Home FilmNie mój He-Man czyli „Władcy Wszechświata”

Nie mój He-Man czyli „Władcy Wszechświata”

autor Zwierz

Jako dziecię lat osiemdziesiątych, obserwuje jak przez ostatnie dwie dekady, właściwie wszystkie animacje, zabawki i historie, którymi karmiła mnie na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych popkultura (z oczywistym względem zachodu opóźnieniem) powracają na duże i małe ekrany w nowych interpretacjach. Nie jest to nic dziwnego, tak działa koło kultury (nie tylko popularnej) i raz na trzy-cztery dekady oferuje nam powtórki, powroty i nostalgię i sentyment. Decyzja by zrobić nową aktorską wersję „Władców wszechświata” i przywrócić He-Mena właściwie nie powinna dziwić. Przyznam, że bardzo filmowi kibicowałam, bo choć animacja nie była moją ulubioną a zabawki kojarzyłam jedynie z tego, że istniały, ale niekoniecznie był dostępne, to jednak – miałam do tego bohatera i świata pewną słabość. Byłam dzieckiem, które wznosiło patyk ku niebu i wołało „Na potęgę Posępnego Czerepu! Mocy przybywaj” zanim dowiedziałam się co znaczy słowo „czerep”. Tym bardziej jestem zaskoczona jak filmowa wersja jednak nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań.

 

 

 

Jeśli nigdy nie weszliście do skomplikowanego świata historii Adama/He- Mena to nie jest to opowieść, którą da się traktować poważnie. Młody bohater wychowuje się w fantastycznej krainie, która jak to było modne w latach osiemdziesiątych łączy ze sobą to co znamy z fantasy – zamki, magiczne zwierzęta, pełne mocy miecze, z tym co kojarzy się nam bardziej z fantastyką – są więc nowoczesne statki, lasery, roboty i dużo nowej technologii. Wszystko zaś po to by stworzyć świat, do którego wciąż można dodawać nowe elementy (a Mattel mógł sprzedawać nowe zabawki). Główny bohater książę Adam, to postać oparta na prostym zabiegu, że bez wykorzystania mocy Eternii jest on słaby i mało bohaterski, ale gdy po moc sięgnie – staje się bohaterem He-Manem. Do tego musi stoczyć niejedną potyczkę ze Szkieletorem, który jak to w animacjach z lat osiemdziesiątych nie raz bywało – był od wszystkich pozytywnych bohaterów dużo ciekawszy. Dodatkowo mamy sporo postaci pobocznych, naukę na każdy odcinek i dużo humoru, który bawił dzieci w latach osiemdziesiątych.

 

Film nie próbuje jakoś bardzo naprawić tej historii, korzysta z elementów i postaci znanych z animacji, jednocześnie – sięgając po klasyczny motyw, w którym bohater z magicznej krainy wychowuje się na ziemi i musi do niej powrócić. To właśnie życie na ziemi i praca w dziale zasobów ludzkich, ma pomóc Adamowi nie popaść w maczystowskie schematy, tylko być człowiekiem nastawionym raczej na dialog i pokojowe rozwiązanie konfliktów. A konflikt jest wielki, bo podły Szkieletor przejął władzę w Eternii i Adam z pomocą przyjaciół musi odzyskać tron, uwolnić rodziców i nie dopuścić do tego by podły czarny charakter uzyskał nieskończoną moc. Nie ma tu więc fabularnie żadnych niespodzianek, wszyscy to już w jakiejś wersji nie raz widzieliśmy, a jeśli nie widzieliśmy to nie oglądamy też „Władców Wszechświata” bo takie kino nas nie interesuje.

 

 

Estetycznie też jesteśmy dość blisko tego co zaserwowała nam animacja. Jest dużo kolorów, dużo bardzo dziwnych pomysłów na stroje i tak wszyscy mają nadmiernie rozwiniętą muskulaturę. Do tego kolory zawsze są żywe, jeśli zamek nazywa się „Posępny Czerep” to przypomina wielką czaszkę, a lasy Eternii są naprawdę wizualnie bardzo piękne i zawsze światło idealnie pada w nich na bohatera. Jest miejscami trochę dziwnie, a miejscami przypomina to trochę „Dungons and Dragons” które także nie bały się takiej kolorowej „fantasy estetyki” o której w ostatnich latach patrzenia jak ludzie mordują się na smokach zapomnieliśmy. Ponownie, cieszy mnie, że nie próbowano zrobić tej historii na szaro i poważnie – bo wtedy w ogóle nie miałoby to żadnego sensu.

 

Skoro nie mam problemów to gdzie mój problem? Zasadniczo rzecz biorąc mam trzy. Pierwszy czysto techniczny – film jest za długi. Trwa ponad dwie godziny i moim zdaniem – nie potrzebuje aż tyle by opowiedzieć swoją historię. Nie raz w czasie seansu miałam wrażenie, że bohaterowie, którzy powinni się spieszyć, albo którzy już powinni być w środku akcji przystają porozmawiać. Nie wszystkie z tych rozmów coś wnosiły. Inna sprawa, że to jeden z niewielu filmów, w których zauważyłam, pewne nielogiczności wynikające z montażu już w trakcie seansu, co rzadko mi się zdarza. Mam wrażenie, że naprawdę ten film powinien być dynamiczniejszy, zwłaszcza, że fabularnie jest naprawdę liniowy. Gdyby biegł nieco szybciej, można byłoby przeoczyć, że nie za wiele dodaje do bardzo dobrze znanego koktajlu filmu o bohaterze i w sumie wszystkie te sceny już gdzieś widzieliśmy.

 

 

Drugi problem to ton film. Tak jest to zabawna produkcja. I ten humor czasem jest naprawdę dobry, czasem jednak miałam wrażenie, że był z zupełnie innego porządku. Ot np. bohaterowie idą w zwolnionym tempie do epickiej muzyki i nagle zaczynają kaszleć, bo w około jest dym. To jest dowcip, który ma sens w filmie, który traktuje się śmiertelnie poważnie, ale w takich już i tak absurdalnych dekoracjach ten dowcip (zresztą już stary i zużyty) trochę nie ma sensu. Podobnie jak kilka momentów i kwestii, które brzmiały jakby ktoś żywcem je przepisał z tego momentu w historii Marvela, kiedy twórcy chcieli robić bardzo zabawne rzeczy i każda poważniejsza emocja musiała być zrównoważona żartem. Jestem też nieco skonfliktowana, gdy chodzi o wszystkie obecne w filmie aluzje dotyczące kwestii związanych z seksem. Powiem tak, nazwijcie mnie starą prukwą, ale w filmie kierowanym do dzieci jednak chyba niektóre dowcipy są nie na miejscu. Nawet jeśli dzieci nie zrozumieją o co chodzi.

 

Ale ton filmu to nie tylko dowcip. Ponownie, może przemawia przeze mnie wiek, ale jestem przyzwyczajona, że produkcje kierowane do jednak nieco młodszej widowni, są dużo bardziej niejednoznaczne w pokazywaniu zabijania przeciwników. Tu zaś, obok scen takich typowo symbolicznych dla tego gatunku – trup ściele się niby gęsto, ale właściwie to nie wiemy czy nie żyje, czy został ogłuszony, krwi nie ma, ktoś do kogoś strzela laserem, mamy jeszcze sceny dużo bardziej jednoznaczne. I nie krew nie rozbryzguje się o kamerę, ale kiedy pozytywny bohater wkłada swojemu przeciwnikowi granat do ust to jednak zaskoczyło mnie jak miejscami brutalny jest to film. Nie jestem do końca przekonana, czy podoba mi się ten kierunek. Wydaje mi się, że częściowo wynika z tego, że twórcy założyli, że przyciągną raczej starszą widownię do kina, ale obok mnie siedziały na sali kinowej głównie dzieciaki.

 

 

Mój trzeci problem jest najpoważniejszy i dotyczy zakończenia filmu. A właściwie tego, że sugeruje nam, iż opowiada się za tym by nie korzystać z przemocy i kierować się dialogiem i humanizmem. Tylko, że to pozostaje w sferze deklaracji.  W istocie po obejrzeniu filmu można spokojnie dojść do wniosku, że cała ta gatka o dialogu i potrzebie zrozumienia nie ma większego znaczenia, ponieważ są niektóre osoby są uosobieniem zła. Co więcej można je rozpoznać na pierwszy rzut oka. Co więcej, film niby przekonuje nas, że próbuje skontrować jakąś typową wizję męskości, ale jednocześnie – niekoniecznie to robi. Ostatecznie spokojnie można wyjść z seansu z przekonaniem, że dialog to fajnie brzmi, ale jak przychodzi prawdziwe zagrożenie to musi przyjść mięśniak. I tak to pasuje do świata „He-Mana” ale też pasuje do tego jak w latach osiemdziesiątych myśleliśmy o męskości. A zdecydowanie lata osiemdziesiąte nie są, a nasze podejście do męskości jednak się zmieniło. I to nie chodzi mi jedynie o to, że nieco zmiękliśmy w tym jak mówimy o tym co „mężczyzna powinien”. Dużo więcej też rozmawiamy o tym jak kult pewnego wyglądu ciała potrafi naprawdę w męskich głowach namieszać. I mam wrażenie, że to jest problem w filmie, gdzie nawet złol ślini się na widok mięśni bohatera.

 

Przyznam też, że jestem też trochę aktorsko rozczarowana. Tak Jared Leto jest fantastycznym Szkieletorem, głównie dlatego, że w filmie go nie ma – jest Szkieletor. Nie widzimy twarzy Leto, nie słyszymy jego głosu i nie za bardzo widzimy jego ciało (jak mniemam fantastyczna fioletowa muskulatura nie jest naturalna). Ale zawiódł mnie Nicholas Galitzine. Tego aktora widziałam we właściwie wszystkich jego filmach i zawsze byłam zdania, że jest naprawdę dobry. Co więcej, że ma sporą skalę aktorską (porównajcie chociażby jego role w „Mary and George” i „Bottoms”). Ale tu wypada po prostu nijako. Nie przekonuje ani jako Adam ani jako He-Man. Naprawdę nie przypuszczałam, że akurat mu odmówię aktorskiej charyzmy, ale tu jest wyjątkowo nijaki. Przy czym nie jestem pewna, czy wynika to z niedopasowania do roli, czy z faktu, że grany przez niego Adam/He-Man jest postacią w gruncie rzeczy bardzo nijaką (co trochę wynika z tego jaki był w animacji, ale co można byłoby poprawić).  Być może problem jest też w tym, że film próbuje nas przekonać, że Galitzine, w scenach, w których gra Adama jest jakimś wymoczkiem i chuchrem, mającym problemy z wyciskaniem na siłowni. Podczas kiedy jak by się aktor nie kulił w sobie i nie pochylał, to widać, że do roli musiał nabrać muskulatury i wzrostu też nie jest mizernego. I kiedy wszyscy nazywają go słabeuszem, to jest naprawdę… dziwne.

 

 

Ostatecznie obejrzałam film, który moim zdaniem cierpi najbardziej na tym, że nie wie jaki chce być. Czerpie z komediowego dystansu jaki w ostatnich latach stał się popularny w filmach, które boją się za bardzo przerysowanego świata, ale czyniąc to jakby się wstydził własnego przerysowania. Chce jakoś przerobić klasyczną historię, ale zatrzymuje się w pół drogi. Próbuje zagrać na sentymencie i jednocześnie za bardzo z niego nie korzystać. Proponuje proste rozwiązania fabularne, które mogą być nowością dla dzieciaków, ale dodaje do nich okrucieństwo i aluzje, z zupełnie innego porządku. Całość bardzo się stara nas przekonać, że warto ten świat polubić, ale ja nie wiem, dlaczego miałabym tam wrócić. I to chyba jest mój największy problem – żadna z postaci nie wydała mi się na tyle żywa i realistyczna emocjonalnie (bo to jedyny realizm jakiego wymagam od takich produkcji) bym chciała jej więcej. I pewnie więcej nie dostanę, bo widownia w kinie nie dopisała.

 

Wielu moich znajomych wielbicieli popkultury napisało bardzo pozytywną recenzję filmu, podkreślając jak dobrze się bawili i że wybrany przez filmowców ton im się spodobał. Wiele z tych osób, zwykle ma podobne do moich opinie więc przyznam – sama sobie się nieco dziwię jak ostatecznie zawiodłam się tym więc może wziąć pod uwagę, że zepsuła mnie fantastyczna animacja „She-Ra and the Princesses of Power” i teraz mam zawyżone wymagania względem Eternii. To też jest możliwe.

 

Ps: Jestem ciakawa, czy na fali wracania do wszystkiego co w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych kształtowało moją wyobraźnię, ktoś kiedyś zdecyduje się na filmową albo serialową adaptację „Thorgala”

 

Ps2: NIe ważne co zrobili He-Manowi i tak potraktowali go lepiej niż Transformersy.

Powiązane wpisy