Home Ogólnie Zaglądając pod powieki czyli o filmowych fantazjach Tarsema

Zaglądając pod powieki czyli o filmowych fantazjach Tarsema

autor Zwierz

Hej

Zwierz zgod­nie z zapowiedz­ią speł­nia obiet­nicę złożoną zwyciężczyni konkur­su sko­jarzeniowego, czyli Myszy. Mysza zaży­czyła sobie wpisu, o którym mowa była zaraz po opub­likowa­niu pytań, kiedy padł tytuł fil­mu The Fall.  To właśnie wtedy (a właś­ci­wie odrobine później) Mysza zawyrokowała, że chęt­nie poczy­tała­by wpis, w którym zwierz odniósł­by się, jakość zbior­c­zo do fil­mo­grafii jed­nego z najbardziej ory­gi­nal­ny reży­serów, jacy przewinęli się przez ekrany kin w ostat­niej dekadzie, czyli Tarse­ma Sing­ha. Zwierz powie szcz­erze, że nie ma z tym więk­szego kłopo­tu, bo po krótkim zapoz­na­niu się, z jego fil­mo­grafią na Imdb zwierz utwierdz­ił się w przeko­na­niu, które rodz­iło się w nim już wcześniej. Zwierz widzi­ał, wszys­tkie filmy tego niesamowitego reży­sera. Trud­no się zresztą dzi­wić. Zwierz uwiel­bia zasad­nic­zo dwie kat­e­gorie twór­ców fil­mowych. Pier­wsza to reży­serzy tacy jak Ang Lee, czy Clint East­wood – ich filmów nie łączy szczegól­na este­ty­ka, ale pode­jś­cie do wyjątkowoś­ci każdej ludzkiej his­torii. To daje im możli­wość kręce­nia filmów bard­zo różnych a jed­nocześnie porusza­ją­cych. Dru­ga kat­e­go­ria to twór­cy, którzy mają bard­zo charak­terysty­czny styl – nieda­ją­cy się pomylić z żad­nym innym – do nich należy uwiel­biany przez zwierza Wes Ander­son, bard­zo lubiany Del Toro i właśnie Tarsem. Zwierz nie wacha się, bowiem stwierdz­ić, że jego filmy są praw­dopodob­nie jed­ny­mi z najpiękniejszych, jakie kiedykol­wiek widzi­ał. Jak więc widzi­cie, zwierz nie będzie miał ani trud­noś­ci z napisa­nia wpisu, ani nie będzie mu przykro, że został popros­zony by do niego zasiąść.

Zwierz bard­zo się stara opisać słowa­mi na czym pole­ga niezwykłość filmów Tarse­ma ale to po pros­tu trze­ba zobaczyć, dlat­ego dziś sporo ilus­tracji. Powyżej kadr z ‘The Fall”

Zaczni­jmy jed­nak od pewnego wątku, który podrzu­ciła Mysza i z którym zwierz chci­ał­by się rozpraw­ić. Tarsem jest reży­serem Indyjskim. A właś­ci­wie reży­serem hin­duskiego pochodzenia — jak sam wspom­i­na wychował się zarówno w Indi­ach jak i w Iranie wyk­sz­tałce­nie zaś wyższe ode­brał w Pasade­nie. Jak wspom­i­na, w indyjskiej szkole z inter­natem nie wychodz­ił zbyt częs­to do kina, z kolei w Iranie gdzie mógł już wymykać się na seanse, nie rozu­mi­ał języ­ka. Ponoć tam należy szukać jego przy­wiąza­nia do tego by obraz mógł mówić sam za siebie, jak twierdzi, wychował się niemal na niemym kinie, (które­mu zde­cy­dowanie odd­a­je hołd w The Fall). Zwierz przy­wołu­je te fak­ty nie bez powodu. Kiedy patrzy się na nasyce­nie kolorów i bogact­wo obra­zowa­nia w fil­mach Tarse­ma wiele osób naty­ch­mi­ast decy­du­je się na jed­no słowo “Bol­ly­wood”. Wszys­tko wyda­je się takie jasne — kolorowa este­ty­ka najwięk­szej kine­matografii na świecie, spo­ty­ka się z kinem zachod­nim i bum… Dosta­je­my Tarse­ma, z jego abso­lut­nie niesamow­ity­mi his­to­ri­a­mi i niepow­tarzal­ną warst­wą wiz­ual­ną. Prob­lem pole­ga na tym, że to fałszy­wy trop. Sam Tarsem wielokrot­nie pow­tarzał, że wychował się właś­ci­wie poza tym kręgiem fil­mowym, oraz że przez 25 ostat­nich lat swo­jego życia widzi­ał tylko jeden film z Bol­ly­wood — Laa­gan i to głównie, dlat­ego, że zna gra­ją­cych tam aktorów. Oczy­wiś­cie, zwierz nie zapom­i­na o sce­nie kończącej Mir­ror, Mir­ror gdzie głów­na bohater­ka zaczy­na śpiewać w wyczuwal­nie Bol­ly­woodzkim sty­lu a cała sala podry­wa się do tań­ca. Zdaniem zwierza, to sposób reży­sera by w końcu przes­tać odpowiadać na pytanie czy kiedykol­wiek naw­iąże w swo­jej twór­c­zoś­ci bezpośred­nio do Bol­ly­wood. Jest to jak się zda­je pytanie, które czu­je się w obow­iązku zadać mu niemal każdy przeprowadza­ją­cy z nim wywiad. Bol­ly­wood wyda­je się wypły­wać w kon­tekś­cie twór­c­zoś­ci auto­ra głównie ze wzglę­du na jego pochodze­nie, oraz nasyce­nie obrazu w jego fil­mach, ale prostych tropów w jego twór­c­zoś­ci naprawdę się nie zna­jdzie.

tarsem 1

Zdaniem zwierza wielu widzów frus­tru­je, że nie umieją jed­noz­nacznie przyp­isać styl­isty­ki filmów do ich tem­aty­ki. A przy okazji sko­ro ostat­nio była mowa o recyk­lin­gu kostiumów — stro­je  z Celi bard­zo przy­pom­i­na­ją zbro­ję Dra­c­uli z fil­mu Cop­poli (robiła je te sama autor­ka)

Nie oznacza to, że twór­c­zoś­ci Tarse­ma nie ma wpły­wów i pomysłów, które przy­na­jm­niej zdaniem zwierza mają swe źródła w wychowa­niu w zupełnie innym kręgu kul­tur­owym, ale ścież­ka bol­ly­woodz­ka jest zdaniem zwierza zbyt pros­ta. Pomi­ja­jąc fakt, że nie należy utożsami­ać kine­matografii indyjskiej z Bol­ly­woo­d­em, to charak­terysty­cz­na kolorysty­ka filmów reży­sera wyda­je się być mimo wszys­tko nieco inna niż filmów Bol­ly, choć rzeczy­wiś­cie peł­na kolorów, które człowiekowi zachodu automaty­cznie kojarzą się z Indi­a­mi. Ale zwierz odrzu­ca ten argu­ment jeszcze z jed­nego powodu — jed­nym z najważniejszych i najbardziej charak­terysty­cznych ele­men­tów kine­matografii Tarse­ma są niesamowite kostiumy. Zwierz powiedzi­ał­by nawet, że w wielu przy­pad­kach kostiumy u Tarse­ma opowiada­ją część his­torii (Cela jest doskon­ałym przykła­dem), są mag­ne­sem przy­cią­ga­ją­cym widzów do kina, czymś tak rozpoz­nawal­nym, że moż­na nawet nie wiedząc, że to ten sam reżyser połączyć wszys­tkie jego pro­dukc­je. Tym­cza­sem doty­chczas we wszys­t­kich jego fil­mach kostiumy pro­jek­towała nieodżałowana Eiko Ish­io­ka, która miała zapewne jeszcze inne kul­tur­owe inspirac­je dla zapro­ponowanych kostiumów. Zwłaszcza, że nie trud­no w jej kostiu­mach znaleźć wpły­wy japońskie (zwłaszcza w The Fall to widać, ale jeśli zwierz bard­zo się nie myli – nie jest znaw­cą kostiumów – też w niek­tórych ele­men­tach w Immor­tals). Także oper­owanie kolorem w kostiu­mach wyda­je się zacz­erp­nięte z innych kręgów kul­tur­owych.  Zresztą zdaniem zwierza, to właśnie ten niesamow­ity wpływ, wielu kul­tur, czyni filmy Tarseam abso­lut­nie niepow­tarzal­ny­mi. Zarówno wiz­ual­nie jak i pod wzglę­dem treś­ci. Bo to są filmy niby amerykańskie, niby zeu­ropeizowane, ale pełne ele­men­tów zupełnie z zachod­nią kul­turą niezwiązanych.

  Aby się za  dłu­gi nie roz­wodz­ić, zwierz chci­ał­by zwró­cić uwagę zwłaszcza na pier­wszy kadr i to jak cud­own­ie jest tam uży­ty kolor

No właśnie, w przy­pad­ku Tarse­ma prob­lem pole­ga na tym, że człowiek nigdy nie do koń­ca wie, co oglą­da. Cela, którą zwier­zowi stras­zli­wie odradzano, okaza­ła się filmem hip­no­tyzu­ją­cym. Teo­re­ty­cznie krymi­nal­na intry­ga, z ele­men­ta­mi zupełnego sf, trochę hor­ror, ale przede wszys­tkim, onirycz­na przechadz­ka po mózgu chorego człowieka. Człowiek podąża wraz z bohaterką i gdzieś po drodze, gubi się fabuła, czy całe śledzt­wo, sens sta­je się dru­gorzęd­ny wobec obrazów. A te — na Boga potrafią być naprawdę piękne. Jest w Celi na poły strasz­na na poły pięk­na sce­na, w której bohater porusza­jąc się pocią­ga za sobą długie pasy mate­ri­ału opasające pomieszcze­nie. Ta sce­na jest prz­er­aża­ją­ca, gdy zdamy sobie sprawę, że mate­ri­ał przy­czepi­ony jest do jego pleców. Ale jest też olśniewa­ją­co pięk­na, bo ruch tkaniny przy­cią­ga wzrok bardziej niż więk­szość efek­tów 3D. Takich scen nie ma w wielu fil­mach. Prawdę powiedzi­awszy, we współczes­nej kine­matografii, przys­tęp­nej dla prze­cięt­nego widza w ogóle takich scen nie ma.  Bo co trze­ba koniecznie zaz­naczyć, Cela nie jest filmem z cyk­lu tych przein­telek­tu­al­i­zowanych pięknych wiz­ual­nie impresji. Tu jest wyś­cig z cza­sem, pomysłowy morder­ca, śledzt­wo itp. Wszys­tkie charak­terysty­czne ele­men­ty pop­u­larnego fil­mu dla sze­rok­iej wid­owni. Tylko właśnie z takim nigdzie niepa­su­ją­cym dodatkiem. Zdaniem zwierza negaty­wne opinie o Celi są przede wszys­tkim wynikiem tego, że nikt na wid­owni nie był do koń­ca pewnym, co oglą­da. Najlep­szym przykła­dem niech będą recen­zen­ci, którzy nie zrozu­mieli, że zmi­any kostiumów to nie wynik próżnoś­ci aktor­ki, tylko kon­cepcji reży­sera.

tarsem 2

Tarsem potrafi być este­ty­czny nawet wtedy gdy pokazu­je kosz­mar. Co niek­tórych np. zwierza pocią­ga, zwłaszcza w chwili kiedy nie mówimy o este­ty­zowa­niu okru­cieńst­wa.

Z kolei dru­ga chy­ba najbardziej chwalona pro­dukc­ja Tarse­ma „The Fall” ponown­ie rozmy­wa granice pomiędzy rzeczy­wis­toś­cią a fan­tazją. Mroczne wnętrze umysłu sza­leń­ca zosta­je tu zastą­pi­one przez bar­wną his­torię snutą przez przykutego do łóż­ka kaskadera. Urok his­torii pole­ga nie tylko na tym, że wszys­tko jest możli­we, ale na tym, że przy­na­jm­niej zdaniem zwierza udało się Tarse­mowi pokazać jak bard­zo słowa i obrazy niosą różne treś­ci. W jed­nej z pier­wszych scen his­torii, bohater Amerykanin opowia­da o Indi­an­inie, który cicho pod­pły­wa do wyspy, na której siedzą pozostali bohaterowie. Opowia­da całą his­torię małej rumuńskiej dziew­czynce, leżącej w szpi­talu ze zła­maną ręką. I kiedy ona słyszy “Indi­an” widz podob­nie jak ona widzi Hin­dusa. Pod jej zamknię­ty­mi his­to­ria wyglą­da inaczej niż w wyobraże­ni­ach opowiada­jącego. Słowa zawodzą, obraz nie. Cała zaś his­to­ria zaś sta­je się przede wszys­tkim wyprawę w świat wyobraźni, gdzie możli­wość ksz­tał­towa­nia zdarzeń, wyglą­du osób i ich dal­szych losów, daje więcej satys­fakcji niż codzi­en­ność. I choć jeśli zwierz jeszcze raz usłyszy o “ocala­jącej mocy wyobraźni” to strzeli jakiemuś autorowi opisów filmów w łeb, to jed­nak gdy­by miał dać jak­iś przykład na film głoszą­cy pochwałę wyobraźni to zde­cy­dowanie The Fall znalazło­by się w pier­wszej dziesiątce. Przy czym podob­nie jak w Celi tak i w The Fall ele­men­ty rzeczy­wis­toś­ci przenika­ją do świa­ta wyobrażonego tworząc este­tykę niepodob­ną do niczego innego.  Zwier­zowi wyda­je się ciekawa w tym kon­tekś­cie aneg­dot­ka o tym jak reżyser próbował przekon­ać wszys­t­kich na pal­nie fil­mu, że gra­ją­cy główną rolę Lee Pace naprawdę jest przyku­ty do wóz­ka. Czynił tak by nie rozwiać wyobraże­nia, młodej aktor­ki, która odniosła takie wraże­nie. Co praw­da które­goś dnia spec­jal­ist­ka od charak­teryza­cji o mało nie zemd­lała widząc akto­ra sto­jącego sobie spoko­jnie w swo­jej przy­czepie, ale dobrze to pokazu­je, jak twór­ca był gotowy podążyć za wyobraże­ni­a­mi, niedopowiedzeni­a­mi i fan­tazją zami­ast zdać się na rzeczy­wis­tość.

The-Fall-Roy-Walker-lee-pace-12540488-1280-688

Gdy­by to była tylko kwes­t­ia dużych pięknych kadrów, ale u Tarse­ma na pauzę zasługu­je nawet jed­no zbliże­nie

Nic dzi­wnego, że po The Fall, (które Tarsem z braku cza­su i fun­duszy krę­cił kil­ka lat na kilku kon­ty­nen­tach) kole­j­na pro­dukc­ja reży­sera była wyczeki­wana przez jego fanów w napię­ciu. Immor­tals z 2011 pokaza­ły jed­nak, to, co zazwyczaj trze­ba ze smutkiem zauważyć. Nawet najpiękniejszych wiz­ual­nie film nie jest w stanie nadro­bić prob­lemów z marnym sce­nar­iuszem. Zwier­zowi wyda­je się, że w Immor­tals doty­chcza­sowy przepis nie zadzi­ałał — być może wys­makowanej este­tyce obrazu, było mimo wszys­tko za blisko do niedawnych 300, co spraw­iło, że film trafił nie do tej wid­owni, co trze­ba. Do kina nie wybrali się, bowiem wiel­bi­ciele eks­cen­trycznego indyjskiego reży­sera, ale ci wid­zowie, których zach­wyciło 300 na pod­staw­ie komik­su Millera. Nie zrozum­cie zwierza źle, on sam zna­j­du­je się w obu tych gru­pach, ale zazwyczaj są to zbio­ry rozłączne. Co jed­nak nie zmienia fak­tu, że Immor­tals są filmem nieu­danym. Może his­to­ria pozbaw­iona tego pier­wiast­ka real­noś­ci, spraw­iła, że nie było, czego się przytrzy­mać — tak jak w The Fall, nawet, jeśli his­to­ria wymyślonych bohaterów nie pory­wa (treś­cią, bo prze­cież nie obraza­mi) to wyrównu­je ją dra­mat roz­gry­wa­ją­cy się w real­nym świecie. Tu tego kon­tra­punk­tu braku­je i tak dosta­je­my his­torię, która nie wcią­ga a wręcz iry­tu­je. Do tego prze­cu­d­owne kostiumy Eiko Ish­io­ki nie odchodzą tak daleko od tego, czego się oczeku­je i paradok­sal­nie są zbyt mało eks­cen­tryczne — gdy­by autor­ka kostiumów poszła o krok dalej całkowicie odci­na­jąc się od jakichkol­wiek grec­kich moty­wów wtedy może met­alowa klat­ka zami­ast heł­mu czy mas­ka jak kró­li­ka wcale by nie przeszkadza­ła. Gdy­by zupełnie wyrzu­cono nas z tego, co znamy, nie było­by pokusy by porówny­wać efekt koń­cowy z tym, „co powin­no być”.  Choć może po pros­tu zwierz prag­nie ura­tować zły film szuka­jąc jakiejś inter­pre­tacji.

aceb8ceb1cebdceb1cf84cebfceb9  

Takie pójś­cie w este­tykę może jed­nak zaw­ieść, kiedy sce­nar­iusz nie daje nam powodów by odciąć się dobrowol­nie od wymogów  real­noś­ci zdarzeń,  sama este­ty­ka zaczy­na drażnić.

Nato­mi­ast boli zwierza, że Mir­ror Mir­ror stało się w opinii wielu twór­ców ‘tą drugą” Snieżką (obok kosz­marnie nieu­danej Śnież­ki i Łow­cy). Tarsem porzu­cił mity by zagłębić się w świat baśni — i wyda­je się, że w tym rodza­ju fan­tazji, gdzie rzeczy­wis­tość ksz­tał­tu­je się nieco pod wyobraźnię dziec­ka, autor czu­je się lep­iej. Zwierz nie sugeru­je, że jego filmy są dziecinne. Raczej, że akt opowiadani his­torii jest u niego w twór­c­zoś­ci niezwyk­le ważny, a baj­ki są obok mitów, (z który­mi nie wyszło) obec­nie najczęst­szym przed­miotem takiej nar­racji (przy­na­jm­niej obec­nie). Tarsem nie bał się zro­bić tego, co zde­cy­dowanie nie wyszło twór­com drugiej Śnież­ki- nakrę­cić baj­ki. Jed­nocześnie nie wyszła ona infantyl­nie — wręcz prze­ci­wnie, w ostate­cznym rozra­chunku wyda­je się, że taka nieco bardziej trady­cyj­na Śnież­ka, ma nie mniej nowoczesne przesłanie niż ta utytłana błotem. I ponown­ie tym, co abso­lut­nie zach­wyca, jest niesły­chane połącznie kolorów, stro­jów (to już nieste­ty ostat­nie, ale niesamowite spotkanie Eiko z Tarse­mem) przy jed­noczes­nym dość klasy­cznym obsadze­niu postaci (książę wglą­da jak książę, Śnież­ka ma włosy jak kruk i skórę jak śnieg) daje to, na co wiele osób czekało — coś, co zna­ją z odrobiną czegoś zupełnie nowego. Mir­ror Mir­ror nie jest filmem wybit­nym, ale biorąc pod uwagę, że na tak znanym mate­ri­ale reży­serowi udało się wycis­nąć własne, charak­terysty­czne pięt­no, należy trak­tować, jako tri­umf.

Mimo, że Mir­ror Mir­ror, to film  w którym Tarsem bard­zo łagodzi swój styl , to jed­nak wciąż jest to pro­dukc­ja niesły­chanie charak­terysty­cz­na

Być moż­na tym w ogóle pole­ga urok kine­matografii Tarse­ma. Ojciec zwierza zwykł pow­tarzać, że lubi reży­serów, po których nie wie, czego się może spodziewać. I taki właśnie jest Tarsem, człowiek nigdy nie wie, co będzie zaraz, co ukaże się jego oczom, z czego autor sko­rzys­ta. Nawet, jeśli nie wszys­tkie filmy Tarse­ma łączą wybitne sce­nar­iusze, to wszys­tkie łączy poczu­cie wchodzenia w świat cud­zej wyobraźni, z jed­nej strony czu­je­my się nieco obco, bo zasady dzi­ała­nia tego świa­ta nie są do koń­ca znane, z drugiej, to uczu­cie dobre, bo przenosi nas w świat obrazów i wątków, których nie znamy, których nie może­my przewidzieć, które odb­ie­ga­ją do tego, co jest wtórne i jed­nocześnie swo­jskie. Co praw­da Mir­ror Mir­ror ofer­u­je tą przechadzkę w bard­zo złagod­zonej wer­sji, ale wciąż ofer­u­je nam obrazy niespodziewane jak np. to, co widz­imy po drugiej stroni lus­tra czarown­i­cy. Z drugiej jed­nak strony to przechadz­ka, w której — rozpoz­na­je­my ele­men­ty dobrze znane — w Celi zna­jdą się naw­iąza­nia do H.R. Gig­era czy Hirs­ta, w The Fall do Sal­vado­ra Dali, Tarsem twierdzi, że w Immor­tals prag­nął uzyskać efekt jak z rene­san­sowych obrazów. Właśnie takie jest wiz­ualne kino Tarse­ma — znane i niez­nane jed­nocześnie. A to jest paradok­sal­nie ten świat, w którym lubimy się znaleźć — wychodząc poza stre­fę wiz­ual­nego kom­for­tu, ale wciąż funkcjonu­jąc w sferze zrozu­mi­ałych dla nas odniesień.

Nie wiele jest filmów,  w których twór­cy umieszcza­ją obrazy, które wyda­ją się nam jed­nocześnie znane i nie znane — każąc się odwoły­wać do tego co sami wiemy o sztuce i tam znaleźć źródło naw­iąza­nia.

Zresztą wyda­je się, że reżyser zde­cy­du­je się wró­cić na dobrze, znane nam tory — po wycieczce w świat mitów i baśni jego następ­ny film Self­less opowiadać ma o starym mężczyźnie, którego jaźń została prze­nie­siona w ciało młod­szego człowieka, dając mu dłuższe życie. Znów, więc porusza­my się na grani­cach fan­tazji, his­torii, która gdzieś w swoim cen­trum ma to dzieje się w naszej wyobraźni, naszym mózgu a nie poza nami. Zresztą być może należało­by pode­jść jeszcze raz do wysoce nużą­cy i nieu­danych Immor­tals i spo­jrzeć na nich właśnie od tej strony ‑zapisu wyobraźni słuchaczy. Co nie zmienia fak­tu, że jed­ną z głównych ról gra tam Hen­ry Cav­ill, którego zwierz nie jest jakoś w stanie znieść. Zresztą sko­ro tu jesteśmy to jeszcze dwa słowa o aktorach — bo wyda­je się, że nawet jeśli film jest nieco gorszy, to Tarsem ma dobrą rękę do aktorów. Na przykład Jen­nifer Lopez grała u niego o niebo lep­iej niż z wielu innych swoich pro­dukc­jach, zaś Lee Pace przez pewien czas zawdz­ięczał mu jedyny rozpoz­nawal­ny film w swo­jej kari­erze, podob­nie wyda­je się, że obsadze­nie Lily Collins w roli Śnież­ki dodało nam nowe nazwisko do grupy aktorek, które mogą się spodziewać angażu w pop­u­larnych pro­dukc­jach. Nawet Cav­ill wylą­dował, jako Super­man. Nie wszyscy maja taką dobrą passę.

Aktorzy, kadry, stro­je — wszys­tko u Tarse­ma jest zgrane tak, że ma się niekiedy wraże­nie, że reżyser potrze­bu­je cza­sem od aktorów nie tyle gry co tego by wyglą­dali. Albo zwierz uspraw­iedli­wia Cav­il­la za rolę Tezeusza.

Kiedy zwierz pisał ten wpis (prz­ery­wany liczny­mi kon­wer­sac­ja­mi ze zna­jomy­mi) w jed­nej z nich pojaw­iło się stwierdze­nie, że reżyser nakrę­cił zaskaku­ją­co mało filmów. Istot­nie zazwyczaj reży­serów kojarzy się nieco później — tu zaś od pier­wszej pro­dukcji fil­mowy debi­u­tant przy­cią­gał uwagę i tak, mimo, że spośród jego filmów, żaden nie odniósł osza­łami­a­jącego sukce­su jest to nazwisko na tyle znane, że nie trze­ba się szczegól­nie tłu­maczyć, o kim się mówi, oraz jest spo­ra gru­pa osób, które nazwisko reży­sera trak­tu­ją, jako rekomen­dację. Oczy­wiś­cie przy­czynił się do tego fakt, że był już wcześniej doskonale znany, jako reżyser teledysków i reklam. Co ciekawe zwierz musi przyz­nać, że np. jego reklamę Pep­si z Briney Spears, Bey­once i Pink śpiewa­ją­cych na pseu­do rzym­skiej are­nie We Wll Rock You, w skąpych stro­jach pseu­do glad­i­a­torek, zwierz uważa za kosz­marnie wręcz kic­zowatą. Z drugiej strony jego teledysk do piosen­ki R.E.M Los­ing my reli­gion jest abso­lut­nie przesy­cony jego specy­ficznym stylem i moż­na rozpoz­nać na kilo­metr, kto go krę­cił. Być może wniosek w tym taki, że Tarsem powinien trzy­mać się z dala od ludzi, którzy chcą mu dać wielkie pieniądze i wciąż krę­cić swo­je tak jak chce. Bo reży­serów, którzy spraw­ia­ją, że robi się pauzę by jeszcze przez chwilę spo­jrzeć na kadr zawsze jest za mało.

NA koniec gif który zwierz uwiel­bia. Dlaczego? Bo tasiem­ki. Taka niewiel­ka różni­ca a jed­nak

Ps: Zwierz pow­stał na zamówie­nie Myszy. Zwierz napisał wszys­tko sam, ale pre­ten­sje, co do przy­pad­kowego wyboru tem­atu — kierować do Myszy (o ile ta jeszcze żyje, bo wczo­raj napisała 18 stron wpisu). Wiedząc jed­nak, że lubi długie wpisy, zwierz dziś się trochę rozpisał.

23 komentarze
0

Powiązane wpisy