Home FilmByć może prawda czyli „Zobaczysz wszystko”

Być może prawda czyli „Zobaczysz wszystko”

autor Zwierz

Osoby, które obserwują mnie od dawna wiedzą, że nie jestem wielką fanką rozwijającej się kultury lęku przed spoilerami. W przypadku większości filmów i seriali wierzę, że wyjawienie nawet kluczowych elementów fabuły wcale nie jest aż tak istotne dla odbioru produkcji. Zresztą lęk przed spoilerami rozrósł się tak bardzo, że dziś niektórzy uznają za spoiler nawet nakreślenie punktu wyjścia do szerszej narracji. Obsesyjny lęk przed spoilerami bardzo ogranicza nasze możliwości dyskusji o kulturze, także dlatego, że często kluczowe jest poddanie analizie też zwrotów akcji, niespodzianek czy zakończeń.

Co powiedziawszy – uważam, że „Zobaczysz wszystko” jest filmem, który domaga się milczenia nie tylko od recenzentów, ale także od widzów, którzy go zobaczyli w kinie bez konieczności napisania recenzji. Im mniej się spodziewamy co nas czeka tym lepiej trafia do nas narracja Nathana Fieldera. Paradoksalnie jednak – jego film domaga się analizy, rozłożenia na części pierwsze i głębszej refleksji.

W tym tekście postaram się to zrobić nie zdradzając nic konkretnego, ale polecam też jego lekturę raczej po seansie niż przed.

 

Wiele osób wychodzi z założenia, że film dokumentalny jest z założenia produkcją, która porządkuje zastane fakty, stara się ujawnić jakąś prawdę o rzeczywistości. Kiedy ogłoszono, że Nathan Fielder nakręcił dokument o Elizabeth Holmes, wiele osób zadawało pytanie – czego jeszcze możemy się dowiedzieć o sprawie Theranos, oraz o samej skazanej za przekręty finansowe biznesmence- wynalazczyni. Sporo osób zadawało też pytanie czy moralnym jest wracanie do tej sprawy, dawanie bohaterce więcej rozgłosu. Z wielu tych pytań wychodziło przekonanie, że dokument jest raczej podsumowaniem pewnej sprawy, że oglądamy go by się czegoś dowiedzieć. I oczywiście – istnieją takie dokumenty, ale zdecydowanie – to tylko jeden z nurtów kina dokumentalnego, zresztą najmniej ciekawy.

 

Fielder, któremu Holmes pozwoliła zamieszkać w swoim domu, tuż przed tym jak trafiła do więzienia, jest dokumentalistą, którego nie interesuje zestawianie materiałów archiwalnych i gadających głów. Znany jest z tego, że nie tyle podsumowuje rzeczywistość co w nią ingeruje, sam tworzy na potrzeby swojej narracji sytuacje i rekonstrukcje, ujawniając widzom jak skomplikowana jest materia dokumentu. Bo też film Fieldera (podobnie jak jego seriale) przypomina nam, że granica pomiędzy kinem dokumentalnym a kinem fabularnym bywa niezwykle arbitralna, niekoniecznie tak wyraźna jak nam się wydaje. Podobnie jak kwestia tego – co jest rzeczywiste, co jest wykreowane i jak ma się w tym poruszać dokumentalista. Dokumentalista, który w tym przypadku wchodzi w rzeczywistość i interakcje z podmiotem swojej opowieści.

 

Pod tym względem „Zobaczysz wszystko” jest fascynującą analizą, właśnie tego pytania – co to znaczy „zobaczyć” coś na ekranie. Czy przybliża nas to do prawdy? Czy w ogóle można zobaczyć tą prawdę, nie tylko w filmie, ale i w drugim człowieku? W bardzo postmodernistyczny sposób Fielder zostawia nas nie tyle z pytaniem – czy Elizabeth Holmes jest tym za kogo się podaje, ale raczej – czy możemy ufać w rzeczywistość, która nas otacza. Filmowa prawda zawsze wydaje się czymś ulotnym, podatnym na interpretacje no i język narracji. W filmie mocno wybrzmiewa myśl, że wszystko co oglądamy jest przede wszystkim wyreżyserowane i ułożone w pewną opowieść, bez pewności czy możemy jej zaufać.

 

Choć może się to wydawać nudne, w istocie budzi w nas całe spektrum emocji. Być może dlatego, że jesteśmy dość mocno przywiązani do jasnego podziału na rzeczy rzeczywiste i wykreowane, prawdziwe i fałszywe. Kiedy jednak te granice się zacierają, kiedy narracja staje się tak meta, że niemal jak w podkowie – zamiast być opowieścią auto referencyjną, staje się po prostu nową historią – wtedy czujemy, że dzieje się coś nowego. Nie zawsze łatwo to przyszpilić językiem – bo to reakcja bardziej z cyklu „bardziej to czuję niż wiem” ale wciąż – intelektualnie i emocjonalnie niezwykle pociągająca. Bo jeśli podział na to co rzeczywiste i wykreowane nie jest tak silny, to nagle pojawia się kolejna kwestia – co właściwie uznać za rzeczywiste. Czy dwie osoby, w jednej rozmowie mogą żyć równolegle w dwóch różnych rzeczywistościach. Jakie znaczenie ma tu język naszej komunikacji, to jak definiujemy świat wokół siebie. Czy to rozdarcie, w które trudno uwierzyć, może się rozgrywać w niezbyt ładnym, wynajmowanym domku gdzieś nad oceanem? Czy do tak radykalnego pofragmentowania rzeczywistości może dochodzić w tak normalnych warunkach?

 

Wiele osób pytało mnie czy z filmu wynika czy Elizabeth Holmes rzeczywiście jest winna przekrętów, które robiła. Osobiście uważam, że to nie ma żadnego znaczenia. Także dlatego, że film najwybitniej realizuje się nie w tym o czym opowiada, ale jak to robi. Nie da się zrozumieć sprawy Holmes (oraz jej męża) bez głębszej refleksji nie nad tym co zrobili, czy co czuli, ale jak on tym opowiadają. Fielder nie pozwala nam przez cały czas zapomnieć, że rzeczywistość jest zbiorem narracji i interpretacji, co oznacza, że ostatecznie – tylko my możemy zdecydować, jak je odczytamy. A jednocześnie – to nie ma większego znaczenia, bo jest to jeden z tych filmów, które dość dobitnie przypominają, że nigdy się nie dowiesz „jak było naprawdę” bo „naprawdę” jest dużo bardziej ulotnym konceptem niż może się wydawać. A jednocześnie sama bohaterka jest kluczowa dla opowieści. Przedstawiana w mediach jako genialna manipulatorka, Holmes każe nam na każdym kroku zadawać sobie pytanie – czy istnieje moment kiedy zakrzywia się rzeczywistość tak bardzo, że staje się ona dla ciebie faktem. Jej spojrzenie, zaskakujące twierdzenia i pewna obsesyjność wywołują  w nas dyskomfort także dlatego, że jest postacią, która jest realna a w którą trudno jest uwierzyć. Podobnie jak jej partner, który niemal od początku nas odrzuca, ale podstawą tej niechęci jest poszerzająca się luka pomiędzy jego deklaracjami a faktami. Choć… w pewnym momencie film każe nam zaakceptować, że nasza ocena rzeczywistości, nie musi się zgrywać z rzeczywistością związku, któremu się przyglądamy.

 

To nie jest pierwszy i jedyny film dokumentalny, który zaciera najróżniejsze granice pomiędzy wykreowanym i wyreżyserowanym a udokumentowanym. Osobiście miałam skojarzenia zarówno z „Wyjściem przez sklep z pamiątkami” Banksy’ego  jak i „Acts of Killing” Joshuy Oppenheimera. Zresztą skojarzeń będzie więcej, bo Fielder i Lance Oppenheim poruszają się w świecie tych wybitnych metadokumentów, które nie tylko wymuszają na nas głębsze refleksje, ale też przypominają o tym jak bardzo szerokie jest pojęcie filmowego dokumentu. Co więcej „Zobaczysz wszystko” pokazuje jak bardzo ten rodzaj filmu wymyka się tradycyjnym tropom i schematom narracyjnym – dając nam coś czego w obecnej kinematografii tak bardzo brakuje – innowacyjność i nieoczywistość filmowych rozwiązań.  Pod tym względem to jeden z najważniejszych, jeśli nie najważniejszy film minionego roku, bo przypominający, że wcale nie doszliśmy jeszcze do ściany, jeśli chodzi o to co może nam zaproponować wizualna narracja. Bo jest jeszcze tyle do eksplorowania pomiędzy wiecznie pożądanym „naprawdę” i zawsze obecnym „niekoniecznie”.

 

Osobiście uważam, że „Zobaczysz wszystko” jest jednym z najlepszych filmów jakie widziałam. Głównie dlatego, że rzadko zdarza się film, który tak dobrze analizowałby samą naturę kręcenia filmów, pozostawiając nas w stanie jednoczesnego zachwytu jak i głębokiej refleksji nad tym – jak bardzo wszyscy żyjemy w świecie opowieści. To, że Fielder robi to w trzygodzinnym filmie, który ani przez moment nas nie traci ani nie nuży – budzi mój olbrzymi podziw. Jednocześnie sukces produkcji, pozwala otworzyć wiele osób na koncepcję tego, że opowieść o rzeczywistości nie jest zebraniem faktów i przedłożeniem ich widzowi, zaś meta narracja nie jest tylko narracyjnym dodatkiem, ale jej sercem. To jest film, który pod wieloma względami ujawnia potęgę i ograniczenia rejestrowania rzeczywistości. O ile owa rzeczywistość w ogóle istnieje. Ale tym co czyni ten film naprawdę arcydziełem, to fakt, że nie jest cyniczny. Wręcz przeciwnie – jest w nim jakaś cząstka sentymentalności i czułości. Przez narracyjną niepewność przebijają się emocje i uczucia, które (jak się wydaje) są albo prawdziwe albo najbliższe z prawdy. Być może to jest właśnie prawdziwy klucz do tego filmu, który można też czytać jako opowieść o tym jak bardzo miłość i emocje wymykają się naszemu podziałowi na prawdziwe i fikcyjne. Rzadko zdarza mi się seans, po którym wychodziłabym z przekonaniem, ż widziałam autentyczne arcydzieło i produkcję przełomową. A tak czułam się wychodząc z „Zobaczysz wszystko”.

 

PS: Jeśli ktoś po seansie filmu chciałby dokładniejszego omówienia zabiegów narracyjnych, zwłaszcza, z drugiej części filmu to zapewne będę go ze spoilerami omawiać z Pawłem w ZVZ.

Powiązane wpisy