Home FilmGranty na miłość czyli „The Love Hypothesis”

Granty na miłość czyli „The Love Hypothesis”

autor Zwierz

Wyznam wam szczerze, że na mało który film czekałam w ostatnich tygodniach tak bardzo jak na „Love Hypotesis” adaptację powieści Ali Hazelwood. Pamiętam, jak powieść była absolutnym przebojem Internetu i stała się podstawą do szerokiej dyskusji o fan fiction, które zamieniają się w osobne historie. Trzeba bowiem dodać, że opowieść o doktorantce, która udaje, że umawia się z zimnym i wyrachowanym naukowcem narodziła się jako fan fiction o Rey i Kylo Renie, postaciach z nowej odsłony „Gwiezdnych Wojen”. I tak czytając powieść odkryjecie, że Adam, ukochany głównej bohaterki, jest opisany dokładnie tak jak pełna namiętności fanka opisuje Adama Drivera. Tym bardziej byłam ciekawa jak wypadnie adaptacja filmowa, która będzie miała tego elementu fan fiction zdecydowanie mniej.

 

Tu krótkie streszczenie, bo fabuła jest – jak to się mówi pretekstowa. Olive jest doktorantką, która bardzo chciałaby, żeby jej najlepsza przyjaciółka zaczęła się spotykać z ich wspólnym znajomy. Przyjaciółka odmawia, bo pamięta, że Olive miała swego czasu uczucia względem chłopaka, co nakazuje jej powstrzymać się od randkowania. Czy to ma sens? Niekoniecznie, ale w takich historiach nie trzeba wiele sensu. Olive impulsywnie całuje na korytarzu pierwszego lepszego mężczyznę, którym okazuje się Adam. Okryty sławą nieprzyjemnego okrutnika pracownik na tym samym uniwersytecie. Oboje szybko dochodzą do wniosku, że udawanie związku to niezły pomysł. Ona przekona swoją przyjaciółkę, że nie darzy ich wspólnego znajomego uczuciem, On przekona przyznający grant uniwersytet, że zapuścił korzenie w Kalifornii i nie przeniesie się na inną uczelnię.

 

 

O ile książka dość rozlegle opisuje nam to „fałszywe” randkowanie, to film skraca ten wątek – najwyraźniej nie uznając go za najciekawszy. Co prawdę powiedziawszy jest błędem scenarzystów, bo mam wrażenie, że tego typu zabiegi fabularne są właśnie tymi, które czytelniczki i potencjalni widzowie lubią najbardziej. Sceny, w których bohaterowie muszą sobie okazywać uczucia i niby udawać, ale naprawdę widzimy, że rodzi się w ich sercach coś więcej. Film na kilka takich scen, ale trochę za mało by zaspokoić wszelkie potrzeby widza takich opowieści. Druga kwestia, to tematyka akademii. Ali Hazelwood napisała kilka akademickich romansów (przyznam z lekkim zażenowaniem, że przeczytałam je wszystkie) i widać, że opisywanie w nich wyzwań jakie spotykają kobiety, które pracują na wydziałach nauk ścisłych może jej przynosić więcej radości niż samo opisywanie romansu. Niestety w filmie nie zostało z tego bardzo wiele, a szkoda, bo osobiście uważałam to za największą wartość dodaną tych – dość typowych narracji.

 

Czy to oznacza, że bawiłam się źle oglądając film? Nie, absolutnie nie. A to za prostą sprawą. Otóż film odrobił lekcję w najważniejszym temacie – czyli obsadzie głównych ról. Olive, sympatyczną i dbającą o wszystkich wokoło bohaterkę gra Lili Reinhart, aktorka, którą bardzo lubię od czasu „Riverdale”. Nie ukrywam, że moja sympatia do niej, sprawia, że Olive, która czasem potrafi być postacią nieco irytującą wydawała mi się raczej sympatyczna. Co ważne, choć autorka miała w głowie pisząc powieść Daisy Ridley (bo pisała o Rey) to Reinhart nie stara się grać mimiką innej aktorki. Jest Olive jest sympatyczna, może nieco wycofana, ale przede wszystkim – lojalna wobec przyjaciół, co lubię w niej najbardziej.

 

Nie mniej wyborem absolutnie genialnym było obsadzenie Toma Batemana jako Adama. I teraz trzymajcie się, bo to będzie prawdziwa jazda. Otóż Tom Bateman jest w realnym życiu mężem Daisy Ridley. Co więcej jedna z postaci w „Love Hypotesis” nazywa się Tom Benton w nawiązaniu do jego nazwiska. Ale Tom Beatman nie gra Toma Bentona tylko Adama, bo Adam Driver, na którym autorka bazowała swojego bohatera ewidentnie postanowił się nie bawić w granie fafikowej wersji samego siebie. Nie mam pojęcia czym przekonano aktora do przyjęcia tej roli, ale dostaje u mnie olbrzymiego plusa, że się zgodził bo czyni to całe przedsięwzięcie dużo bardziej zabawnym.

No dobra ale nie chodzi jedynie o ten skomplikowany worek powiązań. Tom Bateman jest w tym filmie chodzącym uosobieniem faceta z kochanych przez Tik Tok romansów. Gdyby go włożyć w zbroję byłby uosobieniem faceta z romantasy. Jest wysoki, bardzo przystojny, ze szczęką idealnie kwadratową. Ma głos tak głęboki i ochrypły jakby nigdy nie wolno mu było odchrząknąć. Patrzy na naszą bohaterkę tak intensywnie, że zdanie „pożerał ją oczami” samo się pisze. Żeby spojrzeć mu w oczy trzeba stać na palcach albo na stołeczku. Serio gdybym miała sobie wyobrazić połowę tych ciemnowłosych bohaterów romansów to stawałby mi przed oczyma Bateman. Nic więc dziwnego, że nawet jeśli sam film nie budzi jakiejś wielkiej podniety, to scena, gdy nasz bohater idzie się rozprawić z mężczyzną, który skrzywdził jego dziewczynę (pięści i szczęki zaciśnięte) budzi jakąś wewnętrzną radość i poczucie satysfakcji. No gdyby Bateman chciał do końca życia grać ponurych facetów z romansów to nikt by mu nie powiedział, że się nie nadaje.  Co ciekawe, to nie jest tylko kwestia samego wyglądu. Widziałam go już wcześniej np. w serialu „Based on a True Story” i choć grał tam bohatera bardzo przystojnego to jednak – większość tej „męskości z romansu” to jednak kwestia gry, mimiki i postawy. I Bateman robi to wybitnie dobrze.

 

Te proste decyzje obsadowe sprawiają, że film prześlizguje się zarówno po swoim idiotycznym punkcie wyjścia, jak i po tym, że w sumie nie ma w nim jakiejś wielkiej dramy. Jestem też głęboko wdzięczna twórcom produkcji, że postanowili zachować pewne hmm… decorum, komedii romantycznej. Pamiętam, że czytają powieść byłam zaskoczona tym jak w tej romantycznej opowiastce nagle pojawiły się bardzo bezpośrednie sceny seksu należące do zupełnie innego gatunku. Tak jakby autorce ktoś szepną do ucha, że dziś ludzie czytają tylko erotyki a nie romanse. Film pozostaje natomiast konwencjonalnie grzeczny (nawet bardziej niż konwencjonalnie skupiony na świadomiej zgodzie) i jedynym śladem świadomości, że w książce mieliśmy do czynienia ze scenami mocniejszymi jest fakt, że dostajemy ujęcie na męskie pośladki. Nie wiem czemu, ale ujęcie na męskie pośladki w ostatnich czasach stało się symbolem, że twórcy wiedzą, że jakieś dzikie seksy powinny tu odchodzić.

 

Nie dopiszę „Love Hypotesis” do listy wybitnych filmów romantycznych, ale przyznam, że bawiłam się dobrze. Jest to historia prosta, przyjemna i jak wspomniałam – genialnie obsadzona. Troszkę żałuję, że tego typu filmy nie trafiają już do kina, bo wyobrażam sobie, że gdybym w jesienny weekend poszła do galerii handlowej, zjadła lody, kupiła sobie książkę i wskoczyła do kina na taki film to byłaby bardzo usatysfakcjonowana. To jest jednak coś co straciliśmy, te niezbyt poważne, lekkie romantyczne filmy oglądane w kinie, gdzie wszystko na nas bardziej działało. No i miałabym wtedy możliwość oglądania jakiegoś trzymetrowego Toma Beatmana na ekranie co idealnie pasowałoby do wyobrażeń autorek o tym jak wysoki ma być idealny mężczyzna.

 

 

Ostatecznie mam wrażenie, że dawno nie widziałam filmu, który tak dobrze wybrnąłby ze wszystkich mielizn adaptacji popularnego romansu. Nie jest to adaptacja idealna, ale zachowująca swój rytm, spójność i sens swoich bohaterów. I za to ma u mnie duży plus. Oraz prowadzi do refleksji, że pozostałe „naukowe” romanse Ali Hazelwood też nadają się do ekranizacji. I chyba bym je w takim wydaniu chętnie zobaczyła.

PS: Jedyna mała uwaga jaką mam to fakt, że ów pierwszy pocałunek pomiędzy bohaterami, który powinien nam zasugerować, że ku zaskoczeniu obojga przeskoczyła tu jakaś iskra, jest taki trochę nijaki. Widać, że twórcy bardzo chcieli odtworzyć kadr z popularnej okładki książki ale to sprawiło, że coś co powinno nam od początku dać znak, że szykuje się tu coś więcej wypadło blado.

Powiązane wpisy