Twórcy Netflixowej „Lalki” nie chcą byśmy zbyt dobrze pamiętali powieść Prusa. W przypadku ich historii to tylko zbędne obciążenie. Najlepiej byśmy z całej historii mieli w głowie ledwie nazwiska bohaterów, wspomnienie sklepu z artykułami kolonialnymi, fascynację Wokulskiego i fatalne położenie finansowe Izabeli. Choć nie mówią tego wprost pragnęliby także byśmy na czas seansu, nie tylko odłożyli na bok Prusa, ale też wszystko co wiemy o Warszawie i ziemiach Polskich tego okresu. Im mniej jesteśmy przywiązani do jakiegokolwiek pojęcia oryginalnej historii, czy historycznych realiów – tym lepiej. Do świata tej „Lalki” mamy wejść jako oświeceni, współcześnie odbiorcy kultury, którzy wiedzą, że twórca ma wolność w interpretacji dzieła, które adaptuje, ale też, że kostium historyczny jest jedynie konwencją i umową.
Po przejściu przez te drzwi czeka nas historia zupełnie nowa. Bo choć mamy pewne elementy prozy Prusa, to jednak charaktery bohaterów, ich relacje a także – to co im się przydarza, ulega całkowitemu przemodelowaniu. Twórcy bawią się konwencjami, dając nam a to sceny z charakterystycznego kostiumowego melodramatu, to znów sugerując historię detektywistyczną, to sięgając po taki schemat prowadzenia narracji, którego nie powstydziłby się Steven Knight scenarzysta „Peaky Blinders”. W tej wersji Wokulski jest przedsiębiorcą o nieco mniej złotym dotyku niż w powieści, Izabela ma swoje emancypacyjne ambicje, jej ojciec jest wiecznym chłopcem uzależnionym od alkoholu. Ludzie dobrze urodzeni są zazwyczaj dość paskudni, a na najciekawsze postaci wyrasta służąca Marianna i nie taki stary subiekt Rzecki. Pojawiają się wątki zupełnie nowe, zaś wiele postaci i scen znanych z powieści nigdy się w serialu nie pojawi (bo jak już wspomniałam – nie powinniśmy w ogóle o powieści w czasie oglądania serialu pamiętać).

BLACK VOLGA
Aktorsko całe przedsięwzięcie wypada bardzo dobrze. Uważam, że serial potwierdza moją wyrażoną na długo przed rozpoczęciem zdjęć intuicję, że Tomasz Schuchardt wybitnie się na Wokulskiego nadaje. Nie jest to może jakaś wielka nowość w świecie polskiej kinematografii – uznanie, że Schuchardt się do jakiejś roli doskonale nadaje, ale tu ma wszystkie cechy, które dotychczas niekoniecznie udawało się aktorom dobrze w roli Wokulskiego uwydatnić. Kiedy pojawia się w towarzystwie, to bardzo widać, jak czuje się tam niepewnie, jest skrępowany niekoniecznie zna cały kod kulturowy. Z kolei w jednej z najlepszych scen serialu, gdy objada się w restauracji w towarzystwie Rzeckiego, wszystkimi możliwymi specjałami – widać w nim tego wciąż głodnego człowieka, który w końcu może sobie pozwolić na pełny talerz. A jednocześnie, jak to często u Schuchardta na ekranie bywa – wystarczy mały przełącznik by te same oczy pokazywały czułość jak i absolutną bezwzględność. Sandra Drzymalska jako Izabela miała w sumie albo najłatwiejsze, albo najtrudniejsze zadanie. Jej postać jest właściwie napisana zupełnie na nowo, co daje aktorce bez porównania więcej wolności w kształtowaniu swojej bohaterki. Z drugiej strony, wydaje się, że trzeba tu przełamać większy opór, bo jednak feministycznie nastawiona Izabela jest największym odejściem od tego czego spodziewali się widzowie. Na pewno pomaga fakt, że Drzymalska i Schuchardt grali niedawno małżeństwo, więc łatwo im zagrać taką wariację na temat powieści, w której Izabela i Wokulski czują do siebie jednak fizyczny pociąg.
Wciąż jednak uważam, że najlepsze role znajdziemy na drugim planie. Absolutnym odkryciem jest Dariusz Chojnacki jako Ignacy Rzecki. Po pierwsze – jest w odpowiednim wieku, bo jest zdecydowanie w wieku Wokulskiego a nie sporo starszy. Po drugie – twórcy serialu mają do niego sporo czułości i sympatii a sam Chojnacki gra swojego subiekta tak, że jest to być może jedyna postać w całym serialu, której można szczerze i bez żadnych zastrzeżeń życzyć wszystkiego co w życiu najlepsze. Doskonały jest Piotr Adamczyk jako Krzeszowski, udowadniając po raz kolejny, że jeśli się go dobrze poprowadzi, dociśnie i da zagrać coś ciekawego, to jest to jeden z naszych najlepszych aktorów. Świetnie sprawuje się Braciak jako Tomasz Łęcki, ten ojciec utracjusz, alkoholik, u którego nadmierna czułość przeplata się z agresją. Ponownie, niekoniecznie ma to coś wspólnego z książką, ale ta rola wpisuje się dość dobrze w wersję historii przygotowaną przez twórców. Na koniec jeszcze wybija się Maria Kania jako Marianna, być może najlepiej przepisana w serialu postać, której podejście do życia wydaje się najbliższe temu co reprezentują sobą sami twórcy. Widać, że kiedy mówi Marianna to jest tam najwięcej scenariuszowego oddechu.

BLACK VOLGA
Skoro aktorsko jest tak dobrze, to czemu cała ta nowa „Lalka” niekoniecznie mnie zachwyciła? Po pierwsze jest w tym trochę mojej winy – nie jestem w stanie do końca zapomnieć Prusa i jego powieści, tylko dlatego, że pragną tego scenarzyści. Zdaję sobie sprawę, że nikt nie obiecuje adaptacji wiernej i szczegółowej, ale wciąż zadawałam sobie kluczowe dla mnie pytanie – czy to co proponują twórcy jest dla mnie ciekawsze od powieści. I tu niestety kryje się chyba mój największy zawód. Nie przeszkadza mi żonglowanie postaciami, wątkami czy konwencjami. Widziałam w życiu już na tyle dużo filmów i przedstawień teatralnych by zdawać sobie sprawę, że taka jest natura adaptacji czy ekranizacji. Ale ostatecznie miałam wrażenie, że twórcy nie powiedzieli mi nic aż tak ciekawego – ani o obsesji, ani o kapitalizmie (który słusznie uznali za najważniejszy do zaadaptowania temat), ani o klasach wyższych i ich słabościach. Ich refleksje, wydały mi się zaskakująco płaskie, w porównaniu, z tym co znajduję przy lekturze Prusa. Co jest o tyle ciekawe, że znają oni kapitalizm w jeszcze gorszej odmianie niż polski pisarz z XIX wieku.
I tu pojawia się mój drugi problem, który często dopada mnie przy oglądaniu tego typu produkcji. To jest „Lalka”, która chce być współczesna. Chwała jej za to, ostatecznie wszyscy chcą adaptacji „na miarę naszych czasów”. Ale w tym poszukiwaniu współczesności twórcy wybierają drogę najłatwiejszą. Zamiast spojrzeć współcześnie na to co klasyczne, przepisują to co klasyczne na współczesność. Niby zostawiają pewne elementy sytuacji klasowej i społecznej, ale jednocześnie bardzo dbają, by bohaterowie byli z XXI wieku. W kostiumie, na ulicy, ale z głową we współczesności. Dlatego Izabela musi pragnąć emancypacji, dlatego musi zyskać świadomość klasowego przywileju, dlatego pewne sceny muszą potoczyć się tak a nie inaczej. I ja rozumiem tą pokusę, zwłaszcza, że gdy czyta się „Lalkę” nie raz człowieka uderza, jak bardzo przemyślenia współczesne i motywy absolutnie niedzisiejsze się w niej przeplatają. Wciąż jednak zastanawiam się – po co nam historia, jeśli przeszłość tak bardzo nas nie interesuje. Kolonizujemy ją tak bardzo, że nie stawiamy sobie nawet najmniejszego wyzwania by zrozumieć, że nie zawsze było dzisiaj. I to nie tylko społecznie, ale też w głowach i sercach ludzi. Ofiarami tego padają najczęściej wątki, gdzie trudno byłoby zastosować ten model współczesny. Z serialu (jak z wielu adaptacji i narracji historycznych) niemal wypada wątek żydowski, bo jednak do tego uwspółcześnienia nie pasuje.

PROFESOR
Ostatecznie, oglądając serial miałam wrażenie, że mimo zmian, uwspółcześnień, dodania scen bardziej brutalnych czy zdecydowanie bardziej jednoznacznych niż u Prusa, całość wypada … prościej, łatwiej … niesatysfakcjonująco. Nawet jeśli uznałabym, że nigdy „Lalki” nie czytałam (serial będzie pewnie oglądany przez wielu widzów, którzy po Prusa nigdy nie sięgnęli, bo produkcja będzie miała międzynarodową dystrybucję) to byłabym lekko zawiedziona. Może nawet bardziej, bo nie miałabym tego elementu polemiki z oryginałem czy jego reinterpretacji. Być może moje pewne rozczarowanie wynika też z tego, że bardzo chciałam się zanurzyć w XIX wieczną Warszawę, spojrzeć na ten szeroki fresk. Ostatecznie serial kostiumowy dawał takie szanse. Ale najwyraźniej zabrakło rozmachu, Warszawa jest tu zaskakująco niewielka, punktowa, miejscami wręcz czuć, że mamy do czynienia z dekoracjami. Przy czym to nie jest serial zrobiony po taniości, dekoracje są piękne, muzyce nie można niczego zarzucić, przyłożono się do kostiumów i ich symboliki. Ale jednocześnie, serial jest nakręcony tak, że gdyby dział się w innym mieście też by działał.
Wyznam wam szczerze, że długo nosiłam się z tą recenzją. Niemal wszyscy moi znajomi, w których opinie ufam, uznali serial za bardzo dobry. Więcej, część z nich dość jasno podkreślała, że jeśli ekranizować „Lalkę” to tylko tak. Tymczasem we mnie ten serial po prostu nie wybrzmiał. Nawet kiedy odłożyłam na bok całą moją historyczną wiedzę (co miejscami nieco bolało, ale wiem, że jest niezwykle passe zwracać uwagę, na pewne faktograficzne nadużycia), moją znajomość i miłość do „Lalki” to wciąż – miałam poczucie jednak zmarnowanej szansy. Takiego olbrzymiego wysiłku, by pokazać coś zupełnie nowego, który ostatecznie – okazuje się mniej intrygujący od tego „starocia” Prusa.

PROFESOR
Być może tu ujawnia się pewna konieczna zmiana w tym jak opowiadamy sobie historie. Prus może czytelnika zostawić z wielką niewiadomą, o losie Wokulskiego i Izabeli dowiadujemy się przez pośredników. Możemy im wierzyć, możemy powątpiewać, ostatecznie – wszystko jest półotwarte, niedopowiedziane, trochę jak w życiu – kiedy każda historia zdaje się opowiedziana od środka i niekoniecznie do końca. Serial na takie zakończenie pozwolić sobie nie może, bo też jesteśmy już zupełnie innymi odbiorcami. Niepewność nie jest naszą mocną stroną a otwartych zakończeń widz nienawidzi. Potrzebujemy czegoś mocniejszego niż rozpływanie się jakiejś wizji świata. Co może satysfakcjonować, ale nigdy nie zostawia takiej wielkiej pustki jak wtedy, gdy bohaterowie nagle znikną nam sprzed oczu w ten niedopowiedziany sposób.
Nie wyrywam sobie włosów z głowy i nie krzyczę, że skandal, bo scenarzyści mieli własny pomysł na historię. Więcej, mam podejrzenia, że ta „Lalka”, która pojawi się w kinach też może mnie rozczarować. Podobno jest bardzo wierna oryginałowi i zachowawcza. Co niekoniecznie jest tym kierunkiem, który bym dla adaptacji Prusa wybrała. Ostatecznie nie chodzi o to by uczniowie mogli zamiast czytania powieści „Lalkę” oglądać. Skoro już adaptujemy musimy to robić z energią i pomysłem. Może gdzieś ta moja wymarzona „Lalka” żyje na przecięciu obu podejść, tego zachowawczego i stawiającego wyzwanie oryginałowi. Może po prostu tak już będzie, że na zawsze moją ukochaną adaptacją będzie ta Hasa. Nie mniej w tej wersji „Lalki” się nie zakochałam. Może i dobrze, dostałabym obsesji jak jakiś Wokulski i dopiero by było.
