Przeczytałam „Okruchy” Kasia Babis i jestem trochę rozdarta jeśli chodzi o ocenę. Zacznę od tego, że załączone pod koniec tomu kadry ilustrujące sceny z polskiego życia w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, które stały się punktem wyjścia do stworzenia komiksu – nadal budzą we mnie mnóstwo nostalgii i wspomnień i nadal uważam, że mają świetną atmosferę. I w ogóle pod względem wizualnym to jest bardzo dobry komiks, zwłaszcza gdy łapiemy kadry ze szkoły, z imprezy, z ulicy. Tam gdzie nie ma narracji i dialogów, tylko wszystko rozgrywa się w warstwie wizualnej – nie mam żadnych zastrzeżeń. Widać, że nawet jeśli to pierwsza autobiograficzna powieść graficzna autorki, to obrazem operuje bardzo dobrze.
Gdzie problem? Właściwie mam dwa. Pierwszy nie jest winą samej autorki, tylko raczej tego, że powieść graficzna nie była pisana z myślą o czytelniku polskim. Sporo tam wyjaśnienia polskiej rzeczywistości i najnowszej historii, które dla czytelnika w Polsce jest raczej oczywiste (choć naprawdę autorce wyszedł zbyt przystojny Macierwicz). I nie mówię tu o jakichś sprawach, o których można zapomnieć tylko raczej o papieżu, znaczeniu godziny 21:37 czy katastrofie smoleńskiej. Widać, że to jest pisane z myślą o odbiorcy zachodnim, który po prostu o tych rzeczach nie wie. I to nie jest problem – raczej przypomnienie, że niekoniecznie jesteśmy domyślnymi odbiorcami tych treści.
Mój drugi problem jest bardziej narracyjny – mamy tu do czynienia z historią autobiograficzną, która skupia się na historii koleżanek z tej samej szkoły – bardzo różnych, jeśli chodzi o rodzinę i problemy. Widzimy je w kilku ujęciach na przestrzeni czasu. To jest najlepszy kręgosłup tej opowieści, od którego zbaczamy min. w historie wewnętrzne partii Razem czy w dość długie odtworzenie debaty telewizyjnej, w której Kasia brała udział. Nie jest to złe samo w sobie ale narracyjnie mniej ciekawa, bardziej rozproszone, odwracające uwagę od tych ciekawszych wątków. Przy czym mogę mieć tu podejście skrzywione bo o wielu tych rzeczach słyszałam wcześniej, z różnych podań. Mam też wrażenie, że ze dwa razy autorka przeskakuje w czasie, żeby nie musieć dopowiadać pewnych historii do końca.
To nie jest zła pozycja, zwłaszcza jak na debiut, ale chyba stworzyłam sobie w głowie trochę inną wizję tego o czym to będzie. Miejscami miałam skojarzenia z „Weź się w garść” Ani Krztoń, choć akurat tamten tom uważam za lepszy w oddawaniu zarówno tego niełatwego polskiego dorastania, jak i przede wszystkim ze względu na fenomenalny epilog.
Przy czym nie zniechęcam do lektury – raczej bardzo po niej widać, że nie byliśmy jako polscy czytelnicy jej oczywistymi odbiorcami. Myślę, że dla czytelnika anglojęzycznego czy francuskojęzycznego (bo na tych rynkach powieść się ukazała) to jest pozycja, która będzie dużo lepsza, miejscami zaskakująca czy niezwykle informacyjna.
Ja czekam na więcej, bo nawet jeśli miałam w głowie trochę co innego, to nie znaczy, że nie umiem dostrzec olbrzymiego potencjału jaki kryje się zwłaszcza w stronie wizualnej tej powieści.
Tom dostałam w prezencie od Wydawnictwo AGORA
PS: Od chwili ukazania się komiksu widziałam bardzo wiele niezadowolonych głosów sugerujących, że autorka nie może pisać o „dorastaniu w postkoministycznej Polsce” bo urodziła się za późno (na początku lat dziewięćdziesiątych). Pomijając już fakt, że sam komiks dość dobrze wyjaśnia co w doświadczeniu autorki/bohaterki było doświadczeniem postkomunistycznym, to jakby przedziwne jest założenie, że tylko osoby z wcześniejszych roczników żyły z konsekwencjami transformacji ustrojowej. Nawet jeśli dotykało ich to kiedy byli dziećmi to wciąż – chodzenie do szkoły na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych było naznaczone wieloma zjawiskami mocno zakorzenionym w poprzednim systemie. A już na koniec – autor nie ma obowiązku pisać tylko o czasach, w których żyje, ostatecznie komiks nawet autobiograficzny jest kreacją. Mam wrażenie, że to jeden z najdziwniejszych zarzutów na jaki się natknęłam.
