Home FilmNic mniej romantycznego niż testament czyli „Rozważna i Romantyczna”

Nic mniej romantycznego niż testament czyli „Rozważna i Romantyczna”

autor Zwierz

Nie jest łatwo ekranizować Jane Austen. Wszystkie jej historie zostały już opowiedziane tyle razy, że więcej osób pamięta ich interpretację niż oryginał. Twarze aktorów przykleiły się do bohaterów, fryzury i kroje sukien – stały się tak rozpoznawalne, że wręcz banalne. Co więcej, widzowie niekoniecznie chcą słuchać tego co miała im angielska pisarka do powiedzenia. Nie obchodzi ich za bardzo krzywdzące prawo spadkowe regencyjnej Anglii i niekoniecznie rozpoznają w karykaturze czyjegoś charakteru, swojego lokalnego pastora. Widz wieku XXI chciałby Austen zobaczyć na nowo, a jednocześnie – by twórcy nowej wersji wypełnili wszystkie jego oczekiwania. A tych ma sporo. W tym roku, będziemy mieli aż dwie potyczki z powieściami Austen. Zaczynamy kinowo, bo od nowej „Rozważnej i Romantycznej”.

 

Wchodząc do wykreowanego przez Georgię Oakley świata należy na progu pozostawić swoje oczekiwania względem jasnych przestrzeni letnich posiadłości, skrzętnie zawiązanych czepków i pastelowych zdobień. Jeśli jest w tym filmie rozwaga to tylko po to by mogła się poczuć zagubiona w prawdziwie romantycznej scenerii. I mowa tu nie o uczuciu, ale o stylistyce. Bohaterki chodzą z rozpuszczonymi włosami, pokładają się wśród rozległych pól i łąk, niczym nimfy czy rusałki przebiegają pomiędzy drzewami gęstych angielskich lasów. Ich palce i policzki brudzić będą zjadane prosto z krzaków jeżyny, a wnętrza do których zagnają je obowiązki i konwenanse rozświetlą niemrawo tylko świece, kominki i światło próbujące się przebić zza okna. Jest to bowiem film oświetlony naturalnie, co nadaje mu pewnej żywotności, ale też niekiedy sprawia, że niewiele w scenie widać. I choć rozumiem ten wybór stylistyczny, to miejscami chciałam szepnąć „więcej światła”.

 

W tej romantycznej- estetycznej ramie, rozgrywają się porywy serca. Są one jednak pod wieloma względami mniej ważne niż wysuwana przez twórczynię na pierwszy plan relacja obu sióstr. Elinor i Marianne, w końcu bliższe wizualnie wiekiem niż we wcześniejszych filmach, wydają się być niemal jedną osobą. Podobne do siebie niemal we wszystkim, poza tym jak wyrażają emocje. Elinor, bardziej wycofana, stonowana, święcie przekonana, że nic dobrego nie przyjdzie z przedwczesnych deklaracji uczuć. Marianne, jak to bywa u nastolatek, kochająca mocno i bez zahamowań, przekonana, że trzeba czuć wszystko całą sobą, bez skrywania czegokolwiek. Ich własny świat stanowi tu centrum narracji. Mężczyźni, pojawiają się tak naprawdę na jego marginesach. Budzą uczucie, ale nie mają dostępu do tego co najważniejsze. Bliżej tego centrum są matka (nieco bardziej rozbudowałabym tą rolę), młodsza siostra (dopiero ucząca się czego wymagać od relacji) czy przyszywana ciotka, pod której paplaniną skrywa się pełna świadomość jak bezdennym oceanem jest serce młodej dziewczyny.

 

Owa siostrzana więź wypada bardzo dobrze, tworzy poczucie, że w każdym dziewczęcym pokoju od setek lat rozmowy przebiegają tak samo, a kłótnie między siostrami równie gorąco wybuchają, co cicho się kończą. Jednocześnie film za wszelką cenę próbuje uciec od tych elementów fabuły, które u Austen były oczywiste, a współczesnego widza już nieco kłują, niekoniecznie się podobają i nie budzą entuzjazmu. Stąd kilka dopisanych scen, głównie po to by Marianne mogła zobaczyć, że pułkownik Brandon oferuje nie tylko stateczność i rozsądek, ale też prawdziwą pasję i namiętność. Dodano też więcej spotkań Elinor i Edwarda – by jakoś nadrobić fakt, że mężczyźni w książkach Austen mają zwyczaj znikać na długie miesiące nie dając znaku życia (ten sam problem jest zawsze z Panem Darcy). Owe zmiany wychodzą różnie. Niektóre – pozwalają na nieco więcej dynamiki, inne zdają się emocjonalnie dalekie od tego jak bohaterów portretowała Austen. Bo też film chyba najmniej jest zainteresowany tym co angielskiej pisarce wychodziło najlepiej – portretowaniem najróżniejszych typów ludzkich, często w sposób złośliwy i trafny. Jest w tym filmie komediowość, ale brak tej cudowniej złośliwości Austen, która widziała ludzkie wady tak wyraźnie, że prawie nikomu ich nie odmawiała.

 

 

Aktorsko najbardziej przypadł mi do gustu duet Daisy Edgar-Jones i George MacKay. Oboje cudownie grają wycofany spokój swoich bohaterów. Ich brak porozumienia bywa komiczny, ale grają te swoje stłumione uczucia i dojmujące poczucie obowiązku zupełnie inaczej niż robiła to Emma Thompson i Hugh Grant w filmie z lat dziewięćdziesiątych. Kiedy ta dwójka jest na ekranie, to niemal od pierwszej sceny możemy uwierzyć w prawdziwą, głęboką miłość i zrozumienie jakie ich połączyło. Kibicujemy im, bo chcemy by ludzie tak wyraźnie do siebie pasujący byli razem.  Esmé Creed-Miles grająca Mariannę, zrobiła na mnie mniejsze wrażenie. Być może dlatego, że przypadło jej granie bohaterki przepisanej bardzo współcześnie. Co w połączeniu z jej fryzurą (twórcy serialu nie tylko uznali, że bohaterki będą chodzić we włosach rozpuszczonych, ale do tego jeszcze potarganych) cały czas sprawia wrażenie, jakby przeniesiono ją z innego porządku. Mam wrażenie, że bez porównania lepiej sprawdziłaby się w filmie o prerafaelitach niż w opowieści ze świata Austen. To niekoniecznie jest zła rola, ale raczej – to nie jest typ bohaterki, który kiedykolwiek budził moje zainteresowanie i sympatię (ja z tych rozważnych). Widać też spory wysiłek by mocniej zaznaczyć pułkownika Brandona w fabule. Herbert Nordrum, jest wysoki i przystojny, stoi i siedzi w tle wielu scen, ale nie jest w stanie nic poradzić na to, że Austen za bardzo tego bohatera nie napisała, a co było z tej postaci do wyciągnięcia do wziął dla siebie i ukradł Alan Rickman. Dla biednego Norwega już nic nie zostało. Świetna jest za to Fiona Shaw, w drugoplanowej roli matrony z mopsem na kolanach. Ale to dziwić nie powinno Fiona Shaw zawsze jest świetna.

 

Jedyną decyzją obsadową, która zupełnie mi nie przypadła do gustu jest Frank Dillane jako Willoughby. Mam wrażenie, że to nie jest prosta rola, trzeba najpierw zagrać mężczyznę niemal idealnego, uroczego, emocjonalnego, budzącego zaufanie, by potem wszystko postawić na głowie i przedstawić nam postać rozdartą – pomiędzy uwięzieniem w prawie spadkowym (ostatecznie nawet gentelman musi się z czegoś utrzymać), przeszłymi sprawkami i ostatecznie – chyba prawdziwym uczuciem do Marianne, które do całej tej układanki nie pasuje.  Mam wrażenie, że Dillane nie był w stanie zagrać obu stron tej roli. Ostatecznie jego Willoughby pasuje bardziej do schematu „bad boya” niż do nieco bardziej skomplikowanego obrazu, który przynajmniej moim zdaniem czyni całą opowieść ciekawszą. Zresztą co jak co, ale podłych dwulicowych typów Austen zawsze pisała fantastycznie. Szkoda, że tu aktor chyba nie uniósł tej postaci.

 

 

Sporo myślałam o tym filmie od chwili seansu. Próbowałam sobie ułożyć w głowie, dlaczego choć tak wiele pomysłów mi się podoba, choć są sceny, które nakręcono fantastycznie (nie są to jednak sceny tańca, gdzie zdecydowano się na nowoczesną choreografię), choć casting nie jest zły – sam film nie wzbudził we mnie dzikiego entuzjazmu. Bo kiedy wyszłam z kina zdałam sobie sprawę, że w istocie – niewiele wzbudził we mnie emocji, nie obraził mnie, nie zdenerwował, nie wynudził. Ale też mnie nie urzekł, nie uwiódł, nie włączył we mnie tej dziwnej tęsknoty, która często się u mnie pojawia po seansach filmów na podstawie Austen. Taka reakcja, która po prostu przyjmuje do wiadomości, że film jest bez żadnej emocjonalnej reakcji – zdarza mi się niezwykle rzadko. Być może to nie kwestia samej fabuły czy aktorskiej obsady, tylko właśnie tej decyzji stylistycznej, osadzającej historie w dużo bardziej naturalistycznej (choć przecież wykreowanej do ostatniego źdźbła trawy) oprawie. Może kiedy rozpuści się włosy i ubrudzi rąbki sukienek, kiedy niemal czuje się ciepły wosk skapujący na podłogę i ledwo co się widzi w popołudniowym świetle, to wszystkie te historie miłosne, tracą swój fikcyjny blask. Są jakimiś historiami, które przydarzyły się jakimś ludziom, w przestrzeniach tak prawdziwych, że już nie interesujących. Może brakuje tu jednak tej odrobiny błysku, ironii i delikatności, który nie tyle obniża rangę opowieści, co wyrywa ją z okowów realizmu. Na koniec o tak człowiek wychodzi z kina i myśli, że nawet ta wersja, jest mniej przygnębiająca niż prawda o „Rozważnej i Romantycznej”, najpopularniejszej książce o testamentach, rentach i nieuczciwym prawie dziedziczenia, które trzyma na krótkiej smyczy nie tylko kobiece, ale i męskie serca. No ale na taki brak romantyzmu to sobie nawet w 2026 roku nie możemy pozwolić.

 

PS: Mam pewną refleksję nad tym jak wybór stylistyki przez reżyserkę, może być próbą odbicia się od przerysowanego w drugą stronę, świata 'regencji” w Bridgertonach. W miejsce przerysowanego koloru wchodzi naturalne światło, w miejsce lśniących sukien, naturalne materiały, w miejsce blasku reflektora – sztuczne światło. Podobny zabieg, na mniejszą skalę, zastosował Joe Wright kręcąc swoją „Dumę i Uprzedzenie” w 2005 roku, gdzie lżejszy dotyk naturalizmu (czy właściwie naturalistycznej stylistyki) pozwolił mu się odbić od „Dumy i Uprzedzenia” w wersji BBC. Być może stylistyka to ostatnie pole walki interpretatorów Jane Austen.

Powiązane wpisy