Home FestiwaleNie wychodzę z kina! czyli 10 filmów, które polecam na Warszawskim Festiwalu Filmowym

Nie wychodzę z kina! czyli 10 filmów, które polecam na Warszawskim Festiwalu Filmowym

autor Zwierz

Moja pierwsza reakcja, gdy zobaczyłam program 42 Warszawskiego Festiwalu Filmowego to czysta radość.  Ponad 190 seansów. Filmowe premiery, najważniejsze tytuły ze światowych festiwali, konkurs międzynarodowy, klasyka i nowości. Krótkie i epickie dzieła trwające 3 godziny. Do tego sekcje specjalne, wydarzenia towarzyszące i nawet szansa by obejrzeć film niemal dosłownie w chmurach.  Żyć nie umierać!

Po chwili zdałam sobie jednak sprawę, że fizycznie nie da się obejrzeć wszystkiego. Więcej, nawet moje wybrane w pierwszym rzucie ZALEDWIE dwadzieścia cztery tytuły oznaczają maraton po trzy seanse dziennie przez cały festiwal. I broń boże nie traktujcie tego jako zarzut! Wręcz przeciwnie – chciałabym, żeby każdy festiwal miał program, przy którym obejrzenie wszystkiego co zapowiada się ciekawe było misją niemalże niemożliwą. Ostatecznie uznałam, że wybiorę dla was 10 tytułów, na które będę polować w czasie tegorocznego festiwalu, który będzie się odbywał od 9 do 18 października.

 

 

Tabloid reż. Danny Boyle – zaczynam od filmu, o którym być może słyszeliście. To film, będący adaptacją sztuki scenicznej „The Ink” autorstwa Jamesa Grahama. Produkcja opowiada o kluczowym momencie w historii brytyjskich (i nie tylko) mediów. Australijski milioner Rupert Murdoch zatrudnia Larry’ego Lamba jako redaktora naczelnego zakupionego właśnie „The Sun”. Wszystko co dzieje się później jest kluczowe dla zrozumienia jak bardzo zmieniły się media i co właściwie wydarzyło się na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych co wciąż wpływa na współczesny przekaz medialny. W głównej roli Jack O’Connell, Ruperta Murdocha gra Guy Pearce (chciałby Murdoch tak wyglądać ;) Film wybrałam, bo jako osoba, która kilkanaście lat spędziła pracując w redakcji gazety kocham narracje o mediach i prasie. Jestem niezwykle ciekawa tego filmu, zwłaszcza że część moich znajomych już go widziała w Wenecji i denerwują mnie tym, że nic mi nie chcą powiedzieć.

 

 



Jupiter reż. Alexandre Smia – francuski thriller polityczny, w którym świat staje na krawędzi wojny nuklearnej. A wszystko zaczyna się od zamachu na rosyjskiego prezydenta i skupia się na decyzjach jakie musi podjąć nowo wybrany prezydent Francji. Tytułowy Jupiter to tajne centrum dowodzenia, w którym podejmowane są najważniejsze decyzje. Bardzo mnie ten film interesuje, także dlatego, że jest intrygująco krótki (trwa poniżej 90 minut) co w przypadku pełnych napięcia thrillerów poczytuję jako wielki plus. Moim zdaniem czeka nas takie kino jakie lubię najbardziej – pozwalające się zmierzyć z wydarzeniami czy zdarzeniami, których się boimy. Niezwykle ciekawi mnie też perspektywa francuska, bo nie da się ukryć, to jeden z niewielu krajów Europy, który posiada własny atomowy arsenał.

 

Dziecko reż. Linda Olte – łotewska reżyserka opowiada historię, którą zna wiele par.  Zane i Kaspars to małżeństwo przed czterdziestką, które od dekady walczy z niepłodnością. Podczas gdy Kaspars powoli godzi się z tym, że być może nigdy nie zostanie ojcem, jego żona nie może się pogodzić z tym, że nie będzie matką. Temat niepłodności czy bezpłodności to zjawisko, które z jednej strony – staje się coraz bardziej powszechnym doświadczeniem, z drugiej – jest wyjątkowo słabo zagospodarowany przez kulturę. Jestem niezwykle ciekawa jak udało się opowiedzieć tą historię łotewskiej reżyserce. Sam film startuje też w konkursie międzynarodowym i choć jeszcze go nie widziałam, to mam nadzieję, że zwróci na siebie uwagę, bo ten temat jest mi bardzo bliski.

 

Jak nakarmić dyktatora reż. Andrew Neel  – mam wrażenie, że wiele osób popełnia na festiwalach błąd nie zwracając uwagi na sekcję dokumentalną. Tymczasem dokumenty są obecnie coraz bardziej intrygujące, nie tylko tematycznie, ale i formalnie. „Jak nakarmić dyktatora” to filmowe rozwinięcie książki Witolda Szabłowskiego (seans ma więc wymiar patriotyczny), w której autor podążył śladem kucharzy, którzy gotowali dla największych dyktatorów i zbrodniarzy XX wieku – Saddama Husajna, Idi Amina, Pol Pota, Augusto Pinocheta i Kim Dzong Ila. Pytanie brzmi nie tylko – co się gotuje dyktatorowi, ale też, co chyba ważniejsze, dlaczego się dla niego gotuje (i czy zawsze odpowiedzią jest strach). Ponieważ żyjemy w świecie pełnym dyktatorów i ludzi, którzy bardzo pragną nimi być, dobrze jest poznać totalitaryzm od kuchni.

 

Człowiek za burtą reż. Gael García Bernal  – nie będę ukrywać, tu przemawia przeze mnie mało profesjonalne podejście. Uwielbiam Gael Garcíę Bernala i obejrzę każdy film, w którym gra a w tym przypadku – gra i reżyseruje. Zwłaszcza, że sama fabuła zapowiada się bardzo ciekawie. Camilo, kubański ratownik, ratuje Abla, meksykańskiego biznesmena, przed utonięciem na Morzu Karaibskim. Wdzięczny milioner proponuje mu wyjazd do Meksyku (gdzie ma więcej szans na dobre życie i zarobek) a potem przedstawia swojej córce. Szybko okazuje się jednak, że układ „Zamek i ręka księżniczki” za uratowanie życia, jest zdecydowanie bardziej skomplikowany. Jestem niezwykle ciekawa tej produkcji. No ale ja Gaela mogę jeść łyżkami.

 

Nepela reż. Gregor Valentovič – mam wrażenie, że z tegorocznego programu Warszawskiego Festiwalu Filmowego spokojnie dałoby się wykroić osobną sekcję filmów ze sportem w tle. Z nich wszystkich moją uwagę najbardziej zwrócił „Nepela” czyli biograficzny film o słynnym słowackim łyżwiarzu figurowym (właśnie zdałam sobie sprawę, że być może słynnym tylko wśród wielbicieli łyżwiarstwa figurowego, do których się zaliczam). Nepela wraca z Sapporo ze złotym medalem i musi się mierzyć z rzeczywistością, w której władza ma na niego bardzo konkretny pomysł. Pomysł, do którego wrażliwy łyżwiarz zupełnie nie pasuje. Kto zna biografię słowackiego sportowca powinien się przygotować na wzruszenia nie tylko sportowe.

 

 

De Gaulle: Ruch Opor + De Gaulle: Droga do wolności reż. Antonin Baudry – trochę oszukuję, bo na liście umieściłam dwa filmy. Ale to dwa filmy, ale jakby jeden. Oba są monumentalne (seanse po 160 minut!) i składają się na wojenną biografię jednego z najsłynniejszych francuskich polityków. Zaczynamy w 1940 roku, gdy wydaje się, że dla francuzów wojna już się skończyła. De Gaulle wyjeżdża do Londynu skąd próbuje przekonywać świat do oporu. Druga część skupia się już na samym ruchu oporu. Przyznam, że najbardziej ciekawi mnie to jak francuzi sami opowiadają sobie swoją wojenną historię i jak budują narodowy mit. To zawsze jest fascynujące patrzeć, jak kształtują się te historyczne (ale też trochę polityczne) narracje.

 

Siedem dni w lutym reż. Tatjana Moutchnik – jestem niezwykle ciekawa tej produkcji, bo sam jej opis podpowiada, że będziemy tu mieli wiele wątków i warstw narracyjnych. W mieszkaniu w Stuttgarcie ukraińsko-niemiecka rodzina spotyka się by pożegnać matkę. Tradycyjną żydowską, siedmiodniową żałobę, przerywają ciągłe spory pomiędzy braćmi – jednym, który mieszka za granicą, drugi który wciąż mieszka w Ukrainie oraz wybuch pełnoskalowej wojny z Rosją. Urodzona na Ukrainie i wychowana w Niemczech reżyserka filmu ma unikalną perspektywę na kwestie narodowości, przynależności i tożsamości. Jestem niezwykle ciekawa tego filmu, także dlatego, że Ukraińcy reżyserzy i reżyserki wyjątkowo sprawnie opowiadają o paradoksach sytuacji, w której się znaleźli.

 

 

Wątpliwość reż. Thierry Besseling – nie wiem skąd u mnie słabość do narracji, które w centrum stawiają wiarę i wątpliwości, ale ilekroć widzę ten temat w filmie jestem zaintrygowana. W „Wątpliwości” główny bohater młody katolicki diakon Jean postanawia na krótko wstąpić do odległego klasztoru w Luksemburgu i tam zdecydować czy życie klasztorne jest dla niego odpowiednie. Okres modlitwy i spokojnego klasztornego życia kończy się, gdy na horyzoncie pojawia się przystojny młody mężczyzna – darczyńca klasztoru. Jak można wywnioskować, pojawia się nowa warstwa wątpliwości. Mam nadzieję, że ten Luksemburski film będzie tak ciekawy jak się zapowiada, zwłaszcza że to pełnometrażowy debiut reżysera.

 

Na poboczu reż. Francisco Marise – drugi dokument, który mnie zaintrygował swoim opisem. Argentyński reżyser skupia się tu na kierowcach ciężarówek. Ale nie tyle w drodze, ale na poboczach, w oczekiwaniu, na parkingach, które są wszędzie albo i nigdzie. To świat, który rządzi się własnymi prawami, własnym czasem i własnym podejściem do przestrzeni. Zapowiada się produkcja melancholijna i być może nieco oniryczna, bo mówimy o świecie, który powoli – w tym kształcie w jakim znaliśmy go przez lata – zanika. Jako osoba, która zawsze na parkingu na autostradzie czuje jakieś egzystencjalne kryzysy – nie mogę się doczekać tego tytułu.

 

 

Tyle z moich poleceń poszczególnych tytułów, ale na mojej małej prywatnej liście mam jeszcze drugie tyle tytułów. Na pewno mogę wam powiedzieć, że bardzo warto patrzeć na sekcję filmów krótkometrażowych, bo ona zawsze na WFF jest świetna (w ogóle nie wiem, czy wiecie, ale moja przygoda z WFF zaczęła się od chodzenia tylko na pokazy krótkich metraży, bo miałam takie studenckie myślenie, że za jeden bilet zobaczę kilka filmów). Natomiast to co ja wybrałam to tylko odrobineczka ze wszystkich propozycji. Dlatego polecam wam zajrzeć do programu i wypisać sobie wszystko co najciekawsze. Osobiście mam wrażenie, że nie ma wielbiciela kina, który w tym stołecznym festiwalu nie znajdzie czegoś dla siebie.

 

PS: Mam zamiar trochę w tym roku zamieszkać w festiwalowych kinach, więc jeśli się gdzieś zobaczymy na korytarzach czy salach to chętnie przybiję piątkę.

Powiązane wpisy