Home Ogólnie Wyjść poza momenty czyli zwierz o “Sztuce Kochania”

Wyjść poza momenty czyli zwierz o “Sztuce Kochania”

autor Zwierz
Wyjść poza momenty czyli zwierz o “Sztuce Kochania”

Kiedy w pry­wat­nej skrzynce mailowej zwierza zaczy­na­ją się pojaw­iać wiado­moś­ci czy zwierz jak­iś film już widzi­ał to znaczy, że zapewne mamy w kinach jakąś bard­zo reklam­owaną pol­ską pre­mierę fil­mową. W tym przy­pad­ku chodz­iło o „Sztukę Kocha­nia”, film o Michalin­ie Wisłock­iej. Zwierz poszedł więc do kina. I wyszedł z kilko­ma prob­le­ma­mi.

Film ma dwa plany fab­u­larne. Pier­wszy – roz­gry­wa­ją­cy się w lat­ach siedemdziesią­tych to his­to­ria dzi­ała­nia na rzecz wyda­nia książ­ki „Sztu­ka kocha­nia”. Poz­na­je­my Wisłocką jako pewną siebie, chodzącą w bar­wnych stro­jach panią dok­tor przed której gabi­netem ustaw­ia­ją się kole­j­ki. Ona sama wespół z dziew­czyną zatrud­nioną w wydawnictwie robi wszys­tko by przepch­nąć przez par­tyjny beton swo­ją książkę – porad­nik.  Dru­gi plan fab­u­larny to opowiedziane w kawałkach życie pry­watne bohater­ki – od jej małżeńst­wa, przez życie w trójką­cie po romans który otworzył ją na nowe sek­su­alne doz­na­nia ale zostaw­ił ze zła­manym sercem. Te dwa plany teo­re­ty­cznie powin­ny ze sobą kore­spon­dować. Nieste­ty – to dwa różne pomysły na film.

Film najlepiej się sprawdza tam gdzie opowia­da his­torię wyda­nia książ­ki. Bo autorzy sce­nar­iusza dobrze zna­ją schemat i wiedzą które ele­men­ty w takiej opowieś­ci pojaw­ić się muszą i jak muszą wybrzmieć.Foto: Jarosław Sosińs­ki

His­to­ria wal­ki o pub­likację ma w sobie ducha Bogów. Oto mamy w tym szarym PRL wybit­ną (tak się Michal­inę Wisłocką w tym filmie kreu­je) kolorową, nieza­leżną w myśle­niu jed­nos­tkę. Jed­nos­tkę, która w tym PRL chce nas pchać do przo­du. No i rozbi­ja się o opór władzy. Ale zami­ast dać się przezeń pokon­ać to wal­czy, żyje i lawiru­je pomiędzy absur­da­mi, sprze­ci­wa­mi i prob­le­ma­mi życia codzi­en­nego. To dobrze nakrę­cona część fil­mu. Wisłoc­ka z tej opowieś­ci jest taką dobrą bab­cią sek­su­al­nej rewolucji. Wiado­mo, że już nie najmłod­sza, najlep­sze lata ma za sobą, ale za to o wszys­tkim poroz­maw­ia, pod­powie i w ogóle niczego się nie wsty­dzi. Każ­da kobi­eta  i mężczyz­na bez osądza­nia może jej o swoich prob­lemach opowiedzieć a ona sama jest chodzącą encyk­lo­pe­dią wiedzy i porad, która zawsze gotowa jest kogoś naprowadz­ić na jedyne słuszne sek­su­al­nie szla­ki. I nie ważne czy prob­lem jest z prze­mocą domową, sadysty­czny­mi skłon­noś­ci­a­mi męża czy bezpłod­noś­cią, zawsze zna­jdzie się pod­powiedziana dziarsko rada jak sobie z prob­le­mem poradz­ić. A na końcu czai się szczęśli­we poży­cie małżeńskie i trochę kome­diowych scen z cen­zorem w tle.

Gdy film chce opowiadać o życiu pry­wat­nym autor­ki to się gubi. Trud­no się dzi­wić. Tem­atów tam na trzy pro­dukc­je. Foto: Jarosław Sosińs­ki

Tą część oglą­da się całkiem miło choć jest ona poprowad­zona w prosty nar­ra­cyjny sposób. To ten nasz kolorowy PRL trochę pach­ną­cy Bare­ją, trochę zakochany w modzie retro. Kolorowe ubra­nia, koniecznie muzy­ka z dawnych lat i sier­miężność która stała się gdzieś vin­tage. Jed­nocześnie to – rzad­ko u nas prak­tykowana – his­to­ria jed­nak społecz­na. Niewiele tu poli­ty­ki, jeśli już to w tle, wszak to cza­sy Gier­ka więc nic złego się nie dzieje, mała sta­bi­liza­c­ja, moż­na pogadać o sek­sie, napić się alko­holu i ogól­nie jest przy­jem­nie. Gdzieś tam pojaw­ia­ją się prob­le­my – jak np. za mała edukac­ja sek­su­al­na Polaków czy źle wyko­nane abor­c­je ale to wszys­tko jest tylko zaz­nac­zone i nie prz­ery­wa dobrego samopoczu­cia widza, który widzi jak bohater­ka wal­czy o swo­je. Gdy­by taką his­torię troszkę podra­sować – cho­ci­aż­by doda­jąc więcej his­torii jej pac­jen­tek, czy rozsz­erzyć nieco his­torię zma­gań o nieco szer­szy kon­tekst społeczny to kto wie czy nie dostal­ibyśmy takich Bogów II. Dobrze i sprawnie opowiedzianego fil­mu biograficznego po którym człowiekowi zosta­je uśmiech na twarzy i chęć na prze­bo­je Czer­wonych Gitar.

Boczars­ka i Lubos mają w tym filmie znakomitą chemię. Tak dobrą że aż szko­da że nie dostali osob­ne­go fil­mu tylko po to by ją spożytkować w nieco lep­iej napisanym wątku. Foto: Jarosław Sosińs­ki

Prob­lem jed­nak w tym, że film próbu­je do tego wszys­tkiego dorzu­cić jeszcze his­torię życia Wisłock­iej zgod­nie z zasadą, że sko­ro autor­ka pisała o sek­sie to jej życie sek­su­alne musi­ało być ciekawe. Tu twór­cy wybier­a­ją tylko dwa epi­zody – pier­wszy to małżeńst­wo z Wisłockim i życie w trójką­cie z mężem i najlep­szą przy­jaciółką. To cofa nas do lat wojny (zwierz powoli zaczy­na się zas­tanaw­iać czy w Polsce da się nakrę­cić film bez cofa­nia się do cza­sów wojny) ale przede wszys­tkim zamy­ka w bard­zo melo­dra­maty­cznej nar­racji. Twór­cy nieste­ty roz­gry­wa­ją ten wątek na samych wyso­kich nutach a że związek zosta­je streszc­zony i podra­sowany wzglę­dem rzeczy­wis­toś­ci to nagle sta­je­my w środ­ku dramy zagranej na najwyższych emoc­jach, która trochę do tego lekkiego dow­cip­nego tonu fil­mu nie pasu­je. Co więcej, wprowadze­nie tego wątku niesie za sobą pewne kon­sek­wenc­je. Np. dowiadu­je­my się że Boczars­ka ma córkę. Ponieważ pojaw­ie­nie się dzieci jest kluc­zowe to trze­ba im trochę miejs­ca poświę­cić. Prob­lem w tym, że film na córkę nie ma cza­su i tak widz może się przez więk­szość sean­su zas­tanaw­iać gdzie to dziecko, gdzie to życie samot­nej mat­ki. Tego nie uświad­czymy – a szko­da bo Wisłoc­ka jako mat­ka się nie sprawdza­ła i to był­by dobry kierunek odbrą­zowienia jej postaci – wstaw­ionej przez ten film na piedestał.

Prob­lem z bohaterką jest taki, że w pewnym momen­cie fil­mu bardziej niż postacią jest chodzą­cy­mi rozdzi­ała­mi swo­jej książki.Foto: Jarosław Sosińs­ki

Dru­gi wątek biograficzny to his­to­ria pier­wszego roman­su Wisłock­iej po roz­wodzie, który otworzył ją na sek­su­alne doz­na­nia.  To ład­nie nakrę­cony wątek. Roze­grany w scener­ii pięknego pol­skiego lata, napędzany fenom­e­nal­ną chemią między aktora­mi. Ale też rozbi­ja się o potrze­bę kre­owa­nia dra­matu w sposób najbardziej łopa­to­log­iczny. Bohater­ka po raz dru­gi zna­j­du­je się w miłos­nym trójką­cie – ter­az zda­jąc sobie sprawę, że to ona jest niepotrzeb­na. Romans sta­je się wielkim niespełnie­niem a że twór­cy właś­ci­wie wykreślili jej kole­jnych kochanków to moż­na dojść do wniosku, że tu życie sek­su­alne bohater­ki się skończyło. Do tego, jakoś zabrakło tu sub­tel­noś­ci i ostate­cznie dosta­je­my sce­ny typu on macha ona odjeżdża w dal auto­busem czy ona mdle­je na wieść o jego śmier­ci (wiele lat później). Omdle­nia na uli­cy na wieść o śmier­ci ukochanego powin­ny być zabro­nione jeśli się nie jest bohaterką XIX wiecznej powieś­ci. Ewen­tu­al­nie bohaterem. Oni tacy wrażli­wi byli. W innych przy­pad­kach to taka bolesna dra­maty­cz­na klisza bez której spoko­jnie moż­na się obyć – zwłaszcza że gra aktors­ka w filmie jest doskon­ała więc, nie trze­ba się bać że aktor nie zagra.

Film jest tak pocię­ty, że wyraźnie to widać nie tylko na ekranie ale także przeglą­da­jąc foto­sy z fil­mu. Są na nich kadry z wycię­tych scen. Scen które coś tłu­maczą. Tzn. w filmie widz­imy, że bohater szy­je bohater­ce spód­nice ale sce­na w której wpa­da na ten pomysł jakoś wypa­da Foto: Jarosław Sosińs­ki

Jed­nak tym z czym zwierz ma najwięk­szy prob­lem to seks. Otóż przez cały film słuchamy o tym jak seks jest rzeczą zwykłą, codzi­en­ną, potrze­bą człowieka, czyś co robią wszyscy i czego nie należy się wsty­dz­ić. Seks ma dawać radość, zbliżać ludzi i być po pros­tu jed­nym z ele­men­tów naszej egzys­tencji. Te pow­tarzane hasła aż się proszą o uzu­pełnie­nie w filmie, gdzie scen sek­su nie braku­je.  Prob­lem w tym, że seks w „Sztuce Kocha­nia”  jest prze­filtrowany przez chy­ba wszys­tkie możli­we kine­matograficzne klisze. Mamy więc maratony łóżkowe w mil­ion­ie pozy­cji, mamy walące się sklepi­e­nie niebieskie po cud­ownym orgazmie, mamy w końcu seks dra­maty­cznie pod­krę­cony gdy Ona przy­jeżdża niespodziewanie się z nim spotkać On wchodzi do jej poko­ju i zan­im ruszy to budu­je się między nimi napię­cie. Plus jeszcze mnóst­wo scen sek­su na dworze bo wiado­mo, że nigdzie nie jest lep­iej tylko na polu czy na łód­ce czy nad jeziorem. Jed­nocześnie tych scen nic nie rozład­owu­je – choć są odważne (to znaczy widać więcej niż pół uda) to kom­plet­nie nie pasu­ją do tego – wciąż głos­zonej sek­su­al­nej codzi­en­noś­ci.

Seks w tym filmie jest fil­mowy. A powinien być właśnie taki w poprzek fil­mowych schematów. BTW — to kole­j­na sce­na która jest na foto­sach a w filmie się nie znalazła. Przy­na­jm­niej nie w takim kształcie.Foto: Jarosław Sosińs­ki

O ile lep­iej wypadł­by film gdy­by bohaterowie choć raz się roześmi­ali, pokazu­jąc że seks może być też – jako sama czyn­ność  — śmieszny. O ile lep­iej by wszys­tko wypadło gdy­by zami­ast pory­wów namięt­noś­ci pokazano seks który rodzi się w sposób taki nat­u­ral­ny w życiu dwój­ki osób obok siebie. O ile to wszys­tko było­by lep­sze gdy­by zami­ast iść w nagość twór­cy pos­zli­by w tą pos­tu­lowaną bliskość. Jest taka sce­na w której bohater­ka mówi, że chęt­nie widzi­ała­by żeby ludzie po lek­turze tej książ­ki więcej się przy­tu­lali. Jed­nocześnie kiedy obser­wu­je­my autorkę z jej kochankiem w łóżku to w jed­nym z takich najbardziej „otwartych” kadrów obo­je leżą od siebie daleko (z noga­mi sple­ciony­mi tak jak marzy sobie każdy cen­zor oby­cza­jowy – nic zdrożnego poza biustem nie widać). Kadr fil­mowo ład­ny ale właśnie mar­nu­ją­cy szanse by może pokazać tą związaną z sek­sem bliskość – także fizy­czną. O ile to był­by lep­szy kadr gdy­by bohaterowie sobie po pros­tu leżeli przy­tu­leni.  Wszys­tko co z sek­sem związane z tym filmie jest w jak­iś sposób niecodzi­enne – tym­cza­sem bohaterowie cały czas mówią o codzi­en­noś­ci sek­su. Jed­na prawdzi­wie codzi­en­na rzecz związana z sek­sem w tym filmie to moment kiedy Wisłoc­ki dobiera się do żony a ta mówi „Daj spokój czy­tam”. Właśnie trochę takiego przeko­marza­nia się braku­je. To znaczy, w ogóle braku­je by sce­ny sek­su były w jakimkol­wiek stop­niu sce­na­mi w których bohaterowie do siebie mówią. W fil­mowej kliszy kto z kim w łożu leg­nie ten zamienia się w kłąb kończyn i westch­nień. W filmie który pokazu­je jak bard­zo seks ma być współpracą i komu­nikacją braku­je sce­ny w której przeła­mano by ten schemat i pojaw­iło­by się jakiekol­wiek zdanie świad­czące o tym, że kochankowie ze sobą roz­maw­ia­ją. Zwykłe “bardziej w lewo” wiele by tu zmieniło.

Film jest zakład­nikiem pewnego sposobu pokazy­wa­nia sek­su. Musi być albo namięt­nie, albo akro­baty­cznie albo szoku­ją­co. Braku­je w tym tej przy­woły­wanej w dialo­gach codzi­en­noś­ci. Foto: Jarosław Sosińs­ki

Szuka­jąc jakichś wiz­ual­nych porów­nań zwier­zowi przyszły do głowy kole­jne ekraniza­c­je Kochanka Lady Chat­ter­ly. Zwierz widzi­ał kil­ka a jedyną która jakoś ujęła ducha opowieś­ci była ta fran­cus­ka. Z jed­nej strony dużo odważniejsza oby­cza­jowo, z drugiej – dużo wesel­sza, mniej emocjon­al­na, nat­u­ral­niejsza – w sposo­bie pokazy­wa­nia sek­su. To pode­jś­cie – wcale nie łatwe do osiąg­nię­cia spraw­ia, że nacisk sce­ny prze­chodzi z „Widzu jesteś podglą­daczem cud­zego życia sek­su­al­nego” na „Oto dwo­je ludzi którzy są ze sobą blisko. Ciesz się ich szczęś­ciem”. Nieste­ty wyda­je się, że tego fran­cuskiego pode­jś­cia nie ma nie tylko z powodów niezrozu­mienia. Zwierz ma wraże­nie, że mimo wielkiej rewolucji sek­su­al­nej wciąż jed­nak film bardziej kieru­je nas ku postrze­ga­nia sek­su jako rzeczy jed­nak wsty­dli­wej, którą podglą­damy, która na ekranie jest akro­batyką prowadzącą do pokaza­nia czegoś bez pokazy­wa­nia niczego. W filmie o Wisłock­iej nie powin­no być odważnych scen sek­su­al­nych, bo odważność powin­na być przykry­ta atmos­ferą codzi­en­noś­ci. Tego nieste­ty nie ma.

Film teo­re­ty­cznie jest fem­i­nisty­czny ale trochę na zasadzie “Jak się babecz­ki swoim chłopom postaw­ią i nimi poma­nip­u­lu­ją to się panowie na wszys­tko zgodzą”. Foto: Jarosław Sosińs­ki

I tak „Sztu­ka Kocha­nia” jest filmem złożonym z dwóch nierównych ele­men­tów. Co więcej, ponown­ie wyda­je się, że jest to film który krzy­cząc o rewolucji sek­su­al­nej pozosta­je dość kon­ser­waty­wny. Wisłoc­ka np. nie mówi w filmie o tych abor­c­jach które przeprowadz­iła – tes­tu­jąc różne metody antykon­cepcji. Szko­da że ten wątek pominię­to, zwłaszcza że jej włas­na cór­ka nie ukry­wała, że dla mat­ki nie było to zupełnie obo­jętne. Jed­nocześnie sama Wisłoc­ka jest pokazana tylko w dwóch rolach – kobi­ety w nieu­danym choć eks­cen­trycznym związku i kobi­ety nieszczęśli­wie zakochanej. Trochę braku­je tu tego co mogło­by wypełnić obraz – któryś z kilku kochanków, jakieś potwierdze­nie że jej życie sek­su­alne nie było naz­nac­zone tylko przez poważne związ­ki (jest jed­na sce­na która to sugeru­je ale taka trochę wyr­wana z kon­tek­stu). Jed­nocześnie wyda­je się, że moż­na było­by poz­wolić bohater­ce samej opowiedzieć o swoim życiu, wspom­nieni­a­mi to tu to tam w dialo­gach. Bo nieste­ty Wisłoc­ka taka jaką ją kreu­je film jest bohaterką która w jed­nej częś­ci mówi głównie cytata­mi ze swo­jej książ­ki, a w drugiej bliżej jej do hero­iny roman­sów. Zresztą nieste­ty o ile dialo­gi jeszcze są niezłe to film dopa­da ta sama przy­padłość co więk­szość pol­s­kich pro­dukcji. Ta konieczność wypowiedzenia puen­ty.  Dobrze to widać w sce­nie gdzie Wisłoc­ka roz­maw­ia z pro­fe­sorem na uczel­ni w Białym­stoku o kon­tyn­uowa­niu badań. Wszys­tko co jej pro­fe­sor mówi wskazu­je jas­no, że miejsce kobi­ety widzi raczej w domu. Widz nie potrze­bu­je puen­ty ale ją dosta­je kiedy Wisłoc­ka mówi z ekranu „To dlat­ego, że jestem kobi­etą”. Takich niepotrzeb­nie spuen­towanych z ekranu scen jest więcej.

Trójkąt w którym żyje bohater­ka jest przed­staw­iony w taki kosz­marnie stereo­ty­powy sposób. Zami­ast pokazać jaka to jest codzi­en­ność, film kon­cen­tru­je się na takim strasznie sztam­powym uję­ciu gdzie moż­na odnieść wraże­nie, że każdy syp­ia z każdym. I chy­ba gubi naturę związku gdzie dwie kobi­ety były związane z jed­nym mężczyzną ale niekoniecznie oni wszyscy tro­je byli ze sobą sek­su­al­nie otwar­ci. Tzn. ze wspom­nień cór­ki wyni­ka że to raczej bardziej przy­pom­i­nało jak­by żona i kochanka mieszkały razem i się lubiły. Foto: Jarosław Sosińs­ki

Nie jest jed­nak „Sztu­ka kocha­nia” filmem pozbaw­ionym zalet. Pier­wszą i najwięk­szą jest Mag­dale­na Boczars­ka w głównej roli. Gra kon­cer­towo, zarówno w jed­nym jak i w drugim wątku. Uda­je się jej sprzedać zarówno Wisłocką młodą i rząd­ną sukce­su naukowego, jak i kobi­etę która odkry­wa sek­su­al­ność, jak i panią w śred­nim wieku wal­czącą o swo­je. Nie prze­chodzi drasty­cznej meta­mor­fozy fizy­cznej ale poprzez  gesty i sposób mówienia dobrze pokazu­je upływ cza­su. Wyglą­da przy tym – co nie jest proste – fenom­e­nal­nie we wszys­t­kich stro­jach w jakie wciska­ją ją fil­mowi twór­cy. To jed­na z tych ról, która sprzedała­by się pod każdą sze­rokoś­cią geograficzną bo jest w niej swo­bo­da i nat­u­ral­ność, które pozwala­ją się prze­bić nawet przez mielizny sce­nar­iusza. Dobry jest Piotr Adam­czyk jako Stanisław Wisłoc­ki. Jest w nim odpowied­nio dużo ego­cen­tryz­mu i skon­cen­trowa­nia na sobie a jed­nocześnie – da się uwierzyć, że był na tyle uroczy (chwilowo), że kobi­ety mogły za nim sza­leć. Nato­mi­ast cud­own­ie na ekranie sprawdza się duet Boczars­ka – Lubos. Coś jest takiego między nimi jak się oglą­da ten wątek let­nio roman­ty­czny że trochę szko­da że nie oglą­damy fil­mu tylko o tej parze. Bohater Lubosa zosta­je w tym filmie nazwany brzy­d­kim ale jak­by zwierz nie patrzył Lubos mu brzy­d­ki nie chci­ał być. Co może wskazy­wać że zwierz ma w ogóle prob­lem z nazy­waniem ludzi brzy­d­kim. Warto też wspom­nieć o niewielkiej dru­go­planowej Karoliny Grusz­ki która też bard­zo fajnie się w kon­wencji fil­mu odna­j­du­je. Dobrze zagrany pol­s­ki film to niemal świę­ty Graal więc może zwierz nie powinien za bard­zo narzekać.

Film jest miejs­ca­mi nieco zbyt non­sza­lanc­ki. Kiedy pojaw­ia­ją się kwest­ie innych niż stan­dar­d­owe pref­er­encji sek­su­al­nych to film jest trochę zbyt non­sza­lanc­ki. To znaczy trze­ba brać pewną odpowiedzial­ność za to co wid­zowie usłyszą. Np. zan­im się zacznie udzielać rad co zro­bić kiedy mąż okaże się sek­su­al­nym sadys­tą warto jed­nak dorzu­cić choć jed­ną lin­ijkę o tym że na nic co nam się nie podo­ba nie trze­ba się w sek­sie godz­ić.

Na koniec zwierz musi jed­nak stwierdz­ić, że najwięk­sze zas­trzeże­nia ma do końców­ki. Oto bowiem w ostat­niej sce­nie fil­mu widz­imy jak druku­je się w drukarni najnowsze wydanie „Sztu­ki Kocha­nia”.  Wydanie które zresztą trochę nam już wcześniej syg­nal­i­zowano bo np. w jed­nej sce­nie pojaw­ia­ją się w gabinecie redak­to­ra firan­ki w dokład­nie taki sam wzorek jak na okład­ce książ­ki. W następ­nej sce­nie w takiej sukience (uszytej z firanek) chodzi Wisłoc­ka. Mamy więc sprzedaż wiązaną – bo widz­imy jak druku­je się książ­ka z okład­ką naw­iązu­jącą do tego co widzieliśmy w filmie i z plakatem fil­mowym na skrzy­dełku. Ta sce­na jest tak meta że moż­na dojść do wniosku, że właś­ci­wie przez dwie godziny oglą­dal­iśmy reklamę nowej edy­cji książ­ki wydanej – a jakże przez współpro­du­cen­ta fil­mu czyli Agorę. Zwierz przyz­na szcz­erze, że poczuł się nieco znies­mac­zony. Jest bowiem w tym coś strasznie  nie fil­mowego – ta konieczność dorzuce­nia ele­men­tu reklam­owego. Zwłaszcza, że bard­zo wyraźnie pokazu­je się nam tą okład­kę i całkiem dłu­go może­my się przyglą­dać pro­ce­sowi drukowa­nia. Tak by nie było wąt­pli­woś­ci, że pójdziemy po nią do sklepu zaraz po sean­sie.

Było­by dużo lep­iej gdy­by film skon­cen­trował się na samej his­torii wydawa­nia książ­ki pozostaw­ia­jąc przeszłość Wisłock­iej jako coś co pojaw­ia się tylko w dialo­gach

Zresztą to chy­ba ostat­nia uwa­ga na koniec. Film zachowu­je się tak jak­by książ­ka Wisłock­iej była dziełem którego wartość jest pon­ad­cza­sowa. Tym­cza­sem każdy kto rzu­cił na nią okiem dostrzeże, że współcześnie jest to pozy­c­ja po pros­tu przes­tarza­ła a nawet szkodli­wa. Autor­ka pisze w opar­ciu nie tylko o nieak­tu­al­ną wiedzę na tem­at sek­su­al­noś­ci ale także w świecie zupełnie innych norm oby­cza­jowych i społecznych doty­czą­cych obu płci. Powszech­nie cytowany rozdzi­ał o gwał­tach jest najlep­szym przykła­dem, że książkę Wisłock­iej moż­na dziś czy­tać co najwyżej jako cieka­wostkę his­to­ryczną – kry­ty­cznie i raczej jako świadect­wo epo­ki niż porad­nik sek­su­al­ny. To trochę tak jak­by wydawać dziś dzieła bohaterów Mas­ter of Sex i twierdz­ić, że ponieważ ich pra­ca była przeło­mowa to moż­na ją drukować dalej w jej pier­wot­nej formie – bez opra­cow­a­nia czy wskazów­ki, że to tylko pra­ca his­to­rycz­na.  To jest prob­lem bo nieste­ty – to co było w lat­ach siedemdziesią­tych ważne i przeło­mowe dziś może być szkodli­we. Nieste­ty wyda­je się, że tu wydaw­cą rządz­iła raczej chęć zysku (łatwego bo napędzanego filmem) niż odpowiedzial­ność za to co druku­je. Wydanie kry­ty­czne było­by ciekawym prze­wod­nikiem po tym co się w naszej wiedzy zmieniło.

Ale Pol­s­ka latem to jest taki piękny kraj. Foto: Jarosław Sosińs­ki

Ostate­cznie „Sztu­ka Kocha­nia” to film, który mógł­by być zde­cy­dowanie lep­szy gdy­by lep­iej wiedzi­ał o czym chce opowiadać i lep­iej umi­ał to robić. Zami­ast pro­dukcji pory­wa­jącej wyszła taka his­to­ria, która nieco za częs­to śliz­ga się po tvnowskim banale tylko że w wer­sji retro. Dzię­ki dobre­mu aktorstwu i dobrym zdję­ciom nie boli. Przy­dał­by się dużo lep­szy mon­taż, sce­nar­iusz i wiara w widza. No ale nieste­ty to moż­na powiedzieć po więk­szoś­ci pol­s­kich filmów. Nie mniej film nie odrzu­ca, ale też nie zach­wyca. Jest trochę jak seks na kajaku. Moż­na ale po co.

Ps: Przed filmem pojaw­iła się zapowiedź niesły­chanie śmiesznego jak twierdzą twór­cy fil­mu Poland­Ja. A w nim Radzi­wiłow­icz. W tym momen­cie do Zwierza nachyliła się jego przy­jaciół­ka z pytaniem „To jaki zamek Radzi­wiłow­icz musi poma­lować na różowo”. To taki nasz kod na aktorów którzy przyj­mu­ją role bo potrze­bu­ją kasy (źródłem jest Jere­my Irons który ma zamek. Musi go mal­ować na łoso­siowo więc gry­wa w podłych fil­mach). Cóż jedy­na odpowiedź jaka mi przy­chodzi do głowy to Zamek Królews­ki.

20 komentarzy
0

Powiązane wpisy