

PS: Do ceny bile­tu należy dorzu­cić 22 fun­ty – tyle kosz­tu­je kupi­e­nie sobie dodatkowo komik­su o roku zerowym kon­flik­tu i GENIALNEJ Ściesz­ki dźwiękowej.

Ps2: Czy zwierz już wam mówił, że po tym filmie moż­na się zakochać w Idrisie Elbie? Zwierz wiedzi­ał co robi oszczędza­jąc sobie odcin­ki 3 sezonu LUthra. Ter­az będzie sobie mógł powzdy­chać nieza­leżnie od jakoś­ci sce­nar­iusza.

Każdy wpis jest lep­szy kiedy kończy się zdję­ciem Idrisa Elby w mundurze (plus to przy­pom­i­na zwierza ten wpis na twit­terze)

26 komentarzy
0

Powiązane wpisy