Home Ogólnie Zwierz w starym kinie czyli trochę poważnej wiedzy kontra kilka romantycznych mitów

Zwierz w starym kinie czyli trochę poważnej wiedzy kontra kilka romantycznych mitów

autor Zwierz

 

Hej

 

Wczo­raj zwierz napisał na face­booku, że jest otwarty na propozy­c­je tem­atów i trafiło się kil­ka świet­nych — między inny­mi może­cie się spodziewać, że zwierz niedłu­go będzie pisał o jed­nym z najważniejszych dla kine­matografii ele­men­tów kra­jo­brazu i infra­struk­tu­ry oraz o robótkach ręcznych (wszys­tko w odpowied­nim kon­tekś­cie) jed­nak pośród propozy­cji pojaw­iła się jed­na dość ser­cu zwierza bliska. Otóż Sher­lock Sher­lock­ista zapy­tała czy zwierz nie napisał­by czegoś o tym czym zaj­mował się naukowo. Po ustal­e­niu, że chodzi o warsza­wskie kina a nie o XIX wiecznych socjologów zwierz zapałał entuz­jazmem do pro­jek­tu. I wtedy doszedł do wniosku, że musi jakoś wam ten tem­at sprzedać bo prze­cież nikt nie chce siedzieć na nud­nym naukowym wykładzie. I wtedy zwier­zowi przyszło do głowy, że po pros­tu zabawi się w myth­busters i pokaże wam, że narzekanie na dzisiejsze kina to pikuś. Tak więc zapraszam na poszuki­wanie ter­aźniejs­zoś­ci w przeszłoś­ci a może na odwrót.

 

 

 Kiedy patrzy się w przeszłość widzi się piękne czarno białe kadry. A tym­cza­sem było nieco inaczej i trze­ba przyz­nać, że sporo ciekaw­iej.

 

Kiedyś ludzie wiedzieli jak się zachować w kinie — wszys­tko zależy co uznamy za dobre zachowanie. Przede wszys­tkim musimy stwierdz­ić co to zna­cyz dobre zachowanie. Jeśli den­er­wu­ją was ludzie korzys­ta­ją­cy z tele­fonów komórkowych czy opier­a­ją­cy nogi na siedze­niu przed swoim to narzeka­cie na prawdzi­we drob­nos­t­ki. W dwudziestole­ciu między­wo­jen­nym w kinach wisi­ały dwie proś­by — w tych lep­szych tylko o to by nie pal­ić, w tych gorszych o to by nie pal­ić i nie pluć przy czym jak wspom­ni­ał dzi­en­nikarz ” Czy­tam napisy, że pluć tu niewol­no, to też nikt nie plu­je wol­no ale pręd­ko”. Co do pale­nia to prob­lem wyda­je się nie doty­czyć tylko ewen­tu­al­nego dymu papierosowego, który unosi się nad widza­mi, wyko­rzysty­wana w dwudziestole­ciu taś­ma fil­mowa była niezwyk­le łat­wopal­na (kto widzi­ał Bękar­ty Wojny ten wie, jak łat­wo moż­na przy jej pomo­cy pod­pal­ić kino) tym­cza­sem pal­iła nie tylko wid­ow­n­ia ale także kino­op­er­a­torzy. Co więcej nie dało się ich zwol­nić bo dobrych oper­a­torów było mało a konkurenc­ja olbrzymia. Wróćmy jed­nak na chwilę na salę — wszyscy siedzą w ścisku bo jeśli pominiemy kil­ka prawdzi­wych i pięknych kin to więk­szość przy­pom­i­nała raczej ciemne sale z ustaw­iony­mi jak najgęś­ciej ławka­mi tak by zmieś­ciło się w nich tylu widzów ile się da. Tak więc jeśli nie daj boże pojaw­ił się pożar to moż­na było co najwyżej liczyć na to, że człowiek zostanie stra­towany zan­im się spali.  Jeśli mieliś­cie szczęś­cie sąsi­ad obok was umi­ał czy­tać napisy po cichu, ale częs­to nie mieliś­cie szczęś­cia i obok was usi­adł ktoś komu czy­tanie wychodz­iło tylko na głos lub sylabizu­jąc, ewen­tu­al­nie w towarzys­t­wie kogoś kto tej trud­nej sztu­ki nie posi­adł. Z resztą żeby nie było — kosz­marnie w kinie potrafili zachowywać się nie tylko przed­staw­iciele klas niższych, jak wspom­i­na Słon­im­s­ki ” Jed­nym z piękniejszych wyczynów Witkacego była pier­wsza pró­ba wprowadzenia fil­mu mówionego(.) Byliśmy z Guciem Zamo­jskim wszyscy trzej lekko pod gazem. Pos­zliśmy do kina. Witka­cy objął w filmie rolę kobiecą i wykrzyknął piskli­wie “Ryszardzie czy stłam­sisz mnie i porzu­cisz z dzieck­iem?” -“Nigdy” — odpowiedzi­ałem basem — nie porzucę cię póki nie zgni­je naj­drob­niejszy kor­zonek mego drze­wa gineko­log­icznego (.) Wypros­zono nas z kina przy pomo­cy miejs­cowego polic­jan­ta” Aneg­do­ta ma śliczną puen­tę bo kiedy trzej panowie zaczęli się po kolei przestaw­iać polic­jan­towi jako “Witka­cy”, “Zamoys­ki” i “Sienkiewicz” (Słon­im­s­ki jak nie twierdzi nie chci­ał spuś­cić z tonu) polic­jant stwierdz­ił “To panowie mają u nas własne ulice, a nie potrafią się zachować w bioskopie” (kiedyś kina nazy­wano bioskopem i kinoeta­trem — z określe­nia “kino” na miejsce gdzie oglą­da się filmy nie korzys­tano bard­zo dłu­go). Tak więc widzi­cie, kiedyś w kinie wcale tak grzecznie nie było.

 

 

 Ludzie do kina chadza­li chęt­nie choć w cza­sach kryzy­su nieco mniej chęt­nie. Tłocze­nie się przed wejś­ciem wynikało nie tylko z zain­tere­sowa­nia. nie było przed­sprzedaży, i najczęś­ciej wyjś­cie było jed­nocześnie wejś­ciem. Ale kino było demokraty­czne. Ganiali do niego i inteligen­ci i robot­ni­cy 

 

Kiedyś w kinach pokazy­wano dobre filmy - praw­da jest taka, że w między­wo­jen­nej Warsza­w­ie łatwiej było zobaczyć zły film niż dobry — dla przykładu — ekspresjon­isty­czne arcy­dzieło — Gabi­net Dok­to­ra Cali­gari moż­na było oglą­dać tylko w jed­nym szczy­cą­cym się dobrym reper­tu­arem kinie PAN. W pozostałych kinach pokazy­wano to po czym spodziewano się, że przyniesie zysk. Zabawa pole­gała na tym, że biu­ra przed­staw­icieli wiel­kich wytwórni sprzedawały filmy w transakcji wiązanej — jeden dobry film plus kil­ka szmir. Ale nie dało się kupić fil­mu bez tych dodatków. Co więcej cza­sem kupowało się pro­dukc­je w ciem­no  — nie koniecznie mając pewność czy dojdzie do jej real­iza­cji czy pokazu. Pomyśl­cie co musieli czuć właś­ci­ciele kin, którzy np. awansem kupili na przyszły sezon Przem­inęło z Wia­trem i najpierw musieli słyszeć o wszys­t­kich prob­lemach z pro­dukcją a potem pojaw­iła się groź­ba wojny. Z kolei do pol­s­kich filmów trze­ba się było dorzu­cać — tylko, że dorzu­ca­ją­cy się do fabuły właś­ci­ciel kina chci­ał dorzu­cić się jak najm­niej i dostać to co się najbardziej podo­ba (najbardziej podobały się melo­dra­maty co nie dzi­wi, bo to jeden z tych “pier­wot­nych” gatunków fil­mowych) — do his­torii kina przeszło zdanie takiego pro­du­cen­ta, który nie chcąc płacić za drogą sek­wencję snu w filmie oświad­czył ” W moim filmie, za moje pieniądze nic się niko­mu nie będzie śniło”.   Właś­ci­ciel kina który miał w ręku zły film musi­ał coś z nim zro­bić — stąd w rekla­mach stosowano jakże dobrze nam znaną sztuczkę umieszcza­jąc na afiszach znane nazwiska a mniejszy­mi literka­mi dopisu­jąc ” brat”, “ryw­al”, “pogrom­ca” czy “następ­ca”. Nie trud­no się dzi­wić, że w porad­niku “Jak reklam­ować filmy” błagano przede wszys­tkim być ucz­ci­wym. Coś jak nasze filmy, które zawsze są odpowiedz­ią na jakieś amerykańskie pro­dukc­je nawet jeśli pow­stały od nich wcześniej.  Ogól­nie jeśli zajrzy­cie do gazet poświę­conych pol­skiej pro­dukcji fil­mowej z tego okre­su zna­jdziecie mnóst­wo ciekaw­ie brzmią­cych  narzekań wśród nich — kręce­nie filmów nastaw­ionych wyłącznie na młodzież szkol­ną, brak dobrych pomysłów, kosz­marne ekrani­zowanie arcy­dzieł lit­er­atu­ry, zbyt­nia miłość do tem­aty­ki his­to­rycznej, kosz­marne sce­nar­iusze i jeszcze gorsza gra aktors­ka. Tak więc widzi­cie w Polsce tak naprawdę dwie rzeczy nie zmieni­a­ją się nigdy — narzeka­nia na pol­ską reprezen­tację i stan kine­matografii.

 

 

 

 Tam gdzie liczy się zysk tam wygry­wa zawsze to samo. To kadr z Trę­dowa­tej, która jak to zawsze bywa w his­torii pol­skiej kine­matografii przyniosła spore zys­ki bo pola­cy kocha­ją melo­dra­maty a ten zwłaszcza.

 

 

Kino to przy­bytek sztu­ki nie maszyn­ka do zara­bi­a­nia pieniędzy- cóż trud­niej o  więk­szą pomyłkę. Właś­ci­ciele kin Warsza­ws­kich stanow­ili cud­ną, bar­wną grupę ludzi, którzy prag­nęli jed­nego — zysku. W początkach ist­nienia kin Warsza­ws­kich najwięk­szą rolę ode­grało dwóch panów. Jeden To Alek­sander Hertz właś­ci­ciel kina i stu­dia fil­mowego Sfinx. Hertz cale życie prag­nął by trak­tować go nie jako przed­siębior­cę ale jako mece­nasa kul­tu­ry, który przy­czy­nia się do roz­wo­ju kul­tu­ry pol­skiej. Jego zło­ta Ser­i­al Sfinxa uznawana jest za jeden z lep­szych fil­mowych cyk­lów z dwudziestole­cia między­wo­jen­nego. Niemal jak cień w pier­wszych lat­ach dzi­ałal­noś­ci (jeszcze przed I wojną) towarzyszył mu dru­gi przed­siębior­ca Mordechaj Tow­bin, który chci­ał na swoim kinie zaro­bić i najlepiej jak najm­niej odd­ać państ­wu z tego zarobku w formie podatku. Obaj panowie nie tylko reprezen­towali różny styl prowadzenia biz­ne­su ale też szcz­erze się nie cier­pieli. Wszys­tko za sprawą pod­stępu Tow­bi­na — otóż kiedy Hertz zaprosił do warsza­wy pop­u­larnego amerykańskiego komi­ka (na kil­ka przynoszą­cych zys­ki wys­tępów) Tow­bin zapro­ponował mu spółkę, Hertz odmówił dość stanow­c­zo. Tow­bin postanow­ił się więc zemś­cić — zła­pał komi­ka na stacji pociągu, przy­witał kwiata­mi przed­staw­ił się jako przed­staw­iciel pana Hertza, po czym zaw­iózł do hotelu gdzie zaser­wował zachod­niemu goś­ciowi pyszną kolację, zaś sam sięgną po tele­fon i zadz­wonił do Hertza ponown­ie pro­ponu­jąc spółkę. Hertz, który już sprzedał bile­ty na pokazy musi­ał się zgodz­ić bo inaczej komik zapewne nigdy by nie wys­tąpił. Jak widzi­cie obaj panowie mieli pod­stawy by za sobą nie przepadać.  Trze­ba z resztą przyz­nać, że więk­szość Warsza­ws­kich właś­ci­cieli kin było charak­terem zde­cy­dowanie bliższych do Tow­bi­na (który w końcu trafił w 1916 roku do więzienia za przekrę­ty finan­sowe). Naj­ciekawsi z rados­nej gro­mady właś­ci­cieli kin byli bra­cia Lej­man — było ich sied­miu i każdy z nich zarządzał jakimś kinem w tym trzech z nich miało pod swo­ją opieką tak znane kina warsza­wskie jak “Apol­lo”, “Col­lo­se­um” czy “Świa­towid”. Gustaw Lej­man właś­ci­ciel Apol­lo ogól­nie nie przepadał za tym by komukol­wiek za cokol­wiek płacić. Miał więc sys­tem — wys­taw­iał wierzy­cielom kwity, z który­mi mieli się staw­ić w kinie i pobrać z jego kasy pieniądze. O tym czy pieniądze zostaną wydane czy nie decy­dował pod­pis Lej­mana. Jeśli nad literką “j” w pod­pisie pojaw­iała się krop­ka kasę trze­ba było wypłacić, jeśli nie kas­jer oświad­czał, że nie ma pieniędzy. Z kolei Józef Lej­man zwykł pod koniec miesią­ca podliczać jaka jest suma wpły­wów z biletów i należnoś­ci (czyn­sz, elek­tryczność itp.) — jeśli suma należnoś­ci wzglę­dem wierzy­cieli wydawała mu się za wyso­ka po pros­tu za nic nie płacił.  Tak więc widzi­cie, że nie ma się co łudz­ić, że dzisiejszy mul­ti­pleks prowad­zony jest z mniejszym wyczu­ciem niż przed­wo­jenne kino, gdzie robiono wszys­tko by wszyscy zapła­cili jak najwięcej i jak najczęś­ciej.

 

 

 

 Alek­sander Hertz uznawany jest za jed­nego z ojców pol­skiego kina — choć jak twierdz­ił Tow­bin “To taki sam bandy­ta jak ja tylko w białych rękaw­iczkach”. Cóż Tow­bin trafił do więzienia a zdję­cie Hertza nawet po jego śmier­ci zdo­biło okład­kę Kalen­darza Fil­mowego dla właś­ci­cieli kin i dys­try­b­u­torów.

 

Państ­wo wspier­ało kino — zaczni­jmy od tego, że kina to państ­wo za bard­zo nie wspier­ało bo nie miało za co. Wielkie pomysły były ale kasy nikt nie zobaczył. Za to chęt­nie na fil­mach zara­bi­ało — moż­na było na jed­nym filmie zaro­bić kil­ka razy. Najpierw cło — taś­ma fil­mowa obok kaw­ioru i wielu innych pro­duk­tów zna­j­dowała się na liś­cie artykułów luk­su­sowych — tak więc cło na nie nałożone było bajońskie, potem właś­ci­ciel fil­mu musi­ał zapłacić za jego ocen­zurowanie — cen­zu­ra liczyła koszt na zasadzie sumy bazowej a potem kole­jne dopłaty za każdy metr fil­mu — jak może­cie się spodziewać było to zde­cy­dowanie nie w smak właś­ci­cielom kin zwłaszcza wtedy kiedy filmy zaczy­nały się wydłużać. Po ocen­zurowa­niu film wpadał w jed­ną z kat­e­gorii — mógł być artysty­czny czy naukowy (albo pol­s­ki) i wtedy obkładano go  niższym podatkiem. Oczy­wiś­cie cen­zorzy doskonale wiedzieli, że nie opła­ca im się uznać fil­mu za artysty­czny bo dzi­ałal­i­by tym samym na nieko­rzyść państ­wa — stąd takie małe kuri­oza jak np. fakt, że film “Brzdąc” Chap­lina uznano za film niemoral­ny  i niepożą­dany dając mu najwyższą stawkę podatkową ale dopuszcza­jąc do pokazy­wa­nia go w kinach jako film młodzieżowy. Z kolei pol­s­ka pro­dukc­ja Wam­piry Warsza­wy dostała wyższą stawkę podatkową ponieważ uwa­ga, uwa­ga cen­zor stwierdz­ił, że to nie możli­we by w pol­skim dworku lokaj nosił do sztuczkowe spod­nie do czarnej mary­nar­ki. Trze­ba przyz­nać, że niekiedy sły­chać było westch­nienia za stary­mi dobry­mi cza­sa­mi zaborów kiedy wiado­mo było ile trze­ba zapłacić cen­zorowi by dał fil­mowi spokój — prze­jechał się na tym jeden z braci Lej­man który  dostał grzy­wnę za próbę przekupi­enia cen­zo­ra, jak się z niego potem śmi­ano “zapom­ni­ał, że ma do czynienia z cen­zurą pol­ską a nie rosyjską czy niemiecką”. W sum­ie jeśli przyjrzy­cie się his­torii kine­matografii pol­skiej w dwudziestole­ciu między­wo­jen­nym to zas­taniecie tam więcej stra­jków (kin, oper­a­torów fil­mowych i wszys­t­kich innych ludzi z branży) niż byś­cie się mogli spodziewać. Oj nie było tam miło — słano listy w obie strony sporo sobie zarzu­cano, ale podatek od biletów wynosił przez pewien czas równe 100% . Więc rozu­miecie że było się o co bić.

 

 

 

 Znalezie­nie dobrego kino­op­er­a­to­ra było sporym prob­le­mem. Znalezie­nie takiego co nie pali i nie rozpocznie stra­jku (a potem zwieje do Łodzi) jeszcze trud­niejsze.

 

Kina były piękne —  Ist­nieje powszechne dość przeko­nanie, że kiedyś kina to były prawdzi­we pałace kine­matografii nie to co ter­az. I prawdą jest że bywały kina ładne i pięknie wykońc­zone (albo w sty­lu amerykańskim albo paryskim przy­pom­i­na­ją­cym teatralne) ale były też kina poraża­jące kiczem lub prz­er­aża­jące ubóst­wem. Zaczni­jmy od tych pier­wszych — opis jed­nego z najbardziej luk­su­sowych i nowoczes­nych kin Warsza­ws­kich wywołu­je mieszane uczu­cia “Ściany w sty­lu neo-egip­skim — kopie rzeźb z roku 2700 przed Naradze­niem Chrys­tusa. Wzdłuż ścian moż­na wyczy­tać arcysty­lowo wyko­naną według sty­lowego egip­tolo­ga Mari­et­t’a his­torię budown­iczego Ti nad­wornego architek­ta V dynas­tii Faraonów (…). Środek sufi­tu jest ruchomy i posi­a­da otwór jak w rzym­skim Pan­teonie. Otwór ten jest w cza­sie przed­staw­ień ruchomym niebem na którym powtór­zono w zmniejsze­niu kon­stelację gwiazd”. Kon­sul­tac­ja gwiazd z sufi­tu to pomysł pros­to z USA gdzie był właś­ci­ciel kina, nato­mi­ast egip­skie zdo­bi­enia zdaniem niek­tórych miały baw­ić wid­own­ię gdy ta znudzi się filmem. Obok takich pięknych kin z foy­er były też takie gdzie na Sali stały zwykłe ław­ki, gdzie było tylko jed­no wyjś­cie i wejś­cie więc pub­liczność nie tylko się tłoczyła ale cza­sem ewakuowała się oknem. W dobrych kinach sprzą­tano i podawano w miarę świeże jedze­nie (pop­corn był już w lat­ach 20 pop­u­larny ale nie przepadali za nim właś­ci­ciele kin w których były dywany), w marnych kinach lep­iej było nie patrzeć pod nogi. Do tego piękne kina okaza­ły się mieć jed­ną drob­ną słabość to znaczy kiedy wprowad­zono dźwięk ( nie bez awan­tur i prob­lemów) okaza­ło się, że w dal­szych rzą­dach nic nie słuchać. Trze­ba było w wielu kinach zmieni­ać sufi­ty i ustaw­ienia rzędów a i tak aparatu­ra cią­gle się psuła. To i tak lep­iej niż w marnych kinach gdzie zamon­towanie nagłośnienia było zde­cy­dowanie za dro­ga inwest­y­cją więc po pros­tu sobie darowano postęp lub zamykano kino. Na szczęś­cie właś­ci­ciele kin mieli tyle przyz­woitoś­ci by różni­cow­ać ceny za bile­ty w zależnoś­ci od miejs­ca choć przez pewien czas najwięcej bra­no za miejs­ca w pier­wszych rzę­dach. Ist­nieje też powszechne przeko­nanie, że kino przed­wo­jenne skrzyło się od neonów — z tym skrze­niem nie było tak łat­wo bo jak tylko kina zaczęły się reklam­ować neon­a­mi to obłożono je kole­jnym podatkiem co spraw­iło, że tylko naprawdę najbo­gat­sze kina mogły przy­czy­ni­ać się do oświ­etle­nia mias­ta.

 

 

 Kiedy myśli się o kinach dwudziestole­cia myśli się o pieknych pała­cach — ale jak widać kino Czary na Woli nieco od tego wyobraże­nia odsta­je

 

Nie było reklam przed seansem, plot i wycieczek szkol­nych — cza­sem kiedy myślimy o dawnym kinie wyda­je się nam, że nie było w nim tego wszys­tkiego co dziś z seansem kojarzy się nam jak naj­gorzej — tak więc zde­cy­dowanie były przed seansem reklamy, co więcej nie tylko były ale i w gaze­tach pisano, ze są nudne. Najczęś­ciej reklam­owano w prz­er­wie pokazu bo częs­to robiono prz­er­wy między jed­ną a drugą częś­cią fil­mu. Co ciekawe kiedy filmy zaczęły się wydłużać pojaw­ił się prob­lem co zro­bić by zmieś­ciło się tyle sean­sów co doty­chczas, prz­er­wa i rekla­ma. Wielu właś­ci­cieli kin pozwalało na wyci­nanie scen z filmów by zachowały odpowied­nią dłu­gość, zaś przed wprowadze­niem dźwięku zdarza­li się tacy geniusze sztu­ki kino­op­er­a­torskiej, którzy po pros­tu puszcza­li filmy szy­b­ciej dzię­ki czemu seans trwał krócej. Jak może­cie się domyślać nie koniecznie wpły­wało to pozy­ty­wnie na odbiór fil­mu. Ponoć kosz­marne były też reklamy w samych kinach — tym którzy klupowali bile­ty roz­dawano pro­gramy, w których na wszel­ki wypadek zdradzano zakończe­nie fil­mu by widz nie czuł się zaskoc­zony. Plakaty — które częs­to szły już za filmem przez całą Europę wciąż obkle­jano nowy­mi infor­ma­c­ja­mi o kole­jnych pokazach. W gablotach przed kina­mi wys­taw­iano foto­sy z filmów ale kiedy które­goś razu po licznych skar­gach nakazano policji sprawdz­ić, czy nie przed­staw­ia­ją scen nieoby­cza­jnych i niewłaś­ci­wych dla młodzieży w ciągu kilku godzin przed kina­mi świeciły puste gablo­ty. Piract­wo tez ist­ni­ało — właś­ci­ciele Warsza­ws­kich kin dor­wali się na przykład do pirack­iej — kosz­marnie marnej — wer­sji Brzdą­ca  — sprawa była na tyle poważ­na ze inter­we­niował sam Char­lie Chap­lin i. prze­grał bo USA nie pod­pisało wów­czas kon­wencji o obronie praw autors­kich. Plo­ty o aktorach roz­chodz­iły się świet­nie — poza kilo­oma branżowy­mi cza­sopis­ma­mi na rynku było mnóst­wo tytułów poświę­conych kinu — najczęś­ciej szy­bko padały ale w tych które moż­na było kupić oprócz infor­ma­cji o nowoś­ci­ach i recen­zji zna­j­dowały się przede wszys­tkim syl­wet­ki aktorów, kochane przez ówczesne fan­ki foto­sy (które podob­nie jak kawał­ki fil­mowej kliszy moż­na było zdoby­wać też w kinie) oraz konkursy typu “Czy jesteśmy foto­geniczni” na które nadsyłało się swo­je zdję­cia. Co do wycieczek szkol­nych to kina je uwiel­bi­ały podob­nie jak wszelkie wyciecz­ki wojskowych itp. sprzedaż biletów na takie pokazy była opła­cal­na bo mniej opo­datkowana. Z resz­ta młodzież bard­zo chęt­nie chodz­iła do kina zwłaszcza że w dwudziestole­ciu praw­ie wszys­tkie filmy były zak­lasy­fikowane jako “nie dla młodzieży” co podob­no dzi­ałało cuda na frek­wencję ze strony uczniów.

 

 

 Tak mniej więcej wyglą­dały reklamy sean­sów co ciekawe kino Tęcza było kinem wyświ­et­la­ją­cym także filmy żydowskie. Ale zwierz nigdy nie spotkał się z innym niż takim zapisem jego nazwy (bo kinem żydowskim a właś­ci­wie żydowski­mi kina­mi zwierz też się intere­su­je — a jakże)

 

Ogól­nie to moi drodzy przed wojną z kina­mi było tak że w Europie za nami pod wzglę­dem ich iloś­ci była chy­ba tylko w Albanii. Pod­czas gdy pol­s­ka miała kin 700 to w Czechosłowacji było ich 1.900. Do tego ci którzy dziś płaczą za możli­woś­cią zamknię­cia kina Feminy pewnie dostali by lekkiego zawału widząc ile kin padało i pow­stawało w ciągu jed­nego roku w Warsza­w­ie — była to licz­ba do tego stop­nia płyn­na, ze nie da się ustal­ić z roku na rok czy mamy naprawdę do czynienia z liczba­mi porówny­wal­ny­mi z resztą niekiedy roz­bieżnoś­ci są fas­cynu­jące — wedle różnych źródeł w 1926 roku było w Warsza­w­ie albo 52 kina (co oznacza 52 sale kinowe — jeśli szuka­cie jakiegokol­wiek porów­na­nia ze współczes­noś­cią, bo nie było mul­ti­plek­sów) albo 34 — to zależy komu wierzyć. W kinach było najczęś­ciej, tłoczno, duszno i niekiedy prz­er­aża­ją­co bied­nie. Jeden film mogło pokazy­wać tylko jed­no kino w mieś­cie a potem odd­awało kopię innemu mniej znaczące­mu kinu — co oznacza­ło, ze za każdym razem kopia była w coraz gorszym stanie. Filmy przy­by­wały z opóźnie­niem bo tylko od właś­ci­cieli kin zależało co kupią. A sko­ro w gaze­tach fil­mowych moż­na było przeczy­tać, że “Królew­na Śnież­ka” to murowana kla­pa nie trud­no się dzi­wić, że kil­ka fil­mowych arcy­dzieł ominęło nasze kina. Tak więc kiedy usiądziecie w waszym kli­maty­zowanym kinie, w którym siedzenia nie są ustaw­ione równo więc nikt wam nie zasła­nia i w którym nie ma zagroże­nia pożarem. Gdy spo­jrzy­cie na swo­jego sąsi­a­da, który co praw­da świeci komórką ale nie pali i nie czy­ta głośno napisów. Kiedy pomyśli­cie o właś­ci­cielu kina, który praw­dopodob­nie zapłacił za ory­gi­nał fil­mu a nie przy­ciętą kopię. To pomyśl­cie nigdy nie jest lep­szy czas by być kino­manem niż właśnie ter­az.

 

 

 Zwierz prze­jrzał wszys­tkie roczni­ki Kina jakie są dostęp­ne (sporo tego było) — w środ­ku foto­sy, plo­ty, zdję­cia z planu i wszelkie smacz­ki dla fanów. Nudne kłót­nie o ksz­talt kina pub­likowano w mniej straszą­cym okład­ką cza­sopiśmie “Wiado­moś­ci Fil­mowe” (prze­cu­d­owne źródło z całą masą danych)

 

Ps: Wiecie że zwierz tak może jeszcze dłu­go — wybrał to co jego zdaniem jest naj­ciekawsze. Jeśli wam się spodo­ba, zwierz może jeszcze kiedyś coś na ten tem­at napisać.??

 

0 komentarz
0

Powiązane wpisy