Home FilmJeśli nie pada, to wygramy wojnę czyli „Niebo nad Normandią”

Jeśli nie pada, to wygramy wojnę czyli „Niebo nad Normandią”

autor Zwierz

Czy da się stworzyć ciekawy i emocjonujący film, w którym główne pytanie brzmi „Czy uda się przeprowadzić lądowanie w Normandii?”. Tak TO lądowanie w Normandii, o którym wszyscy wiemy, że nie tylko się udało, ale też nie raz pojawiało się nie tylko w podręcznikach historii, ale też w kinematografii (żeby przypomnieć chociażby „Szeregowca Ryana”). Pozornie wydaje się to niemożliwe, ale David Haig napisał sztukę, w której pytanie o to kiedy wysłać żołnierzy na wzburzone morze staje się pytaniem o odpowiedzialność, w tym odpowiedzialność ekspertów. Na podstawie sztuki powstał film „Niebo nad Normandią”, który pokazuje, że nie ma historii tak znanej by nie opowiedzieć jej na nowo.

 

Bohaterem „Nieba nad Normandią” jest James Stagg. Meteorolog, który zostaje zaproszony do kwartety głównej aliantów by odpowiedział im na jedno pytanie. Czy w dniu wyznaczonym na rozpoczęcie operacji wojskowej będzie padać. A dokładniej, czy warunki będą na tyle dobre by przerzucić żołnierzy na plażę. Pytanie nie łatwe, bo istnieje więcej niż jeden sposób przewidywania pogody. A od tego czy będzie burza, czy błękitne niebo zależy życie tysięcy żołnierzy a kto wie – może i losy całej II wojny światowej. Co więcej Stagg nie jest jedynym specjalistą – bo oprócz brytyjskiego eksperta na miejscu jest też meteorolog amerykański, który korzysta z map historycznych i zapewnia dowództwo, że skoro nigdy tego dnia nie padało to nadal padać nie będzie. Mamy więc wojnę nerwów, bo operację może i da się przesunąć, ale nie o o tydzień czy dwa.  Decyzję musi podjąć sam Eisenhower, który widział jak tragicznie zakończyły się źle zaplanowane ćwiczenia, przygotowujące wojska na lądowanie.

 

 

 

Mamy więc układ, który doskonale znamy z wielu filmów – wojskowych, którzy mają własne cele i dyrektywy oraz krzyczących na nich naukowców, którzy próbują im wyjaśnić, że człowiek nie panuje nad każdym aspektem rzeczywistości. Byłoby to być może nudne, gdyby nie fakt, że film został sprawnie nakręcony, ale przede wszystkim – doskonale obsadzony.  Brytyjskiego meteorologa gra Anderw Scott. Jest na ekranie przykładem pełnego rezerwy Brytyjczyka, który nie lubi jak się mu przeszkadza przy pracy, nie będzie dowcipkował, nie będzie nadmiernie pewny siebie. Nie da po sobie znać, że martwi się o żonę, którą zostawił we wciąż bombardowanym Londynie. Ale to właśnie ta aktorska powściągliwość Scotta działa na korzyść jego bohatera. Gdyby był nieco bardziej ekspresyjny, sceny w których traci nad sobą panowanie wybrzmiałby dużo słabiej. Jednocześnie Scott posiada tą niesamowitą umiejętność przekazywania całych linijek dialogu tylko pojedynczym spojrzeniem swoich wielkich oczu. W roli Eisenhowera pojawia się Brendan Fraser. Mam podejrzenia, że dokładnie tak chcieliby sobie swojego byłego prezydenta i generała. Fraser gra tu uosobienie odpowiedzialności i szlachetności. Choć nie jest dowódcą nieomylnym i potrafi stracić panowanie nad sobą, nie ma ani przez chwilę wątpliwości, że najważniejsze jest dla niego życie i dobro żołnierzy. Fraser i Scott mają zupełnie różne style aktorskie, ale paradoksalnie to jest właśnie siła napędowa filmu – gdyby obaj spędzili całą produkcję wydzierając się na siebie byłoby to nieznośne.

Bardzo dobrzy są aktorzy w rolach drugoplanowych. Chris Messina jako pewny siebie amerykański meteorolog jest dokładnie tak denerwujący jak zapewne zaplanował brytyjski dramaturg. Spodobała mi się też Kerry Condon jako skrętarka Eisenhowera, niemal jedyna kobieta w tym bardzo męskim filmie. Na drugim planie pojawia się Damien Lewis, jako generał Montgomery – miałam wrażenie, że bardzo dobrze bawił się w tej roli. Ogólnie to jest film bez słabszego występu – ale mam wrażenie, że to zasługa dobrze napisanych ról, po których czuć, że zostały stworzone pod teatralną dramaturgię (co akurat mi zupełnie nie przeszkadza, nawet uznaję to za komplement). Nie ma tu właściwie scen zbędnych, sama produkcja należy do tych przyjemnych filmów, które w 100 minut są w stanie opowiedzieć całą historię nie tracąc zainteresowania widza.

 

 

„Niebo nad Normandią” wpisuje się w tradycję opowiadania tych mniej znanych historii z czasów wojny. A jednocześnie – wydaje się zaskakująco aktualnym komentarzem do napięcia pomiędzy władzą, wojskowością i nauką. Nie da się wygrać wojny samą tylko siłą mięśni. Potrzebni są naukowcy, eksperci, ludzie na zapleczu, którzy pomogą podjąć trudne strategiczne decyzje. Nie można prowadzić wojny myśląc jedynie kto jest w danym pokoju największy i najbardziej „męski”, bo wiedzę, która pozwoli na zwycięstwo będzie miał niski, dość niepozorny mężczyzna z wiedzą na temat tego jak działają fronty atmosferyczne. I co więcej – może być gotowy poświęcić dużo więcej niż się wydaje. Wysiłek wojenny, który często chce się sprowadzać tylko do działania na polu walki jest rozłożony na bez porównania więcej osób. Osób, które nie zawsze pasują do schematu żołnierza. Ostatecznie – nawet gdy chce się przeprowadzić jedną z najbardziej imponujących inwazji w historii wojskowości – trzeba się słuchać naukowców. Przydałoby się wyświetlić ten film wielu światowym przywódcom.

 

„Niebo nad Normandią” to jest ostatecznie film o tym „czy jutro będzie padać”. Ale jest też doskonałym przykładem, że przy dobrej obsadzie i przy naprawdę dobrze napisanych dialogach, nie ma właściwie złego tematu na film wojenny. Na koniec ciekawa sprawa – w Stanach film pokazano pod koniec maja, tuż przed rocznicą lądowania w Normandii. W Europie i w Polsce serial pojawił się już we wrześniu (ja widziałam go na pokazie prasowym w czerwcu i zrobił na mnie na tyle duże wrażenie, że nie zapomniałam o nim napisać). Najwyraźniej dystrybutor słusznie uznał, że kiedy w Europie słyszy się „wojna” widzi się raczej wrześniowy seans.

 

PS: Nazwałam w tym wpisie Andrew Scotta niepozornym i mega mnie to gryzie ;) Ale liczy się kontekst.

Powiązane wpisy