Home Ogólnie Zgrzyty muzyki czyli zwierz raczej surowo o The Sounds of Music Live

Zgrzyty muzyki czyli zwierz raczej surowo o The Sounds of Music Live

autor Zwierz

Hej

Zwierz miał nie pisać tego wpisu, ale nie był w stanie się pow­strzy­mać. Widzi­cie cza­sem nawet zwier­zowi przy­chodzi do głowy, że wpis, który chce popełnić jest nieco za bard­zo nis­zowy w swoim stęże­niu geekost­wa. Na całe szczęś­cie wcześniej czy później grafo­mańs­ki przy­mus opisa­nia wszys­tkiego, co się widzi­ało wygry­wa. O czym będzie? Kil­ka dni temu amerykańs­ka telewiz­ja NBC zde­cy­dowała się na wys­taw­ie­nie na żywo Dźwięków Muzy­ki. Widzi­cie dla wielu z was drodzy czytel­ni­cy było­by to wydarze­nie nie warte wzmi­an­ki. Ale nie dla zwierza. Musi­cie, bowiem wiedzieć, że zwierz uwiel­bia Dźwię­ki Muzy­ki. Ist­nieje możli­wość, że to jest właśnie Ten musi­cal. Każdy wiel­bi­ciel przed­staw­ień gdzie ludzie zami­ast włożyć kurtkę, śpiewa­ją pięć zwrotek o miłoś­ci, ma jeden taki, którego może słuchać w kółko, w różnych wyko­na­ni­ach i zawsze jest szczęśli­wy. I tak zwierz ma z Dźwięka­mi Muzy­ki. Niech najlep­szym tej przykła­dem tej drob­nej obsesji będzie fakt, że choć zwierz widzi­ał film kilka­naś­cie, jeśli nie dwadzieś­cia razy, to z okazji przed­staw­ienia w NBC zde­cy­dował się go obe­jrzeć jeszcze raz. Miał, co praw­da poprzes­tać na kilku­nas­tu min­u­tach, ale skończyło się na pełnym praw­ie trzy­godzin­nym sean­sie. Zwierz mógł­by film zobaczyć jeszcze raz dzisi­aj i pewnie był­by równie entuz­jasty­czny.  Stąd też wiado­mość, że NBC planu­je włas­ną trans­mi­towaną na żywo wer­sję poruszyła serce zwierza i spraw­iła, że przez chwilę poczuł jak wszechświat skła­da mu trzy godziny w podarku. I rzeczy­wiś­cie tak było. Choć nie był to do koń­ca taki podarek, jakiego zwierz by sobie życzył.

Car­rie Under­wood świet­nie wypadła jako Maria. Na zdję­ci­ach.

 

Zaczni­jmy może od tego, że wszys­tko, co zwierz napisze jest z grun­tu niespraw­iedli­wie. Tak moi drodzy porówny­wanie wiernej wys­taw­ie­niu sceniczne­mu wer­sji telewiz­yjnej z filmem, który sporo wzglę­dem ory­gi­nału zmienił jest niespraw­iedli­wie i nieucz­ci­we. Przede wszys­tkim, dlat­ego, że film niemal zawsze dostar­cza więk­szych wrażeń — Maria bie­ga­ją­ca po prawdzi­wych górach to jed­nak trochę, co innego niż Maria obi­ja­ją­ca się od kilku drzew deko­racji, ślub bohater­ki w prawdzi­wej kat­e­drze to zawsze robić będzie więk­sze wraże­nie, niż spac­er w poprzek sce­ny. Co praw­da zwierz ma wraże­nie, że twór­cy deko­racji mogli­by się nieco bardziej postarać (były kosz­marnie nudne i strasznie tandetne jak na pro­dukc­je, na którą wyłożono 9 mil­ionów dolarów) no, ale nie jest ich winą, że wys­taw­ie­nie sceniczne — zwłaszcza w telewiz­ji, robi mniejsze wraże­nie. Nie jest też ich winą, że zwierz jest tak przyzwycza­jony do wer­sji fil­mowej. Tak, więc np. My Favorite Things, które zgod­nie z wer­sją sceniczną jest śpiewane przez Mar­ię i Matkę Przełożoną zupełnie zwier­zowi w tym miejs­cu nie pasu­je — i zde­cy­dowanie lep­iej wypa­da tam gdzie jest włożono w filmie tzn., kiedy dzieci boją się burzy. Trze­ba to na samym wstępie należy zaz­naczyć, bo to porów­nanie bard­zo nieucz­ci­we. Co nie oznacza, że zwierz nie ma do niego prawa. Co praw­da kil­ka dni temu sprze­ci­wiał się porówny­wa­niu rzeczy niead­ek­wat­nych no, ale czy naprawdę bloger musi zawsze trzy­mać się tego, co sam głosi?

Zwierz wie, że sce­na grupowych śpiewów nakrę­cona w plen­er­ach z piękny­mi szczy­ta­mi gór w tle…

Jeśli coś na pewno moż­na porów­nać bez wyrzutów sum­ienia to obsadę. Przede wszys­tkim gwiazdę całoś­ci, czyli Car­rie Under­wood. Jeśli nigdy o niej nie słyszeliś­cie, to nie musi­cie się prze­j­mować. Under­wood, która zwyciężyła w czwartej edy­cji Amerykańskiego Idola jest obec­nie chy­ba najpop­u­larniejszą gwiazdą muzy­ki coun­try. Co to oznacza? Przede wszys­tkim, że umie śpiewać. Zwierz może jak wielu Europe­jczyków podśmiewać się z coun­try, ale wielu wykon­aw­ców tej muzy­ki ma naprawdę dobry głos. W przy­pad­ku Dźwięków Muzy­ki głos to sprawa kluc­zowa, zwłaszcza, że chy­ba żaden z twór­ców pro­dukcji nie miał wąt­pli­woś­ci, że więk­szość widzów będzie porówny­wała wys­taw­ie­nie z filmem (niesły­chanie pop­u­larnym w USA) . W filmie zaś główną rolę śpiewała Julie Andrews. Moż­na Julie Andrews nie lubić, (choć zdaniem zwierza oznacza to, że coś w naszym życiu poszło nie tak), ale nie moż­na jej było odmówić wspani­ałego gło­su (swego cza­su 4,5 oktawy). Zwierz do dziś jest wściekły, że nie obsad­zono jej w My Fair Lady, (co jest ciekawe biorąc pod uwagę, że zwierz uwiel­bia fil­mową adap­tac­je).  W porów­na­niu Andrews Car­rie Under­wood prze­gry­wa nieste­ty w przed­b­ie­gach. Jest, bowiem z tą wielkooką, śliczną dziew­czyną, o wspani­ałym głosie, pewien prob­lem. Otóż nie umie ona grać. Ale nie tak trochę nie umie grać tylko jest zupełnie pozbaw­iona tal­en­tu aktorskiego (chy­ba bardziej nawet niż zwierz, który w ogóle go nie posi­a­da). Jeden ze złośli­wych amerykańs­kich kry­tyków stwierdz­ił, że Under­wood zde­cy­dowała się zas­tosować starą tech­nikę gry ‘Nie mru­gaj” i rzeczy­wiś­cie, bied­na dziew­czy­na musi­ała sobie chy­ba porząd­nie podrażnić oczy, bo przez więk­szość spek­tak­lu zachowu­je się tak jak­by mru­ganie było zakazane. Śred­nio wychodzi jej też zmi­ana wyrazu twarzy, tonu gło­su, zaś w sce­nie tań­ca jest tak zaję­ta by nie spo­jrzeć na kap­i­tana, że cała sek­wenc­ja, która prze­cież jest przeu­rocza, kom­plet­nie się nie sprawdza. Teo­re­ty­cznie w tym momen­cie zarówno wid­zowie jak i sami bohaterowie powin­ni sobie zdać w pełni sprawę z uczuć, jakie rozk­witły. Ale tu człowiek ma raczej wraże­nie jak­by jedynym rozk­wita­ją­cym uczu­ciem była odraza miesza­ją­ca się z lękiem. Przy­na­jm­niej to sugeru­je tak wyraźne odwracanie wzroku. Jest to przy­padek odwrot­ny do tego, który obser­wowal­iśmy swego cza­su w musi­calach gdzie aktor umi­ał grać, ale nie umi­ał śpiewać. O dzi­wo w tą stronę łatwiej znieść wys­tęp (głos zawsze moż­na podłożyć jak to zro­biono w wer­sji fil­mowej z kap­i­tanem), niż kiedy ma się na sce­nie kogoś, kto właś­ci­wie tal­en­tu aktorskiego nie ma i ma tak niewielkie doświad­cze­nie sceniczne, że nie potrafi tego ukryć.

 … będzie robiła nieco więk­sze wraże­nie niż jakaś kobi­eta z siódemką dzieci w salonie.

Zresztą zwierz musi powiedzieć, że twór­cy nie pomogli bied­nej Car­rie. O tym, że wys­taw­ie­nie Sounds of Music było pro­jek­tem chy­ba dość nis­zowym, świad­czy fakt, że do roli kap­i­tana zatrud­niono Stephena Moy­era. Tak, wam­pir Bill z seri­alu Czys­ta Krew gra ter­az kap­i­tana aus­tri­ack­iej mary­nar­ki. Prob­lem z Moy­erem nie jest taki, że nie potrafi grać ani też taki, że nie potrafi śpiewać (Christo­pher Plum­mer też nie umi­ał i czy komuś to przeszkadza­ło?). Otóż przez cały spek­takl Moy­er zda­je się grać w zupełnie innym przestaw­ie­niu niż się wokół niego roz­gry­wa. Prawdę powiedzi­awszy spraw­ia wraże­nie, jak­by strasznie brakowało mu scen wysysa­nia krwi (na przykład z hitlerow­ców), minę ma jak­by tylko czekał aż będzie mógł komuś rozszarpać gardło. Poza tym między nim a Under­wood nie ma żad­nej chemii. Wręcz prze­ci­wnie obo­je zda­ją się wal­czyć o tytuł najbardziej niedo­branej pary w his­torii wys­taw­ienia musi­calu. Zwierz, który jest niezbyt nor­mal­nym fanem wer­sji fil­mowej wie, że w cza­sie kręce­nia fil­mu Christo­pher Plum­mer był głęboko nieszczęśli­wy. Był zde­cy­dowanie niezad­owolony z roli i więk­szość cza­su spędzał na jedze­niu, piciu i flir­towa­niu z aktorką, która grała jego najs­tarszą córkę, (co nie jest aż tak creepy, bo miała ona wów­czas lat 21 a on 35). Nie mniej na filmie między nim a Julie Andrews jest wspani­ała chemia już od pier­wszej sce­ny i widz nie ma najm­niejszych wąt­pli­woś­ci, że trzy piosen­ki na krzyż wystar­czą by się w sobie zakochali. W wer­sji NBC zwierz tylko czekał aż kap­i­tan Von Trapp oświad­czy, że jest wam­pirem i wyle­ci przez okno. Zwierz jest przeko­nany, że wypadło­by to bardziej nat­u­ral­nie, niż cały romans.

“I mówisz kochanie że jesteś wam­pirem. Jakie to intere­su­jące”

Co więcej wyda­je się, że twór­cy postanow­ili dobić wykon­aw­ców ról pier­ws­zo­planowych, obsadza­jąc cały dru­gi plan aktora­mi pros­to z Broad­wayu.  Siostrę przełożoną śpiewa sama Audra McDon­ald — jed­na z trzech aktorek musicalowych, która w swo­jej kari­erze zdobyła pięć stat­uetek Tony. Przy niej wokalnie bard­zo spraw­na Under­wood wypa­da trochę jak piszczą­ca mysz­ka. Do tego Audra McDon­ald zgod­nie z dobry­mi Brod­way­owski­mi zasada­mi potrafi jeszcze grać, (jeśli nie siedzi­cie w świecie musi­cali może­cie ją kojarzyć, jako Nao­mi z Pry­wat­nej Prak­ty­ki), czym bied­ną Under­wood dobi­ja. Baronową, (której w wer­sji fil­mowej wycię­to jej obie piosen­ki — co nie dzi­wi, bo trud­no pol­u­bić kogoś, kto najpierw żali się, że jest trud­no zakochać się będąc bogatym, a potem wyśmiewa prze­j­mowanie się Anschlussem) śpiewa Lau­ra Benan­ti. I prawdę powiedzi­awszy o ile tą fil­mową zwierz jak więk­szość widzów pol­u­bił, ale radośnie pożeg­nał, to ta z pro­dukcji NBC jest bez porów­na­nia ciekawsza od mdłej Marii. No i ponown­ie — zarówno pod wzglę­dem gra­nia jak i śpiewa­nia przewyższa bied­ną Under­wood. Zwierz, który zawsze miał wraże­nie, że role w spek­tak­lu są tak napisane, że nie sposób nie podążyć za sposobem myśle­nia twór­ców doszedł do wniosku, że bard­zo się mylił. W tym spek­tak­lu mamy szcz­erą nadzieję, że kap­i­tan poz­woli mdłej Marii ode­jść i zwiąże się z sym­pa­ty­czną i prze­bo­jową baronową. Do tego rolę nieprze­j­mu­jącego się wydarzeni­a­mi poli­ty­czny­mi impre­sario gra Chris­t­ian Bor­le, który wyda­je się, jako jedyny z całej obsady czuć swo­bod­nie na sce­nie. Co do dzieci, to zwier­zowi trud­no cokol­wiek powiedzieć, bo są ani dobre ani złe — ide­al­nie nijakie. Nie jest to szczegól­ny kom­ple­ment w przy­pad­ku musi­calu gdzie role dziecięce są raczej istotne.

Zwierz powie szcz­erze że obsadze­nie Audry jako mat­ki przełożonej to dobry pomysł ale też cios poniżej pasa dla każdej bied­nej aktor­ki, która musi śpiewać razem z nią i właś­ci­wie z góry pogodz­ić się z tym, że będzie gorsza.

Ale zwierz ma prob­lem nie tylko z fak­tem, że dobra­no wyjątkowo niefor­tun­nie obsadę (praw­dopodob­nie licząc przede wszys­tkim na magie nazwiska Car­rie Under­wood). Zwierz ma też pewne wąt­pli­woś­ci, co do reży­serii całoś­ci. Musi­cal, który przy­na­jm­niej w wer­sji fil­mowej jest miejs­ca­mi bard­zo zabawny tu wyda­je się być nakrę­cony śmiertel­nie poważne, poza tymi kilko­ma momen­ta­mi, kiedy cała obsa­da zda­je się jak­by czekać na śmiech z offu. Zresztą zwier­zowi trochę go brakowało — w takiej sztuce na żywo jakoś dzi­wnie czu­je się brak wid­owni. Do tego, część scen wyda­je się mieć taką stras­zli­wie tandet­ną chore­ografię, nawet nie jak­by oglą­dało się sceniczne przed­staw­ie­nie, ale jak­by oglą­dało się szkolne sceniczne przed­staw­ie­nie, gdzie każ­da zmi­ana deko­racji jest takim wysiłkiem, że stara się jak najwięcej wydarzeń roze­grać w jed­nym pomieszcze­niu. Doskon­ały przykład to sce­na, kiedy jed­na córek kap­i­tana przekonu­je Mar­ię, że jest zakochana w jej ojcu. Cała sce­na brz­mi jak streszcze­nie „w poprzed­nim odcinku dra­maty­cznej sagi rodziny von Trapp”. Nie ma w tym życia ani też krz­ty nat­u­ral­noś­ci. Zresztą jak już zwierz wspom­ni­ał na początku — częs­to widać było, ze aktorzy nie mają­cy, na co dzień doświad­czenia w gra­niu na żywo, źle się czu­ją i w ich grze był ele­ment pil­nowa­nia się czy na pewno wszys­tko dobrze robią. Co więcej — najpraw­dopodob­niej z przy­czyn tech­nicznych zrezyg­nowano z takich scen, które były naprawdę dobre. Jak cho­ci­aż­by ta, w której do śpiewa­jącego na ostat­nim kon­cer­cie kap­i­tana dołącza się wid­ow­n­ia i wszyscy śpiewa­ją razem Edel­weiss. Co z tego, że to takie tanie wzrusze­nie sko­ro dzi­ała (a w musi­calach tanie wzruszenia są na miejs­cu).

Jeśli wid­ow­n­ia chce by kap­i­tan von Trapp porzu­cił nud­ną Mar­ię i zwiał z baronową to gdzieś w obsadzie jest popełniony błąd

To prowadzi zwierza do kole­jnego prob­le­mu, jaki trapił go przez całą ekraniza­cję. Widzi­cie panu­je dość powszech­na zgo­da, że aktorzy wys­tępu­ją­cy w musi­calach łączą w sobie dwie najbardziej pożą­dane w rozry­w­ce cechy — potrafią grać i śpiewać a niek­tórzy, co lep­si potrafią robić obie te rzeczy jed­nocześnie. Ponieważ teatrów musicalowych jest na świecie relaty­wnie mało a tych dobrych jeszcze mniej, oznacza to ni mniej ni więcej, że aktorzy ci stanow­ią wąską eli­tarną grupę, w której zna­j­du­ją się tylko najlep­si. Czemu więc nie zde­cy­dowano się na zabieg najprost­szy, jakim było obsadze­nie ról aktora­mi z Broad­wayu (sko­ro to pro­dukc­ja amerykańs­ka?), o ile jeszcze zwierz wybaczy kap­i­tana Von Trap­pa (ponowne Christo­pher Plum­mer odbiera zwier­zowi możli­wość czepi­a­nia się nieuz­dol­nionego muzykalnie akto­ra w roli kapi­at­na) o tyle do roli Marii ustaw­iła­by się pewnie dłu­ga kole­j­ka znakomi­tych aktorek i świet­nych śpiewaczek. Tylko wtedy musi­cal nie miał­by wielkiego nazwiska w obsadzie. Ale musi­cale nigdy nie potrze­bowały wiel­kich nazwisk w obsadzie — Julie Andrews nie była powszech­nie znana, kiedy pier­wszy raz śpiewała w My Fair Lady, a Mary Pop­pins jest jej fil­mowym debi­utem — w obu przy­pad­kach tal­ent prze­bił się przez mało znane nazwisko. Gdy­by Dźwię­ki Muzy­ki w wer­sji telewiz­yjnej zde­cy­dowano się obsadz­ić według klucza — potrze­bu­je­my najlep­szej śpiewa­jącej aktor­ki wtedy być może NBC zyskało­by więcej niż zatrud­ni­a­jąc piosenkarkę do zada­nia, które wyma­ga umiejęt­noś­ci aktors­kich.

Zwierz musi powiedzieć, że od daw­na nie widzi­ał tak strasznie kic­zowatych deko­racji, jak­by ktoś wietrzył deko­rac­je z odcinków Mody na Sukces z lat 60 (zwierz wie, że Moda na Sukces nie leci­ała w lat­ach 60 a nawet jeśli to na ABC a nie NBC)

Zwłaszcza, że nie ukry­wa­jmy — his­to­ria w Dźwiękach muzy­ki nie jest hmm… jak­by to ująć. Szczegól­nie błyskotli­wa? O ile jeszcze motyw zakochi­wa­nia się w guw­er­nantce wnoszącej życie do domu pozbaw­ionego muzy­ki to taki uwiel­biany przez widzów samo­graj. O tyle cała his­to­rycz­na strona fil­mu powodu­je lekkie zgrzy­tanie zęba­mi. Zwłaszcza, że jeśli porów­na się fak­ty z tym, co mówi musi­cal to nagle okazu­je się, że hero­icz­na uciecz­ka Von Trap­pów biegła na dworzec kole­jowy gdzie spoko­jnie pojechali przez otwarte jeszcze granice do Włoch, a prze­chodze­nie przez góry było­by ide­al­nym pomysłem gdy­by chcieli się dostać do Niemiec. Zresztą najlep­szym przykła­dem niech będzie, że Aus­tri­a­cy nigdy jakoś szczegól­nie fil­mu nie pokochali, czego nie moż­na powiedzieć o Amerykanach. Ist­nieje nawet coś na ksz­tałt miejskiej leg­endy mówiącej, że Dźwię­ki Muzy­ki zostały wyty­powane, jako film, który ma zostać wprowad­zony do kin lub pokazany w telewiz­ji na wypadek gdy­by wybuchła gdzieś w stanach bom­ba ato­m­owa. Niek­tórzy spiskow­cy idą dalej i mówią, ze w ogóle tylko po to nakrę­cono ten film by pod­nieść morale amerykanów na wypadek jakiejś katas­tro­fy. Prawdę powiedzi­awszy, zwierz wcale nie jest taki pewny, czy to wszys­tko teo­ria spiskowa. Bo w sum­ie zwierza zawsze Dźwię­ki Muzy­ki pod­noszą na duchu, (choć zaw­ierz nie zaręcza, że film zadzi­ałał­by także po wybuchu bom­by ato­m­owej).

Zwierz miał wraże­nie, że ktokol­wiek insc­eni­zował przed­staw­ie­nie wyobraz­ił sobie, że zain­tere­su­je ono tylko panie w śred­nim wieku i nie ma sen­su robić czegoś co by nie było tak tandetne. A prze­cież dziś fani musi­calu to w dużym stop­niu młodzi ludzie zachęceni cho­ci­aż­by przez Glee.

No właśnie, zwierz może narzekać, że telewiz­yjne wys­taw­ie­nie okaza­ło się płask­ie i trochę nud­nawe. Jed­no jed­nak się nie zmieniło. Piosen­ki. Jak wszyscy wiemy ist­nieje wiele musicalowych trady­cji, z który­mi nie wszyscy czu­ją się zawsze związani. Do niek­tórych bardziej prze­maw­ia Lloyd Web­ber, do innych Lern­er i Loewe, jeszcze innym najlepiej brz­mi Sond­heim, ale zwierz zawsze był wyz­naw­cą Rodger­sa i Ham­mer­steina. To jest zdaniem zwierza bard­zo oso­bista kwes­t­ia, co najlepiej nam zapa­da w pamięć, jakie dźwię­ki najmilej brzmią nasze­mu uchu. W kom­pozy­c­jach Rodger­sa i Ham­mer­steina zwier­zowi zawsze podobało się to, że są one do zanuce­nia, choć melo­dia nie idzie dokład­nie tam gdzie by się człowiek spodziewał. Słowa sto­sunkowo łat­wo się nauczyć, zaś całość moż­na sobie — marnie, bo marnie wykony­wać niemal codzi­en­nie. Zresztą zwierz miał swoim życiu taki lekko sza­lony okres, że wychodząc z domu (po uprzed­nim roze­jrze­niu się czy niko­go nie ma w około) podśpiewywał sobie na glos ‘Oh What a Beau­ti­ful Morn­ing”. Widzi­cie zwierz nie jest szczegól­nie nor­mal­ny. Z drugiej strony musi­cale due­tu zawsze były strasznie wyma­ga­jące — trze­ba naprawdę dobrze śpiewać by je dobrze zaśpiewać. No dobra, ale wraca­jąc do Dźwięków Muzy­ki. Zdaniem zwierza to jeden z tych musi­cali, w których właś­ci­wie nie ma słabych numerów, (choć zdaniem zwierza dwa — wycięte a potrze­by fil­mu) są trochę z innego porząd­ku. Ale serio — zwierz potrafi z głowy zanu­cić pięć utworów — co nie zawsze zdarza się w przy­pad­ku nawet lubianych przez zwierza musi­cali (z South Pacif­ic potrafi zanu­cić 2, z Okla­homy 3 z West Side Sto­ry z, pięć ale tak naprawdę zna słowa tylko jed­nego utworu). Co więcej — zwierz uczył się np. „Do re mi” w szkole zan­im w ogóle dowiedzi­ał się, że to piosen­ka z musi­calu. Tak, więc całe to narzekanie zwierza nie zmienia fak­tu, że od trzech dni nuci sobie na przemi­an różne piosen­ki z musi­calu, co nigdy przenigdy nie jest czymś złym i niepożą­danym.

Zdaniem zwierza naj­ciekawsza rzecz związana z The Sound of Music Live — to ten klip który przede wszys­tkim pokazu­je, że ludzie wciąż czer­pią sporo radoś­ci ze śpiewa­nia piosenek które mogą powtórzyć.

Nie mniej zwierz musi powiedzieć, że zas­tanaw­ia się czy to był dobry wybór stacji telewiz­yjnej. Bo choć Dźwię­ki Muzy­ki są uwiel­biane to każdy prze­cięt­ny widz telewiz­yjny (a właś­ci­wie ku takiej chce wyciągnąć rękę NBC, bo prze­cież nie do mus­cialowych geeków) zada sobie pytanie, dlaczego nie obe­jrzeć fil­mu. Zdaniem zwierza gdy­by telewiz­ja zde­cy­dowała się na wys­taw­ie­nie czegoś, co doty­chczas nie zostało sfil­mowane (zwier­zowi, jako pier­wsze przy­chodzi do głowy Wicked — wiel­ki prze­bój Broad­wayu, West Endu i okolic — opar­ty o niek­tóre wąt­ki Czarnok­siężni­ka z Oz, albo Kop­ciusz­ka, który świecił tri­um­fy na sce­nie w zeszłym sezonie) — wid­zom zde­cy­dowanie bardziej podobała­by się pro­dukc­ja, której nie porówny­wal­i­by automaty­cznie z trzec­im najbardziej kasowym filmem w his­torii (po uwzględ­nie­niu inflacji i chy­ba bez uwzględ­nienia ostat­niego sukce­su Avenger­sów). Sam zwierz był­by zapewne dużo mniej kry­ty­czny gdy­by nie miał jakiegoś wzor­ca, do którego mógł­by wyko­nanie porówny­wać. Oczy­wiś­cie, musi­cale są jak sztu­ki teatralne i powin­no się oglą­dać jak najwięcej wstaw­ień a nie przy­wiązy­wać się do jed­nej wer­sji. Jako oso­ba świadomie uczest­niczą­ca w świecie kul­tu­ry zwierz jest tego świadom. Ale z drugiej strony – zwierz jest tylko widzem – niekiedy zupełnie irracjon­al­nym. Jeśli ma dwa wyko­na­nia i jed­no uważa za ide­alne to nie ma aż takiej potrze­by szuka­nia innego. Gdy­by zwierz był sza­lonym musicalowym pasjonatem pewnie by to zro­bił, ale kiedyś szuka­jąc najlep­szego wyko­na­nia Sun­set Boule­vard (zwierza ulu­biony musi­cal Lloy­da Web­bera) zwierz przekon­ał się, że to, które usłyszał, jako pier­wsze spodobało mu się najbardziej i tylko się męczy szuka­jąc innego. Od kiedy przes­tał znacznie mu lep­iej. I trochę tak jest w przy­pad­ku Dźwięków Muzy­ki – film może nie jest najlep­szym możli­wym wyko­naniem, ale czego by zwierz nie oglą­dał będzie to porówny­wał do fil­mu, który jest jed­nym z jego ulu­bionych. I nic go chy­ba nie prze­bi­je.

Sko­ro już dotar­liś­cie do tego momen­tu wpisu to choć trochę musi­cie być zain­tere­sowani dlat­ego, zwierz ma bonus, który sam znalazł nie tak dawno. Jak wiecie w filmie Christo­pher Plum­mer śpiewał sam ale potem zde­cy­dowano się jed­nak podłożyć cud­zy głos. Nagranie jed­nak zostało i na którymś kolekcjon­er­skim DVD moż­na go posłuchać. Zwierz znalazł klip w sieci i oto on. Widzi­cie, zwierz nie dzi­wi się że zmieniono głos (to jed­nak musi­cal) ale cieszy się, że aktor nie był bez­nadziejny. Czu­je się jak­by nieco mniej “oszukany”.

Jesteśmy na piątej stron­ie tek­stu a zwierz stara się des­per­acko znaleźć jakikol­wiek powód, dla którego wpis ten mógł­by być istot­ny dla kogokol­wiek poza wąską grupą wiel­bi­cieli musi­cali. Wszak zwierz dowiedzi­ał się niedawno, że po zie­mi chodzą ludzie, którzy nie widzieli Dźwięków Muzy­ki, a także tacy, którzy nawet nie wiedzą, co to jest (tu zwierz chci­ał­by serdecznie podz­iękować rodz­i­com, że wychowali go w przeko­na­niu, że abso­lut­nie wszyscy zna­ją ten musi­cal). Tak, więc jeśli przeczy­tal­iś­cie to wszys­tko z przeko­naniem, że to nie dla was, to zwierz prag­nie was pozostaw­ić z tym pytaniem, które go samego nur­tu­je. Do jakiego stop­nia pow­stanie wer­sji fil­mowej rzu­tu­je na ist­nieją­cy spek­takl. Czy decy­du­jąc się na jed­ną zapisaną wiz­ję nie pozbaw­iamy sztu­ki jej ciągłej płyn­noś­ci. A może powin­niśmy mieć do więk­szej iloś­ci sztuk takie pode­jś­cie, jakie mamy do Szek­spi­ra, którego kręcimy wciąż na nowo. Dlaczego na sce­nie może­my wys­taw­iać sztukę raz po raz, ale kiedy reży­serzy wraca­ją do nakrę­conych już tek­stów to oskarża się ich o brak inwencji. Czy naprawdę może być tylko jed­na fil­mowa wer­s­ja? Czy nie zasłużyliśmy na nowe Dźwię­ki Muzy­ki, co pięć lat? A jeśli tak, do dlaczego tego nie robimy? Widzi­cie to wcale nie musicalowe pytanie. Odpowiedź zaś zwierz pozostaw­ia wam.

Ps: Nad wpisem zde­cy­dowanie unosi się duch Myszy, bo co praw­da nie jest to dwadzieś­cia stron, ale zde­cy­dowanie zwierz się rozpisał bardziej niż zwyk­le i był o krok od porówny­wa­nia każdego dro­bi­azgu.

Ps2: Zwierz obiecu­je, że nie będzie pisał strasznie długich wpisów o musi­calach. Aż do następ­nego razu, kiedy zde­cy­du­je się o nich napisać.

34 komentarze
0

Powiązane wpisy