Nie poszłam na „Toy Story 5” do kina. Powodów było wiele (w tym to, że po prostu mi się nie chciało), ale główny jest taki, że naprawdę uważam, że seria powinna skończyć się na części trzeciej – powszechnie uważanej za wybitną i dać sobie spokój z bohaterami, o których w sumie niewiele więcej da się powiedzieć. Zwłaszcza, że ostatnia część pokazuje, że twórcy wcale nie zaadaptowali się tak dobrze do zmian w życiu dzieci jak im się wydaje.
W piątej odsłonie filmu ośmioletnia Bonnie, z którą nie chcą się bawić inne dzieci dostaje tablet. Szybko się do niego przywiązuje (bo wizja, że będzie mieć kontrolowane godziny przed ekranem jest czystą fikcją) i nawet może po raz pierwszy ma szansę na nowe znajome. Zostaje zaproszona na nocowanie do koleżanki z baletu. Problem w tym, że jej ukochana lalka kowbojka Jessie uważa, że nowy ekran nic nie może wiedzieć o prawdziwej przyjaźni. Jessie sama chce się dowiedzieć, czy dziewczynki pasują do Bonnie. Co oczywiście prowadzi do charakterystycznego motywu – wyjścia zabawki z domu i zagubienia się w mieście. Jessie dość przypadkowo trafia do miejsca, gdzie kiedyś mieszała, oraz do zupełnie innego dziecka. Jak zwykle w tych narracjach – nasza zabawka będzie się starała powrócić do Bonnie i przy okazji – poznać ją z nową, potencjalnie idealną kandydatką na kumpelę. Film ma jeszcze wątki drugoplanowe, które są całkiem śmieszne choć gatunkowo pochodzą z zupełnie innego porządku.

Wróćmy jednak do wątku głównego, który pomimo reżyserskiej sprawności – bardziej mnie zirytował niż wzruszył czy rozbawił. Przede wszystkim, „Toy Story” ma od samego początku ten sam problem. Otóż, nasi bohaterowie potrzebują przeciwników. I czasem tym przeciwnikiem jest inna zabawka – co nie jest problemem, przyjmuję to jako dobry zabieg fabularny, ale czasem – pojawia się podział na dobre i niedobre dzieci. W pierwszej części dobrym dzieckiem był Andy, który ładnie bawił się zabawkami, a złym był SId, który w sumie – też się bawił, ale nie tak jak podobało się twórcom filmów. Jako dziecko byłam po stronie filmowców, ale po latach doszłam do wniosku, że naprawdę kreatywne przerabianie zabawek nie jest jakąś wielką zbrodnią – wręcz przeciwnie, też jest zabawą. Potem były np. dzieci w przedszkolu, które bawiły się zbyt energicznie w ogóle nie myśląc, jak wpływa to na zabawki. Co w sumie też stanowi pewien problem, bo zabawki nie czują. W nowej odsłonie „Toy Story” okazuje się, że dzieci z tabletami nie tylko słabo kontaktują z rzeczywistością, ale są też wredne. Kiedy Bonnie spotyka się ze swoimi koleżankami z zajęć, nie tylko obchodzi je tylko siedzenie z twarzą w ekranie, ale też szybko zaczynają się znęcać nad dziewczynką. Co jest o tyle ciekawe, że przecież Bonnie znała te dziewczynki z baletu i musiała mieć z nimi jakąś relację wcześniej. Nie jestem pewna czy dzielenie na dzieci na miłe – te które się bawią i wredne, te które się nie bawią to naprawdę taki dobry podział. Zwłaszcza, że można byłoby pozostać po prostu przy ich obojętności, co jest dużo sensowniejsze.
Nie jestem też wielką zwolenniczką podziału, w który bardzo wierzą filmowcy. Na gry, które są podrzędne wobec prawdziwej zabawy. Prawdziwa zabawa zdaniem twórców filmu to bawienie się zabawkami w wymyślone scenariusze i opowiadanie sobie za ich pomocą historii. Bardzo fajnie, rzeczywiście – brzmi świetnie, ale w istocie – to wcale nie jest takie powszechne jak się wydaje. Tak, niektóre dzieci się tak bawią zabawkami, inne nie. Dla niektórych dzieci gry, nawet z ustalonymi zasadami, są wyjściem do kreatywnej zabawy. Jest też całkiem sporo dzieci, których wymyślanie scenariuszy po prostu nie bawi. Ogólnie – takie wartościowanie jest wyjątkowo dydaktycznie smrodliwe i ponownie, ustanawiające hierarchię dziecięcego spędzania czasu już nie tylko na „razem” kontra „przed ekranem” (co jeszcze rozumiem) ale „Zabawa zabawkami” lepsza niż wszystko inne. Jako dziecko, nigdy nie umiałam się bawić zabawkami, nie bardzo mnie one interesowały (lubiłam lalki i klocki, ale nie bawiłam się w ślub mojej Barbie, a wymyślone scenariusze rozgrywałam w głowie bez zupełnie zbędnych mi rekwizytów) nie rozumiem takiego wąskiego i wartościującego spojrzenia. Zwłaszcza, że z każdym filmem mam wrażenie, że coraz mniej to jest o prawdziwych dzieciach a coraz więcej w tym jakiegoś sentymentu pod tytułem „Kiedyś to się dzieci umiały bawić dziś nie umieją”.
I tu przechodzimy do mojego największego problemu. Otóż ten film ma jeden prawdziwy czarny charakter i są to rodzice Bonnie. Nie mówię nawet o tym, że nie pilnują jej czasu przed ekranem, który przechodzi od zero do … dziewczynka chodzi wszędzie przytulona do tabletu i nikt tego nawet nie próbuje kontrolować. Mogę to przeczytać jako komentarz do niespełnionych obietnic jakie składają sobie dorośli i rzeczywistości wielu dzieciaków (choć brakuje bardziej bezpośredniego komentarza). Tym co mnie najbardziej porusza to absolutne olewanie zachowań Bonnie. Ojciec dostaje, po kilku dniach korzystania przez dziewczynkę z tabletu, prośbę by schował jej wszystkie zabawki do piwnicy. Przychodzi do pokoju dziewczynki (która go wyraźnie nie słucha) pyta „Na pewno wziąć te zabawki” a gdy dziecko potakuje zabiera je do pudełka. Ta scena mnie poruszyła, bo oznacza, że ojciec nie interesuje się zupełnie Bonnie. Nie przychodzi mu do głowy zapytać – dlaczego się nimi już nie bawisz? CO się stało? Kilka dni temu to były twoje ulubione zabawki? Czy ktoś ci coś powiedział? Cokolwiek co by świadczyło o tym, że ojciec zna Bonnie i jej emocje oraz świat zabaw. Gdyby ktokolwiek tak drastycznie zmienił przyzwyczajenie w tydzień, niezależnie czy dziecko czy dorosły, to nie można tego tak zostawić.

Podobnie matka Bonnie, która akceptuje, że jej córka, mimo że została przywieziona przez nią do innego domu na końcu miasta – nie chce ostatecznie odebrać swoich zabawek. Matka zachowuje się tak jakby zachowanie dziewczynki było uzasadnione a nie stanowiło olbrzymiego powodu do niepokoju. Tymczasem bardzo wyraźnie widać po zachowaniu dziecka, że COŚ się stało. Zresztą oboje rodziców, którzy niby tak dziecko wspierają zostawiają ośmiolatkę sam na sam z tabletem i w ogóle do niego nie zaglądają ani nawet nie sprawdzają co się dzieje. I to są rodzice, którzy tak długo chronili dziecko przed ekranem. Film właściwie tego nie komentuje za bardzo, nie pokazuje nam ani jednej sceny, nawet na drugim planie, gdzie rodzice przyznaliby, że być może postąpili niesłusznie. Nawet gdy Bonnie pod koniec ma już koleżankę – nie ma komentarza o tym jak niesamowicie nieodpowiedzialnie zachowali się rodzice, którzy zostawili dziecko sam na sam z tabletem. Serio przez cały film miałam wrażenie, że oglądam bohaterów, którzy nie za bardzo się swoim dzieckiem interesują. I nie mam wrażenia, że taka była intencja autorów, zwłaszcza, że seria „Toy Story” raczej łagodnie traktuje rodziców naszych bohaterów.
Osobiście mam wrażenie, że film się rozpada, bo twórcy nie wiedzą, jak opowiedzieć tą historię. Historię o ośmioletniej dziewczynce, która w trzeciej dekadzie XXI wieku nie chce się już bawić lalką z lat pięćdziesiątych. Bo nie da się ukryć, „Toy Story” nie działa jako seria, w której bohaterowie się nie zmieniają. Dlatego właśnie po części trzeciej każda kolejna ma coraz więcej kłopotów z sensownym zarysowaniem fabuły. Bonnie jest inna niż wszystkie dzieci, ale przyznam byłaby też inna niż moi rówieśnicy, bo myśmy się nie bawili zabawkami naszych rodziców (a w przypadku Bonnie to są zabawki z pokolenia jej rodziców i dziadków). Podejście do nowych technologii okazuje się tu z jednej strony koszmarnie dydaktyczne, z drugiej – naiwnie optymistyczne. W sumie nic ciekawego o tym problemie nie udaje się powiedzieć. A już na pewno nie udaje się dodać, że dla dziwnych dzieci to właśnie nowe technologie stały się sposobem na to by znaleźć przyjaciół. O czym nie lubimy mówić, bo zupełnie nie umiemy się odnaleźć w tej narracji – jak rozmawiać o dzieciach, młodzieży i nowych technologiach (poza tym, że stanowią zagrożenie).

Na koniec muszę dodać, że tam, gdzie twórcy nie próbowali mnie pouczać tylko po prostu przedstawiali często absurdalny świat zabawek i zabawy – bawiłam się najlepiej. Świetne są animacje w sekwencjach wymyślonych przez Bonnie i jej koleżankę scenariuszy zabawy. Niesłychanie zabawny jest wątek Buzzów, którzy odnajdują drogę do domu. Świetne są właśnie te małe absurdalne fragmenty, pokazujące, że wciąż w twórcach są pokłady wielkiej wyobraźni. Ale przykryte tym, że stworzyli w sumie dość opresyjny świat jednej słusznej zabawy.
PS: Często straszy się nas, że dziecko się naogląda homoseksualnej propagandy i mu się rzuci na mózg. Tymczasem animacja o ZABAWKACH musi mieć wątek romansowy, zaręczyny i ślub. Bo nawet ZABAWKI muszą się łączyć w hetero pary. Inaczej … nie wiem dzieci nie będą wiedziały, że bez małżeństwa nie można leżeć w tej samej szufladzie?
