Home FilmDla tych co graniczą z Kamczatką czyli „Katastrofa w Duecie”

Dla tych co graniczą z Kamczatką czyli „Katastrofa w Duecie”

autor Zwierz

Mamy rok pański 2026, wiadomości pełne są informacji, które brzmią jakby znów była końcówka lat pięćdziesiątych, kiedy zimna wojna niemal zagotowała się w gorącą. Człowiek nagle świadom jest wszystkich manewrów wojskowych, planów mobilizacji i rozmieszczenia lotniskowców państw sprzymierzonych i nie tylko. W tej przyjaznej atmosferze powszechnego pokoju, na streaming Apple wchodzi film „Madyday” (po polsku „Katastrofa w duecie”), który zadaje ważne pytanie – dlaczego amerykański pilot wojskowy i były agent KGB nie mogą żyć w zgodzie. A wszystko w dekoracjach z końcówki lat osiemdziesiątych. Ma być zabawnie i kumpelsko, ale jakoś nie było mi za bardzo do śmiechu.

Ryan Renolds gra w filmie amerykańskiego pilota myśliwca, który w powietrzu jest równie odważny i zmyślny jak sam Maverick z „Top Gun”. Zresztą film nigdzie nie ukrywa, że postać jest zainspirowana właśnie tą propagandową wizją wspaniałych amerykańskich lotników. Nie ma bowiem wątpliwości, że twórcy scenariusza słabo w te opowieści wierzą. Bo też co innego popisywać się umiejętnościami na ćwiczeniach, co innego zostać wysłanym na misję szpiegowską. Choć nasz bohater niczemu nie jest winien, jego samolot rozbija się gdzieś w rosyjskich lasach. Byłoby po nim, gdyby nie fakt, że znajduje go przyjaźnie nastawiony i zakochany w amerykańskiej kulturze były kagiebista, który oferuje mu swoją pomoc, przyjaźń i samogon.

 

 

I tu pojawia się pewien problem. Oto film upiera się by bohater grany przez Ryana Reynoldsa zachowywał się jak ostatni idiota. Spotkawszy sojusznika, natychmiast próbuje mu uciec. Co może miałoby sens, gdyby znał chociaż rosyjski, miał mapę albo jakikolwiek plan działania. Ale języka nie zna, umiejętności bitki i przetrwania wojsko mu nie dało, a i gdzie jest do końca nie wie.  Zresztą przez cały film grany przez aktora bohater zachowuje się nie tak jak żołnierz na misji szpiegowskiej, który znalazł się za linią wroga, ale raczej jak turysta, któremu ukradli paszport z dala od ambasady. Jakby tego było mało jest wobec swojego kompana nie tylko nieufny, ale też dość niemiły, mimo, że ten właściwie przez cały film ratuje mu życie, układa plan przekroczenia granicy i ryzykuje wszystkim co zna. O ile na początku można tą nieufność czy nawet opryskliwość zrozumieć, to w pewnym momencie grany przez Reynoldsa bohater zachowuje się naprawdę antypatycznie. Co innego odpędzać się od irytującego towarzysza gdy ten jest takim kompanem z przypadku, a co innego gdy ryzykuje dla nas życie.

 

Twórcy filmu oczywiście zakładają, że przyjmiemy jego perspektywę, więc sprzedają nam każdy możliwy rosyjski stereotyp, oczekując, że go rozpoznamy, uznamy za prawdziwy  i jeszcze nas rozbawi. Jednocześnie zaś jak to często w narracjach zachodnich bywa – Rosja kraj piękny, dobrych ludzi pełen tylko te władze złe. Jakby tylko ten komunizm upadł, to wszyscy byliby szczęśliwi i żyli w pokoju i dobrobycie.  Ale żeby nie było za pięknie to oczywiście jest tu obowiązkowe śmianie się np. z radzieckich fryzur, zdjęć i braku uśmiechu ludzi na wschodzie. Wiecie to takie „boże na tym zdjęciu nikt się nie uśmiecha a oni je powiesili na ścianie”. Nie jestem zła w imieniu ZSRR, nic z tych rzeczy. Po prosty – dlaczego to miałoby mnie bawić, skoro w sumie jest takim typowym amerykańskim ignoranckim dowcipem, który za komiczne uznaje zwykłą różnicę kulturową. Jak na film, który stara się otworzyć bohatera na mieszkańców innego kraju, scenarzyści bardzo dbają byśmy nigdy nie zapomnieli, że tam na wschodzie są tacy śmieszni ludzie, co brzydko wychodzą na zdjęciach i mają dzieci potrzebujące klatek i egzorcyzmów.

 

 

No ale przecież nie o Rosji to opowieść. Tylko o Amerykaninie, który odkrywa, że przecież ten były agent KGB to bardzo przyjemny i pomocny człowiek, co nawet córkę ma, że ludzie ubodzy się z nim posiłkiem podzielą. A jego kochane  Stany to wcale taki dobry nie jest choć przecież obiecuje wolność, demokrację i prawa człowieka, to nie każdemu od razu zapewni azyl. Przy czym to krytyka taka leciutka bo ostatecznie wygrają odpowiednie zasady i odpowiednie komisje. W końcu to kraj demokracji i wolności. Miejscami ten film ma taki ton pierwszorocznego studenta, który pierwszy raz w życiu zorientował się, że być może amerykanie nie prowadzili każdej wojny w imię pokoju i dobrobytu narodów.  Patrzy się na to z pewnym rozczarowaniem. Także dlatego, że w sumie do przeprowadzenia prostej historii o tym,  gdzie dwóch ucieka a trzeci ich goni, te wątki nie są potrzebne. Ale skoro już zdecydowano się na pewne historyczne realia wypadałoby je lepiej poprowadzić.

 

Bo też sam film opiera się na schemacie gatunkowym tzw. „buddy comedy” gdzie dwóch niedopasowanych bohaterów razem przechodzi przemianę i zaprzyjaźnia się ze sobą. Problem w tym, że Ryan Reynolds nie wydaje się zdolnym do zagrania żadnej większej przemiany bohatera. Po prostu po całym filmie pełnym ironicznych uwag i jednozdaniowych dowcipów kierowanych do swojego towarzysza, w końcu mówi tym samym tonem coś „szczerego” co ma nam udowodnić, że się polubili. Z kolei grany przez Branagha były członek KGB to postać ciekawsza (bo też aktor bez porównania lepszy, właściwie to niosący cały ten film na swoich plecach) ale napisana na kolanie. No jednak wypadałoby choć na chwilę przystanąć i zadać sobie pytanie co to znaczyło być w elitarnej jednostce KGB w ZSRR. I nie jest to dokładnie to samo co być pilotem w amerykańskim wojsku. Ale to pewnie byłoby dla scenarzystów za dużo. Bo tam, gdzie polityczność twórców uwiera po prostu udają, że jej nie ma. Na co można byłoby przymknąć oko, gdyby nie fakt, że uparli się umieścić swoją historię w latach osiemdziesiątych, w bardzo konkretnym politycznym układzie.

 

 

Zresztą jak na „buddy comedy”, to trochę za mało tu komedii. Jest w filmie jedna doskonała farsowa scena z szafą (serio im dłużej żyje tym bardziej wierzę, że farsa nas uratuje) ale poza tym dowcip jest raczej dość płaski. Trochę jest tu absurdu, który lubię, ale tu nieco irytuje (ostatni pościg chyba przekroczył u mnie tolerancję na głupie rozwiązania fabularne) i trochę niewykorzystanych szans komediowych, które irytują mnie jeszcze bardziej, bo mogło być miejscami zabawniej. No naprawdę … mieć scenę w pociągu pełnym wojskowych i jednego obcokrajowca i nie wpaść na coś realnie zabawnego, to wręcz zbrodnia. Mam autentycznie wrażenie, że dla wielu zachodnich widzów najzabawniejszy jest tu rosyjski akcent Branagha (Hollywood ostatnimi czasy kocha, kiedy Branagh gra z dziwacznymi akcentami) ale ja cały czas miałam wrażenie, że mam się dopiero za chwilę zacząć śmiać. I ten zabawny moment nigdy nie nadszedł.

 

Oczywiście film to właściwie sprawa polska, bo gra w nim Marcin Dorociński. Gra oczywiście rosyjskiego służbistę, bo taka to rola polskich doskonałych aktorów dramatycznych, grać w amerykańskich filmach rosyjskich służbistów na drugim planie. Nie mam żadnych negatywnych uwag do roli Dorocińskiego, jedynie jest mi autentycznie przykro, że aktor, który w tym roku zagra pewnie najważniejszą rolę w polskiej kinematografii, dla zagranicznych speców od castingu wciąż będzie facetem do grania Rosjan na drugim planie. Jakby… jest 2026 rok a im wciąż się chyba wydaje, że to jest jedyne co aktorsko polska kinematografia może im zaoferować. Tymczasem można byłoby Dobrocińskiemu dać jedną z dwóch głównych ról i byłoby równie dobrze jak nie lepiej. Albo w ogóle można byłoby mu zaoferować kogoś innego niż Rosjanina (bo przecież też taką rolę grał w „Mission Impossible”), to że dla amerykańskiego ucha jego rosyjski brzmi dobrze to nie znaczy, że nic więcej nie potrafi.

 

 

Być może nie byłabym taka zgorzkniała, gdyby nie to, że film miał potencjał. Początkowe przerysowanie amerykańskiej propagandy wyszło twórcom naprawdę dobrze. Pomysł na zafascynowanego Stanami Rosjanina – miał niezły początek, choć potem właściwie zniknął i nie został do końca wygrany. Nawet umieszczenie akcji w czasie majowej parady mogło mieć niezłe rozwinięcie. Wszystko tu jednak się rozmywa i zamienia w taką mamałygę pomysłów, które realizowane są najtańszym kosztem, bohaterów, których można by pogłębić i politycznej sytuacji, która chyba trochę twórców przerasta. Zresztą niesamowicie widać, że Reynolds jest napisany jako bohater współczesny wrzucony do lat osiemdziesiątych. Np. fakt, że totalnie nie kojarzy, że w maju jest „dzień zwycięstwa”. Tymczasem jako człowiek urodzony najpewniej w latach 50 (skoro jest po trzydziestce w latach osiemdziesiątych) byłby dużo bliżej ludzi pamiętających i wspominających wojnę. To takie drobnostki, które sprawiają, że ten film miejscami mnie autentycznie irytował. Ale może dlatego, że mój kraj nie graniczy z Rosją od strony Kamczatki.

Na koniec muszę z ręką na sercu przyznać, że najwyraźniej moje wątpliwości nie udzieliły się większości komentatorów. Film się dość powszechnie podoba. Zakładam, że pewnie wynika to z faktu, że mało osób w ogóle analizuje co produkcja chce powiedzieć o wizji Związku Radzieckiego i Ameryki. Być może sami przyjęliśmy znaną formułkę, że kraje i władze są niedobre, ale ludzie wszędzie się dogadają. Co bywa postawą bardzo szlachetną, ale też krótkowzroczną. A czasem po prostu znaczy, że nigdy się poważniej nie zastanowiłeś co to znaczy, że bohater był w KGB.  Być może po prostu jest czasem taki moment, kiedy patrzysz na amerykańską popkulturę i rozumiesz, że niczego więcej już się o sobie nie możecie dowiedzieć.

PS: Film obejrzałam, bo gra w nim Branagh a ja wszystko z Branaghem obejrzę. Co postawiło mnie w trudnej sytuacji, bo gra w nim Ryan Reynolds, którego obiecałam sobie już nigdy więcej na ekranie nie oglądać. Czasem takie obietnice naprawdę mszczą się na człowieku.

PS2: Czy ktoś może mi wyjaśnić kiedy tak bardzo cofnęliśmy się w czasie jeśli chodzi o stylizowanie aktorów tak żeby wyglądali jak ze swoich czasów. Bo Ryan Renolds ma tak bardzo współczesną fryzurę i garderobę w tym filmie, że można czasem zapomnieć, że całość dzieje się w latach osiemdziesiątych.

Powiązane wpisy