Home FilmNie trzeba tłumaczyć hydraulika czyli „Super Mario Galaxy Film”

Nie trzeba tłumaczyć hydraulika czyli „Super Mario Galaxy Film”

autor Zwierz

Ponieważ w moim domu rządzi Nintendo i wszystkie gry jakie się z tą konsolą wiążą to nie mogłam sobie odmówić obejrzenia kolejnej animacji ze świata Mario Bros czyli „Super Mario Galaxy Film”. I nie byłabym sobą gdybym nie miała kilku przemyśleń na temat tego bardzo intensywnego animowanego filmu.

 

O ile w przypadku pierwszej produkcji sprzed kilku lat, twórcy plus minus starali się uporządkować dla widza, koncepcję świata gdzie włoski hydraulik może ratować księżniczkę rządzącą na planecie pełnej małych chodzących grzybów, to w drugim filmie porzucili koncepcję tłumaczenia czegokolwiek. Kto nie wie jakie są granice świata Mario ten musi się pogodzić z tym, że tak właśnie on wygląda i szybko adaptować się do nowych pomysłów, nowych postaci i nagłych zwrotów akcji. Tych zaś jest wiele, bo sam film – nie dba za bardzo o to by przedstawiać najbardziej linearną i spójną narrację. Widać, że najwięcej radości daje twórcom wrzucanie kolejnych nawiązań do kultowych gier, postaci, wątków znanych tym, którzy w grania w różne odmiany Mario nigdy nie wyrośli.

 

Dla tych, którzy jednak pragną jakiegoś najmniejszego zrębu fabuły – syn Bowsera, Bowser Jr. porywa księżniczkę Rosalinę, bo tradycją jego rodziny jest porywać księżniczki. Nie chce jednak jak ojciec Rosaliny poślubić tylko wykorzystać jej moc, do swoich niecnych celów. Kiedy wieść o porwaniu dociera do księżniczki Peach ta wyrusza sama na pomoc, pozostawiając swoją planetę pod opieką Mario i Lugiego. Nasi dzielni hydraulicy szybko jednak wyruszają tropem księżniczki, co więcej w towarzystwie samego Bowsera. Po drodze naszych bohaterów czeka oczywiście mnóstwo przygód, bo świat stworzony na potrzeby gier jest olbrzymi i trzeba pokazać zarówno kultowe postaci (jak Yoshi) jak i te nieco mniej znane szerokiej publiczności. Podróż przez galaktykę, miejscami przypomina nieco „Gwiezdne Wojny”, zwłaszcza gdy księżniczka Peach znajduje niesłychanie pewnego siebie Lisa, który obiecuje ją zawieść w niebezpieczne przestrzenie galaktyki. Rzekłby kto – każda kosmiczna podróż potrzebuje swojego Hana Solo, nawet jeśli jest on lisem.

 

 

W całym tym chaosie, fabuła czasem się nieco rwie, a czasem emocje zostają poświęcone by zmieścił się jeszcze jeden gag czy nawiązanie do gry.  Dostajemy więc film, który słabo sobie radzi zupełnie niezależnie od kultowej serii, ale jednocześnie – zastanawiam się czy ktokolwiek potrzebuje filmu o Mario, bez dostarczania fanom gry momentów radości czy entuzjazmu. Zresztą, nie będę ukrywać – nie zasiadałam do tej produkcji czekając na jakieś niezwykle ważne przemyślenia odnośnie rzeczywistości. Chyba nikt widząc tytuł na takie elementy nie czekał. Co mi się natomiast podoba, to niechęć animacji do wskazania jednoznacznie złych postaci. Choć Bowser i jego syn są przeciwnikami naszych hydraulików i księżniczek to ostatecznie – miłość ojcowska i przywiązanie syna, są potraktowane jak najbardziej poważnie. Można mieć wręcz poczucie, że choć nasi bohaterowie postępują źle, to są nieco usprawiedliwieni przez swoją rodzinną więź. Nie ukrywam – chyba wolę takie opowieści, gdzie nasi bohaterowie nie zwyciężają nad prosto pojmowanym złem, a raczej – wszyscy mają swoje racje i ambicje. Choć oczywiście – nie popieram porywania księżniczek.

 

Natomiast tym co naprawdę przyciąga do filmu jest animacja. To jest przepięknie animowany film, który choć korzysta w pełni z tego, że dzieje się w absurdalnie różnorodnym świecie, to jednocześnie – ma momenty kiedy możemy zachwycić się czymś co występuje i  w naszej części galaktyki. Nie wiem czy kiedykolwiek widziałam w animacji tak pięknie oddany ruch pędzla (sporo jest malowania w tym filmie) i teksturę farby. W ogóle tekstury są tu naprawdę zachwycające (zwłaszcza gdy nasi bohaterowie np. spotykają się z dinozaurem, który jest na ich tle tak ciekawie „chropowaty) i sprawiają wrażenie, jakbyśmy w animacji znów podskoczyli oczko wyżej. Do tego jest też sekwencja animacji 2D która doskonale wpisuje się w cały filmowy chaos. Ponownie – mam wrażenie, że studia rywalizujące z Disneyem o palmę pierwszeństwa w świecie animacji zrobiły w ostatnich latach olbrzymi skok właśnie od strony technicznej i dziś – trudno byłoby stwierdzić, że to Disney/Pixar ma najładniejsze czy najbardziej dopracowane filmy. Na pewno na dużym ekranie produkcja robi naprawdę oszałamiające wizualne wrażenie.

 

Trudno traktować produkcję pod tytułem „Super Mario Galaxy Film” traktować jakoś śmiertelnie poważnie – nie da się ukryć, że to jest jedno z tych filmowych przeżyć, które opiera się na zasadzie „Szybko zanim dojdzie do nas, że to nie ma sensu”. Ale właśnie w tym braku próby udawania, że film jest czymkolwiek więcej niż tylko radosną przejażdżką dla fanów, kryje się pewna siła takiej produkcji. Nie jest łatwo przenieść absurdalne założenie gier o Mario na film – można się starać (nie wiem, czy pamiętacie film aktorski, który jest legendarnie zły, ale w moim domu był często oglądaną, niemal kultową pozycją) ale jest to skazane na porażkę. Jedyny sposób by ten absurd przerobić kinowo to po prostu w pełni się mu poddać. To jest być może ciekawy przypis do historii ekranizacji gier – jak bardzo można się poddać temu co twórcy wymyślili na potrzeby innego medium, a jak bardzo – trzeba to przepisać na język zupełnie innej narracji. Animacje o Mario podpowiadają, że im mniej walczy się z tym jak opowiadają historię gry tym więcej radości ma się pod koniec filmu. Inna sprawa, że kocham to jak bardzo absurd przeniknął także do warstwy obsadowej. To, że Jack Black gra Bowsera to jedno, ale obsadzenie Childish Gambino w toli Yoshiego, który w filmie właściwie nic nie mówi – to ten poziom abstrakcji, który bardzo zgrywa się z moim poczuciem humoru.

 

Zawsze powtarzam, że przy ocenianiu animacji argument „A mojemu dziecku się podobało” nie jest koniecznie najtrafniejszym, bo to, czy film podoba się dzieciom niekoniecznie świadczy o jego jakości. Zresztą, dzieciom podoba się wiele słabych rzeczy (nie mam tu do młodego człowieka pretensji, w każdym wieku odbiór jest inny) co nie zwalnia nas z krytyki. Ostatecznie, nie pisze się recenzji dla siedmiolatków. Co powiedziawszy – oglądając historię o Mario, pomyślałam, że prawdopodobnie siedmiolatek wyszedłby z seansu tragicznie przebodźcowany ale też zadowolony. Dzieciaki mają taką podatność na chaos, absurd i ogólny brak sensu, który z czasem tracimy. A Mario idealnie trafia w sam środek. I jeszcze pieniążek dostaje na koniec.

PS: Przeczytałam nagłówek, że krytycy zmiażdżyli film. I tu się zastanawiam – czy rzeczywiście da się krytycznie zmiażdżyć film, który tak bardzo nie powstał po to by stanowić osobne, niezależne dzieło filmowe? Jestem niemal pewna, że powodzenie takiej produkcji jest w sumie zupełnie niezależne od jej wewnętrznej integralności.

Powiązane wpisy