Ten post z serialami czyli ulubione seriale Zwierza część pierwsza

30/10/2018

Szatan też był facetem czyli jak Sabrina, feminizm i zorganizowana religia

30/10/2018

Kolejny post z serialami czyli ulubione seriale Zwierza część druga

30/10/2018

W pierwszym poście o moich ulubionych serialach wymieniłam dziesięć tytułów o których uznałam, że są kluczowe dla mojej tożsamości widza serialowego. W drugiej części wymieniam piętnaście tytułów które znalazły się pod kreską. Wciąż są dla mnie ważne i są bardzo wysoko w moim sercu ale czuję, że są mniej ważne niż tamte dziesięć.

Od razu chciałabym zaznaczyć, że kolejność wymienianych seriali jest przypadkowa. Jest ich piętnaście bo uznałam, że dwadzieścia pięć ważnych seriali brzmi jakoś tak logiczniej niż dziesięć. Czy mogłoby ich być więcej? Myślę, że spokojnie można byłoby tą listę poszerzyć jeszcze o pięć czy dziesięć tytułów. Bo to już ta część listy na której zasady są luźniejsze. Nie mniej – nie będę rozwijać tej listy bardziej bo wtedy mam wrażenie, że straci na znaczeniu. Być może będzie jeszcze część trzecia w której wymienię moje ulubione mini seriale.

Mozart in the Jungle – serial który – jak wiele na tej liście, sprawia wrażenie jakby jego realizatorzy myśląc o idealnym widzu, oczyma duszy widzieli zwierza. Opowieści o nowojorskich filharmonikach i ich nowym ekscentrycznym dyrygencie, jest w istocie opowieścią o największym z istniejących konfliktów – pomiędzy sztuką, a finansowymi i politycznymi zobowiązaniami instytucji kulturalnych. Choć sam serial jest dowcipny i komediowy, to jednak jego największą zaletą jest to, że nigdy nie podważa znaczenia sztuki. Może się śmiać z tego jak świat sztukę traktuje, ale założenie jest proste – muzyka jest ważna, kultura jest ważna, artyści są ważni. To serial który nie próbuje pokazać że muzyka jest fajna, raczej przypomina, że niezależnie od tego czy muzyk gra hip-hop czy koncert skrzypcowy, wciąż pozostaje muzykiem – artystą, który do funkcjonowania potrzebuje instytucji. Serial prowadzi nas lekko przez świat zwykle zamknięty, zdejmując z muzyki klasycznej odium snobizmu, a wstawiając w to miejsce prawdziwą pasję. Nie byłoby Mozart in The Jungle gdyby nie Gael Garcia Bernal w głównej roli. Meksykański aktor wnosi do serialu taką cudowną ekscentryczność, że jego bohater – wciąż intryguje. Poza tym musicie zrozumieć, że Zwierz akurat Gaela absolutnie uwielbia, i sam fakt, że mógł go oglądać przez kilka sezonów w telewizji był darem od bogów wsparcia estetycznego. Nawet po czterech sezonach, niestety skasowanego, serialu człowiek nie do końca wiedział z kim naprawdę ma do czynienia. Inna sprawa, to był cudownie obsadzony serial, w którym bohaterowie dali się lubić, a przede wszystkim – mogli się zmieniać. Ci których nie lubiliśmy w pierwszym sezonie w kolejnym stawali się naszymi ulubieńcami. Główna bohaterka, szła swoją drogą od asystentki do młodej dyrygentki szukającej swojej muzycznej drogi. Nie dziwi mnie że Amazon skasował produkcję, rozumiem, że nie było aż tak wielu osób które chciały się pośmiać z żartów o muzyce klasycznej, i czuły, że historia nieco zagubionych filharmoników dotyczy także ich. Co nie zmienia faktu, że to był ten serial w którym czułam się jak u siebie. I bardzo żałuję, że jedynym sposobem by dowiedzieć się co dalej stało się z bohaterami jest wymyślić sobie w głowie ciąg dalszy.

 

 

Ostry Dyżur – Nigdy nie zapomnę wieczoru, kiedy siedząc w pokoju nasłuchiwałam odgłosów odcinka serialu lecącego w telewizji. Wiedziałam, że rodzice nagrają mi go bym mogła – mając tylko kilka lat, obejrzeć go dzień później (byłam za mała by oglądać telewizję późnym wieczorem) ale dobiegające z telewizora odgłosy były zbyt fascynujące. To wspomnienie jest we mnie tak żywe, że wiem dokładnie jaki to był odcinek. Był to jeden z najdramatyczniejszych odcinków w historii Ostrego Dyżuru – ten w którym doktor Ross ratował chłopców uwięzionych w kanale burzowym. Jak pisała prasa – dokładnie tamtego wieczoru George Clooney stał się najbardziej pożądanym aktorem w USA. Ostry Dyżur był prawdopodobnie pierwszym serialem, jaki widziałam który dostarczył mi takich emocji jakich serial pragnie dostarczyć każdemu. Pamiętam jak strasznie żal było mi doktora Bentona, który miał problem z wychowaniem niesłyszącego synka. Pamiętam jak fascynowała mnie postać niezbyt miłego doktora Romano, który miał jednak momenty kiedy był całkiem ludzki. Pamiętam jak straszliwie poruszona byłam odcinkiem w którym ktoś dźgnął Doktora Cartera, pamiętam jak chlipałam oglądając odcinek w którym umierał Doktor Green. To był serial który oglądałam na dwie raty. Pierwszą – kiedy byłam jeszcze dzieckiem a potem nastolatką. Jednak w pewnym momencie serial przestał lecieć w Polsce. Dopiero wiele lat później – tuż przed końcem serialu – kiedy dochodził do finałowego piętnastego sezonu, obejrzałam wszystko jeszcze raz. Mówcie co chcecie, ale Ostry Dyżur nadal pozostaje jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym serialem medycznym jaki powstał. Choć współczesnym widzom może się wydawać takim serialowym ojcem Grey’s Anatomy to jednak – aż do końca było w nim zdecydowanie więcej medycyny i mniej romansów. Przede wszystkim był to jednak serial jak na swoje czasy niesamowicie realistyczny. Do tego stopnia, że do dziś pamiętam jak pewna pielęgniarka mówiła że ona go już nie ogląda bo nie chce oglądać pracy jak wraca do domu. Inna sprawa, te wszystkie rzeczy jakie mówili po tym jak przywieziono rannego – jak one zostają w pamięci. To cholernie dobry serial był. I wicie co, nawet pod koniec trzymał bardzo wysoki poziom. Między innymi dlatego, że po drodze scenarzyści zdecydowali, że będzie to serial o miejscu a nie o ludziach. Przez co przychodzenie i odchodzenie bohaterów było uzasadnione, i nie mieliśmy takiego przypadku jak w Grey’s Anatomy gdzie mamy wciąż tą samą główną bohaterkę której przydarzyły się już wszystkie dobre i złe rzeczy jakie mogły i jeszcze kilka dodatkowych które każą podejrzewać że jej szpital stoi na starym indiańskim cmentarzu.

 

 

 

New Girl – ostatnio zastanawiałam się czy New Girl nie jest takimi moimi Przyjaciółmi. To znaczy – wydaje mi się, że w życiu bohaterki i jej przyjaciół dużo bardziej widziałam siebie, niż w najbardziej znanym serialu o paczce znajomych mieszkających razem. New Girl był serialem który ma swoje wady – jedna, to fakt, że przestraszyli się pomysłu by dwójka bohaterów – bardzo różna ale bardzo miła, była razem wcześniej niż pod koniec serialu. Drugą wadą był ostatni sezon serialu, dziejący się kilka lat po ostatnim odcinku szóstego sezonu. O ile szósty sezon kończył się w naturalnie sympatyczny sposób, to te kilka odcinków zakończenia okazały się banalne. Nie zmienia to faktu, że New Girl będę zawsze kochać nie za to jak pokazuje swoją bohaterkę, ale jak podchodzi do postaci męskich. Zwłaszcza postać Nicka Millera (jednej z nielicznych postaci filmowych czy serialowych, którym Zwierz poświęcił osobny wpis) jest na liście moich ulubionych. Jest to jeden z nielicznych porządnych, uczciwych i sympatycznych bohaterów serialowych jakich Zwierz zna. Z jednej strony nie pozbawiony wad, ale pokazujący jak rzadko bohaterowie seriali są naprawdę porządni. Inna sprawa, New Girl dość fajnie podchodziła do przemian bohaterów – zwłaszcza drugoplanowych, którzy zmieniali się w dużo ciekawszy sposób niż wiele postaci z tradycyjnych sitcomów które nigdy nie mogą się zmienić, bo zmiana oznacza, że trzeba pisać nowe dowcipy. Do New Girl wracam z przyjemnością, kiedy potrzebuje serialu eskapistycznego. Zwłaszcza, że ilość absurdów i dziwnych zachowań bohaterów sprawia, że nie z przyjemnością uciekam do tego alternatywnego Los Angeles gdzie bohaterów z marnymi zarobkami stać na olbrzymi loft. New Girl nie jest serialem wybitnym, ale jest jedną z nielicznych produkcji serialowych w których naprawdę dobrze życzyłam wszystkim postaciom, a co więcej, miałam wrażenie, że to jak scenarzyści budują ich związki romantyczne jest dużo bardziej przemyślane niż w tradycyjnych sitcomach. Na koniec – uwielbiam ten serial bo w pierwszym odcinku ma scenę, gdzie trzech facetów by pocieszyć dziewczynę, którą dopiero co poznali, postanawia jej zaśpiewać piosenkę z Dirty Dancing i robią to koszmarnie fałszując. I myślę, że to dobrze oddaje moje największe tęsknoty, za światem gdzie ludzie są wobec siebie mili i starają się zachowywać porządnie.

 

 

Halt and Catch Fire – nigdy nie zapomnę emocji jakie towarzyszyły mi podczas oglądania pierwszego sezonu serialu o rewolucji komputerowej. To rzadki przykład serialu, w którym teoretycznie wiemy jak wszystko się skończy – wszak żyjemy już kilka lat później, ale jednocześnie ogląda się działania bohaterów trochę jak science fiction. Być może dlatego, że rewolucja w komputerach osobistych zaszła tak szybko, że łatwo zapomnieć ile niewiadomych i emocji było na samym początku. Ale nie chodzi jedynie o fascynujący temat – trochę wyciągnięty spomiędzy politycznej historii (choć przecież od niej nie mniej ważny) ale też o postacie znajdujące się w samym centrum opowieści. Tym za co uwielbiam scenarzystów to fakt, że nie zapomnieli, że zanim jeszcze świat zdecydował komu i na jakich zasadach będzie sprzedawał komputery , to nie był świat zupełnie zamknięty dla kobiet. Postacie kobiece stanowią w tej produkcji zresztą jeden z najmocniejszych elementów. Druga sprawa, to jest to serial nie tylko o konstruowaniu nowych komputerów ale także o sprzedaży i marketingu. Jest w tym coś fascynującego kiedy orientujesz się ile w nowych technologiach zależy od tego jak się je sprzedaje. Natomiast absolutnie kluczowe dla serialu wydaje mi się stworzenie postaci Joe McMillana (którego grał Lee Pace, który wyjątkowo często występuje na tej liście) – w pierwszym sezonie, najbardziej nieobliczalnej, chimerycznej i fascynującej postaci jaką Zwierz kiedykolwiek widział w telewizji. Co prawda w późniejszych sezonach napięcie nieco opadło ale nadal – jest to serial który zasługuje na dużo większą uwagę, niż ta którą się cieszy. A jeszcze warto dodać, że to jedna z naprawdę nieliczych filmowych i telewizyjnych produkcji która ma jakoś porządnie napisaną postać biseksualną, i coś z tego wątku wnika, choć nie w tak oczywisty sposób jak mogłoby się wydawać. W każdym razie – nigdy nie zapomnę w jakim napięciu oglądałam pierwszy sezon tego serialu, który do dziś ma w sobie kilka moich ulubionych telewizyjnych scen wszech czasów.

 

 

Friends – Przyjaciele są na tej liście z uczciwości i kronikarskiego obowiązku. Obejrzałam ich po raz pierwszy latem pomiędzy pierwszym a drugim rokiem studiów, kiedy powinnam się intensywnie uczyć do egzaminu z historii starożytnej, a uczyłam się bardzo nie intensywnie. Przyjaciele kiedy ich oglądałam po raz pierwszy przyciągali przede wszystkim wizją życia w której przyjaciele stają się równie bliscy jak rodzina, i wątkami które nakazywały wrzucać kolejną płytę do odtwarzacza tylko po to by dowiedzieć się co stanie się dalej.  To było wciągające, i wówczas fantastyczne przeżycie. Byłam świecie przekonana, że nigdy żaden serial nie zrobi na mnie takiego wrażenia. Kiedy się skończył czułam wielką egzystencjalną pustkę. Ale potem wracałam do Przyjaciół nie raz i odkryłam, że produkcja straciła dla mnie cały swój urok. Zaczęłam dostrzegać w niej wątki, które z zabawnych stały się problematyczne, odkryłam, że mimo wszystko czasy w których powstał serial dość znaczenie różnią się od tych w których żyje. W końcu odkryłam, że bohaterowie serialu, kiedyś wyprzedzający mnie wiekiem, stali się najpierw moimi równolatkami, a potem stali się młodsi. Kiedy w końcu mogłam porównać moje życie z ich doświadczeniami, poraziło mnie jak bardzo ich życie odstaje od tego co dzieje się wokół mnie. Ich historia stała się irytującą wizją dorosłości w której króluje denerwująca niedojrzałość. Oczywiście, wiem, że to tylko sitcom, ale wydaje mi się, że przez jego kulturowe znaczenie – oraz deklarowaną miłość milionów fanów, wiele lat po emisji, zostałam zmuszona do patrzenia nań jak na coś więcej niż tylko komedię. Nie zepsuło mi to zabawy – bo za to odpowiedzialne jest moje pewne znudzenie bohaterami, ale dało inną perspektywę. Nie mniej jest to serial ważny, jeden z najważniejszych jaki widziałam. I zaskakujące że w 2018 roku wciąż postawienie tezy, że jest to serial który pod pewnymi względami koszmarnie się zestarzał jest tak kontrowersyjne. Seriale się starzeją, niektóre nawet szybciej niż mogłoby się wydawać. To nie jest niczyja wina. Tak działa kultura.

 

 

Brooklyn 99 – zapierałam się przed tą produkcją rękami i nogami, by w końcu znaleźć w niej serialowego Złotego Graala. W moim przypadku oznacza to produkcję, w której lubię właściwie wszystkie postacie. Serial ma niesłychaną umiejętność mieszania dowcipu z komentarzem społecznym – w tak lekki sposób że można tego nawet nie zauważyć. Do tego, jest to serial w którym bohaterowie są mili i w zawsze w ostatecznym rozrachunku porządni. Zwierz jak może zauważyliście ma wielką słabość do porządnych bohaterów, głównie dlatego, że seriale wolą by postacie zachowywały się ciekawie niż właściwie. Jednak tym co naprawdę zadecydowało o mojej wielkiej nieskończonej miłości do produkcji jest związek Jacka i Amy. Seriale mają zwykle problem z łączeniem w pary postaci, które są od siebie bardzo różne. Zwykle jedynym pomysłem na to by jakoś pokazać ich związek jest albo, pokazanie ich kłótni albo podkreślanie że jest to uczucie pomimo różnić. W Brooklyn 99 Jack i Amy nie tylko są razem, ale się wzajemnie wspierają, chcą dobrze dla drugiej osoby, zmieniają się – jeśli uważają, że jakaś zmiana dobrze wpłynie na związek. Cudowny jest odcinek w którym Jack wie, że Amy po tym jak zda egzamin nie będzie z nim dłużej pracować, ale zamiast sabotować jej ambicje, tylko jej pomaga. Serio jeśli się zastanowić, w serialach jest bardzo mało zdrowych, niemal wzorcowych związków – a ten z pewnością jest w Brooklyn Nine Nine. Poza tym to jest po prostu serial niesłychanie dowcipny, który nie traci z oczu jakiejś takie emocjonalnej głębi. Choć niby wiemy, że wszystko musi się dobrze skończyć, to kiedy jest jakiś poważniejszy fragment – nie trudno się nam przestawić. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że po obejrzeniu pierwszego odcinka byłam przez dłuższy czas przekonana, że tego się nie da oglądać. Jak bardzo się myliłam.

 

 

Gossip Girl – po obejrzeniu tego serialu nie mogę powiedzieć, że nie rozumiem co ludzie widzieli w Dynastii. To jest Dynastia naszych czasów – wszystkie pieniądze, wszystkie dramy, wszystkie rozwiązania fabularne które stawiają serial w jednym rzędzie z największymi osiągnięciami oper mydlanych. Ale jednocześnie – Gossip Girl ma w sobie urok idealnego serialu młodzieżowego. Bohaterowie mogą wszystko, co oczywiście oznacza, że ich życie jest pełne przeszkód. Ale dzięki ich kontom bankowym, każdy bohater może pojawiać się w kolejnych odcinkach w coraz modniejszych ubraniach. Poza tym – jak wspomniałam, to jeden z nielicznych seriali który skłonił mnie do napisania tekstu o jednej z bohaterek – lata temu udowadniałam, że Blair Waldorf jest klasyczną postacią tragiczną. Co prawda z każdym kolejnym sezonem peron odjeżdżał Gossip Girl coraz bardziej ale oglądnie tej produkcji zawsze było dla mnie eskapizmem w najwyższej postacie. Piękni ludzie, w najdroższych ciuchach na tle Nowego Jorku. A w ich życiu same dramaty, którymi mogliby obdzielić kilkanaście innych szkół i nastoletnich grup. Co ciekawe – obsada serialu była na tyle dobra, że ta nastoletnia sława i popularność nie zjadła do końca aktorów, którzy pracowali potem ze sporym powodzeniem – co być może jest odpowiedzią dlaczego Gossip Girl da się oglądać dużo lepiej niż wiele innych podobnych produkcji młodzieżowych stacji CW. Co pewien czas wracam do Gossip Girl by sprawdzić jak szybko się serial starzeje. Z jednej strony – nie dałoby się chyba dziś nakręcić takiego serialu w świecie Instastory i Snapchata. Z drugiej – jest to opowieść tak odrealniona, że niekoniecznie ma znaczenie jak bardzo trzyma się rzeczywistości. Oczywiście ostatnie sezony a zwłaszcza samo zakończenie jest głupie jak but, ale do dziś jest to dla mnie ten serial młodzieżowy do którego porównuję wszystkie inne seriale tego typu. Jak na razie, żaden nie dał mi jeszcze równej frajdy.

 

 

Downton Abbey – moja relacja z Downton Abbey jest jedną z najbardziej skomplikowanych relacji z serialem jakie można mieć. Z jednej strony – tak to jest serial który w swoim pierwszym sezonie, uznawałam za absolutnie genialny i byłam gotowa kłócić się, że niewiele więcej dobrych rzeczy można zobaczyć w brytyjskiej telewizji. Z drugiej – z każdym kolejnym sezonem serial wydawał mi się coraz bardziej fantazją scenarzysty na temat tego, jak chciałby by pamiętano jego grupę społeczną. Sporo w serialu jest nieścisłości – nie historycznych, tylko raczej historyczno społecznych. To jak Fellowes wybiela arystokrację bywa niekiedy posunięte do granicy absurdu. Jak wtedy kiedy scenarzysta postanowił na za wszelką cenę przekonać, że to bujda że ówczesna angielska arystokracja była negatywnie nastawiona do czarnoskórego adoratora jednej z kuzynek, z powodu jego koloru skóry. Ponownie – nie jestem fanką zakończenia serialu, które na tle całej historii wydało się płaskie i nieco wymuszone. Ale jednocześnie – Dowton Abbey to serial, który w pewien sposób zdefiniował współczesną opowieść kostiumową, przyniósł sporo emocji, w tym – ten koszmarny odcinek świąteczny którego nadanie w grudniu można uznać za jeden z najpaskudniejszych prezentów świątecznych, bo nie morduje się jednego z głównych bohaterów w święta. Do tego jest to serial który uświadomił sporej części amerykańskiej widowni kim jest Maggie Smith i że nie gra tylko w Harrym Potterze. Zresztą co jak co ale DA miało rękę do wynajdywania angielskich aktorów i oferowania im kopa w górę – jak w przypadku Dana Stevena który pewnie wciąż by tkwił w świecie brytyjskich produkcji kostiumowych gdyby nie serial. Downton Abbey to produkcja która przyniosła mi wiele frustracji i wiele radości, ale ważny dla siebie serial rozpoznaje właśnie po tym, że dostarcza mi całego katalogu przeżyć. Jednocześnie jestem wdzięczna Fellowesowi że wskazał producentom ile kasy kryje się w obyczajowych produkcjach obyczajowych, bo dzięki temu, za jego sprawą mieliśmy ich w ostatnich latach prawdziwy zalew. A to nigdy nie jest problem.

 

 

Fargo – w przypadku seriali antologii zdarza się, że serial może jednocześnie znajdować się na liście ulubionych i wywoływać wzruszenie ramion. Trochę tak jest z Fargo. Pierwszy sezon tego serialu uważam za absolutnie genialny, podczas kiedy drugi… no po prostu jest. Trzeci jest doskonały ale zupełnie inaczej niż pierwszy, który dla mnie stanowi serialowy metr z Sevres. Wracając jednak do pierwszego – dla mnie to jest absolutnie niesamowite jaka to jest dobra historia. Z jednej strony mamy nawiązania do filmu Fargo do podobnych wizualnie elementów i do podobnych problemów w kwestii moralności ludzi, możliwości popełnienia przez nich naprawdę strasznych rzeczy i głupoty bez której rodzaj ludzki jak bez ręki. Jest to bez wątpienia moralitet, w którym dobro i zło zostają doskonale pokazane, nazwane, dobre i złe zachowania mają swoje konsekwencje, a całość staje się ostatecznie przypowieścią o tym jak czasem wystarczy jeden dobry człowiek, któremu naprawdę się chce. Bywa że jest to policjantka po której nikt by się nie spodziewał, że to jej upór coś zmieni. To serial pełne fenomenalnych ról – Martin Freeman jest tu absolutnie perfekcyjny, ale cały serial kradnie mu Allison Tolman, której pojawienie się w serialu było dla Zwierza prawdziwym odkryciem. Fargo to naprawdę genialny serial i ilekroć mam wymienić jakiś serial który poleciłabym komuś, kto chciałby obejrzeć coś co nie tylko rozbawi ale przede wszystkim zmusi do myślenia. Co prawda nie wszyscy mają słabość do moralitetów, ale chyba trochę wychodzi z tego spisu, że Zwierz lubi te seriale które w jakiś sposób komentują moralność bohaterów.

 

 

One Day at a Time – jak może zauważyliście więcej jest na tej liście seriali komediowych niż poważnych produkcji które zmieniły dzieje telewizji. Dlaczego? Ponieważ, jeśli chodzi o seriale to bardzo często szukam w nich narracji pozytywnych, sympatycznych i podnoszących na duchu. Może dlatego, że niekiedy odnoszę wrażenie, że o ile humor w wielu odcinkach mi nie przeszkadza to niemal każdy dramat wcześniej czy później wydaje mi się nieco przesadzony. One Day at a Time to sticom od Netflixa który mnie zaskoczył. Współczesny remake produkcji z lat siedemdziesiątych opowiada o kubańskiej rodzinie, w której samotna matka, jej dzieci oraz babcia radzą sobie z problemami codzienności. Wydawać by się mogło, że nie jest to temat na wybitny serial ale okazuje się, że nie ma tematów zbyt błahych. Serial doskonale radzi sobie zarówno z poważnymi tematami – jak  zaburzenia psychiczne, bycie imigrantem we współczesnej Ameryce, depresja i zespół stresu pourazowego, ani razu nie tracąc z oczu swojego ciepłego i dowcipnego charakteru. To być może jeden z najbardziej uroczych, ciepłych seriali jakie widziałam, który z każdej swojej potyczki z trudnym czy skomplikowanym tematem wychodzi zwycięsko. Olbrzymim pulsem produkcji jest Rita Moreno w roli nestorki rodu, która po prostu pożera na śniadanie każdą scenę w której się pojawia. Jestem zaskoczona tym jak wysoki jest poziom tego serialu, który pojawił się na Netflix trochę bez większego szumu i od tamtego czasu wygrywa w moich prywatnych rankingach ze wszystkimi innymi komediowymi propozycjami od platformy.

 

 

Rome – serial który pojawił się na kanale HBO w roku w którym studiowałam na pierwszym roku historii. Musicie wiedzieć, że cały pierwszy rok historii poświęcony jest historii starożytnej. Dostać w takim momencie swojego życia, serial rozgrywający się w starożytnym Rzymie. Serial, który dotyka najbardziej znanego etapu historii – czyli końca republiki i początku cesarstwa – to rzecz niezwykła. Jednak tym czym Rzym się wyróżniał, było – potem już nieco powszechniejsze, nowe pokazanie czym może być serial historyczny. Jasne – trochę koło Rzymu wyrobiła się złota zasada seriali HBO że na dziesięć minut polityki przypada pięć minut seksu (moim zdaniem nie byłoby Gry o Tron gdyby nie formuła Rzymu), ale jednak – starożytność nigdy tak na taśmie filmowej wcześniej nie wyglądała. Często rozmawiam z moimi znajomymi historykami, maniakami popkultury, że Rzym – mimo pewnych faktograficznych skrótów jest jednym z niewielu seriali historycznych, które starały się oddać mentalność czasów w których się rozgrywały. I udało się to całkiem nieźle bo część motywacji i sposobów postępowania bohaterów wydaje się nam dziwna, bo nie wynika z naszego postrzegania świata. Ponieważ Rzym był seriale koprodukowanym przez BBC to dał mi wgląd w nieznaną mi jeszcze wtedy galerię aktorów z Wysp Brytyjskich. Oczywiście największe zamieszanie w mojej głowie wywołało się pojawienie Ciarana Hindsa który na zawsze zmienił moje postrzeganie tego jak ma wyglądać Cezar. Rzym pozostaje w mojej ciepłej pamięci jako serial który oglądałam rodzinnie (och ile kanapek zrobiłam sobie w czasie rozlicznych scen seksu) kiedy przez krótki moment swojego życia mniej więcej wiedziałam o czym na ekranie nie powiedziano. Potem z trudem zdałam egzamin z historii starożytnej i pamiętam już tylko tyle co przeciętny  śmiertelnik. Ale nie będę ukrywać – moim zdaniem od tamtego serialu nic lepszego o starożytności rzymskiej nie nakręcono.

 

 

Hannibal – Fakt, że serial o mordercy kanibalu znajduje się na tej liście bawi mnie niezmiernie. Przed Hannibalem broniłam się rękami i nogami. Nigdy nie lubiłam powieści, nie jestem jedną z tych osób które oglądały Milczenie Owiec z poczuciem zachwytu. Nie jest to zły film, po prostu, historie Harrisa nigdy mnie nie ruszały. Byłam pewna, że mimo obecności Madsa Mikkelsena nie chcę oglądać Hannibala. Przekonał mnie… Tumblr. I masa memów i gifów jakie zobaczyłam na tej platformie. Do Hannibala doszłam przez fandom, przekonana, że czeka mnie serial zupełnie inny niż ten który dostałam. Dostałam z jednej strony niekiedy niesamowicie okrutną opowieść o seryjnym mordercy. Jednak w przez większość czasu zaoferowano mi opowieść o uwodzeniu prawego Willa Grahama przez Hannibala Lectera. Uwodzeniu metaforycznym ale też właściwie realnym, bo koło trzeciego sezonu Bryan Fuller, zapewne dowiedziawszy się, że nie będzie więcej kręcił, wyjął z szuflady swój fan fik i postanowił przenieść go na ekran. Hannibal jednak miał w sobie coś więcej niż worek podtekstów i sceny które w każdym innym serialu byłby raczej manipulacją fanów niż wysiłkiem scenarzysty. Hannibal był serialem estetycznym, dowcipnym, złośliwym, moralnie, co najmniej dwuznacznym. Było w nim coś pociągającego – co kazało mi, co tydzień szykować sobie kilka przekąsek by podjadać w czasie oglądania kolejnego odcinka. Był to też serial, który jednoznacznie udowodnił, że Mads Mikkelsen ma chyba o jakieś sto mięśni twarzy więcej niż przeciętny śmiertelnik. Nigdy nie zapomnę jak kiedyś oglądaliśmy z bratem Hannibala. Mads w jednej scenie zmienił wyraz twarzy. Zrobiliśmy pauzę szukając momentu w którym Mikkelsen poruszył policzkiem, oczami czy ustami. Ale nic takiego nie umieliśmy wyłapać. A jednocześnie – widzieliśmy że wyraz twarzy Hannibala subtelnie się zmienił. Jak Mad to robi nie wiem, podejrzewam, że jest źle ukrywającym się kosmitą. Nie będę ukrywać – moja miłość do Hannibala pod koniec serialu zaczęła się nieco wypalać – być może dlatego, że jednak jest jakaś granica za którą fan fik jest po prostu złą fikcją. Co nie zmienia faktu, że do dziś ostatnia scena – która jest jak marzenie każdej fanki jest moim ukochanym dowodem na to, że czasem dobrze jest kiedy scenarzysta zamiast zaprzeczać fanowskim teoriom, szepce z ekranu „To jest piękne”.

 

 

True Blood -Ileż emocji Zwierza związanych było z nie tak sekretnym życiem wampirów. Co ciekawe – jest to jeden z tych seriali które zaczęłam oglądać później niż większość fanów. Pierwsze sezony obejrzałam kiedy HBO zaczęło zapraszać do Warszawy aktorów grających w serialu. Dopiero wtedy nadrobiłam historię. I dobrze, bo wiedziałam już, na spotkaniu z Aleksandrem Skarsgardem dlaczego powinnam darzyć tego pięknego Szweda wyjątkowo żywym uczuciem. Czysta Krew w swoich pierwszych trzech sezonach była serialem cudownym. Nie genialnym, ale niesłychanie rozrywkowym i inteligentnym. Nigdy nie zapomnę jakie emocje wzbudzał we mnie wątek stwórcy Erica, który chcąc nie chcąc musiał (ale też chciał) zakończyć swoją egzystencję. Jednocześnie – serial przynajmniej w pierwszych sezonach, grał problemami społecznymi, kwestią tego jak na głębokim południu Stanów żyje się wszystkim którzy są inni. Chwalono go za komentarz społeczny schowany gdzieś pomiędzy jednym a drugim błyśnięciem wampirzych kłów. Niestety im dalej w las tym bardziej serial odchodził do krainy niesamowicie złych scenariuszy. W pewnym momencie stracił cały swój urok, wszelki komentarz społeczny wyrzucił do kosza, przestał się przejmować sensem, i pojechał w dal na koniu koszmarnej fabuły. Wtedy też go oglądałam, śmiejąc się do rozpuku z wątków takich jak pojawienie się wróżek, wampirzych bóstw, i wszystkich wątków które były tak przesadzone że nie można było tego traktować na poważnie. Nigdy nie wybaczę True Blood jak się skończyło – w sposób który wyraźnie pokazywał, że scenarzyści nie mieli żadnego pomysłu na logiczne zamknięcie fabuły. Zwłaszcza zakończenie wątku Erica wyjątkowo mnie zdenerwowało, bo akurat ta postać z każdym sezonem stawała się coraz bardziej kluczowa dla historii. I ostatecznie zupełnie to zignorowano. Ale co się na przeżywałam to moje. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że jeśli kiedykolwiek rozumiałam co kobiety widzą w wampirach i wilkołakach to było to w czasie oglądania pierwszych sezonów Czystej Krwi.

 

 

 

Miranda – serial który oglądałam dziesiątki razy i pewnie jeszcze dziesiątki razy obejrzę. Brytyjski sitcom, z Mirandą Hart w roli głównej to rzadki przypadek serialu komediowego, który bardzo wyraźnie dąży do pewnej przemiany bohaterki. Widzicie seriale komediowe zwykle nie chcą by bohaterowie się zbyt drastycznie nie zmieniali bo z czego się będzie można wtedy śmiać. Miranda to historia trzydziestoparoletniej samotnej właścicielki sklepu ze śmiesznymi rzeczami, która ma bardzo apodyktyczną dominującą matkę. Miranda jest szczęśliwa z takim życiem jakie ma, ale trochę chciałaby zmiany – trochę wydorośleć (ale nie tak by porzucać galopowanie), może kogoś znaleźć by dzielić z nim życie i uwolnić się od matki. Tym co wyróżnia Mirandę to fakt, że nie jest to kolejny serial w którym bohaterka jest wielką pięknością i jej pewne niedopasowanie jest tylko elementem scenariusza, i wszyscy czekają aż przejdzie trwającą pół sekundy metamorfozę. Miranda Hart grająca Mirandę nie jest pięknością, a przynajmniej nie jest pięknością w filmowym stylu. Jest wysoką, postawną kobietą, z długą brytyjską twarzą i średnią fryzurą. W serialu jest łamagą, niekoniecznie umie zawsze znaleźć się w sytuacji i doskonale wie, że odstaje od ideału. Jednak produkcja nie kroczy ku zmianie wyglądu Mirandy. Więcej – w pewnym momencie serialu dość jasno nam się sugeruje, że bohaterka jest dla otaczających ją mężczyzn atrakcyjna dokładnie taka jaka jest. Problemem jest to co siedzi w samej Mirandzie. Jej niska samoocena, relacja z matką, brak wiary, że będąc sobą ma prawo do takiego a nie innego życia. Serial podrzuca nam te wątki pomiędzy kolejnymi dowcipnymi odcinkami o niekoniecznie dopasowanej do wizji dorosłości kobiecie. Uwielbiam ten serial bo z jednej strony – doskonale rozumiem tą dorosłość – niedorosłość Mirandy, z drugiej – kocham fakt, że to jest serial o tym, że ta wielka metamorfoza (którą teoretycznie bohaterka próbuje przejść w pierwszym odcinku) musi się przede wszystkim rozegrać w głowie. Na sam koniec uwielbiam fakt, że Gary’ego – potencjalnego ukochanego bohaterki gra Tom Ellis (potem zagrał Lucyfera w Lucyferze). Widzicie większość produkcji takiej bohaterce jak Miranda, nie dałaby tak przystojnego potencjalnego ukochanego. Tym samym potwierdzając kretyńską wizję, że ładni ludzie wiążą się tylko z ładnymi ludźmi. I za tą figę pokazaną innym produkcjom też Mirandę wielbię.

 

 

The Hour – Ostatni na liście serial to zapis nieodżałowanej straty. The Hour pojawiło się w telewizji brytyjskiej mniej więcej wtedy kiedy triumfy święcił Mad Men. Trochę na fali popularności produkcji które działy się w określonych czasach. The Hour opowiada o BBC – a właściwie o programie informacyjnym w BBC. Obsada tego serialu była nie z tego świata. Głównego gwiazdora grał Dominic West – doskonale łącząc pewność siebie swojego bohatera ze świadomością że w sumie jest on tylko piękną twarzą publicznym dodatkiem do geniuszu dziennikarzy i wydawców. Ben Whishaw grał tam dziennikarza z pasją, chodzącego idealistę, i robił to tak cudownie, że na zawsze zrujnował dla mnie wszystkich innych idealistycznych dziennikarzy, którzy mniej lub bardziej potajemnie umierają z miłości do koleżanek z pracy. Zresztą ktoś genialny postanowił że Whishaw w jednym z odcinków będzie recytował poezję co jak wiemy podnosi atrakcyjność każdej produkcji o milion procent. Do tego w drugim sezonie pojawił się w serialu Peter Capaldi który moim zdaniem zagrał najlepszą scenę w swojej karierze, gdzie nie mówiąc ani słowa, pokazuje widzowi taki smutek i taką żałobę, że chusteczki są potrzebne na tony. W The Hour właściwie wszystko było perfekcyjne, z drobnym problemem, ten serial tak naprawdę miał szansę zainteresować pięć osób na krzyż bo cierpienia wydawców BBC z przed pół wieku, to nie brzmi jak przepis na wielki hit. Ostatecznie BBC skasowało serial po dwóch sezonach zostawiając nas z cliffhangerem i przekonanie, że nikt człowieka tak nie skrzywdzi jak brytyjski nadawca.

 

PS: Do wszystkich zainteresowanych – skończyłam oglądać Sabrinę i recenzja będzie jutro.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...