It’s beyond my control czyli zwierz o Niebezpiecznych Związkach

30/01/2016

Zapomnij o środzie czyli mój miesiąc z Cinema City Unlimited

30/01/2016

Głos spod mikroskopu czyli kilka uwag do raportu „Dwa zero czy zero? Blogi o tematyce kulturalnej a przemiany kultury uczestnictwa”

30/01/2016

Dziś będzie wpis tak bardzo branżowy, że zwierz podejrzewa iż przeczytają go jak zwykle głównie zaprzyjaźnieni blogerzy. Dlaczego? Otóż kilka dni temu ukazał się – chyba pierwszy – szeroki raport poświęcony blogosferze kulturalnej. Coś na co zwierz i jak mniema, wielu innych blogerów czekało. Jak może wiecie (lub nie) blogosfera kulturalna jest swoistym kopciuszkiem opracowań na temat blogów – niemal zawsze się nas pomija i ostatecznie sami o sobie wiemy niewiele. Stąd takie szczęście kiedy pojawił się raport. Szczęście jednak nieco zmącone.

Twórcy Raportu postawili przed sobą kilka zadań – określenie czym jest blog kulturalny, przyjrzenie się blogerom – ich motywacjom i świadomości wpływu społecznego, w końcu osadzeniem blogów kulturalnych w kulturze uczestnictwa. Jednocześnie twórcom raportu przyświecał dość słuszny pomysł by poprzez analizę blogów kulturalnych stworzyć wytyczne czy rekomendacje dla instytucji zajmujących się kulturą które miałby w przyszłości ochotę podjąć współpracę z blogerami. Jak więc widać temat ciekawy, cele szczytne a metody – bardzo zróżnicowane – nie tylko zdecydowano się zbadać sieci powiązań pomiędzy blogami  i dokonać analizy ich treści, ale też przy okazji z kilkoma blogerami pogadać. Co więcej zwierz był nawet jednym z nich, co nie trudno dostrzec przeglądając raport bo pierwszy cytat ze zwierza jest tak rozpoznawalny że każdy czytelnik będzie wiedział kto mówi (zaś w przypadku innych cytatów blogerzy będą się intensywnie zastanawiać, kto się właśnie wypowiada).

Skoro jest tak pięknie to czemu nie jest pięknie? Zacznijmy od podstawowego problemu z raportem. Obejmuje on blogi umieszczone w jednym agregatorze blogowym – skupiającym blogi kulturalne. Agregatorze, który skupia – o czym wiedzą nieco autorzy uwzględnionych tam blogów – bardzo specyficzną część blogosfery kulturalnej.  Zresztą twórcy się z tym absolutnie nie kryją pisząc „Blogi, jakie analizowaliśmy, nie są zatem ani pełną grupą polskich blogów o tematyce kulturalnej, ani ich reprezentatywną próbą”. Oczywiście w tym momencie nasuwa się pytanie  – czy aby na pewno ma sens oprzeć tak starannie przygotowany raport o jeden agregat ale wszyscy pewnie dojdziemy do wniosku, że skądś trzeba było wziąć podstawę,  a każdy kto prowadził w życiu badania socjologiczne wie, że to nigdy nie jest proste. Tak więc jeśli ktoś zrobi to za ciebie – nawet jeśli w 2013 roku co dla blogosfery oznacza zdecydowanie więcej niż proste dwa lata (jesteśmy trochę jak psy szybciej się starzejemy) – trzeba brać co jest.

 I zapewne nie byłoby w tym nic jakoś straszliwie złego – wszak nie ukrywajmy – tak prawdziwie reprezentacyjnych badań wycinków blogosfery prawnie nikt nie robi, gdyby nie fakt, że zdecydowano się skupić na powiązaniach pomiędzy zamieszczonymi w agregatorze blogami. Założenie było proste – skoro niemal wszystkie blogi mają zakładki z polecanymi blogami, z czytanymi blogami to są one lubiane przez twórców. Teraz wystarczy tylko sprawdzić jak się te powiązania układają i wtedy znajdziemy najważniejsze węzły blogosfery kulturalnej i wyznaczymy jej regiony. Z jednej strony się udało – rzeczywiście można zobaczyć że pewne sieci wchodzą w większe interakcje niż inne. Z drugiej… ponieważ mamy do czynienia ze specyficznym agregatem, tworzonym przez osobę związaną ze środowiskiem blogowym to właściwie zamiast realnego obrazu węzłów blogosfery dostaliśmy coś w stylu „wszyscy krewni i znajomi królika”. Biorąc pod uwagę, że zwierz ma w tym zestawieniu najwięcej powiązań istnieje możliwość że jest królikiem. Brzmi to być może nieco butnie ale badacze źle a może zbyt pochopnie zinterpretowali znaczenie powiązań pomiędzy blogami. Po pierwsze – obecne w blogrollkach spisy blogów, są zazwyczaj przejawem grzeczności – zwierz przyzna szczerze, że ma w nich ludzi których lubi czy zna osobiście, ale niekoniecznie czyta wszystkie blogi, część jest pozostałością sprzed kilku lat kiedy posiadanie dużej bazy blogów w bocznej szplacie było modne. Sama obecność takich spisów blogów jest przejawem swoistego zacofania blogosfery kulturalnej – przynajmniej w pewnych formach zachowania – zrezygnowały z nich duże blogi, a ich aktualizowanie nie zawsze oznacza – sugerowanego przez autorów szacunku czy postrzeganie blogera za wzór. Innymi słowy – 27 odwołań do zwierza bardziej świadczy o mojej wszędobylskości niż o przypisywaniu mi znaczenia bloga wiodącego czy przykładowego. Wręcz przeciwnie można odnieść wrażenie, że w blogosferze kulturalnej  bardziej ceni się blogi mniej popularne niż te które zyskały uznanie wśród szerokiej rzeszy czytelników. Pod tym względem jako wzór blogowania częściej będzie występowała Ninedin z Legendum Est – która pisze rzadko i bardzo niszowo, ale sposób podejmowania przez nią tematyki popkultury budzi zazdrość. Podczas kiedy mój przekaz jest śledzony głównie ze względu na ilość polubień.  Podobny mechanizm można byłoby zaobserwować zapewne w blogosferze Lifestylowej gdzie gdyby blog rolki jeszcze istniały większość blogów linkowałaby do Jasona Hunta nie uznając go jednocześnie za wzór blogowania.

Tymczasem analiza ta pozostawiła np. na zupełnym marginesie blog Kulturą w Płot który – po wygraniu bloga roku w konkursie Onet.pl może być obecnie najbardziej wpływowym blogiem kulturalnym – zwłaszcza poza tym określonym wycinkiem środowiska blogerskiego, które udało się znaleźć w agregacie (Blog tam zresztą jest ale jego autor nie należy po prostu do krewnych i znajomych królika). Ponownie – do twórców badania należy dobór blogów do wnikliwej analizy, ale pozostawienie bloga ważnego i wymykającego się pewnym schematom (bloger ma większe możliwości komercyjnych współprac i zarabiania) wydaje się może nie błędem – ale caegiełką do obrazu jednak nie do końca wyraźnego. Ciekawe jest natomiast diagnoza dotycząca małej sieci powiązań pomiędzy resztą blogosfery a blogami dotyczącymi mangi i anime: „Być może odizolowanie od reszty blogosfery wiąże się również z chęcią zamanifestowania swojej odrębności, fanowskiej subkultury.” Wydaje się jednak że odpowiedź jest bez porównania prostsza. Osoby zainteresowane mangą i anime po pierwsze wzajemnie się znają (jest to paradoksalnie dość wąska grupa) po drugie blogerów tych i piszących o kulturze dzieli najczęściej granica pokoleniowa. Brak powiązania z resztą trudno interpretować jako przemyślaną taktykę, raczej jest potwierdzeniem niszowości tematu.

Kolejny problem jaki zwierz ma z raportem to pewne ominięcia czy błędy merytoryczne które czasem wiążą się z chybionymi intuicjami. Jednym z zabawniejszych przeoczeń (przynajmniej z mojego punktu widzenia) jest stwierdzenie: „Blogi zebrane w tej grupie są wydawane przez magazyn „Polityka”. Zasadą przyjętą przez wydawcę jest polecanie na tych blogach tylko i wyłącznie blogów wydawanych przez „Politykę”, stąd pojawiają się w jej obrębie blogi nie traktujące o tematyce kulturalnej i nie wskazywane przez innych blogerów kulturowych”. Na sieci powiązań blogi związane z Tygodnikiem „Polityka” są więc zupełnie osobne. I ma to sens jeśli za jedyny wyznacznik związku uznamy wyłącznie obecny z boku bloga blog roll. Problem w tym, że jednak nie da się ukryć ja piszę do jednego z kulturalnych blogów Polityki i można nań trafić z mojego bloga a moje statystyki wskazują, że ludzie trafiają z tego bloga do mnie. Oczywiście rozumiem, że badano połączenia tylko linkami, ale właśnie to wydaje się takim drobnym przeoczeniem których w raporcie jest mnóstwo (każde z nich nie jest karygodne ale wszystkie razem budzą wrażenie że analiza treści blogów była często przeprowadzona jednak dość pobieżnie). Rusty wspominała, że jej sympatyczna notka o „Z dala od Zgiełku” i „Tamarze Drew” została potraktowania bardzo poważnie ze względu na cudny tytuł (o którym autorka pisała zresztą, w notce że nie pasuje ale nie mogła się powstrzymać). Przy czym prawdąjest że na blogach pojawiają się głębsze analizy i tekst wychodzące poza ramy recenzji. TYlko akurat nie te wymienione. Zresztą takich dorbnych pominięć jest więcej – twórcy długo analizują treść zakładek na blogu zwierza przyznając im nawet nazwę „metakategorii” podczas kiedy zwierz ma na blogu zupełnie normalne (choć rzadko stosowane kategorie) z gatunku „zwierz i film” czy „zwierz i książki” co da się znaleźć po nieco wnikliwszej lekturze bloga.

Uwagę zwierza z kolei przyciągnęło zdanie „ W tym sensie niektórzy blogerzy zachowują się czasami jak celebryci, którzy wolą nie promować konkurencji i preferują skupianie uwagi odbiorców na sobie i swoim blogu.  Jedynym wyjątkiem jest obecna na wielu blogach zakładka „Blogroll” lub „Polecane strony”. Otóż jeśli zwierz się nie myli – blogi kulturalne są jednymi z ostatnich na których prowadzi się jeszcze notki w stylu karnawałów blogowych – wielu blogerów co miesiąc regularnie linkuje do konkurencji, co więcej wybierając najlepsze notki swoich „rywali”. Zwierz sam prowadził podsumowania miesiąca które ostatecznie sprowadzały się do linkowania do innych. Oczywiście nie wszyscy blogerzy to robią i nie jest to zjawisko absolutne – ale całkowite zignorowanie tego trendu wydaje się jednak wynikać z jakiegoś ominięcia. Zwłaszcza że jest to trend dość charakterystyczny dla tej części internetu. Kolejnym bolesnym przeoczeniem jest niedostrzeżenie że Andrzej Tucholski zdecydowanie wypisał się z blogosfery kulturalnej zdecydowanie wcześniej niż po rebrandingu. Już wcześniej jego blog był – jak głosił podtytuł o „Miejskim Lifestylu” – teksty Andrzeja – także te dotyczące jeszcze kultury definiowały ją jako wszystko co go otacza. Przy całej sympatii dla blogera – jego obecność w raporcie jest nieadekwatna tak bardzo, że powinien wypaść na etapie weryfikowania blogów do dalszej selekcji.

I tu właśnie dochodzimy do największego problemu zwierza z raportem. Otóż blogosfera kulturalna nie istnieje w próżni. Zarówno społecznej ale przede wszystkim blogowej.  Zwierz w kilku miejscach był zaskoczony tym, że autorzy  poddają długiej interpretacji zjawiska dla blogosfery jako takiej dość klasyczne – i łatwe do wyjaśnienia.  Zresztą przynajmniej dla zwierza problem pojawia się już w części gdzie referuje się nam stan badań powołując się na raporty które powstały kilka lat temu np. przywołanie raportu „Motywacje, zachowania i poglądy autorów i czytelników blogów” wykonanego na platformie blox w 2008 roku nieco nie mają współcześnie sensu. Jak ciekawe nie byłby te materiały to w świecie blogosfery od 2008 roku minęło tyle czasu że np. przyjęta tam typologia blogów – wskazująca np. duże znaczenie blogów osobistych – wręcz pamiętnikarskich, zupełnie nie przystaje do obecnego stanu i obrazu blogosfery. Nawet w przypadku świeżych jeszcze badań z 2013 roku zachodzą często podejrzenia, że opisują one już świat nie istniejący. To niestety olbrzymi problem w badaniach nad Internetem – nim ktoś zdąży coś napisać, wszystko się zmienia.

Ale chodzi też np. o interpretowanie udostępniania danych o blogerze w kontekście wiarygodności dla zleceniodawców. Problem w tym, że odchodzenie od anonimowości i pseudonimów (ich brak zdziwił twórców raportu) jest trendem obecnym w całej blogosferze i wiąże się z przenoszeniem znaczenia z bloga na blogera – nie tylko z powodów komercyjnych ale także z powodu przeczucia, że blogosfera raczej będzie się zwijać a osobista marka pozostanie zdecydowanie dłużej. Nie jest to więc kwestia wiarygodności co przetrwania. Wydaje się też złym pomysłem próbowanie rozpatrywania jednocześnie działalności blogowej i vlogowej. Uwagi dotyczące vlogów – np. że są sztuczne i brakuje im naturalności wiążą się min. z zupełnie odmiennymi wymaganiami stawianymi obecnie działalności na youtubie. Profesjonalizacja materiałów video zaszła tak daleko że naturalność staje się wręcz nie pożądana – dawne nagrywanie kamerką zastępują programy prowadzone na Youtube. Oglą- dając kolejne vlogi takich blogerów można było mieć wrażenie, że ogląda się doskonale wyreżyserowane reklamy, w których ciągle uśmiechnięte postacie zachwalają np. najnowsze książki. Mówi to co nieco o potencjalnej jakości recenzji publikowanych na blogach kulturalnych, chociaż jesteśmy w tej materii ostrożni, bazując na niewielkiej liczbie vlogów prezentujących recenzje.” Problem w tym, że ta jakość uśmiechniętej reklamy jest po części wymagany przez youtubowych widzów. Zresztą zupełnie innych niż blogowi czytelnicy.

Ciekawe są też kwestie czysto techniczne. Szablon bloga Tramwaj nr. 4 uznano za „przypominający bardziej portal kulturalny niż tradycyjnego bloga”. Problem w tym, że w ostatnich latach tak wyglądają blogi – zwłaszcza poza światem kultury i ten układ treści jest bardzo kojarzony z blogosferą – i z całą pewnością nie jest „niestandrdowy” wręcz przeciwnie jest to dość znany układ treści. Z kolei umieszczanie informacji o wyróżnieniach twórcy potraktowali jako przemyślaną strategię marketingową, mającą zachęcić zleceniodawców. Jasne zgadzam się, takie wyróżnienia podnoszą prestiż bloga ale raczej przed czytelnikiem. Dla zleceniodawców zawsze ważniejsze są statystyki blogowe niż wyróżnienia. Co ponownie – jest swoistą wiedzą wewnętrzną branży którą jednak dość szybko można wyłuskać. Zresztą podobnie jest w przypadku refleksji nad tym że blogerzy kulturalni nie zamieszczają własnej twórczości w Internecie. Otóż nie jest to do końca prawda – wielu blogerów piszących o kulturze tworzy i prezentuje swoje treści w Internecie – w formie fan fiction, wierszy czy opowiadań. Ale nie czynią tego na blogach. Dlaczego? Po pierwsze blogi prezentujące własną twórczość są innym gatunkiem działalności blogowej, po drugie –blogów kulturalnych nie postrzega się (zwłaszcza czytelnicy) nie postrzegają jako miejsce odpowiednie do dzielenia się własną twórczością. Nie mniej wielu autorów blogów tworzy – niektórzy nawet tworzą tak bardzo że się potem wydają.  No ale dobrze przyjmijmy że to jest jakaś informacja. Choć wychodzi z – przynajmniej zdaniem zwierza błędnego założenia – że takie treści w ogóle powinny się na blogu kulturalnym znaleźć. Raczej ich obecność byłaby zaskakująca. Dziwi także uwaga że z blogerami lifestylowymi łączy blogerów kulturalnych chęć współpracy. Chodzi raczej o zawężenie tych związków. Bo przecież chęć współpracy w tym komercyjnej jest podstawą funkcjonowania większości gałęzi blogosfery. Tym co wyróżnia blogosferę kulturalną to raczej – mimo obecnych zakładek Współpraca (za które zwierz najbardziej winiłby jednak Kominka i jego książkę o blogowaniu) – pojawiająca się od czasu do czasu niechęć do współpracy komercyjnej. Jednocześnie – trudno jedoznacznie zawyrokować czy blogerzy kulturalni nie umieją zarabiać czy raczej podchodzą do zarabiania na blogu niechętnie z prostego powodu – lęku o reakcję czytelników. Bloger lifestylowy polecający na swoim blogu produkty – nawet jeśli jest to szczoteczka do zębów raczej nie ma szans stracić wrażenia wiarygodnego. W przypadku blogerów piszących swoje opinie o wytworach kultury zachodzi nie tylko – jak zauważyli twórcy – zjawisko autorcenzury ale też obawa że czytelnicy każdą późniejszą recenzję będą traktowali jako podyktowaną przez sponsora. Inna sprawa – która nieco umyka – w przypadku np. blogerów filmowych podstawową formą współpracy byłyby np. zaproszenia na filmy. Jasne pojawiają się one ale z drugiej strony dystrybutorzy mogą się spodziewać, ze zaproszenie czy nie twórcy pasjonaci i tak o filmie napiszą bo nie powstrzymają się przed pójściem do kina (podczas kiedy np. mogliby kupić szczoteczkę do zębów innej firmy). Innymi słowy – po co płacić za coś co dostanie się za darmo.

Inna sprawa to kwestia funkcjonowania blogerów poza samym obrębem bloga. Otóż twórcy przyjęli, że sieć blogowych powiązań realizuje się na blogu i w notkach. Tymczasem od dawna przeniosła się ona do mediów społecznościowych. Jedna z największych dyskusji – o roli ludzi piszących amatorsko o kulturze – przewinęła się kilka miesięcy temu przez facebooka – na blogu można nie znaleźć jej śladów – między innymi dlatego, że facebook daje lepsze pole do dyskusji – jest narzędziem szybszym, dla wielu blogerów – przekazującym komunikat dużo dalej niż sam blog. Podobnie jest z polemikami – niekoniecznie są one oznaczane w tekstach ale często w opisach jakie teksty znajdą na portalach społecznościowych. Czasem samo „oznaczenie” blogera przy notce oznacza, że ma ona charakter polemiczny. Blogerzy żyją w sieci wzajemnych powiązań (nasi krewni i znajomi) które sprawiają, że nawet nie podpisując jednoznacznie wpisu jako polemiki można mieć pewność, że zostanie on tak odebrany przez innego blogera. Ciekawym przypadkiem tego jak twórcy nie są w stanie wyłapać pewnych kontekstów funkcjonowania bloga jest bloga „Fangirl’s Guide to the Galaxy”). Twórcy raportu są zaskoczeni, że blog nie ma swojej strony na fb snując przypuszczenia że być może autorom brakuje kompetencji. Problem polega na tym, że blog Rusty nie potrzebuje (a właściwie nie potrzebował) własnego Fanpage na Facebooku, ani też żadnej większej zachęty, ponieważ jego autorka (wcale nie tak anonimowa jak się wydaje) jest osobą powszechnie znaną w fandomie, osobą która organizowała konwenty a to oznacza, że wystarczyło linkowanie tekstów na jej prywatnym profilu by dotarły do szerokiego grona odbiorców i były przekazywane dalej przez innych blogerów. To też jest problem raportu – który nie jest w stanie dostrzec, że bloger może przed przystąpieniem do blogowania mieć wystarczająco silną pozycję, że nie musi zabiegać o czytelników – bo jego potencjalni czytelnicy już wiedzą z kim mają do czynienia. To jednak oznacza działania których prawie w przypadku raportu nie podjęto – pokazanie blogów na szerszym tle – co pozwoliłoby tyle rzeczy wyjaśnić lepiej, trafniej i być może doprowadzić do bardziej konstruktywnych wniosków.

No właśnie wniosku. Zwierz przyzna że po całym raporcie (131 stron jak się patrzy) zwierz spodziewał się wniosków które może by w jakiś konstruktywny sposób odpowiedziały napytanie dlaczego promocje instytucji kultury tak rzadko pojawiają się na blogach kulturalnych. Jakie było zaskoczenie zwierza kiedy w zakładce rekomendacje znalazł porady by prowadzić bazę blogów piszących o kulturze, nie przesyłać blogerom suchych informacji prasowych, rozdawać im zaproszenia, egzemplarze recenzenckie i oferować konkursy. Poza tym znalazły się zalecenia by instytucje współpracowały też z blogerami piszącymi nie tylko o kulturze wraz z pomysłem że dobrą realizacją współpracy byłoby udostępnienie przestrzeni na sesję zdjęciową np. dla blogerki lifestylowej (bo ci zawsze potrzebują przestrzeni). Zwierz przyjrzał się tym wnioskom z pewnym bólem serca. Po pierwsze dlatego, że serio są to zalecenia które można zaserwować bez poprzednich 90 stron raportu. Po drugie – że po raz kolejny konserwują stan zastany – uznawanie blogów kulturalnych za niszę i zwracanie się ku blogosferze popularniejszej. Jednak  zdaniem twórców raportu ma to o tyle sens że sami blogerzy kulturalni uznają się za niszę i nie zdają sobie sprawy ze swojego wpływu oraz rzadko angażują się w działanie kulturotwórcze. Zresztą warto tu dodać, że przekonanie blogerów o ich małym wpływie jest po części skutkiem tego, że pieniądze na promocje kultury częściej trafiają do blogerów nie blogujących o kulturze. Nie ze względu na ich profesjonalizm ale statystyki. Powstają średnie teksty o wydarzeniach kulturalnych na blogach których czytelnicy nie są zainteresowani kulturą, ale po prostu jest ich więcej. Co dla blogerów kulturalnych bywa piekielnie frustrujące, głównie dlatego, że różni nas od wielkich blogów podejmujących różne tematy także jakość czytelników. Możemy mieć ich mniej ale przekaz jest kierowany do ludzi zainteresowanych. A takich wcale nie ma tak wiele. Ostatecznie zbliżam się do diagnozy że przekonanie blogerów o ich małym wpływie wynika raczej ze stanu faktycznego – osób zainteresowanych kulturą (i tylko kulturą) jest w Polsce stosunkowo mało i nie korzystają oni z blogów jako jedynej formy kontaktu z analizą czy krytyką świata kultury.

Problem w tym, że swoistą pewność siebie i własnej wpływowości zdecydowanie łatwiej wyrobić blogerowi lifestylowemu, który tak naprawdę konkuruje tylko z innymi blogerami niż blogerowi piszącemu o kulturze. Ten nie tylko zawsze może zostać wskazany jako pozbawiony kompetencji (co czynią też twórcy raportu) ale przede wszystkim – funkcjonuje w zupełnie innej sferze odniesień. Notka blogowa jest gatunkiem który sam ustala sobie zasady, notka blogowa poświęcona analizie czy wrażeniom z filmu czy lektury książki, staje się przedmiotem porównania z profesjonalną recenzją – mającą długie tradycje i wielu profesjonalnych przedstawicieli w tradycyjnych mediach. Konkurencja blogerów kulturalnych jest więc bardzo specyficzna – choć część blogów jak wskazują autorzy powstaje z frustracji, to jednak nie zmienia to faktu, że np. temat przekazu blogera i poważnego recenzenta często jest ten sam. Wobec takiego zestawienia nawet najpoważniejszy bloger musi poczuć że jego znaczenie jest mniejsze i ma znaczenie amatorskie. Takiego podejścia do sprawy nie znajdziemy w innych dziedzinach blogowania bo nie narzucają się tak proste porównania i nie ma poczucia konkurencji. Tymczasem osoby zainteresowane kulturą będą – jeśli już czytają blogi – także odbiorcami tego profesjonalnego przekazu. Z którym rzeczywiście bloger pod względem „wpływu” rzadko może naprawdę rywalizować.

Inna sprawa to podejście do działań kulturotwórczych. Wydaje się że kluczowym jest pytanie – do jakiego stopnia samo pisanie o kulturze – przy pełnej świadomości, że kasy z tego nie będzie – w świecie co raz bardziej komercjalizującej się blogosfery jest właśnie postrzegane przez blogerów jako działanie na rzecz podniesienia poziomu wiedzy o kulturze czy jej promowaniu. Innymi słowy – wydaje się, zresztą chyba słusznie, że część blogerów uznaje że pisanie o kulturze w kraju gdzie się prawie nie czyta, prawie nie wydaje pieniędzy na kulturę już wystarczy. Inna sprawa – nie wiem jak jest w przypadku innych blogerów ale np. w moim przypadku działania takie jak udział w Uniwersytetach Trzeciego Wieku – gdzie prowadzę zajęcia nie znajdują odzwierciedlenia na blogu bo ten zawiera inne treści. Przypuszczam że wielu blogerów ma „za uszami” sporo działalności we współpracy z lokalnymi ośrodkami – jak biblioteki o których niekoniecznie pisze na blogach. Nie ze wstydu raczej decyduje się przenieść te treści do Social Media.

Na koniec dwie uwagi. Pierwsza to moja osobista rekomendacja dla instytucji kultury które pragną wejść we współpracę z blogerami. Należy pamiętać że bloger – nawet wynagrodzony, ryzykuje w takim przypadku więcej niż instytucja. Oprócz naszej niezależności jako blogerów najważniejsza jest nasza reputacja. To w sumie jedyne co mamy, gdy zaangażujemy się w projekt źle przygotowany, zrobiony na kolanie czy po prostu budzący wątpliwości pozostaje nam tylko zakrzyknąć jak  Kasjo w Otellu „Reputationreputationreputation! Oh, I have lost my reputation!” I podobnie jak dla bohatera jest to dla nas gorsze niż śmierć. Piszę to w oparciu o własne doświadczenia kiedy okazywało się, że o ile bloger w obawie przed kompromitacją czy utratą reputacji wkładał w wydarzenie całe serce, sama instytucja podchodziła do sytuacji w sposób niefrasobliwy. Stąd też współpraca z blogeami musi być elementem naprawdę przemyślanym i naprawdę sprofilowanym. Uwaga druga tyczy się zaś samych twórców raportu, którzy niekoniecznie entuzjastycznie reagują na komentarze jakie pojawiły się w sieci, osobiście broniąc zawartych w nim tez. Zwierz ma wrażenie, że to nie ma sensu. Po pierwsze dlatego, że sami wiecie że nasze perspektywy dzielą lata świetlne – my jesteśmy uczestnikami grupy wy badaczami, nasze perspektywy są różne i będą. Stąd też tak jak wy wzięliście nas pod lupę tak my bierzemy pod lupę raport. Można nasze uwagi przyjąć lub odrzucić, ale korygowanie ich na miejscu nikomu nic dobrego nie przyniesie. A już na pewno nie tonem który sugerowałby poczucie wyższości. Tak jasne nie jesteśmy wszyscy socjologami, naukowcami i doktorami (choć w sumie zaskakująco wielu blogerów piszących o kulturze spełnia jeden bądź wszystkie te warunki) ale za to piszemy blogi od dawna i pewne rzeczy po prostu wiemy. Nawet jeśli nie wychodzą w analizach i badaniach.  Może więc uznać nasz głos za swoistą korektę spod mikroskopu i porzucić ton nauczycielskiej korekty. Zwłaszcza, że jak sami uczeni twierdzą wielki w nas potencjał. I może ktoś będzie chciał nas jeszcze badać.

Ps: Zwierza wzruszyła część raportu w którym przywołując zwierzowe zwyczaje dotyczące blogowania twórcy tekstu zinterpretowali postępowanie zwierza jako połączenie dobrej organizacji i wyrzeczeń. Zwierz był o wiele rzeczy posądzany ale o dobrą organizację – to zdarza się niezwykle rzadko

Ps2: Zwierz jest ostatnim który ma prawo to komukolwiek wyrzucać, ale wnikliwa lektura raportu wskazała że jest w nim sporo literówek. O ile zwierz wszystko wybacza to jednak jak mi się to rzuca w oczy to jest ich za dużo. To taki dobry miernik . Jak ja widzę błędu to one naprawdę są

ps3: Jadę oglądać planety w rządku. Następna notka w poniedziałek.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...