Home Film 100 dwa zwierza cz. 7 czyli takie drobne perełki

100 dwa zwierza cz. 7 czyli takie drobne perełki

autor Zwierz

 ?

Hej

 

 

Dobra zwierz nie będzie przed wami ukry­wał — lista na której w przypły­wie twór­czego sza­łu wymyślił wszys­tkie kat­e­gorie do tegorocznej set­ki zag­inęła. Gdzie jest nie wiado­mo, najpraw­dopodob­niej wybrała wol­ność za biurkiem zwierza. Oznacza to, że zwierz wycią­ga kole­jne kat­e­gorie do tegorocznej set­ki z zaka­marków swo­jego przeżartego pop­kul­turą mózgu. I tak stało się z zapowiedzianą na dziś kat­e­gorią — zwierz obiecał dziesięć ulu­bionych filmów Dis­ney­ows­kich a tu kicha bo okazu­je się, że swo­je dziesięć już kiedyś wymienił. Co praw­da miał wtedy zde­cy­dowanie mniej czytel­ników ale nie zmienia to fak­tu, że jak było to było.   Dzisiejsza kat­e­go­ria będzie więc bard­zo dzi­w­na i słucha­j­cie uważnie byś­cie zrozu­mieli pokrętne tłu­maczenia o co w niej chodzi. Zwierz zebrał bowiem kil­ka mniejszych filmów (w założe­niu są to filmy, które sam znalazł na żad­nym z nich nie był w kinie, jeśli posi­a­da któryś na DVD to albo zakupił go po sean­sie albo ma DVD przy­pad­kowo), które spraw­iły, że zwierz myślał nad nimi chwilę dłużej. Cza­sem jeden dzień cza­sem dwa. Wiecie tak cza­sem jest — nieza­leżnie czy to wiel­ka pro­dukc­ja czy mała, że jeszcze następ­nego dnia odgry­wasz sobie film w głowie. Zwierz nie wie dlaczego to właśnie te filmy tak na niego podzi­ałały. Przy czym to chy­ba ważne — to lista dość świeża (poza jed­nym czy dwoma przy­pad­ka­mi) — podob­ną kat­e­gorią na pier­wszej setce był dzień bez arcy­dzieła gdzie zwierz też poświę­cił się mniejszym pro­dukcjom. Ogól­nie jeśli zwierz miał­by coś powiedzieć o dzisiejszym eklek­ty­cznym zbiorze to chy­ba tylko to, że w jakimś momen­cie filmy te wywarły na zwierzu wraże­nie — raczej dobre wraże­nie.  Dzi­w­na Kat­e­go­ria nie? Ale chy­ba każdy kino­man wie o co zwier­zowi mniej więcej chodzi. Tak więc dziś będzie lista takich nazwi­jmy to umown­ie perełek.

 

 

 Dziś będzie o takich fil­mach perełkach, które się nam w życiu przy­darza­ją i nie dają przy­na­jm­niej przez pewien czas o sobie zapom­nieć nawet jeśli nie są wybitne. A nawet po cza­sie zde­cy­dowanie gorsze niż je zapamię­tal­iśmy.

 

 

 

Zimowy gość — zwierz obe­jrzał film ponieważ nakrę­cił go Alan Rick­man. No i ponieważ gra w nim Emma Thomp­son. Właś­ci­wie zwierz nie wiedzi­ał czego się spodziewać ale na pewno nie tego co dostał. To portret jed­nego dnia z życia niedawno owdowiałej kobi­ety i jej syna. On wychodzi rano do szkoły, ją odwiedza mat­ka.  Morze zamarzło i dwóch chłopców którzy zre­ali się ze szkoły spędza czas nad jego brzegiem, dwie starsze panie uda­ją się na pogrzeb. Wydarzenia nie układa­ją się w żad­ną porusza­jącą his­torię.  Ale właśnie dzię­ki temu film jest wspani­ały.  Wszys­tko co się w filmie wydarza spraw­ia wraże­nie przy­pad­kowego ale po pewnym cza­sie widz­imy, że ten pozornie pozbaw­iony wiel­kich wydarzeń dzień to dzień przeło­mu. Przeło­mu, który przy­chodzi niespodziewanie, tak samo jak niespodziewanie lód skuwa morze. Kto wie, czy po wydarzeni­ach tego dnia wdowa i jej syn nie poradzą sobie lep­iej ze stratą, która wcześniej wydawała się nie do oga­r­nię­cia. Film ma w sobie coś poe­t­y­ck­iego, nieśpiesznego, nieco sym­bol­icznego ale bez prze­sady. Emma Thomp­son i Phyl­l­i­da Law w rzeczy­wis­toś­ci mat­ka i cór­ka, doskonale gra­ją fil­mową matkę i córkę. To jeden z lep­szych portretów relacji między dzieck­iem a rodz­icem w tym trud­nym momen­cie kiedy nie do koń­ca wiado­mo kto się kim ma opiekować. Początkowo wyda­je się, że to mat­ka ma się opiekować córką, pod koniec że cór­ka matką a w rzeczy­wis­toś­ci film utwierdza nas w przeko­na­niu, że być może rodz­ice są nam potrzeb­ni nawet wtedy kiedy jesteśmy zupełnie dorośli. Zwierz uwiel­bia ten film a najbardziej uwiel­bia jego ostat­nią scenę. Przez nią i przez wiele innych szczegółów myślał o tym filmie jeszcze dłu­go po sean­sie.

 

 

 Film zde­cy­dowanie utwierdza w zwierza w przeko­na­niu, że cza­sem najlep­szą rzeczą jaką moż­na zro­bić to pójść z kimś z rodziny na spac­er. I tylko tyle.

 

Unre­lat­ed - zwierz poświę­cił tej pro­dukcji cały wpis ale nadal pozosta­je pod niesamow­itym wraże­niem . His­to­ria jest pros­ta — kobi­eta koło trzy­dzi­est­ki przy­jeżdża na wakac­je we Włoszech do prze­by­wa­ją­cych tam nieco dłużej zna­jomych. Gru­pa dzieli się nat­u­ral­nie na starszych i młod­szych przy czym  młod­si mają po kilka­naś­cie lat i świat u swych stóp. Bohaterkę,  która wiekowo należy do grupy starszej ciąg­nie do młodych ludzi. Zwłaszcza do okazu­jącego jej więcej uwa­gi , przys­to­jnego młodzień­ca (Tom Hid­del­ston jako przeu­roczy wital­ny chłopak sprawdza się świet­nie).  Początkowo wyda­je się, że chłopak jest nią rzeczy­wiś­cie zain­tere­sowany ale chy­ba raczej z  nudów czy z młodzieńczej bezczel­noś­ci bawi się w taki pozornie niegroźny flirt.  Film ma kil­ka znakomi­tych scen i cały znakomi­cie odd­a­je nie tyle wydarzenia co pewne uczu­cia.  Tytułowe niepow­iązanie ide­al­nie odd­a­je naturę fil­mu. Bohater­ka jest zaw­ies­zona pomiędzy dwiema gru­pa­mi, dwoma momen­ta­mi w życiu nie należąc do żad­nego. Jed­nocześnie autorce fil­mu udało się doskonale odd­ać atmos­ferę lata, odd­ale­nia, wypeł­ni­a­nia dnia zabi­ja­ja­ją­cy­mi czas czyn­noś­ci­a­mi. Niesłuchanie dobrze sportre­towała też obser­wowaną z boku młodość, która sta­je się obiek­tem zaz­droś­ci. To takie porządne kino oby­cza­jowe które rzad­ko się widzi ale kiedy się je zobaczy pozosta­je na dłu­go w pamię­ci. Tak jak w tym przy­pad­ku. Zwierz nie może się  doczekać kole­jnego fil­mu reży­ser­ki, która już zapowiedzi­ała że niedłu­go rozpocznie prace nad trzec­im filmem.

 

 

 Plus minus cały znakomi­ty film w jed­nym kadrze.

 

 

Tak się robi telewiz­ję — zwierz kupił sobie ten film przy­pad­kowo na DVD. Już nie pamię­ta co go skusiło. Film opowia­da o pro­dukowa­niu seri­alu, o wyborze tego jed­nego odcin­ka z którego pow­stanie w końcu ser­i­al. A zaczy­na się od  sce­narzysty, który po śmier­ci (samobójczej) swo­jego bra­ta pisze odcinek w luźno opar­ty na tych wydarzeni­ach. Jed­nak krok po kroku jego ser­i­al zamienia się co raz bardziej w kole­jny telewiz­yjny pro­dukt, z którego wylatu­ją ory­gi­nalne ele­men­ty fabuły. Zwierz przyglą­dał się tej his­torii z zain­tere­sowaniem nie tylko dlat­ego, że chodzi o pokazanie (ponoć w miarę realne) pro­dukcji telewiz­yjnej, która miejs­ca­mi przed­staw­ia się prz­er­aża­ją­co. Chodzi też o pewną drogę od pomysłu twór­cy (bard­zo dobry David Duchowny) do tego co ostate­cznie lądu­je na ekranie. Zwierz oglą­da­jąc zas­tanaw­iał się jak wielu sce­narzys­tów oglą­da na ekranie zupełnie inny ser­i­al niż sobie zamierzyło, a ilu ma to szczęś­cie że oglą­da dokład­nie to co wymyślili. Film jest poza tym nieźle zagrany. Ale chy­ba najwięk­szą niespodzianką był fakt, że zwierz czekał na komedię a dostał całkiem przyz­woity kome­dio­dra­mat. Coś co stanowi ulu­biony choć niemal zapom­ni­any gatunek fil­mowy.

 

 

 

 David Duchovny to jeden z nielicznych aktorów w Hol­ly­wood który wyglą­da jak człowiek, który rzeczy­wiś­cie umi­ał­by coś napisać (może trze­ba było zostać na uczel­ni :P)

 

 

Sin­gle od dziec­ka — o filmie było dość głośno ale zwierz jakoś go zupełne zig­norował mimo pojaw­ienia się Jon Ham­ma w jed­nej z dru­go­planowych ról (co nie dzi­wi bo film napisała i wyreży­serowała jego życiowa part­ner­ka, która gra też główną rolę). His­to­ria jest dość zag­mat­wana — dwo­je najlep­szych przy­jaciół, których przy­ja­ciele mają dzieci decy­du­je się że zafun­du­ją sobie potom­ka. I rzeczy­wiś­cie wszys­tko idzie dobrze łącznie ze wspól­nym wychowaniem dziec­ka do cza­su kiedy obo­je decy­du­ją się znaleźć sobie drugą połówkę. Teo­re­ty­cznie film wypeł­nia schematy komedii roman­ty­cznej ale w isto­cie udało się autorce zawrzeć kil­ka obserwacji doty­czą­cych tego jak dzieci zmieni­a­ją relac­je między dorosły­mi ludź­mi, oraz jak wybrać odpowied­nią dla siebie osobę w życiu. Do tego choć pro­dukc­ja wyko­rzys­tu­je kil­ka dobrze znanych schematów, to dzię­ki dobre­mu sce­nar­ius­zowi są one roze­grane nieco lep­iej niż w prze­cięt­nej pro­dukcji. Być może dlat­ego, że autor­ka kreaty­wnie wyko­rzys­tu­je kil­ka scen, które w takich pro­dukc­jach muszą się znaleźć.  Zwierz z przy­jem­noś­cią obe­jrzał film, w którym zakończe­nie nie jest tak zupełnie jed­noz­naczne. Oczy­wiś­cie sugeru­je nam się pewne trady­cyjne rozwiązanie ale tak naprawdę koniec his­torii musimy dopisać sami. Poza tym rozpisanie fabuły na dłuższy czas czyni ją bardziej praw­dopodob­ną.

 

 

 Zwierz musi powiedzieć, że bard­zo spodobało mu się jak film gra znany­mi schemata­mi komedii roman­ty­cznych by prze­my­cić trochę obserwacji na tem­at tego jak posi­adanie dzieci wpły­wa na związ­ki między ludź­mi. I te przy­ja­ciel­skie i te małżeńskie. 

 

Rush­more — teo­re­ty­cznie wszyscy zna­ją Wesa Ander­sona i jego filmy ale zwier­zowi przeszła przez głowę kosz­mar­na myśl, że może ktoś nie widzi­ał genial­nego Rush­more, które jest jed­nym z najlep­szych filmów jakie kiedykol­wiek nakrę­cono. W sum­ie na tej liś­cie to taki film trochę nie pasu­ją­cy no ale zwierz znalazł go dawno temu tak samo jak inne na tej liś­cie więc uważa że czemu by nie. Rush­more to his­to­ria naj­gorszego ucz­nia w eli­tarnej szkole dla chłopców, który jest jed­nocześnie najbardziej poza­lek­cyjnie akty­wnym członkiem szkol­nej społecznoś­ci. Chłopak nic nie umie ale swo­ją szkołę uwiel­bia.  Film pokazu­je jak zaprzy­jaź­nia się z lokalnym nieszczęśli­wym biz­nes­men­em ( Bill Mur­ray po raz piewszy genial­ny u Ander­sona) oraz zakochu­je się w swo­je nauczy­cielce . Wszys­tko zaś nakrę­cone i zagrane tak jak to tylko u Ander­sona być może choć jeszcze bez wszys­t­kich charak­terysty­cznych ele­men­tów jego sty­lu. Zwierz trafił na film przy­pad­kiem i do dziś uważa, że to był jeden z najlep­szych przy­pad­kowych zakupów jaki kiedykol­wiek poczynił. A nad czym zwierz się zas­tanaw­ia — jak ujęła to jed­na z czytel­niczek zwierza “Jak Ander­son to robi, że u niego ludzie tak gra­ją”.

 

 

 Jak zwyk­le u Ander­sona bohaterowie przy­na­jm­niej częś­ciowo są zaw­ieszeni między dziecińst­wem a dorosłoś­cią.

 

 

The Good Girl — zwierz nie cier­pi Jen­nifer Anis­ton jak morowej zarazy. Serio Rachel z przy­jaciół budzi w nim abso­lutne wszys­tkie naj­gorsze uczu­cia. Poza tym filmem. To nis­zowa pro­dukc­ja w której gra cała masa aktorów, którzy potem staną się sławni i bard­zo dobrze rozpoz­nawal­ni. A his­to­ryj­ka jest proś­ci­ut­ka — nieszczęśli­wa w swoim małżeńst­wie niezamoż­na dziew­czy­na z hiper­mar­ke­tu wda­je się w romans z miłym ale nieco niezrównoważonym dużo młod­szym od niej chłopakiem. W romans ego­isty­czny, w którym ona szu­ka uciecz­ki od męża od którego nie potrafi ode­jść,  chłopak zaś angażu­je się całkowicie, żyjąc nadzieją, że będą mogli zacząć razem życie. Jen­nifer Anis­ton  gra tam zde­cy­dowanie najlep­szą rolę w swoim życiu jako mło­da kobi­eta, której życie wyglą­da zupełnie inaczej niż sobie zaplanowała. Nad­wrażli­wego chłopa­ka gra świet­ny Jake Gyl­len­haal który kiedyś spec­jal­i­zował się w takich rolach aż z nich wyrósł.  Znakomi­ty (jak zwyk­le) jest John C. Rail­ly w roli męża Anis­ton, który niby nie jest taki zły ale rozu­miemy dlaczego bohater­ka abso­lut­nie nie może znieśc życia razem z nim. Ogól­nie film jest fajny przez swo­ją niejed­noz­naczność i przez swój tytuł. Zwierz cały czas zas­tanaw­iał się czy oglą­da rzeczy­wiś­cie his­torię dobrej dziew­czyny, która popełniła kil­ka błędów, czy może tytuł jest iron­iczny a przed­staw­iona his­to­ria ma nam pokazać kon­trast między byciem dobrą dziew­czyną w oczach innych a zachowaniem bohater­ki. Dobre amerykańskie kino krę­cone wtedy kiedy nikt nie patrzy

 

 

 Zdaniem zwierza rola w tym filmie była ostat­nią w której Jen­nifer Anis­ton jeszcze grała.


 

Girl in the cafe - zwierz pisał już o tym filmie w które­jś z notek z cyk­lu zwierz pole­ca ale postanow­ił ją mimo wszys­tko umieś­cić na liś­cie — bohater grany przez Bil­la Nighy to wyso­ki urzęd­nik, który całe swo­je życie poświę­cił kari­erze zawodowej. W jego samot­nym życiu pojaw­ia się przy­pad­kowo spotkana w kaw­iarni mło­da dziew­czy­na, która ma dość skom­p­likowaną his­torię życiową. Film bieg­nie w dwóch kierunk­ach — jeden to roman­ty­cz­na his­to­ria spotka­nia dwój­ki osób, których właś­ci­wie nic nie łączy ale w isto­cie rodzi się między nimi silne porozu­mie­nie i uczu­cie. Jest to wątek sub­tel­nie zagrany, pełen dobrych i bard­zo dobrych scen. Miejs­ca­mi wzrusza­ją­cy miejs­ca­mi sprowadza­ją­cy nas na ziemie i każą­cy zadać sobie pytanie czy rzeczy­wiś­cie takie uczu­cie czy związek mógł­by przetr­wać. Dru­gi watek fil­mu — kwes­t­ia poli­ty­cznych decyzji pode­j­mowanych na forum między­nar­o­dowym, odpowiedzial­noś­ci za świat i jego przyszłość, wrażli­woś­ci na prob­le­my między­nar­o­dowe — to taka szkol­na czy­tan­ka, która miejs­ca­mi może iry­tować, choć trud­no odmówić autorom fil­mu dobrych intencji. Zwierz oglą­da film przede wszys­tkim dla dobrze nasz­ki­cow­anego i świet­nie zagranego wątku roman­ty­cznego, przymyka­jąc oko na szkolne pouczenia płynące z ekranu.

 

 

 Film oprócz ide­o­log­icznego przesła­nia zada­je też pytanie czy w życiu jest miejsce na miłość do kogoś kto po pros­tu siedzi­ał obok w kaw­iarni.

 

 

Roz­mowy z inny­mi kobi­eta­mi — jeden z ukochanych filmów zwierza o którym wiele osób nie słysza­ło. Na przyję­ciu wesel­nym mężczyz­na pod­chodzi do kobi­ety i zagadu­je jak­by widzieli się po raz pier­wszy — oczy­wiś­cie nie widzą się pier­wszy raz. Doskonale się zna­ją. A może tylko znali. Roz­mowa, taniec a nawet coś więcej — wszys­tko co między nimi jest ter­az odnosi się do czegoś co było w przeszłoś­ci. Jak dawno temu? Jak inten­sy­wnie? Co się stało że się rozstali? Odpowiedzi poz­na­je­my powoli wraz z roz­wo­jem akcji. To jeden z tych filmów moc­no przy­wiązanych do cza­su i przestrzeni — bohaterowie mają dla siebie tylko kil­ka godzin, które dzieli wese­le od koniecznoś­ci powro­tu do domu. Zwierz uwiel­bia takie firmy jak sztu­ki, w których bohaterowie toczą ze sobą bezus­tan­ny dia­log. TO co mówią nie jest szczegól­nie odkry­w­cze ale daje nam takie poczu­cie możli­woś­ci spo­jrzenia jeszcze raz na własne decyz­je, własne związ­ki i dopowiedze­nie tego wszys­tkiego czego dopowiedzieć się nie dało. Do tego film zostaw­ia nas w przy­jem­nym poczu­ciu, że dobrze mieć kil­ka niedomknię­tych drzwi. Film jest znakomi­cie zagrany przez nieschodzą­cych z ekranu  Aarona Eck­har­ta i Helene Bon­ham Carter (w jed­nej ze swoich nor­mal­niejszych ról). Do tego film nakrę­cono niezwyk­le ciekawą tech­niką dzielą obraz na dwa — z jed­nej strony widz­imy wydarzenia z jej per­spek­ty­wy, w drugiej z jego.

 

 

 Znakomi­ty, niebanal­nie nakrę­cony film. Coś o co człowiek chci­ał­by sie potykać codzi­en­nie.

 

 

Cap­tur­ing Mary - na film zwierz natknął się w cza­sie jego tygod­ni uza­leżnienia z HBO GO i przez dwa dni nie myślał o niczym innym — film opowia­da his­torię Mary dobrze zapowiada­jącej się dzi­en­nikar­ki, która na jed­nym z przyjęć na początku swo­jej kari­ery spo­ty­ka tajem­niczego mężczyznę zda­jącego się posi­adać wszys­tkie mroczne sekre­ty doskonale baw­iącego się towarzyst­wa. Kole­jne spotka­nia i roz­mowy z tym tajem­niczym mężczyzną wpły­wa­ją na całe jej życie. Brz­mi banalnie/ otóż film jest zupełnie niebanal­ny —  młodą mary gra znakomi­ta Ruth Wil­son, starszą wspom­i­na­jącą wydarzenia — genial­na Mag­gie Smith. Zwierz jed­nak ceni film przede wszys­tkim za to, że aż do samego koń­ca zadawał sobie pytanie czy opowiadana przez bohaterkę his­to­ria rzeczy­wiś­cie wydarzyła się naprawdę, czy to co widz­imy na ekranie nie jest tylko wymówką, opowieś­cią snutą ze świado­moś­cią tego co się osiągnęło a co zaprzepaś­ciło w prze­ciągu całego swo­jego życia. Zwierz uwiel­bia kiedy film nie daje mu jed­noz­nacznych rozwiązań a ten film  właśnie taki był. Zupełnie niejed­noz­naczny. Poza tym zwierz był zahip­no­ty­zowany tym jak prz­er­aża­jące w his­torii może być niedopowiedze­nie . Serio znakomi­ty film, przy­na­jm­niej dla zwierza.

 

 

 Zycie Mary zapowiadało się świet­nie a wyszło nieco mniej świet­nie. Przez nią czy przez pewnego tajem­niczego mężczyznę?

 

 

God on tri­al? — zwierz co praw­da wyczuł od razu że ma do czynienia ze sztuką na ekranie ale to dobra sztu­ka, która zmusza do myśle­nia. W obozie kon­cen­tra­cyjnym w męskim baraku trwa roz­mowa — pomiędzy nowy­mi więź­ni­a­mi, których trans­port przyszedł o jeden dzień za wcześnie a stary­mi, którzy właśnie przes­zli selekc­je ale nie wiado­mo jeszcze, którym oszczęd­zono jak na razie życie, a którzy są już skazani. Roz­mowa przek­sz­tał­ca się w pro­ces. Pro­ces w którym sądzi się Boga o zer­wanie umowy z nar­o­dem wybranym.  Brz­mi to może dzi­wnie ale kiedy oglą­da się film sam pomysł pro­ce­su nie wyda­je się zabawą jedynie sfor­mal­i­zowaniem dyskusji. I to dyskusji, której wnios­ki, której argu­men­ty wykracza­ją daleko poza przed­staw­ioną w filmie trag­iczną sytu­ację. Autor sztu­ki ide­al­nie odd­ał zróżni­cow­ane pode­jś­cie do wiary więźniów baraku — mamy wierzą­cych, mamy rabi­na, który ponoć jest jed­nym, z sied­miu spraw­iedli­wych, mamy tych którzy na wol­noś­ci odcięli się i od religii i od trady­cji oraz tych, którzy nigdy nawet nie wiedzieli, że przy­należą do nar­o­du wybranego. Oczy­wiś­cie cała dyskus­ja toc­zona w tak ekstremal­nych warunk­ach nabiera sym­bol­icznego wymi­aru bo bohaterom zosta­je jedynie Bóg, który najwyraźniej ich opuś­cił. Film jed­nak nie jest filmem wojen­ny. Nie jest filmem o Żydach kłócą­cych się z Bogiem lecz o ludzi­ach kłócą­cych się z Bogiem.  Wyz­nanie nie ma żad­nego znaczenia. Jest pytaniem o to jak człowiek cier­pią­cy ma patrzeć na Boga i czy w ogóle moż­na go za coś winić. Zwierz spędz­ił sporo cza­su myśląc nad tym co zobaczył i nad płyną­cy­mi z przed­staw­ienia wnioska­mi.  I musi powiedzieć, że chy­ba się z autorem, który nie daje takiej jas­nej odpowiedzi zgadza.

 

 

 Znakomi­cie zagrany i obsad­zony film, który tylko teo­re­ty­cznie doty­czy jed­nej his­to­rycznej sytu­acji a tak naprawdę każe nam rozważać pod­stawy naszej wiary (nawet jeśli nie jestes­my wierzą­cy to daje punkt wyjś­cia do reflek­sji o Bogu co nie wyma­ga religii ani nawet wiary w jego ist­nie­nie)

 

Zwierz patrzy na listę i myśli, że wyszedł całkiem przyz­woity misz masz. W cza­sie researchu zwierz miał okazję zajrzeć na IMDb i widzi że nie ma tu arcy­dzieł zaś więk­szość filmów, które wywarły na zwierzu takie wraże­nie pla­su­je się w przedziale 6–7 gwiazdek na 10 więc chy­ba statysty­cznie nie jest tak źle z gustem zwierza. Jeśli chce­cie znać prawdę to zwierz takie filmy lubi najbardziej — pro­dukc­je po których się w punkcie wyjś­cia niczego nie spodziewamy, które się nam po pros­tu trafi­a­ją a które okazu­ją się potem zde­cy­dowanie ciekawsze niż mogliśmy przy­puszczać. Nawet jeśli obiek­ty­wnie taki film nie jest najlep­szy to nie ma nic przy­jem­niejszego niż rozważać prob­lem, który pod­sunął nam wytwór czy­je­jś wyobraźni. Przy­na­jm­niej dla zwierza.

 

A co będzie jutro? Jutro będzie recen­z­ja Życia Pi. Bez dub­bin­gu.

 

ps: Zdarzyło wam się kiedyś “potknąć” o taki film — nie wybit­ny ale nie mogliś­cie go wyg­nać z pamię­ci.

0 komentarz
0

Powiązane wpisy