Tak się ostatnio dzieje w świecie filmu (ale też produkcji telewizyjnych), że dokumenty zaczynają w nas budzić coraz większe emocje. Dopiero co widzowie mogli cieszyć się produkcją kontrowersyjną i okrzykniętą przez gremia filmem roku, czyli „Zobaczysz wszystko” a już Gutek Film idąc za ciosem wprowadza na ekrany kolejny film dokumentalny. Ale tym razem to produkcja z zupełnie innego porządku, bo nie bawimy się tu w meta narracje i postmodernizmy, tylko robimy krok ku historiom prawdziwym, ale intrygującym czy niemal baśniowym. Mowa oczywiście o „Najlepszej owsiance na świecie” czyli o tym jak raz do roku w niewielkiej szkockiej wiosce, zbierają się ludzie z całego świata by zawalczyć o Złote Mieszadło za najlepszą tradycyjną owsiankę.

Australijski reżyser Constantine Costi zabiera nas do niewielkiej szkockiej wioski Carrbridge gdzie przygląda się przygotowaniom do corocznego konkursu robienia owsianki. Rok jest szczególny, bo to ostatni raz, kiedy szefem komitetu organizacyjnego konkurs jest Charlie Miller, który robi też specjalne mieszadła do owsianki. Ich sprzedaż sponsoruje organizację konkursu. Oglądamy więc coś co z jednej strony jest dumną i celebracją lokalnej społeczności, ale z drugiej – od samego początku mamy poczucie, że jest to wydarzenie, które ulegnie zmianie. Coraz więcej osób wie o konkursie, coraz mniej chętnych mieści się w niewielkiej wioskowej sali aktywności i zebrań (na szczęście można podłączyć wifi i zrobić transmisję online). Cała społeczność odpowiedzialna za organizację zawodów to ludzie głównie w średnim wieku, związani z konkursem od dawna, ale widać, że nie najmłodsi. Ten element pożegnania dodaje produkcji pewnej sentymentalności, a może nawet realnego smutku, który jest koniecznym kontrapunktem, byśmy się nie zasłodzili.
A zasłodzić się jest potencjalnie łatwo, bo to rzeczywiście niezwykle urocza historia. Wioska jest mała i co osoba, to inny „charakter”. Do tego sam pomysł by skoncentrować się na konkursie owsianki, której zrobienie w szkockim stylu wymaga ugotowania owsa i dodania soli – jest cudownie absurdalny i stanowi pomnik ludzkiego charakteru (ze wszystkiego umiemy zrobić i zawody, i celebrację). Zawodnicy z całego świata, z którymi rozmawiają dokumentaliści wydają się niekiedy jak wyjęci z filmów Wesa Andersona (zwłaszcza, że często mamy do czynienia z bardzo symetrycznymi i malowniczymi kadrami) . Niby zupełnie zwykli ludzie, ale ich owsiankowa obsesja przesuwa ich trochę w stronę życzliwych, ale karykatur. A wszystko w niezwykle malowniczej wiosce, która każe rozmyślać, że może czas rzucić wszystko i zamieszkać sobie gdzieś wśród Szkockich gór, które jak twierdzą lokalni mieszkańcy są najpiękniejsze na świecie. A Costi się nie wacha dodać kilku symetrycznych ujęć, drobnych i zabawnych obserwacji wioskowego życia i czy puścić nam taką pełną życia, ale jednocześnie uroczą muzykę.

Jednocześnie film, który dość powszechnie się podoba, dotyka chyba pewnej realnej potrzeby współczesnego człowieka. Otóż to jest film wywołujący tęsknotę za wspólnotą, która posiada umiejętność sprawnej samoorganizacji, za emocjami, które mogą budzić rzeczy najmniejsze i codziennie. Za poczuciem, że jeśli tylko zechcemy, możemy zebrać ludzi z całego świata i robić razem owsiankę. Choć rywalizacja jest w gruncie rzeczy zaprzeczeniem pewnych pragnień wspólnotowości i odwrócenia się od pędu życia, to rywalizacja w robieniu owsianki, zwłaszcza prostej, ma w sobie coś cudownie ekscentrycznie niepotrzebnego. Cóż bowiem człowiekowi z tytułu mistrza świata owsianki? Co najwyżej poczucie głębokiej satysfakcji i radość z jej spożywania do śniadania.
To pragnienie ucieczki w dziwność, ekscentryczność i taką – zawodowo/biznesową nieprzydatność, pojawia się dziś w sercach wielu osób. Bo też niekończąca się produktywność, zadawanie sobie wciąż pytania „a do czego to się przyda?” (zwłaszcza w kontekście zawodowym) i „a po co to robisz” jest wysoką ceną za życie w coraz bardziej rozhulanym kapitalizmie. Ceną, którą coraz częściej sobie uświadamiamy, kiedy kolejne hobby czy zabawna tradycja, w której braliśmy udział zamienia się w niekończący się ciąg kursów, zakupów i wpisów do CV. Na tym tle robienie owsianki, nawet jeśli w ramach zawodów – jest ucieczką od konieczności brania siebie wciąż na poważnie. Radością z poszukiwania pasji, która nikomu nie da większej satysfakcji niż nam samym. Sporo tu pewnego marzenia, że może da się jeszcze ocalić jakieś aspekty naszego życia przed pożarciem przez celowość i produktywność. Ekscentryczność okazuje się jednym z tych ostatnich bastionów ludzkości, którego nic nam nie zabierze.

Przy czym te wszystkie refleksje pojawiają się po seansie oglądania filmu czujemy po prostu nieskrępowaną radość czy poczucie oderwania się od przygnębiającej rzeczywistości. Ta szkocka wyprawa zbiera nas z dala od świata politycznego, skonfliktowanego czy pędzącego wciąż do przodu. Wśród gór, w niewielkiej wiosce, ludzie dla własnej przyjemności robią owsiankę by dowiedzieć się kto robi ją najlepiej. Wizja ludzkości, która na chwilę budzi w nas cieplejsze uczucia wobec mieszkańców świata niż jakiekolwiek posiedzenie ONZ. Dlatego to jest absolutnie doskonały film na jesienny wieczór. Można iść do kina samemu, na randkę, z rodzeństwem, można zabrać babcię czy ciocię, która robiła wam w dzieciństwie kanapki do szkoły. Tylko jedna ważna rzecz, po seansie trzeba iść na jakieś jedzonko. Człowiek po tym filmie czuje się głodny zarówno jedzenia jak i międzyludzkich więzi.
PS: Nie cierpię owsianki. Ale nie wpływa to na moją ocenę filmu.
