Kiedy ostatnim razem poszliście do kina nie wiedząc nic o filmie, który zaraz zobaczycie, nie znając żadnej opinii internetowego komentatora, ani wyników na Filmweb czy Rotten Tomatoes? Mi zdarza się to głównie wtedy, gdy idę do kina na premierę albo oglądam program telewizyjny ze screenerów. Gdy jednak podobnie jak większość widzów wybieram dogodny dla siebie termin seansu, nawet premierowy, wtedy zwykle Internet jest już pełen opinii, ocen i decyzji – czy film jest dobry czy zły. Nie ukrywam – sama biorę w tym udział jako recenzentka. I choć lubię pisać i czytać o filmach, to czasem zastanawiam się jak bardzo taka ilość opinii, filmów, recenzji wpływa na to jak realnie oglądamy kolejne produkcje. I jak często nasze reakcje i emocje są podyktowane tym jakie oczekiwania względem filmu ustawili recenzenci czy komentatorzy.
Te rozmyślania pojawiły się w mojej głowie w czasie seansu „Supergirl”. Choć poszłam do kina w dniu premiery wiedziałam, że produkcja została bardzo nisko oceniona przez krytyków i pojawiły się nawet głosy, że to jeden z najgorszych filmów mijającego roku. Niektóre opinie były tak surowe, że sugerowały, że całe filmowe uniwersum DC może się skończyć zanim jeszcze się dobrze zaczęło. Wszystko przez to jak zły to film. Nie zawsze zgadzam się z opiniami krytyków, ale tu właściwie wszyscy mówili jednym głosem. Do kina szłam więc trochę z poczucia obowiązku, z przekonaniem, że jakoś trzeba będzie się tej katastrofie przyjrzeć. I jakie było moje zaskoczenie, kiedy produkcja okazała się dużo lepsza niż myślałam – a przynajmniej spodziewałam się, że będzie.

Nie będę was przekonywać, że „Supergirl” to jakiś wyjątkowo udany film. Nie, zdecydowanie ma swoje wady. Jego największą wadą jest to, że miejscami jest po prostu nieco nudny czy męczący, bo opiera się o takie schematy fabularne, które są przewidywalne, więc raczej czekamy, aż bohaterowie odbębnią pewne sceny, żeby akcja mogła się posunąć do przodu. Pod względem elementów fabuły nie ma tu nic czego byśmy w kinie superbohaterskim nie widzieli. Mamy dobrych i złych, dobrzy ścigają złych, mamy kilka bijatyk, mamy beznadziejne sytuacje, z których jednak zawsze udaje się znaleźć wyjście. Wszystko to w jakiejś konfiguracji już widzieliśmy, bo film super bohaterski opiera się na recyklingu podobnych wątków i scen. Widać też że scenarzyści bardzo się męczą z tym, że ich bohaterka jest potencjalnie zbyt silna by ponosić porażki, więc muszą ją za wszelką cenę osłabiać. Co prowadzi do irytujących zabiegów scenariuszowych, gdzie bohaterowie zachowują się nie rozsądnie czy nie korzystają ze swoich mocy, tylko po to by nie odnieść zbyt szybko sukcesu. To jest problem, kiedy się pracuje z postaciami tak wszechmocnymi i niezniszczalnymi jak Supergirl (ale też jest to zwykle problem filmów o Supermanie). Nie jestem też do końca pewna przesłania filmu, które niekoniecznie mnie przekonuje, ani też nie zachwyciła mnie postać czarnego charakteru, opartego o schemat „To jest zła postać i nie zadawaj więcej pytań.
Ale czy to był taki zły film? Totalna klęska? Coś nieoglądalnego? Zdecydowanie nie. Przyznam, że choć niekiedy spoglądałam na zegarek bawiłam się bez porównania lepiej niż na kilku ostatnich produkcjach Marvela. Choć główna oś fabularna niekoniecznie jakoś mnie wciągnęła, to w filmie jest kilka bardzo satysfakcjonujących scen. Każda interakcja bohaterki z Supermanem jest przyjemna i widać, że twórcy uniwersum bardzo przemyśleli ich dynamikę i różnice pomiędzy tymi postaciami. Bardzo podobał mi się też fragment o przeszłości Kary, bo pokazywał, dlaczego jej relacja z Kryptonem i w ogóle z byciem z dala od domu jest tak inna niż Clarka. Wszystko co w tym filmie buduje postać Kary (którą Milly Alcock moim zdaniem gra bardzo dobrze i jest bez wątpienia najjaśniejszym elementem całej produkcji) jest ciekawe, a przynajmniej – satysfakcjonujące w kontekście budowy szerszego uniwersum.

Jasne, większość postaci jest w tym filmie dość papierowa czy jednorazowa. Ale to nie znaczy, że nie zdarzają się dobre momenty i charaktery. Jason Momoa gra tu dość złagodzoną wersję Lobo, ale jest w tej roli naprawdę w porządku. To nie jest komiksowy Lobo, ale jako postać – jest całkiem hmm… chciałabym użyć słowa uroczy, ale to chyba nie pasuje. Co prawda niezbyt dobrze świadczy o dynamice filmu, że jedna scena między Lobo a młodą bohaterką Ruthye, która podróżuje z Karą przez galaktykę, jest lepsza niż wszystkie sceny z Supergirl, ale wciąż – jest to fajny moment. I takich małych, nieźle przemyślanych momentów jest w filmie kilka. Może nie zawsze tam gdzie twórcy by chcieli (bo sceny walki są moim zdaniem zaskakująco nudne) ale nie jest to film, w którym nie ma nic co mogłoby dać jakąś przyjemność widzowi.
Widziałam też taką refleksję, że ten film nie ma żadnej większej myśli czy ideologii. I pomijam już, że problemy z ideologicznym przesłaniem ma większość produkcji super bohaterskich w ostatnich latach. Otóż oglądając film, w którym największym zagrożeniem dla podróżujących przez galaktykę kobiet nie są potwory, super moce, czy czerwone słońca, ale mężczyźni polujący na młode dziewczęta by porywać je na żony, pomyślałam, że tam ideologii jest sporo. A właściwie nie ideologii tylko refleksji nad tym, że zagrożenie dla super bohaterki czy jej towarzyszki nie wymaga większego kombinowania. Wystarczy przepisać doświadczenia kobiet z Ziemi na galaktykę. I tu zaznaczę, nie jestem do końca pewna czy się z tym przesłaniem i myślą zgadzam (im bardziej straszymy kobiety, tym częściej prowadzimy do ograniczenia ich możliwości) ale zarzut, że nie ma w tym filmie żadnej ideologii jakoś mnie nie przekonuje. Jednocześnie zgadzam się z tym, że to jest bardzo ciężki wątek i temat jak na film super bohaterski, ale z drugiej strony – nie jest to jakieś wielkie odejście od świata komiksów, gdzie co pewien czas człowiek natyka się na zaskakująco ciężkie wątki fabularne. Ogólnie to jest ciekawe, że Snyder bardzo chciał zrobić poważne DC wychodząc z idei, że super bohaterowie to w istocie łaskawi Bogowie, a Gunn wprowadza do swojego uniwersum niezwykle ciężkie tematy bo wychodzi z założenia, że super bohaterowie, to pogubieni ludzie, z super mocami.

Ponownie – są w tym filmie rzeczy, które są irytujące. Zwłaszcza kwestie myślenia o komosie, który cały jest szary, bury i bardzo pokazuje, że zdjęcia realizowano w Irlandii. Zdaję sobie też sprawę, że wielu wielbicieli efektów specjalnych rwie włosy z głowy, choć mnie – osobie mało wyczulonej na to jak słabe są efekty aż tak one nie przeszkadzały. Poza tym to jest szerszy problem wychodzący poza jedną produkcję. I tak mnie też denerwuje, że bohaterka leci na zupełnie inną planetę w innym układzie słonecznym i tam mają identyczną jak ziemska lodówkę i mleko na półce. No ale to jest mój ogólny zarzut do tego jak kino popularne ostatnio przedstawia kosmos, jak jedną wielką kolonię Ziemi. Także – nie mówię, też mnie film miejscami męczył czy irytował, ale nie bardziej niż wiele innych produkcji o super bohaterach.
Wracając do wstępu – nie jestem wam w stanie powiedzieć – czy moja reakcja na film Craiga Gillespie, była tylko moim odbiorem tej średniej, ale nie tragicznej opowieści na bazie komiksu, czy też – miałam tak zaniżone oczekiwania, że spodziewałam się czegoś beznadziejnego. Bo moim zdaniem to nie jest film beznadziejny. Nie jest wybitnie udany, nie przejdzie do historii kina, ale gdybym miała porównać ten seans do dobrze ocenianej „Fantastycznej Czwórki” czy do już słabiej ocenionego trzeciego „Kapitana Ameryki” to nie powiedziałabym, że poczułam na sali kinowej jakąś drastyczną różnicę. Tak, bawiłam się zdecydowanie gorzej niż na „Supermanie”, który mnie totalnie zauroczył (i który to film z każdym seansem lubię coraz bardziej) ale nie było to jakieś wyjątkowo męczące przeżycie czy wybitnie nieudany seans. Raczej dowód na to, że kino super bohaterskie potraktowane schematycznie da taki średni film, który jest bardzo schematyczny. Ale czy to jest jakiś wyjątek? Nie bardzo.

Na pewno z pewną radością myślę, o kolejnej odsłonie „Supermana” i mam nadzieję, że zobaczę w nim więcej Kary, która moim zdaniem jest postacią, która ma olbrzymi potencjał. I jeśli calem filmu „Supergirl” było stworzenie w mojej głowie obrazu tej bohaterki, po to by móc go potem wykorzystać – to jest to pewien sukces, bo tak się stało. A sam film… pewnie na siebie nie zarobi i będzie na listach słabych produkcji super bohaterskich, choć moim zdaniem, najlepsza recenzja tej produkcji to „Not great, not terrible”.
