Trust me I’m almost a Doctor czyli o sławach i doktoratach

24/10/2014

Gość w kinie, szczęście w zwierzu czyli o filmie „Gość” entuzjastycznie

24/10/2014

Jedna książka w cenie dwóch czyli zwierz na tropie plagiatu

24/10/2014
empty image
empty image

Hej

Dzisiejszy wpis będzie w pierwszej osobie. Jak sami wiecie wpisy w pierwszej osobie oznaczają, że jest niestety poważniej niż zwykle. A sprawa o której dziś piszę jest nie tyle poważna, co bardzo poważna bo związana z jedną z najpaskudniejszych praktyk jakie wymyśliła ludzkość czyli z plagiatem. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie wam do głowy zostać plagiatorami to bardzo wam polecam zastanowić się dwa razy czy się opłaca. Dlaczego? Bo nawet jeśli większość osób nie ma czasu, pamięci i energii a także środków by śledzić wasze „zapożyczenia” z cudzego tekstu to raz na jakiś czas zdarzy się osoba która ma wszystko na raz. W tym przypadku jestem to ja. Przypadła mi mało radosna rola osoby, która posiadając  Historię kina polskiego autorstwa Tadeusza Lubelskiego (wydanie I z 2009 – bardzo przeze mnie kochana książka) i zakupiwszy z konieczności (szukałam informacji do przypisu) książkę Wojciecha Kałużyńskiego „Kino, teatr, kabaret w przedwojennej Polsce. Artyści, Miejsca, Skandale” (PWN 2013) postanowiła porównać tekst obu książek. Niestety okazało się, że jestem posiadaczką jednej książki w cenie dwóch.

 WP_20141024_002

Moje zdanie nie było szczególnie trudne – czytałam książkę Tadeusza Lubelskiego i zaznaczałam gdzie książka Wojciecha Kałużyńskiego pokrywa się z jej treścią. Na pierwszych sześćdziesięciu stronach użyłam kilkudziesięciu kolorowych znaczników.  W pewnym momencie przestałam zaznaczać zdania. Zaczęłam akapity

Zacznijmy od tego, że Wojeciech Kałużyński nie jest autorem zaufanym – znany blog Kompromitacje ujawniał już jego skłonność do pożyczania sobie tekstów od innych autorów. Nie zmienia to jednak faktu, że książka wydana przez PWN nie doczekała się recenzji która by zapożyczenia z książki Taduesza Lubleskiego ujawniała. Kałużyński we wstępnie zaznacza  „Wszystko wiadomo; temat został już opracowany, po co o nim pisać? Zamiar może i nieambitny, ale podyktowany osobistą fascynacją autora. A książka, jako taka, jest swego rodzaju brykiem z dziejów muz przedwojennej Polski. Zbiera w całość to, co o kinie napisali inni historycy kinematografii tamtej epoki: Tadeusz Lubelski czy Stanisław Janicki”. A więc bryk. Nic oryginalnego. Wiadomo książka, popularno-naukowa, nieobciążona koniecznością umieszczania na każdej stronie przypisów.  Kiedy rozkładałam wokół siebie książki z podanej przez Kałużyńskiego bibliografii (kolejna wskazówka dla autorów plagiatów – zastanówcie się czy ludzie którzy kupią książkę o kinie w dwudziestoleciu nie kolekcjonują przypadkiem publikacji na ten temat) spodziewałam się żmudnego śledzenia zapożyczeń. Praca okazała się jednak mało żmudna. Tak mało, że w pewnym momencie przestałam. Nie miało dalej sensu porównywać rozdziałów o kinie z książką Lubelskiego. Czytanie dwa razy tego samego wydanego pod dwoma różnymi nazwiskami, nikomu nie przyniesie pożytku. To nie bryk. To streszczenie, miejscami pożyczające od oryginału całe zdania i akapity.

Kałużyński stosuje ciekawą metodę – od Lubleskiego pożyczył właściwie wszystko. Strukturę narracji (kolejne akapity książki odpowiadają kolejnym rozdziałom czy podrozdziałom książki Lubelskiego), dobór cytatów (które co ciekawe niekiedy streszcza własnymi słowami), dobór przykładów, oraz całe poszczególne zdania. Nie waha się przytaczać tych samych anegdot, tych samych wypowiedzi. W tej samej kolejności. Oczywiście niekiedy zdania są poddawane pewnym modyfikacjom, czasem Kałużyński opuszcza całe  ustępy pracy Lubelskiego (wszak to bryk!), niekiedy zaś  bawi się w specyficzny głuchy telefon, przytaczając bez przypisu coś co wcześniej Lubelski przytoczył w przypisie. W ten sposób potraktowany został np. cytat z badaczki Małgorzaty Henrykowskiej. Chciałabym napisać coś błyskotliwego o tym plagiacie ale nie mogę. Bo to też najmniej błyskotliwy plagiat jaki widziałam. Co więcej jestem przekonana, że nie tylko z książki Tadeusza Lubleskiego. Skąd to wiem? Ponieważ na to że coś z książką jest nie tak natknęłam się znajdując u Kałużyńskiego dokładnie takie samo zdanie jak w książce Stanisława Kopra – tylko że nie w dziale poświęconym kinematografii a teatrom dwudziestolecia. Nie badałam jednak sprawy dalej ponieważ nie jestem w posiadaniu książki źródłowej (nie oskarżam Kopra o plagiat ale mniemam że on też korzystał z jakiegoś opracowania).

Dotychczas musieliście mi wierzyć na słowo. Jednak mając trochę wolnego czasu postanowiłam wypisać  podobieństwa w tekście. Ponieważ nie sposób wypisać wszystkich identycznych zdań (nie jestem w stanie przepisać obu tekstów a tego wymagałby taki wpis, zdecydowałam się wpisać zdania które pokazują różne oblicza popełnionego plagiatu.  Jednocześnie przyznaję – będę się koncentrować na rozdziale poświęconym narodzinom kina. Nie dlatego, że potem skłonność Kałużyńskiego do zapożyczeń ustaje tylko po prostu po tym rozdziale skończyła się moja cierpliwość i napisałam maila do prof. Lubelskiego informując go o tym, że kto inny czerpie zyski z jego pracy. Poza tym – wydaje mi się, ze nie chodzi o przytoczenie wszelkich podobieństw tylko o udowodnienie że są (nawet jeśli zdanie nie bylby identyczne należałoby skrytykować Kałużyńskiego za przejęcie struktury tekstu Lubelskiego) W przy poniższym porównaniu korzystałam z wspominanych wcześniej wydań książki (książka prof. Lubleskiego doczekała się kilku wydań – wiem bo zawsze sprawdzam czy to na pewno nie nowa książka). Cytaty będą się pojawiać parami. Pierwszy zawsze z książki prof. Lubelskiego drugi z książki Kałużyńskiego. Niekiedy obcinam część zdania jeśli jest zbędna do ukazania podobieństw między jednym a drugim tekstem.

„ U progu drugiej dekady XX wieku, pojawił się u nas typ filmów który miał się okazać specjalnością polskiego kina: adaptacje klasycznej literatury narodowej (…) do kształtującego się powoli rzemiosła filmowego (bo nie był to jeszcze przemysł) wszedł pierwszy producent z prawdziwego zdarzania, dysponujący kwalifikacjami menedżerskimi ale też własną wizją kinematografii. Był to  Aleksander Hertz” (Lubelski str. 32/33)

„U progu drugiej dekady XX wieku pojawił się w Polsce nurt, który stał się wkrótce naszą specjalnością, a mianowicie adaptacje klasycznej literatury narodowej. Jednym z inicjatorów przenoszenia dzieł literackich na ekran był pierwszy rodzimy producent z prawdziwego zdarzenia Aleksander Hertz” (Kałużyński 21)

[ Jak wiadomo kiedy słyszy się Aleksander Hertz natychmiast nawet w środku nocy odpowiada się „producent z prawdziwego zdarzenia”]

„ Jesienią 1911 roku w prasie ukazał się anons, zawiadamiający, że Sfinks zamierza zrealizować trzy adaptacje równocześnie. Pierwszą z nich miał być Pan Tadeusz według narodowego poematu Adama Mickiewicza, drugą –  Meir Ezofowicz  według powieści Elizy Orzeszkowej, trzecią –  Pracownice igły według popularnego wówczas melodramatu Zygmunta Przybylskiego” (Lubelski str. 33)

„ Jesienią  1911 roku w prasie ukazał się anons, zawiadamiający, że Sfinks zamierza zrealizować  Pana Tadeusza” (Kałużyński s. 21)

[Biedny anons między jednym a drugim opracowaniem skurczyła mu się treść]

„ Pod koniec 1913 roku Henryk Sienkiewicz – zachęcony powodzeniem monumentalnej włoskiej adaptacji  Quo Vadis? Enrica Gauzzoniego, wyświetlanej właśnie w Galicji – udzielił zgodny na sfilmowanie  Trylogii początkującemu reżyserowi teatralnemu Edwardowi Puchalskiemu, rekomendowanemu przez słynnego aktora Józefa Kotarbińskiego” (Lubelski s. 36)

„Pod koniec 1913 roku Henryk Sienkiewicz – zachęcony ponoć powodzeniem monumentalnej włoskiej adaptacji  Quo Vadis? Enrica Gauzzoniego– udzielił zgodny na sfilmowanie  Trylogii początkującemu reżyserowi teatralnemu Edwardowi Puchalskiemu” (Kałużyński s. 22)

[To było proste nawet dla mnie osoby porównującej oba teksty – po przepisaniu zdania z książki Lubleskiego dodałam „ponoć” wycięłam Galicję i Kotarbińskiego i dostałam zdanie Kałużyńskiego. Jaka oszczędność czasu]

Teraz moi drodzy się skupcie. Przytaczam cytat z Małgorzaty Henrykowskiej który w książce Tadeusza Lubelskiego znajduje się w ramce na str. 36

„ W przeciwieństwie do innych kinematografii, kino polskie nie adaptowało literatury obiegu trywialnego […], a kierowało się  w stronę literatury artystycznej wyższego lotu (…)” (Lubelski 36)

„ (…) w przeciwieństwie do innych kinematografii – kina polskiego nie interesowała raczej literatura popularna, a przede wszystkim ta z wysokiej półki” (Kałużyński s.22)

[ Mamy tu do czynienia ze specyficznym głuchym telefonem – Kałużyński nie przyznaje się do parafrazowania Henrykowskiej, ani do zapożyczenia tej obserwacji od Lubelskiego. Co więcej cytat z Hendrykowskiej jest u Lubelskiego przycięty – co oznacza że w książce Kałużyńskiego znajdziecie parafrazę, odpowiednio przykrojonego przypisu z Hendrykowskiej, przy czym nigdzie nie znajdziecie odwołania do kogokolwiek. Warto też dodać, że parafraza cytatu znajduje się w narracji dokładnie tam gdzie u Lubelskiego znajduje się cytat]

„Zanim w 1917 roku wyjechała na stałe za granicę, gdzie w Niemczech, a następnie w Stanach Zjednoczonych zdobyła status wielkiej gwiazdy kina niemego, wystąpiła w ośmiu filmach wytwórni Sfinks, z którą w styczniu 191 podpisała dwuletni kontrakt. W filmach tych powtarzała jeden typ: kobiety fatalnej, rujnującej szczęście zakochanych w niej mężczyzn. W  Niewolnicy Zmysłów  (1914) Jana Pawłowskiego , będącej jej filmowym debiutem, a także w  Bestii (1917), jedynym ocalałym filmie z jej udziałem z tego okresu – ginęła w finale, mordowana przez zazdrosnego apasza, dawnego kochanka, w Żonie (1915) sama po zdradzie męża odbierała sobie życie. Podobny schemat powracał w filmach  z serii  Tajemnice Warszawy (1917), kończących polską część kariery Poli Negrii” (Lubelski  s. 37/38)

„ Zanim w 1917 roku wyjechała z Polski, by święcić triumfy w Niemczech a później w Hollywood, wystąpiła w ośmiu obrazach wytwórni Sfinks, z którą w styczniu 1916 podpisała dwuletni kontrakt. W filmach tych powtarzała typ kobiety fatalnej, rujnującej szczęście zakochanych w niej mężczyzn. W  Niewolnicy Zmysłow  (1914) Jana Pawłowskiego, będącej jej filmowym debiutem, a także w  Bestii (1917) ginie w finale, mordowana przez zazdrosnych kochanków. W  Żonie (1915) po zdradzie męża odbiera sobie życie. Podobny schemat powracał w filmach z serii  Tajemnice Warszawy (1917), kończących polską karierę Poli Negi” (Kałużyński s. 26)

[ Tu właściwie już można grać w znajdź pięć różnic pomiędzy tymi akapitami. Warto też dodać, że poniżej tego akapitu znajduje się kolejny O Hertzu.  Równie bezczelnie przepisany. Tym samym na stronie 26 znajdujemy piękny przykład na „Napisz książkę Tadeusza Lubelskiego własnymi słowami”]

Ciekawa rzecz zachodzi pod koniec strony 26 i na początku strony 27 książki Wojciecha Kałużyńskiego – pojawia się bowiem cytat z Przeglądu Tygodniowego. Niby nic w tym złego cytat został ładnie wybrany i dobrze kończy rozważania o kinie polskim przed odzyskaniem niepodległości. Nie powinno was jednak zdziwić że ten sam cytat znajdziecie w dokładnie takim samym brzmieniu pod koniec rozdziału „Początki kina na Ziemiach Polskich” w książce Tadeusza Lubelskiego. Jest jednak różnica. Bp u Lubelskiego jest to cytat (z przypisem!) z „Przeglądu Teatralnego”. Najwyraźniej Kałużyński nie tylko przepisywać lubi ale też nie umie.

„Ośrodki produkcyjne były efemerydami: spośród 146 firm, realizujących filmy w okresie międzywojennym, mniej więcej jedna trzecia ograniczyła się do wyprodukowania jednego utworu. W efekcie można mówić o „Incydentalnym, chałupniczym i spekulacyjnym” charakterze ówczesnej produkcji filmowej w Polsce” (Lubelski s. 41 – treść w cudzysłowach za  książką Edwarda Zajicka Poza ekranem.  Kinematografia polska 1918-1991, Warszawa 1992)

„(…) producentów z prawdziwego zdarzenia było jak na lekarstwo; zakładane firmy były najczęściej efemerydami, powstawały i upadały. Spośród 146 producentów filmowych w dwudziestoleciu międzywojennym, niemal jedna trzecia zrealizowała jeden film, po czym znikła z rynku. Ich działalność miała charakter przypadkowy i chałupniczy, a jednokrotnie jawnie spekulacyjny” (Kałużyński 29)

[ Nie wiem jak wy ale jak ja myślę o produkcji filmowej w Polsce w dwudziestoleciu to przychodzą mi do głowy wyłącznie słowa efemeryda , chałupniczy czy spekulacyjny. Zresztą przez takie zdanie wykryłam podobieństwa. Cyfry w konkretnym układzie są tak charakterystyczne że jeśli się je raz zobaczy to natychmiast człowiek przypomina sobie, że już to gdzieś widział. ]

 Pozwólcie że tu skończę. Nie dlatego, że brakuje mi przykładów. Dlatego, że to dalej nie ma sensu. Na kolejnych kilkudziesięciu stronach, akapit po akapicie, strona po stronie zostaje nam streszczona książka Lubleskiego. Co prawda mam podejrzenia że tam gdzie Kałużyński nie streszczał Lublelskiego streszczał Stefanię Beylin lub  Edwarda Zajicka ale jednak najwyraźniejszy jest tu plagiat z prof. Lubelskiego. Przy czym zgadza się absolutnie wszystko – jeśli rozłożycie obok siebie obie książki i zaczniecie zaznaczać u Kałużyńskiego miejsca gdzie właściwie przepisuje Lubelskiego to w pewnym momencie skończą się wam znaczniki. Nie wiem czy pozostałe dwie książki poświęcone teatrowi i kabaretowi są przepisane od innych twórców. Wiem, że na pewno w części poświęconej teatrowi znajdują się zdania z innych książek. Niestety nie mam w domu całej potrzebnej literatury ale na pewno część przytaczanych uwag znajduje się u Kopra co nie oznacza, że nie znajdują się jeszcze w jakiejś trzeciej książce.  Oczywiście gdyby zaszła taka potrzeba mogę przytoczyć wszystkie powtarzające się zdania z rozdziałów filmowych ale nie ma na to miejsce w pojedynczym wpisie. Nie jest to zresztą chyba moje zadanie. Nie stanowię w tym sporze strony – jestem jak to się ładnie mówi zaniepokojonym czytelnikiem.

Co mnie najbardziej w całej sytuacji niepokoi? Po pierwsze – fakt, że książka Kałużyńskiego wyszła w wydawnictwie PWN. Dotychczas kupując książki PWNu miałam wrażenie (jak widać mylne), że kupuję książki dobre, sprawdzone, przeczytane. Publikacja Kałużyńskiego sprowadziła mnie na ziemię – nikt w procesie wydawniczym nie sprawdził czy przypadkiem publikowana książka nie jest streszczeniem najważniejszej (wydanej w ostatnich latach) publikacji na ten temat. Gdyby jeszcze Kałużyński przepisywał z Historii Filmu Polskiego wydanej w latach  70 można byłoby jakoś redaktorów usprawiedliwiać. Choć to pozycja podstawowa (której brak w bibliografii Kałużyńskiego wzbudził jedno z pierwszych moich podejrzeń) to jednak wydana dawno. Książka Lubelskiego jest powszechnie dostępna – można było sprawdzić.  Prawdę powiedziawszy oczekiwałabym od PWNu zwrotu pieniędzy (namawiam do tego szczerze wszystkich posiadaczy książki) bo zapłaciłam 89 zł, za książkę którą w dużym stopniu już mam – kupioną kilka lat wcześniej. Jak na ironię na ostatniej stronę książki znajdziemy przesłanie od Polskiej Izby Książki „Książka, którą nabyłeś jest dziełem twórcy i wydawcy. Poprosimy, abyś przestrzegał praw jakie im przysługują (…) Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty”. Jak Państwo widzą do cytowania i podawania źródeł się zastosowałam. A teraz Państwa kolej. Oddać własność twórcy i wydawcy. Adres mailowy prof. Lubelskiego łatwo znaleźć w sieci.

Ps: Początkowo myślałam, że będę się doskonale bawić pisząc ten wpis. Że w wykryciu jakiegoś plagiatu jest satysfakcja czy radocha. Ale nie, jest jedynie strasznie dużo rozczarowania. Bo w Internecie znajdziecie recenzje chwalące książkę Kałużyńskiego za to jak dobrze zna się on na kinie międzywojennym. Tymczasem jeśli naprawdę chcecie poczytać książkę kogoś kto zna się na kinie Polskim to przeczytajcie sobie odpowiednie rozdziały w Historii Kina Polskiego. Bez skrótów, pogłębione i zdecydowanie ciekawsze. No i nieprzepisane.

Ps2: Zupełnie osobne ogłoszenie parafialne. Jestem dziś w Katowicach, jutro w Gdańsku więc wpisu sobotniego nie będzie. Będzie za to niedzielny z podsumowaniem wojaży, poniedziałkowy o Doktorze, a we wtorek napiszę wam jak doskonałym filmem jest Gość. Natomiast dziś możecie przeczytać moją recenzję Brudu (z McAvoyem) na Onecie.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Smród jakich mało. Aż żal profesora.

  • Eeva

    Zastanawia mnie bezczelność autorów, którzy „pożyczają” twórczosć innych. To nie wypracownie w liceum tylko książka, kóra zostanie wydana i przeczytana przez wielu ludzi. Już Emilka ze Srebrnego Nowiu pokazała że „pożyczenie” czyjejś twórczości zawsze zostanie odkryte ;-)

    • Maja Córka Zegarmistrza

      a jaka historia z Emilką była?

      • Przyłączam się do pytania. Szukam w internecie, ale jakoś bezskutecznie. :/

        • Maja Córka Zegarmistrza

          no właśnie ja też nie mogłam nic znaleźć :D

          • Emilkę dawno czytałam, ale może chodzi o to, że w książce był poruszony problem plagiatu? Bardziej przypomina mi się wątek z Ani, kiedy to przyłapała rywalkę na przypisaniu sobie czyjejś twórczości dzięki czemu wygrała konkurs.

          • Maja Córka Zegarmistrza

            ahaa… ja Emilki nie czytałam, to może dlatego :D

          • Sherlock Sherlockista

            Ja z Ani pamiętam tylko jeden z najbardziej zarazem roczulających i wzruszających wątków świata – jak Diana wysłała jej opowiadanie na konkurs, wstawiając w nie fragmenty o proszku do pieczenia dla sponsora <3 <3 <3

          • Ginny

            I stała się pionierką product placement ;)

        • Nina Wum

          Emilkę znam na wyrywki, więc śpieszę z pomocą. W szkole odbywał się konkurs poetycki. Rywalka Emilki na tym polu, niejaka Ewelina Blake (alpha bitch co się zowie zresztą) użyła wiersza jakiegoś zapomnianego, nieżyjącego już autora i zwyciężyła w konkursie. Emilka długo podejrzewała przekręt – jak na wypociny Ewelinowe wiersz był zbyt dobry – ale potwierdzenie swoich domysłów zyskała dopiero wtedy, gdy znalazła rzeczony wiersz w jakiejś starej książce w opuszczonym domu. Scenka konfrontacji z Eweliną – bezcenna.

          • A jednak to była Emilka. Pamiętam, że tytuł owego poematu miał coś wspólnego z winogronami. Ale jak się czytało jakieś 20 lat temu to można pewność wyrzucić do kosza.

    • Lilith

      To mi przypomina, jak trafiłam kiedyś na blog dziewczyny, która żywcem przepisywała „Między ustami a brzegiem pucharu” Rodziewiczówny, publikując to jako swoje własne opowiadanie. Zgłosiła je nawet do ocenialni! Najwyraźniej do głowy jej nie przyszło, że trafi na kogoś innego, kto też tę książkę czytał i będzie wniebowzięty na myśl o tym, że jakaś bratania dusza fanfik pisze do takiej nietypowej pozycji…

      • Moreni

        A to mogłaś trafic na prowokację. Niektórzy w ramacjh hobby robią takie rzeczy (najczęściej szukają jednak mniej znanych ustworów niż „Między ustami…”), aby sprawdzić kompetencje oceniających.:)

      • Dzidka

        Ba! Czasami czytuję gazetki z opowiadankami typu „to mi się przydarzyło”. Żebyście wiedzieli, ile tam jest plagatów!!! Oczywiście zgłaszałam kilkakrotnie redakcjom tych pisemek, nie otrzymałam odpowiedzi ani razu :( A ja mam bardzo dobrą pamięć i doskonale kojarzę te ustępy, wręcz słowo w słowo przepisywane.

  • Magda K-ska

    Dziękuję Ci za ten wpis. Czytałam książkę Kałużyńskiego i podobała mi się ona pod względem treści (nie miałam okazji czytać książki profesora Lubelskiego, ale teraz na pewno to zrobię), jednak miałam mnóstwo zastrzeżeń merytorycznych co do niej, na co zwróciłam uwagę wydawcy. Ciekawa natomiast jestem czy Kałużyński ‚zapożyczał’ od innych fragmenty również w innej swojej książce „Niebieskie ptaki PRL-u”, dotąd nie natknęłam się na podobieństwa, ale znam mało książek na temat PRL.

  • Lisia kita

    Przyznam, ze z takim plagiatem nie spotykalam sie do tej pory zbyt czesto. Ale widze – i jest to nagminne! – tlumaczenie cudzych prac z odrobina kreatywnej parafrazy i publikowanie ich pod wlasnym nazwiskiem. Fuj :/

  • Mam w domu biografię Zygmunta Kałużyńskiego jego autorstwa i dzisiaj otworzyłaś mi oczy. Jest mi cholernie smutno z tego powodu, bo ta czarna książka jest dla mnie ideałem biografii – jak widać ma więcej niż jednego autora.

    Że PWN wydaliło z siebie taką bułę. To przebija nawet „Georgialiki” Pakosińskiej.

    • b

      Zygmunt to nie Wojciech…

      • b

        Aj, sorki, przeczytałam bez zrozumienia :-)

  • Czytam i nie wierze.

  • Niedobrze się człowiekowi robi, jak czyta o takich ‚wyczynach’. Żałuję, że tak dobrze oceniłam tę książkę, autor nie zasłużył na to. Aż dziw, że dopiero teraz sprawa się wydała…

  • Ziuta

    To nie pierwszy taki przypadek w wykonaniu W. Kałużyńskiego. Swego czasu, pisząc biografię swojego wielkiego krewniaka, pożyczył to i owo z bloga Ebenezera Rojta:

    http://kompromitacje.blogspot.com/2014/05/kaluzynski-plagiatuje-rojta.html

    • Zwierz podlinkował ten wpis w tekście. Ale mi się smutno się zrobiło, bo bardzo lubię tę biografię Zygmunta Kałużyńskiego. :/

      • Ziuta

        Oj sorry :) Ale i tak rzeczywiście nieciekawie

  • Agniecha

    Nie jestem do końca pewna jak działa praca wydawnictwa, nie wiem czy przepuszczają teksty przez jakieś programy antyplagiatowe, ale jeżeli nie to trudno jest popadać w paranoję i sprawdzać każdy tekst- choć patrząc na ten przykład ewidentnie widać, że najwyraźniej by się to przydało.
    Nie mniej, jestem w mega szoku, że doszło do takiego plagiatu u tak ważnego Wydawcy. Można by z jednej strony pomyśleć, że najwyraźniej Kałużyński zwyczajnie podobnie myślał jak Lubelski, ale wierne kopiowanie treści to jest dla mnie niedopuszczalne.

  • Marinaa

    Studiuję polonistykę i przez 3 ostatnie lata studiów przez cały czasz przewijały się stwierdzenia, że JEDYNIE PWN wydaje najlepsze książki. Nawet zmuszano studentów, by kupowali słowniki i wydania PWN, chociaż to inna historia. Pisząc swoją pracę licencjacką cały czas zastanawiałam się nad tym jak wygląda program antyplagiatowy. Prawie zeszłam na zawał, gdy udało mi się dotrzeć do dema programu, który na czerwono podkreślił mi już sam tytuł pracy… Z programami akurat jest tak, że często podkreślają wszystko, bezmyślnie. Dziwi mnie, że PWN bezmyślnie naraża swoją renomę na szwank. Współcześnie coraz częściej sięga się po opracowania dotyczące kinematografii, nie jest to temat pomijany i mało znany.

    • Ginny

      Przecież aktualnie PWN nawet już nie ma redakcji słowników…

      • Marinaa

        Jak nie ma? Wielki Słownik Ortograficzny pod red. Polańskiego? To taki czołowy przykład.

        • Ginny

          No nie ma, zlikwidowano kilka lat temu.

    • Arkadiusz

      Co do programów, to takie sytuacje zdarzają się dlatego, że program nie jest „inteligentny”. Z tego co pamiętam one porównują zestawy znaków (stąd pomysł by zastępować spacje dowolnym znakiem i zmieniać kolor czcionki tego znaku na biały – stworzy się jedno długie słowo, którego żaden inny autor nie napisał). Stąd po samym przeskanowaniu dowolnym antyplagiatorem, potrzebna jest interwencja człowieka, który porówna zaznaczane fragmenty, sprawdzi przypisy i inne takie sprawy. Program jest tylko pomocą naukową i (jak na razie) nie zastąpi człowieka :-)

  • Jestem trochę skonfliktowana, bo lepiej czyta mi się Twoje teksty w pierwszej osobie, nie lubię pisania o sobie w trzeciej, po prostu nie cierpię (tak, wiem, to nie jest błąd, ani nic złego, po prostu ja nie lubię).
    Ale, z drugiej strony, piszesz w pierwszej osobie o okropnych rzeczach. Wczoraj o tym pełnym pogardy bucu, dziś o chamskim plagiacie. Hadko czytać.

  • W.

    Hej Zwierzu :)
    Mały przypisik do Twoich przypisów: profesor Małgorzata HenDrykowska, nie Henrykowska :)
    Niemniej dobra robota!

  • Alex

    Brak uczciwości autora i brak profesjonalizmu wydawnictwa – przykre.

  • Dobra robota, Zwierzu! Takie rzeczy warto nagłaśniać.

  • nieoczywiste

    Zawsze Ciebie ceniłam, Zwierzu, ale po dwóch ostatnich wpisach w pierwszej osobie, cenię jeszcze bardziej. Mądry z Ciebie człowiek, a przynajmniej niegłupi :)
    Co do opisanego plagiatu, mam nadzieję, że autora i wydawnictwo, poza ostracyzmem spotka odpowiednio wysoka kara finansowa. Bo nazywając rzeczy po imieniu, to co Pan Kałużyński zrobił to zwykła kradzież jest. I przykro mi bardzo, że wydawnictwo o takiej renomie się pod tym podpisało. Po prostu wstyd.

  • Sherlock Sherlockista

    Demaskowanie plagiatów to bardzo cenna robota – mam tylko ogromną nadzieję, że nie skończy się tak jak niestety bardzo często w Polsce, rozejściem po kościach. Wiem, że włożyłaś w to już sporo czasu, ale zachęcam Cię gorąco, żebyś właśnie z uwagi na ten czas, który już poświęciłaś śledziła dalszy rozwój sytuacji (i czy jakiś nastąpi), bo w takich okolicznościach wszyscy często robią wszystko, żeby zamieść problem pod dywan i zapomnieć, albo zbagatelizować, że „och, autor się tak Lubelskim zainspirował, sprawa dyskusyjna”. Brawo za notkę i za publiczne wystąpienie!

  • Wazon

    FUUUJ !! Sto razy wolę złodzieja, ktory kradnie sto złotych, niż plagiatora, który kradnie myśli i pracę. Mam takich w głębokiej pogardzie i gdybym, bedąc jeszcze kierownikiem redakcji jakiegos autora na tym zlapała, skompromitowałabym go jaknajbolesniej.
    Należy tego….podać do sądu.

    • Sherlock Sherlockista

      No właśnie też wydaje mi się to jeszcze obrzydliwsze, jeszcze bardziej bezczelne… Złodziej, który się włamuje, gwałci prywatność, i to jest szczególnie obrzydliwe w kradzieżach dla mnie – ale plagiator, który podpisuje się pod cudzym osiągnięciem jest szczególnie podstępną i żałosną postacią. 100 złotych można oddać, plagiat odkręcić znacznie trudniej – mnóstwo ludzi kupiło książkę Kałużyńskiego a o notce Zwierza się nie dowie…

    • Też przytakuję i podobnie jak Sherlockista uważam, że to gorszy kaliber kradzieży właśnie dlatego, że nieodwracalny i nienaprawialny. Każde sto złotych jest takie samo jak inne, a kolczyki po prababce można odzyskać, ale plagiator kradnie tożsamość prawowitego autora. Nawet jeśli plagiat zostanie odkryty i ogłoszony, nie ma gwarancji, że dowiedzą się o tym wszyscy, którzy znają – i podziwiają – dzieło w wersji splagiatowanej. I to oni – ich uznanie, ich reakcje, myśli, komentarze, polemiki – jest tym, co zostało ukradzione. Złodziej pospolity krzywdzi jedną osobę, okradzionego. Plagiator krzywdzi autora ORAZ jego całą publiczność.

      • Pix

        Nie umniejszam sprawy plagiatu w żadnym razie, ale nie bardzo podoba mi się to umniejszanie wagi włamań i skradzionych przedmiotów. Może dlatego, że u mnie BYŁO włamanie, poginęły rzeczy, które miały przede wszystkim wartość emocjonalną, a szans na odzyskanie NIE MA. Powrót do mieszkania, które zostało przetrzepane – gdzie ktoś grzebał w dokumentach, szafie, prywatnych rzeczach – zajebiście, naprawdę zajebiście bezcenne. Żegnamy bezpieczeństwo, witamy paranoję.

        I tak jak mówię – nie uważam, aby plagiat był czymś pomniejszym. Każda kradzież własności, niezależnie od tego, czy jest to własność materialna czy intelektualna, jest zawsze i jednakowo czymś naprawdę paskudnym.

        • Sherlock Sherlockista

          O, ja nie umniejszam – kradzieże budzą we mnie potworną agresję, właśnie z uwagi na naruszenie prywatności. A także na to, że skradzione rzeczy mają przeważnie o tyle wyższą wartość dla własciciela niż dla złodzieja – jakiś )(*&)(*&)(*&)(*&$#&%^$ włamał mi się kiedyś do domu i ukradł lekko używany komputer – on zyskał na tym może 1500 zł jak udało mu się sprzedać. Ja straciłam narzędzie pracy, które odkupić musiałam za wyższą kwotę, na długo, sporo danych, bo przed erą chmur zawsze coś się miało nieskopiowane w dobrej wersji, mnóstwo nerwów, cały wieczór na kontakty z policją, które po długim czasie zakończyły się, naturalnie, umorzeniem, mimo że wszyscy wokół wiedzieli, kto na dzielni kradnie oraz gdzie jest melina (po tym eksperymencie na zawsze straciłam zaufanie do policji). Ale to nie było w ogóle najgorsze – najgorsze było to, że j*(*&)(*&)(*&)(*& s*)(*&)(*&)(*&)(& skrzywdził mi albo tylko wystraszył psa. Cud, że pies w ogóle w panice nie uciekł (młody był i głupi), ale zrobiło to mu (jej właściwie, bo to suka) tak źle, że latami bała się strasznie wszystkich mężczyzn, i zaczęła być zwyczajnie znerwicowana. Nie wiem, czy ją kopnął, czy co, gdybym dopadła, to bym gnojkowi wymierzyła taki samosąd, że naturalnie wylądowałabym w więzieniu i płaciłabym mu grzywnę. Bo kradzieże to, zdaje się, „niska szkodliwość społeczna”, a krzywdzenie zwierząt żadna.
          Więc absolutnie nie chciałam wywołać wrażenia, że bagatelizuję tego typu kradzieże – nienawidzę złodziei.

        • Czy moje „można odzyskać” odczytałaś jako „odzyska się na pewno”? Jeśli tak, przykro mi z powodu mimowolnego nieporozumienia, a jeszcze bardziej przykro mi, że zostałaś okradziona. Nie jest to nic, czego można by komukolwiek życzyć, a złodzieja należy nazwać po imieniu – złodziejem. I wyraziwszy z całego serca współczucie, jednak delikatnie zaprotestuję przeciwko przypisywaniu mi czegoś, czego nie robię. Czy tam wyżej piszę „złodziej”, czy może „w sumie miły gość, co od niego chcecie”? A jak ostatnio sprawdzałam, „pospolity” nie było pochwałą.

          Co do wartości emocjonalnej – oczywiście, że masz rację! Właśnie dlatego od początku rozdzielam „sto złotych” i „kolczyki po prababce”. Te ostatnie odzyskać znacznie trudniej, a nawet jeśli, to szoku po odkryciu kradzieży już niczym się nie naprawi. Chcę po prostu zwrócić uwagę na to, że plagiat ma wymiary, które są często lekceważone – przede wszystkim właśnie to, że poszkodowany jest szerszy krąg osób niż przy materialnej kradzieży. My dwie zgadzamy się w tym, że plagiatu nie należy bagatelizować – cieszę się z porozumienia w tym punkcie, poważnie. Ale jest pełno takich, co powiedzą „E tam, o co robić szum. Kradzież to tylko jak forsa, a jemu przecież nic nie zginęło”.

          Życzę odzyskania Twoich rzeczy, a jeśli to naprawdę niemożliwe, to przynajmniej poczucia bezpieczeństwa. Wiem, łatwo się mówi, a ja mogę zaoferować tylko słowa. Ale z drugiej strony, to właśnie moje słowa Cię zabolały, więc mam nadzieję, że słowami mogę też to naprawić? *wręcza kubek herbaty, albo czego bardziej lubisz* :)

      • Wazon

        Właśnie. Plagiat to sprawa nie tylko nieuczciwa, ale brudna i żałosna. poza tym widać, jak plagiator sam siebie nisko ceni, skoro nie wierzy we własne mozliwości. To paskudni ludzie. Dnia 24 października 2014 22:49 "Disqus" <notifications@disqus.net> napisał(a): Settings A new comment was posted on zwierz popkulturalnyAletheia FelineaTeż przytakuję i podobnie jak Sherlockista uważam, że to gorszykaliber kradzieży właśnie dlatego, że nieodwracalny inienaprawialny. Każde sto złotych jest takie samo jak inne, akolczyki po prababce można odzyskać, ale plagiator kradnietożsamość prawowitego autora. Nawet jeśli plagiat zostanie odkrytyi ogłoszony, nie ma gwarancji, że dowiedzą się o tym wszyscy,którzy znają – i podziwiają – dzieło w wersji splagiatowanej. I tooni – ich uznanie, ich reakcje, myśli, komentarze, polemiki – jesttym, co zostało ukradzione. Złodziej pospolity krzywdzi jednąosobę, okradzionego. Plagiator krzywdzi autora ORAZ jego całąpubliczność.4:49 p.m., Friday Oct. 24 Reply to Aletheia Felinea Aletheia Felinea’s comment is in reply to Wazon: FUUUJ !! Sto razy wolę złodzieja, ktory kradnie sto złotych, niżplagiatora, który kradnie myśli i pracę. Mam takich w głębokiejpogardzie i gdybym, bedąc jeszcze …Read moreYou're receiving this message because you're signed up toreceive notifications about replies to disqus_t8zZ2jS8pF.You can unsubscribe from emails about replies to disqus_t8zZ2jS8pF by replying to thisemail with "unsubscribe" or reduce the rate with whichthese emails are sent by adjusting your notification settings.

  • blannche

    Ta informacja powinna trafić do autora Historii kina polskiego. Koniecznie. Choć może już dawno o tym wie i podjął odpowiednie kroki. A ludzie chwalą tą drugą książkę, bo zwyczajnie nie mają takiej wiedzy jak Ty. Przykra sprawa.

  • brykanty

    Na Facebooku na prośbę o komentarz do wpisu Wydawnictwo Naukowe PWN napisało:
    Witamy, skontaktowaliśmy się już w tej sprawie z autorem. Damy znać jeśli będziemy mogli wyjaśnić sprawę. Pozdrawiamy.

  • Laura Nifla

    Dziękuję Ci za ten wpis – uświadomił mi, że trzeba znacznie częściej i mocniej nagłaśniać tego typu sprawy.

    Równocześnie ze smutkiem zawiadamiam, że wydawnictwo Ossolineum – do niedawna jedno z moich ulubionych w Polsce, a na pewno porównywalnie nobliwe jak PWN – również nie zawsze czyta to, co potem wydaje, i to w jednej ze swoich najznakomitszych i najsłynniejszych serii (biograficznej). Parę miesięcy temu przyłapałam Mariusza Misztala na plagiacie z George’a Bidwella. Na dodatek plagiacie parszywym, bo dyskredytującym konkurencyjnego autora w posłowiu niejako „na wszelki wypadek”. Pozwalam sobie podlinkować moje porównawcze opinie z LC:

    http://lubimyczytac.pl/ksiazka/58569/krolowa-wiktoria/opinia/20019528#opinia20019528
    http://lubimyczytac.pl/ksiazka/60434/wiktoria-zona-alberta/opinia/20019421#opinia20019421

    Żałuję, że nie przyszło mi do głowy od razu wynotować i wyszczególnić odpowiednich cytatów, ale książki są na tyle dostępne (Bidwell w każdej bibliotece gminnej i w co drugim antykwariacie, Misztal jeszcze zalega w niektórych księgarniach i empikach), że każdy, kto chciałby się przekonać o prawdziwości moich słów, nie będzie miał z tym problemu.

    Książkę Lubelskiego na pewno kupię – z zainteresowania tematem (mam oba tomy wielkiej syntezy historii kina, której był współautorem) i aby oddać mu sprawiedliwość. :)

  • XYZ

    Dzięki za ten wpis, plagiaty trzeba piętnować. PWN powinien się spalić ze wstydu i powrócić do dobrych standardów wydawniczych, szanowania pracy redaktorów i korektorów. Kałużyński z kolei niech się zastanawia jak odzyskać dobre imię…

  • Z innej beczki: czy zamierzasz kiedyś napisać własną książkę?

  • Keszkesz
  • Dom Wydawniczy PWN

    Witam, w związku ze sprawą nagłośnioną na tym blogu Dom Wydawniczy PWN wydaje oświadczenie.
    Dom Wydawniczy PWN Sp. z o.o. dokłada wszelkich starań wynikających z profesjonalnego charakteru prowadzonej działalności, aby wydawane przez Spółkę publikacje nie naruszały w żaden sposób praw autorskich – zarówno osobistych, jak i majątkowych.
    Zawierając umowę z Domem Wydawniczym PWN, Pan Wojciech Kałużyński złożył oświadczenie, zgodnie z którym utwór miał być wynikiem jego oryginalnej twórczości i nie naruszać w żaden sposób praw osób trzecich.
    Dom Wydawniczy PWN wprowadził jedynie do sprzedaży – wyłącznie w dobrej wierze – publikację, w zakresie której dysponował wyraźnym oświadczeniem autora o oryginalności utworu i nienaruszaniu ewentualnych praw autorskich innych osób. Książka Kino, teatr, kabaret w przedwojennej Polsce nie jest obecnie drukowana i – decyzją Zarządu – nie zostanie wznowiona. Mając na względzie zaistniałą sytuację, Dom Wydawniczy PWN zdecydował o definitywnym zakończeniu współpracy z Panem Kałużyńskim. Oznacza to, że książki tego autora nie będą już publikowane w naszym wydawnictwie.

  • Anna Janicka-Galant

    Kawał dobrej pracy demaskatorskiej. Wiem ile to kosztuje wysiłku, bo w podobny sposób „rozpracowywałam” Panią Pakosińską, która skleiła swoją książkę z tekstów kilkudziesięciu autorów. Przypominam – plagiat jest przestępstwem ściganym z urzędu i KAŻDY może go zgłosić. Czy książka Pana Kałużyńskiego została już zgłoszona?

    https://www.flickr.com/photos/artur-binkowski/sets/72157639062775356/

  • W jednym miejscu piszesz „profesora Lubelskiego” a w innym „Lubleskiego” – no to tak czy tak?

  • Piotr Szczyszyk

    Zwierzu! Dzięki za notkę, ale Pani Profesor Małgorzata nazywa się HenDrykowska :)