Mamy milion czyli Zombie vs Zwierz vs mylion tematów

17/03/2018

Król jest nagi czyli dlaczego drogie filmy są takie słabe?

17/03/2018

Zgryzoty czytelnicze czyli Zwierz o Ciotce Zgryzotce

17/03/2018

Zwierz nie jest w stanie dokładnie wyjaśnić dlaczego po pojawieniu się kolejnego tomu Jeżycjady biegnie do pierwszej lepszej księgarni by natychmiast książkę zakupić i ekspresowo przeczytać. Jest w tym coś pomiędzy żałobą za utraconą ulubioną literacką serią a próbą zrozumienia – co właściwie się stało, że te same postacie które kiedyś darzyło się sympatią dziś reprezentują cechy które dziś traktuje się z dystansem żeby nie powiedzieć z niechęcią. I tak właśnie stanęłam przed kolejnym spotkaniem z ludźmi których zwykłam lubić w tomie „Ciotka Zgryzotka”. A ponieważ bez zdradzenia pewnych elementów fabuły nie da się opowiedzieć o tym co najbardziej mnie zawiodło to wpis zawiera spoilery.

Zacznijmy od nieco innej sprawy niż ta oczywista (czyli pewne problemy ideologiczne książki) a skupmy się na tym jak powieść została napisana. A została napisana – nawet jak na spadającą formę Musierowicz – wyjątkowo słabo. Po pierwsze – słabo językowo. Gdzieś autorce uciekł dowcip i wyczucie języka. Bohaterowie tak kiedyś elokwentni chcą w tych książkach mówić pięknie i mądrze. I wychodzi im egzaltowanie i sztucznie. Poza tym nie jest zabawnie – co widać zwłaszcza wtedy kiedy autorka nawiązuje do swoich dowcipnych pomysłów z lat wcześniejszych. I widać jak bardzo już tak nie umie. Do tego jej opisy z nieznanych powodów utknęły na poziomie wymieniania elementów umeblowania kolejnych domostw. Serio jakbym katalog domostw przytulnych wsi wielkopolskiej czytała. Drugim problemem jest sama struktura książki. Narracja została tu rozbita na trzy główne wątki. Jeden przypomina dawne powieści autorki – bohaterką jest Nora Górska, córka Pulpecji, która spędza ostatnie dni lata i pierwsze dni września w otoczeniu różnych członków rodziny i jak to w różnych historiach bywa zapoznaje młodzieńca (tym razem imieniem August), oraz pakuje się w tarapaty. Drugi wątek to znane ze wcześniejszych tomów maile wysyłane sobie wzajemnie przez siostry Borejko (zwłaszcza Idę). Te listy mają na celu poruszenie mnóstwa wątków które rozgrywają się w tle i którymi autorka nie ma czasu zająć się w normalny sposób. W tym przypadku jest to np. ślub Józinka – który jest nam właściwie całkowicie relacjonowany z drugiej ręki, tak że sam zainteresowany oraz jego małżonka właściwie się w książce nie odzywają. Na koniec wątek trzeci – toczy się wokół przemeblowania na Roosevelta 5 – gdzie Ignacy Grzegorz wraz z małżonką oczekują dziecięcia, zaś na skutek różnych okoliczności życiowych sprowadza się tam też Róża.

 

W świecie Musierowicz Gabrysia może zmienić życiowe plany kilku członków swojej rodziny w jednym liście i nadal jest święta.

Te trzy narracje co prawda się przeplatają ale niestety – w książce bardziej relacjonuje się nam co się właściwie wydarzyło niż jesteśmy realnymi świadkami wydarzeń, co sprawia, że w książce z jednej strony dzieje się mnóstwo z drugiej – zaskakująco mało na naszych oczach – większość się nam dopiero opowiada. Sam wątek Nory Górskiej wydaje się zresztą napisany najsłabiej – choć ma największy potencjał bo sama Nora to postać dość sympatyczna i całkiem dobrze nadaje się na interesującą bohaterkę. Niestety autorka starając się nie spuścić z oka żadnego członka coraz szerzej rodziny Borejków nie za bardzo umie opowiedzieć nam tylko o młodej córce Pulpecji. A szkoda bo w sumie były to swego czasu powieści dla młodzieży, w których członkowie rodu Borejków mogli pojawiać się na chwilę w rolach drugoplanowych i naprawdę nie trzeba było nam donosić o każdym remoncie, każdej pomalowanej ścianie itp. Zresztą prawda jest taka, że książka zamienia się w wielu miejscach w istną litanię remontowanych zmian i przemeblowań opisywanych tak, że człowiek zastanawia się czy naprawdę najważniejszy jest kolor szafek w kuchni Patrycji czy długi opis nowej łazienki w mieszkaniu Borejków.

 

Co prawda bohaterowie sporo mówią o pieniądzach ale ilość remontów domów, dacz, i mieszkań wskazuje, że wszyscy mają jakieś niesamowite pieniądze. Strasznie to denerwuje kiedy właśnie próbujesz zebrać pieniądze na jeden mały remont i nie zbankrutować.

Z kolei listy sióstr Borejko zdają się Zwierzowi takim typowym przykładem słabego literackiego zabiegu który pozwala szybko dopowiedzieć te sceny których autorce nie chce się dopisywać, czy dorzucić informacje które inaczej musiałby paść w dialogach. Co więcej, tak informacyjna i przyśpieszająca fabułę funkcja listów odbija się na tym jak są napisane. Otóż ich autorki głównie relacjonują sobie co tam się gdzie stało, właściwie streszczając nam te rozdziały książki których autorce pisać się wyraźnie nie chciało. Inna sprawa – część z zawartych w listach informacji – jak np. polecenia wydane całej rodzinie związane ze sprowadzeniem Różny do Polski (jej mąż podły jeden pojechał robić karierę do Stanów żonę swą z dziećmi pozostawiając w Oxfordzie bez celu bo wszak mąż życia celem był) powinny absolutnie zostać przekazane w rozmowie a nie w formie listu. Chociażby dlatego, że wymagają od wielu osób rzeczy wymagających a nawet – zmieniających życie. Zresztą w ogóle cały wątek sprowadzania Róży na Roosevelta – gdzie nagle ma zamieszkać z Ignacym i Agnieszką jest o tyle dziwny, że w normalnym życiu wymagałoby to narad przede wszystkim z Ignacym i Agnieszką. Co innego bowiem mieszkać z rodzicami czy nawet teściami a co innego z przyrodnią siostrą i dwójką jej dzieci.

 

Książka tak bardzo zamyka bohaterów w ich rolach związanych z płcią, że muszą się temu poddać nawet jak zupełnie to do nich nie pasuje. Innymi słowy – niezależnie od tego jak sympatyczni i niestandardowo męscy mieliby być w każdej innej dziedzinie życia – kiedy dochodzi do kwestii dzieci muszą się redukować do ojca obrońcy, który nie ma pojęcia co właściwie dzieje się z ich żoną z którą chodzą do „szkoły dla matek”

Do tego wszystkiego wszystkie wątki łączy jedno – nieporadność autorki w tworzeniu napięcia. Otóż książka ta – bardziej niż jakakolwiek inna ukazuje, że Musierowicz nie za bardzo  umie stworzyć napięcie inaczej niż korzystając z bardzo prostych metod – ktoś zapomniał / nie wziął telefonu, jest poza zasięgiem, nie można się z nim skontaktować, nikt nie wie gdzie jest. Nie tylko wymaga to od autorki by pozbawiała wszystkich telefonów (czyniąc z tego nużący powtarzalny rytm książki) ale też – unaocznia, że tak naprawdę autorka kreuje napięcie w książce tylko w jeden sposób. Zresztą  to ciągłe zapominanie telefonów – z niewinnego, staje się niekiedy dowodem daleko idącego egoizmu czy krańcowej niezaradności. Mówię tu o Ignacym Grzegorzu który zostawia żonę spodziewającą się dziecka i wyjeżdża na głuchą wieś kręcić film o architekturze wielkopolski. Oczywiście telefon zostawia (serio czy człowiek któremu ma się zaraz urodzić dziecko nie umiałby zapamiętać że trzeba sprawdzić czy się ma komórkę) ale nie o to nawet chodzi – raczej o to, że nie przychodzi mu po prostu do głowy zadzwonić do domu i poinformować że telefon ma przyjaciel. Ogólnie – autorka strasznie chce żeby wszyscy byli zawsze bez kontaktu. No sorry, jak się chce pisać powieść współczesną to trzeba się pogodzić że współczesność wygląda inaczej. I tak budować napięcie, że telefon komórkowy nie niszczy całego pomysłu na książkę. Może zrezygnować np. z tego jedynego pomysłu i gagu by wszystko opierało się na nieporozumieniu, nieobecności i niemożliwości kontaktu. Dobry autor powinien umieć wymyślić coś nowego. A nie skazywać nas na jeden – odmieniany przez różne przypadki i osoby zabieg.

 

Kiedy autorka każe szesnastolatce krytykować znajomych za to, że powtarzają coś co widzieli na YouTube – i oskarżać ich o plagiat, ujawnia że o YT nie wie za wiele a właściwie nie wie nic.

To problemy z konstrukcja książki. Ale niestety – tu się nie kończą. Ponownie nie przechodząc jeszcze do kwestii ideologii powieści, warto zastanowić się nad tym jakie decyzje podejmują bohaterowie. I dość wyraźnie widać, że są one dobrze osadzone w pewnym wyobrażeniu o świecie ale niekoniecznie w jakiejkolwiek logice świata realnego. Otóż np. Gabriela jak wiadomo jest pracownikiem naukowym. Który ma wolne we wrześniu. Nie wiem jak bo we wrześniu pracownicy naukowi zazwyczaj mają za przeproszeniem – zapierdol – może nie przez cały czas ale przez sporą część września. Druga sprawa – wszyscy wyprowadzają się na wieś – cały czas mówiąc, że są doskonałe dojazdy. Nie wiem czy autorka próbowała kiedyś korzystać z doskonałych dojazdów na co dzień ale prawda jest taka, że studiować i pracować w Poznaniu a mieszkać w miejscowości pod miastem wcale nie jest tak łatwo. Oczywiście się da ale zabiera to bardzo dużo czasu i niekoniecznie jest tak rozkoszne jak autorka to opisuje. Problem w tym, że Musierowicz zakochała się w wielkopolskiej wsi i w jej książce coraz częściej można przeczytać o niechęci do Poznania i miasta jako takiego (kuriozalna scena w której Nora słyszy przez okno straszne odgłosy miasta od nawoływań z dworca, przez karetki po legitymowanie kogoś przez policję – wszystko jednej nocy).

 

Zwierz nigdy nie zrozumiał tej nowej manii Musierowicz by koniecznie przypominać nam że Panna Młoda musi być skromna i koniecznie musi mieć jakieś wianuszki (sama miałam wianuszek ale nie był ideologiczny) i świeże kwiatki. Można lubić taki styl, ale u autorki to zawsze jest z taką pogardą dla tych którzy chcą brać ślub inaczej

To o tyle przykre, że o ile miasto i sam Poznań autorka opisywała bardzo dokładnie i realistycznie (przecież chadzało się na spacery po ulicach o których pisała) tak te jej wsie wielkopolskie są głównie malownicze ale pozbawione zakorzenienia w czymś co realne można obejrzeć. Wszędzie są jeziorka, drzewka, domki – ale nie ma tego poczucia, że rzeczywiście mamy do czynienia z przestrzenią realną (może dlatego że zamieszkuje ją bardzo mało osób). Do tego te wszystkie masowe wyprowadzki na wieś, w połączeniu z rosnącą niechęcią do Poznania skutkują np. takim decyzjami jak pozostawienie Nory w lokalnym liceum zamiast wysłanie jej do liceum do Poznania. Tu autorka zupełnie ignoruje, że liceum gminne różni się od miejskiego i niestety jesteśmy w takich czasach kiedy ma znaczenie do jakiej szkoły się idzie. Takich decyzji – które mają sens głównie dlatego, że autorka chce trzymać swoich bohaterów blisko i ignorować kwestie dojazdów jest niestety całkiem sporo. Inna sprawa – książka nie składa się autorce w całość  ekonomicznie. Florian – ojciec Nory – mówi sporo o pieniądzach (których nie ma bo musiał kupić ziemię na której chciano postawić supermarket czy sprzedać ją Niemcowi – trudno jednoznacznie określić bo autorka tu podaje dwa różne powody) i o ich braku. Jednocześnie wokół niego cała rodzina remontuje, kupuje, przeprowadza się, maluje, remontuje itp. Borejków stać by wspólnym wysiłkiem kupić Józinkowi razem Fiata Pandę a jednocześnie co chwilę ktoś sprawia sobie nową łazienkę, remont domu, pawilonu itp. Ja  nie wiem ile oni zarabiają ale cholera – widać że ktoś tu porzucił ekonomiczny realizm na rzecz opisywania remontów kolejnych kuchni.

 

Gdzieś po drodze Baltona z całkiem miłej postaci zamienił się w takiego typowego ojca który do żony mówi „żonko”. ciągle rozlicza wszystkich finansowo i niby jest poważany, ale jakoś nie szczególnie da się go lubić.

Przejdźmy jeszcze do jednego elementu problematycznego. Otóż autorka z jednej strony pragnie pokazać nam ideał relacji rodzinnych z drugiej – Borejkowie tak naprawdę strasznie słabo ze sobą rozmawiają. Ta teoretyczna bliskość owocuje zaskakująco słabą wymianą informacji. Ida niby przejmuje się ślubem syna ale sprawia wrażenie jakby z nim nigdy o nim nie porozmawiała wtedy kiedy o przygotowaniach do ślubu zaczyna się rozmawiać – czyli jakiś rok wcześniej. Chlubi się tym, że nie zwróci uwagi na to, że szklane ściany w mieszkaniu jej syna trzeba będzie czymś zasłonić – ale w sumie – czy to takie dziwne zadać pytanie – jak sobie poradzicie w słoneczne dni?  Gabriela co prawda zajmuje się Różą, ale wygląda na to, że jej syn Ignacy Grzegorz i jego żona Agnieszka właściwie z nikim nie rozmawiali. Wszelkie niepokoje a także fakt, że Agnieszka porzuciła opiekę lekarską w ciąży (bo lekarze ją stresowali) wychodzą na jaw na dzień, drugi przed rozwiązaniem. To słynne niewpychanie się matek w życie dzieci jest niepokojąco bliskie olewania swojego potomstwa. W bliskiej rodzinie trudno też sobie coś wyjaśnić – Nora poniosła karę za zniszczenie sprzętu grającego ale dopiero dużo później może Idzie opowiedzieć co naprawdę się stało – wyraźnie w tej ciepłej i miłej rodzinie nikt jej wcześniej porządnie nie wysłuchał. Pulpecja i Mila proszą Ignacego by nosił komórkę – ale żadna z nich nie powie mu normalnie „Noś komórkę bo się o ciebie martwimy” – zaś on sam ma gdzieś, to że bliscy się martwią. Takich przykładów jest wiele – ostatecznie obraz tej rodziny rysuje się taki, że niby wszyscy ciepło i ciągle ze sobą rozmawiają ale bliskość ta wcale nie jest taka głęboka. Zwłaszcza że np. rodzeństwo ze sobą właściwie się nie komunikuje. Nora przeżywa przeróżne rozterki i ani razu nie pogada z siostrą Anią. Obecna na marginesie Łusia zdaje się być enigmą dla większości rodziny. Wyobraźcie sobie, że dziewczyna od lat pragnąca studiować jeden kierunek decyduje się na inny. Czy  ktoś by się nie zastanawiał dlaczego? Nie zadawał pytań? Nie dociekał. Wszyscy w tych książkach bardzo się kochają ale znają powierzchownie. Nawet w pewnym momencie Pulpecja rozczulając się nad swoimi rodzicami zauważa, że nigdy nic o swoim związku im nie mówili tylko po prostu byli i emanowali miłością. Niby ma nas to wzruszyć, ale dla mnie świadczy to o tym, że nigdy jakoś nie pogadali z córkami, o sobie i w sumie – stali się – podobnie jak dla czytelników – postaciami obok bohaterów.

 

Niby w rodzinie Borejków wszyscy są tak bardzo blisko ale tak naprawdę w tej rodzinie nikt tak naprawdę ze sobą nie rozmawia. Ludzie wymieniają się od czasu do czasu życiowymi mądrościami.

Do tego część bohaterów gdzieś w kolejnym tomie zupełnie zmieniła charakter bądź przemieniła się w chodzący – słabo zresztą napisany stereotyp – tu chyba na pierwszy plan wysuwa się Florian – ojciec Nory, mąż Pulpecji. Zamienił się on pomiędzy tomami w takiego dość despotycznego Janusza, który cały czas poucza córkę że powinna być wspaniała i wartościowa i w ogóle wejść już na drogę bycia damą, którą mężczyźni będą musieli się nauczyć zdobywać. Przy czym czytając książkę można dojść do wniosku, że Florian jest osobą którą musimy lubić trochę na zasadzie – skoro inni go szanują, to córka powinna zrozumieć, że też ma go szanować. Przyznam szczerze – osobiście miałam wrażenie, że zamienił się w jednego z tych ojców rodziny, których wszyscy się trochę boją i których trudno autentycznie lubić. Inną przemianę, czy wyostrzenie charakteru przeżyła Ida, która od kilku tomów zamieniła się w osobę wręcz antypatyczną. Jej ciągłe uwagi o diecie (prawdę powiedziawszy bardzo nietaktowne – tak po ludzku) czyta się z niesmakiem i poczuciem, że osoba z tak kulturalnej rodziny powinna być lepiej wychowana. Zaś autorka powinna przemyśleć, że w powieści dla młodzieży osoba, która wciąż mówi o odchudzaniu się i złych nawykach żywieniowych nie jest najlepszą postacią. Ostatecznie Ida być może jest taka zgorzkniała bo jej małżeństwo nie ma sensu. Nie może o nic męża poprosić (nawet o rzecz tak podstawową jak zajęcie się ich synem) bo od razu dostaje niegrzeczną odpowiedź że przecież nie mógł się zająć bo jest lekarzem i miał pacjentkę. Problem w tym, że on te pacjentki i dyżury ma zawsze i w sumie Ida trochę taką samotną matką jest.

 

Inna sprawa co właściwie stało się z poziomem ilustracji – oto babcie Dorotki które nawet nie wyglądają do końca jak realne postacie – raczej jak bardzo źle przebrani kosmici.

Zresztą niekiedy pewne sprawy dotyczące relacji czy charakterów postaci zdaje się autorka rozwiązywać pośpiesznie – być może po to by zadowolić swoich czytelników których uwagi jednak chyba do niej docierają. Jak wiadomo jednym z największych problemów wielbicieli Jeżycjady od lat jest fakt, że teoretycznie idealne małżeństwo Ignacego i Mili opiera się w dużym stopniu na niedopowiedzeniu – Mila bowiem nie chce zdradzić że jest słynnym dramaturgiem Kalem Amubrką. Dla wielu czytelników oznaczało to, że w tym pozornie idealnym małżeństwie wcale nie jest dobrze. Z jednej strony książka potwierdza – że Mila (z aprobatą Igancego) wycofała się na drugi plan – by zgodnie z „kobiecym taktem” i tak rządzić rodziną.  Z drugiej – autorka postanawia – w jednej drugoplanowej scenie, zmienić perspektywę i wyznać nam że oczywiście, ze Ignacy wie od lat że żona jest znanym dramaturgiem ale po dżentelmeńsku nic nie mówił skoro żonie tak zależało na dyskrecji. I teraz oboje mogą w jednej chwili odrzucić tajemnicę, która tak naprawdę tajemnicą nie była. Jedna drugoplanowa scena ma nas przekonać, że wszystko znów jest w porządku, tylko te dwie osoby – jak chyba wszyscy w całej sadze – mimo swojego wspaniałego związku i łączących ich emocji – nigdy naprawdę nie pogadały od serca. Bo taka tajemnica może rosnąć tylko między ludźmi, którzy jakoś rezygnują z rozmawiania o tym co dla nich naprawdę ważne. Inna sprawa – niejeden czytelnik może się poczuć nieco zbyty kiedy taki w sumie marny i niepotrzebnie dopisany wątek (choć fenomenalny w Kalamburce!) zostaje w pewnym momencie rozwiązany na boku – trochę po to by znów móc stawiać bohaterów za wzór cnót wszelkich.

 

Szkoda że książka choć trochę bardziej nie koncentruje się na tym co kiedyś wychodziło Musierowicz najlepiej – opisywanie takich zabawnych perypetii nastolatki która ma kilka dni wolnego i być może się zakocha.

No dobrze przejdźmy do tego co budzi największe kontrowersje czyli do pewnego – niewątpliwego ideologicznego przekazu książki. Otóż gdyby wyróżnić dwa elementy które bardzo si[;-pę wyróżniają to pierwszy – dość ostry podział świata na to co męskie i damskie. W tym tomie Zwierzowi rzuciło się bardzo w oczy jak często podkreśla się że ktoś zachował się w sposób typowo męski, był mężczyzną, jako mężczyzna czegoś nie zrozumiał. W kontraście pojawia się sporo refleksji nad tym co delikatne i kobiece i nad tym co wiąże się z kobiecością – w którą właśnie wkracza Nora. I ten delikatny świat dziewcząt i zwarty poważny świat mężczyzn jest dość mocno zarysowany. Do tego stopnia, że nawet mało tradycyjnie „męscy” bohaterowie Musierowicz – jak Ignacy Grzegorz i jego ojciec muszą odbyć poważną rozmowę nad piwem – bo oni sami są mniej czy bardziej świadomymi ofiarami pewnych schematów. I wiecie co – ja bym na to nie zwróciła uwagi gdyby nie fakt, że takie silne podziały już trochę w literaturze młodzieżowej padły. Zwłaszcza w przypadku kiedy odwołują się do takich już bardzo problematycznych klisz jak np. podglądający dziewczynę chłopak – wysyłający jej smsy, który ostatecznie dziewczynie się podoba (łącznie z tym podglądaniem). Bohaterowie tkwią w tych – zaskakująco mocnych rolach do tego stopnia, że np. Saga rodu Forsythów zostaje nazwana literaturą kobiecą, i w ogóle bardzo widać że autorka mocno wierzy w wielką emocjonalną przepaść między kobietami a mężczyznami. Tak wielką że np. dyskusja o wątpliwościach związanych z macierzyństwem lepiej wypadnie między dwiema nie znającymi się prawie kobietami (Agnieszka nigdy nie miała szans dobrze poznać Róży) niż między małżeństwem (jasne oboje są niedoświadczeni ale małżeństwo polega też na tym, że się w nim rozmawia i wspiera). Bo jednak facet nie rozumie – tak z zasady.

 

Ja rozumiem znaczenie macierzyństwa dla autorki. Ale te książka jest taka opresyjna – nie w tym że proponuje macierzyństwo jako jedyną życiową opcję ale dlatego, że zupełnie zapomina, że macierzyństwo niekoniecznie jest wynikiem tylko postanowienia że się będzie miało dziecko.

Druga warstwa ideologiczna to kwestia tego co bohaterów właściwie w życiu powinno spotkać. I tu dość jasne jest że kurs idzie na małżeństwo a potem macierzyństwo. Problemy są dwa. Pierwszy – dość ważny fabularnie – to jest nudne kiedy wszystkie książki powtarzają ostatnio ten sam schemat. Spotkanie, zakochanie, ślub, dziecko. Jakby nie ma możliwości by się w kimś zakochać i w żaden sposób nie wytrwać w tym uczuciu aż do ślubnego kobierca. Ów przymus wpasowania się w schemat narracyjny jest tak wielki, że nawet kiedy nasza szesnastoletnia Nora Górska nie odwzajemnia uczuć swojego kolegi Augusta i zawiera z nim pakt że będą się tylko kolegować, to ostateczni autorka biegnie uświadomić nam, że o żadnym kolegowaniu nie będzie mowy – bo w przyszłości jest już obrączka i dziecko. Bo tak musi być. Oczywiście są na świecie ludzie, którzy zakochali się tylko raz w młodzieńczym wieku i nigdy nic się w ich uczuciach nie zmieniło, ale na Boga, nie wszyscy. To jest po prostu zła literatura kiedy każda historia układa się identycznie. Zwłaszcza, że oznacza to ni mniej ni więcej że emocje pomiędzy chłopakiem a dziewczyną definiować może jedynie romans i wspólna przyszłość. Co jest smutne bo jednak jest zdecydowanie więcej relacji w jakie można wchodzić z ludźmi – jak na przykład przyjaźń. Poza tym – cóż było złego w pokazywanych nam kiedyś młodych dziewczynach które niekoniecznie od razu wychodziły za tych chłopaków za którymi ganiały w młodości.  I nie chodzi nawet o to, że takie wczesne i nagłe małżeństwa (koniecznie bez wcześniejszego mieszkania razem) zdarzają się już coraz rzadziej. Chodzi o to, że to już jest uciążliwie schematyczne. Do tego stopnia schematyczne, że kiedy Łusia przyprowadza na ślub kolegę czy nawet chłopaka to nikt nie patrzy nań jako na miłego chłopca którego przedstawia córka ale jak na potencjalnego zięcia. Co zwłaszcza w przypadku współczesnego społeczeństwa wydaje się jakieś dziwne. Bo jakby – nie każdy pierwszy chłopak musi być od razu przyszłym zięciem. Zwłaszcza, że naprawdę – nie każdy młodo wybiera dobrze.

 

Ostatnie strony książki są jednym wielkim hymnem pochwalnym na temat tego jak kolejne pokolenia kobiet umieją wychowywać dzieci więc młoda matka nie ma się czego bać. Trochę to jest wkurzające że wszelkie lęki młodej matki zbija się tu „przed tobą inni mieli dzieci”.

Tu idziemy dalej bowiem problemem tej wizji życia jest macierzyństwo. Macierzyństwo samo w sobie rzeczywiście jest czymś bardzo niezwykłym i bardzo dobrym. Nawet nie mam pretensji o to, że autorka zupełnie nie zastanawia się z czego żyją ci jej studiujący, mieszkający sami rodzice małych dzieci, i w ogóle nie nawiązuje do jakichkolwiek problemów na jakie napotykają rodzice próbujący jednocześnie pracować – zwłaszcza kiedy nie mają stabilnej sytuacji finansowej. To problemy nie należące do tego świata. No dobrze, niech tak będzie, choć akurat to jest taka proza życia która ładnie by uzupełniła historię. Otóż problemem bardziej jest to, że macierzyństwo jest w tej wizji świata czymś absolutnie koniecznym i stawianym w centrum wszechświata. Dlaczego to jest problem? Po pierwsze – górnolotne podejście do macierzyństwa budzi zgrzytanie zębami kiedy czytasz „Zostać matką to znaczy nawiązać bezpośrednią łączność (…) Z uniwersalną, wieczną Miłością. Z Bogiem” to trudno nie zazgrzytać zębami. Zwłaszcza, że autorka bardzo dużo pisze o uniwersalnej miłości i instynkcie ale zapomina dodać, że owo łączenie się z Bogiem jest także absolutnie codzienne, czasem męczące i przede wszystkim- nie dla każdej kobiety jest czymś uduchowionym. Inna sprawa, że w tej tyradzie macierzyńskich zachwytów, autorka daje też porady dość rzekłabym kontrowersyjne.  Oto np. ustęp o spaniu z noworodkiem.

„Tak właśnie ją układaj. Zwłaszcza w nocy. Bierz ją do łóżka, nie zostawiaj samej. One czasem płaczą z samotności. Połóż się na wznak i tak właśnie ją trzymaj. Będziecie obie spały całą noc (….)

– …ale ja się boję – ciągnęła Agnieszka – Jak to, mam z nią zasnąć? A jeśli przez sen ją przycisnę albo coś jej zrobię?

 – Nic takiego się nie dostanie. Dostałaś właśnie od natury specjalny czujnik, punkt wiecznego czuwania.

– Jak to?

– Już nigdy nie będziesz spała tak twardo, jak dotąd. Płacz dziecka zawsze cię zbudzi, nawet piśnięcie. Spokojnie. Metoda jest całkowicie bezpieczna i sprawdzona.

 – I to przez całe pokolenia kobiet – uzupełniła Babi”

Widzicie – branie dziecka do łóżka w nocy – zwłaszcza noworodka – nie jest takie proste – budzi sporo kontrowersji, i wcale nie jest tak, że matka (czy ojciec który się po bożemu w tym łóżku też znajduje bo to porządna rodzina) nie stanowi dla dziecka żadnego zagrożenia. Napisanie autorytarnie takiego zdania w powieści – zwłaszcza przeznaczonej dla młodych osób, które przecież nie mają automatycznego sposobu myślenia „muszę sprawdzić najnowsze wytyczne w sprawie brania dziecka do łóżka” uważam za szkodliwe. Zwłaszcza, kiedy pojawiające wątpliwości rozwiewa się dość górnolotnymi zapewnieniami (przyroda zna niejedną doskonale śpiącą matkę). Gdyby chodziło o jakiś sposób trzymania dziecka na rękach – byłoby to może pewnym drobnym przekonaniem autorki, można byłoby wzruszyć ramionami. Ale co do spania z dzieckiem nie ma jednoznacznej zgody – a konsekwencje mogą być tragiczne. To nie jest błaha sprawa jak się pisze o śnie niemowlaków. Tylko, że autorka w kwestiach macierzyństwa wypowiada się jednoznacznie, sprzedając jego wizję, która nawet już kobietom bardzo pragnącym dzieci może się wydać bardzo przesadzona.

 

Byłoby fajnie gdyby autorka – udzielając rad w sprawach dość kontrowersyjnych, nie powoływała się na mistyczny czujnik jak się włącza kobiecie. Za dużo mamy przykładów że te wielkie mądrości wychowawcze Musierowicz nie są tak powszechne jakby chciała.

Jednak nie chodzi nawet o to, że szesnastoletnia bohaterka już musi zrozumieć znaczenie macierzyństwa i oczywiście umie dziecko trzymać na rękach bo jest dziewczyną (prawdę powiedziawszy każdy kto miał młodsze rodzeństwo umie trzymać dziecko na rękach bez względu na płeć). Chodzi o to, że macierzyństwo – które musi koniecznie czekać na dziewczynę i chłopaka, które jest samym centrum istnienia – nie każdemu przychodzi łatwo. U Musierowicz wystarczy że młodzi wezmą ślub a dziecko pojawia się właściwie od razu. Dramatyczne urodzenie – nawet po ciąży bez konsultacji lekarskich (Agnieszka się bała więc do lekarzy nie chodziła, bo tylko ją straszyli – i nikt a zwłaszcza jej mąż się nie zorientował. Cudowne ta rodzina gdzie nikt przez prawie całą ciążę nie dowiedział się, że dziewczyna porzuciła opiekę lekarską. Jakby normalne jest że pyta się ciężarną kuzynkę, siostrę itp. o to jak tam wyniki badań, usg, prognozy terminu itp.) – zawsze kończy się szczęśliwie. Macierzyństwo jest tak naturalne że nie jest kwestią wyboru, starań, decyzji – po prostu się przytrafia – dość błyskawicznie i zmienia świat każdej kobiety którą dotknie.

 

To strasznie smutne że autorka nie umie się powstrzymać i po prostu pozwolić 16 letniej dziewczynie zdystansować się do małżeństwa i dziecka. Tymczasem musi jej wkładać noworodka w ramiona i jak się okazuje z samego faktu bycia dziewczyną potrafi dziecko odpowiednio trzymać.

Jeśli książka trafi do młodych dziewczyn ta wizja prostego, szybkiego macierzyństwa może im wdrukować w głowę – że jeśli im się to nie przydarzy (z powodów najróżniejszych – od braku partnera do braku fizycznej możliwości) to ich życie będzie niepełne. Jeśli trafi do rąk czytelniczek starszych – które mają trochę doświadczenia życiowego to dramatycznie zabraknie w tej narracji przykrej prawdy o macierzyństwie – sama chęć nie wystarczy i więcej kobiet niż ktokolwiek mógłby się spodziewać ma problemy, stara się, roni, nie może zajść w ciąże, czeka, płacze, obwinia siebie itp. Nic z tego jednak nie ma wstępu do wspaniałego świata Musierowicz. Tymczasem jeśli już koniecznie chce ona uczynić z macierzyństwa centrum świata (głównie jednak kobiecych bohaterek) to wypadałoby – sprzedawać je całe – tak by decyzja o macierzyństwie zapadała z pełną świadomością, by jakoś realnie oswoić ten temat i sprawić, że młoda kobieta która nawet wybierze macierzyństwo jako centrum swojego świata – zdawała sobie sprawę na co się pisze. Tego jednak Musierowicz nie chce zrobić, czyniąc tym samym swój świat niesłychanie opresyjnym – wskazuje jedną możliwą ścieżkę i nie dodaje że są na niej przeszkody. Jeśli nawet czytelniczka zechce podążać tą samą ścieżką, to szybko może się okazać, że w narracji Musierowicz nie istnieje. To strasznie przykre i bolesne. A także – już na marginesie – też nudne narracyjnie. Ileż razy można pisać ten sam zachwyt nad cudem narodzin, jeśli się choć raz nie wspomni, że ów cud ma swoje koszta. Tymczasem w książce ilekroć nawet pojawiają się pewne przebłyski rzeczywistości – jak matka Agnieszki przestrzegająca ja przed bólem porodu czy przed tym, że nie każde dziecko musi od razu spodobać się matce natychmiast zostaje to zbite (co ciekawe – przez niesłychanie doświadczonego w tej kwestii Ignacego Grzegorza) a co więcej – i tak wyszło z ust osoby która nie cieszy się poważaniem bohaterów (Matka Agnieszki, podobnie jak jej siostra nie są pełnoprawnymi bohaterkami i są uznane z góry za mało wiarygodne).

 

Kiedyś u Musierowicz można było wskazać każdy dom i każdą ulicę w której rozgrywała się fabuła. Jednak obecnie wszystko dzieje się gdzieś w malowniczych okolicznościach przyrody, które są coraz bardziej nigdzie.

Na koniec należy dodać, że książka pokazuje także iż – nie uleczyła się Musierowicz ze swojej niechęci do świata. Co pewien czas jej bohaterowie milkną i słyszymy jak przemawia przez nich autorka. I niestety – rzadko ma coś ciepłego do powiedzenia o świecie. Wszystko jest w nim nie tak, ludzie nie piszą ortograficznie, firmy cateringowe trują, panny młode zbyt długo szykują się przed ślubem, kobiety tańczą zumbę, biegają po lasach nie mówiąc „dzień dobry”, Niemcy chcą stawiać supermarkety, modne cukiernie robią zbyt kiczowate torty, seks jest wszędzie, filmy są okrutne itp. Żadna z tych uwag osobno (może poza koszmarnym kawałkiem o Zumbie – świadczącym o tym że autorka nie ma pojęcia o czym  pisze) można by znieść. Razem składają się na obraz świata w którym dobry jest tylko jego niewielki wycinek – wycinek który oddalony jest od świata współczesnego. Problem w tym, że tak nie było – książki Musierowicz były cudownie zanurzone kiedyś w codzienności. Dziś codzienności nie ma. Może dlatego, że po prostu świat młodzieży autorce już bezpowrotnie umknął. Ot np. kiedy dwóch bohaterów powtarza z użyciem własnej kamery eksperymenty które znaleźli na YouTube (by je tam wrzucić samodzielnie na własny kanał) zostają oskarżeni o plagiat a właściwie o kradzież (przez 16 letnią bohaterkę). To taki cudowny kawałek który pokazuje, jak bardzo autorka nie rozumie jak działa YouTube.

 

W książce pojawia się motyw podglądania dziewczyny i wysyłania jej smsów. Niby jest to potępione ale ostatecznie dziewczynie jest miło. No na Boga!

 

Jak zwykle w przypadku tego typu tekstów pojawia się refleksja, że przecież każdy autor ma prawo do swojego światopoglądu. Istotnie jest to prawda, choć prawdą jest też to, że można wytknąć autorowi, że ów światopogląd przedstawia w sposób co najmniej dyskusyjny. Zwłaszcza, że problemem Musierowicz jest fakt, że w zmieniającym się świecie, jej bohaterowie przeszli do typowych do takich którzy stanowią pewien wyjątek. Specyficzny konserwatyzm Borejków z roku na rok coraz bardziej oddala ich od średniej społeczeństwa – wtłaczając w nieobecne wcześniej ramy. Tak Borejkowie mieli być inni niż wszyscy ale nie dlatego, że byli bardziej konserwatywni ale dlatego, że byli uroczą inteligencką rodziną. Tymczasem nieumiejętność rozwijania swoich bohaterów czy umieszczenia w ich realnym świecie sprawiła, że dziś Borejkowie najbardziej przypominają moich znajomych z zaangażowanych wspólnot katolickich – którzy stanowią bardzo specyficzną grupę. Cała reszta żyje już nieco inaczej. Zresztą to oddzielanie się Musierowicz od reszty świata doskonale widać w tym wycofywaniu się na wieś – szukaniu enklawy w której jej bohaterowie mają ze światem coraz mniej wspólnego niż coraz więcej. Co więcej – boli fakt, że autorka która kiedyś naprawdę umiała pisać dla młodzieży tą umiejętność utraciła. I wciąż tego nie widzi. Myślę, że zdecydowanie lepie sprawdziłaby się jako autorka powieści kierowanych do konserwatywnych kobiet koło dwudziestki, które właśnie mają zamiar poślubić swojego narzeczonego od pięciu lat z którym nigdy nie robiły nic więcej poza trzymaniem się za rękę. W tej grupie z całą pewnością jej książki cieszyłyby się wielką popularnością. I wiem, że to złośliwe.

 

Niby wszyscy są tak blisko a np. przez całą książkę Nora nie zamienia ze swoją siostrą ani słowa. Nie wiem dlaczego ale dla mnie to nie jest przykład cudownych i ciepłych relacji rodzinnych.

 

Czytając „Ciotkę Zgryzotkę” nie mogłam się pozbyć wrażenia, że jeśli istniała jakaś nadzieja dla książki, to kryła się ona w zaniedbanej, dość kretyńsko zakończonej (ową przymusową trochę wizją małżeństwa) historii Nory Górskiej. Było tam to co kiedyś Musierowicz wychodziło doskonale – młoda dziewczyna, trochę obrażona na świat, trochę niedoceniana, trochę niezrozumiana (uciążliwe jest to przekonanie Borejków, że skoro ktoś jest w okresie dojrzewania to wszelkie jego uczucia i stany emocjonalne należy tłumaczyć tylko tym. Dojrzewanie rzeczywiście rozchwiewa człowieka, ale jego uczucia są prawdziwe i nie można po prostu ciągle ich z wyższością traktować). Nora miałaby szansę być dobrą bohaterką. Gdyby napisać jej obok relacji z ojcem, także relacje z matką, gdyby poważnie potraktować wątek jej dwóch absztyfikantów, gdyby napisać co nieco o nowej szkole którą zaczęła, stworzyć jakieś postacie nauczycieli. Może rzucić ją na jakieś tło rówieśników. Ale tego Musierowicz nie robi. Dlaczego? Bo nie pisze już powieści dla młodzieży, tylko raczej kolejny odcinek telenoweli, w której najważniejszym segmentem jest „w poprzednim odcinku”. I właśnie dlatego te książki nie będą dobre. Bo autorce gdzieś po drodze seria  o młodych dziewczynach, zamieniła się w serię o dość nieprzyjemnej, konserwatywnej rodzinie, która nie chce mieć z nikim nic wspólnego i która co pokolenie wydaje z siebie młode sfrustrowane dziewczyny,  na które już czeka dziecko, mąż i życie niemal identyczne co te prowadzone przez pozostałe kobiety w tych książkach. I nikt absolutnie nikt nie może się domyślić, że to się w pewnym momencie stanie irytujące i po prostu nudne. No po prostu nie ma takiej możliwości. He, he. *

 

Ciotka Zgryzotka to taka książka która udowadnia, że czasem po latach pisania jednej serii czas się zastanowić – czy ma się cokolwiek nowego do powiedzenia, czy przypadkiem nie przesuwa się bohaterów z mieszkania do mieszkania jedynie pozorując jakąkolwiek akcję.

 

Ps: Mam jeszcze całkiem sporo uwag dotyczących tej książki – właściwie trochę pobocznych wynikających z faktu, że to taka powieść napisana zaskakująco niedbale np. Grzegorz czekając na wnuka zupełnie jakby zapomina, że przecież ma jeszcze jedną córkę – zupełnie w historii nieobecną.  I takich kiksów jest sporo. Tym więcej że autorka wyraźnie próbuje nawiązać do wszystkich uwag dotyczących jej poprzednich książek i znikających wątków i bohaterów więc tu bardzo do tego nawiązuje.  Co sprawia, że na weselu Józinka stawia się całe mnóstwo znajomych jego rodziców i ciotek ale o jego własnych znajomych ani słowa.

,

Ps2: Od poprzedniego tomu Musierowicz wydarzyło się w życiu Zwierza kilka spraw które zmieniły optykę Zwierza na niektóre tematy. Naprawdę zdenerwowały Zwierza opisy przygotowań ślubnych bo serio przebiegały zgodnie ze schematem „Jak sobie autorka wyobraża że przebiegają przygotowania ślubne, bazując swoją wiedzę na romantycznym wyobrażeniu wsi wielkopolskiej”. Irytujące w powieści która pretenduje do pewnego realizmu.

Ps3: Zwierz nigdy nie zrozumie dlaczego na ostatnich stronach książki autorka postanowiła umieścić na scenę w której wszystkim się przez chwilę wydaje, że stary Ignacy umarł ale nie on tylko spał. Po co? Sensu to nie ma. Zabawne nie jest. Może by się sprawdziło jako scena filmowa, ale jako scena  w książce wydaje się jakąś wyjątkowo marną próbą stworzenia napięcia. Żenująco słaba była to scena.

* He, he to dwa ostatnie słowa w książce – słowa które dobrze podsumowują styl w jakim została napisana „Ciotka Zgryzotka”.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...